sobota, 18 stycznia 2014

RECENZJA FIGURKI - Big O z "THE Big O" od Bandai.


Zgodnie z obietnicą dziś przyjrzymy się bliżej tytułowemu robotowi z rewelacyjnej serii  "THE Big O", której recenzję również na blogu tym możecie znaleźć. 
Jakoże jest to model do własnoręcznego złożenia i pomalowania, to w recenzji uwzględnionych będzie także kilka zdjęć z tegóż procesu właśnie. Do dzieła~!

CAST IN THE NAME OF GOD - YE NOT GUILTY
Tytułowy "Big O" to ogromny czarny "Megadeus" należący do utalentowanego negocjatora znanego jako Roger Smith. Pomaga on naszemu bohaterowi tam, gdzie rozsądek i siła słowa nie wystarczą. Wyposażony w multum rodzajów uzbrojenia, od rakiet, przez lasery, na eksplodujących sierpowych kończąc, robot ten jest świetnie przystosowany do rozprawiania się z bardziej upartymi klientami.

Typ figurki: Model do składania
Seria Modeli: Mechanical Collection
Skala: Brak danych, ale najprawdopodobniej 1/144
Seria: "THE Big O"
Postać: "Big O" oraz "Roger Smith"
Producent: Bandai
Materiały: ABS, PVC
Wysokość: Ok.16 cm
Czas Składania: 8 godzin
Cena: 50zł  (bez wysyłki)
Data wydania: Kwiecień 2000/Sierpień 2011
Nakład:Standardowy
Data zakupu: Grudzień 2013 roku
Sklep: Mandarake

Od dawna już chciałem dopaść figurkę czarnego Megadeusa. Problem tkwił jednak w tym, iż jedyna jaką udało mi się gdziekolwiek wynaleźć, z serii "Max Gokin", kosztowała ok. 20.000JPY. Jakoże jest to wydatek zdecydowanie nie na moją kieszeń, musiałem pogodzić się z faktem, że prawdopodobnie nigdy nie uda mi się czarnego olbrzyma kupić.
Tak mi się przynajmniej wydawało...
W okolicach grudnia zeszłego roku przeglądałem oferty sklepów z figurkami w poszukiwaniu fajnej, aczkolwiek nie nazbyt drogiej figurki, którą rodzice mogliby mi spokojnie sprezentować na święta. No i udało mi się dopaść "Dann of Thursday" z "Gun X Sword" na Mandarake. Pozostało tylko czekać, aż Manda odpisze z potwierdzeniem, czy jest on dalej na stanie, czy nie.
...
Niestety, był już wyprzedany.
Rozczarowany westchnąłem i wróciłem do dalszych poszukiwań. Niestety, większość figurek w adekwatnej cenie raczej mnie nie interesowała. Bodaj jedynie jakieś stare modele Zero i X'a z "Rockman X" przykuły moją uwagę, jednak jakoże na /m/ naczytałem się wielu nieciekawych historii na temat starych modeli, wolałem sobie darować. Nagle doznałem jednak olśnienia i postanowiłem wstukać w wyszukiwarkę "The Big O"... iiii ku mojemu zdumieniu okazało się, iż czarny Megadeus doczekał się... modelu od Bandai. Po szybkim sprawdzeniu jego jakości w filmach na YT i kilku figurkowych witrynach z nieskrywaną radością złożyłem zamówienie. Tym razem jednak miałem 100% pewność, iż model swój dostanę, ponieważ figurka oznaczona była jako przedmiot do stałej sprzedaży internetowej. Pozostało czekać.
Z racji wielkiego zamieszania, jakie z reguły panuje na całym świecie w okresie świątecznym, nie nastawiałem się zbytnio na to, iż mój model dotrze do mnie na święta. Zwłaszcza, że pocztowcy na pewno również chcieliby spędzić święta ze swoją rodziną (i prawidłowo). Ku mojemu zdumieniu jednak, paczka kursowała w święta, w dodatku w tempie ekspresowym i 26go była już u mnie. Airmail jest cudowny~!
 Nie zacząłem modelu składać jednak od razu - najpierw, trzeba było kupić pędzelek i farbki. W związku z tym podpytałem bardziej ogarniętych w modelarstwie znajomych, jakie najlepiej kupić. Po rady udałem się także na /m/, bowiem nikt nie zna się na składaniu Plamo tak dobrze, jak ekipa mechafagów. Po spisaniu wszystkich wartościowych rad i uwag udałem się do poznańskiego "Cube" i nabyłem cztery farbki z serii "Citadel" - czarną, czerwoną, srebrną i złotą - oraz najcieńszy możliwy pędzelek.
Tak wyposazony wróciłem do Głogowa, rozłożyłem graty na kuchennym stole i wziąłem się do roboty.

Składanie i malowanie



Powiem szczerze, że bałem się co z tego wyniknie. Co prawda mam już doświadczenie w budowaniu modeli, jednak nigdy przedtem ich nie malowałem. Co najwyżej ozdabiałem naklejkami dołączanymi do zestawu.
Zgodnie z uwagami znajomych jednak, najpierw postanowiłem obmyć dokładnie wszystkie elementy, by usunąć z nich wierzchnią warstwę ochronną, przez którą farba mogłaby nie chcieć się trzymać. Po dokładnym osuszeniu wszystkich elementów zacząłem pieczołowicie wyłamywać je z siatki i ze sobą łączyć. Pamiętałem także, by każdy element wymagający malowania pobazgrać zanim przyłączę go do całości. Jest to dużo bezpieczniejszy i skuteczniejszy sposób na pomalowanie modelu, aniżeli bazgranie go, gdy jest już całkowicie złożony.
Na pierwszy ogień poszła głowa (co mnie dość zdziwiło, bowiem we wszystkich modelach, które do tej pory składałem głowę wykonywało się niemal na końcu, przed ostatecznym złożeniem wszystkiego w całość)
Przyznam szczerze, że pomalowanie oczu, nauszników jak i śrub na przezroczystej częsci hełmu (ZWŁASZCZA ICH) było nie lada wyzwaniem. Są to elementy tak małe, że potrzeba było nań dużo skupienia i cierpliwości. Nie jestem co prawda w 100% zadowolony z tego jak wyszło, ale nadal uważam iż poradziłem sobie całkiem nieźle.
Niezwykle zdziwił mnie swoją drogą fakt, iż śruby do hełmu trzeba było... przykleić klejem. Wszelkie plamo jakie do tej pory składałem takich trików nie wymagały. Może to być jednak związane z wiekowością tego modelu (bądź co bądź, ma on już 14 lat)


Urwanie głowy z tymi modelami... Trzeba było potem niepotrzebny nadmiar farby wykałaczką zdrapać.

Potem przyszedł czas na nogi. Tu najwięcej krwi napsuło mi zamalowanie jednego z elementów stopy - mianowicie, pomalować musiałem go na czarno, jednak w taki sposób, aby nie maźnąć znajdujących się na nim śrub, które trzeba było pomalować na srebrno. W efekcie nad samymi girami ślęczałem około 2 godziny...
Potem przyszedł czas na ręce. Tu już poszło sprawnej, zwłaszcza że większego malowania wymagały jedynie cylindry. Skoro o nich mowa, umieszczony w nich jest specjalny, sprężynowy mechanizm umożliwiający odtworzenie jednego z ataków Big O, ale o tym więcej za chwilę.



Na sam koniec został korpus. I tu powiem szczerze było najwięcej problemów. Zwłaszcza, z pomalowaniem srebrnych pasów na brzuchu i plecach. Ślęczałem nad nimi niezmiernie długo a i tak nie udało się mi ich perfekcyjnie pomalować. Oh well...
Miałem również drobny problem ze złotą farbą - jej konsystencja, w porównaniu z pozostałymi, była nazbyt wodnista, przez co dużo trudniej było nanieść ją na odpowiedni element. W efekcie na samo pomalowanie jednej złotej części poświęciłem około półtorej godziny...

Koniec końców jednak, udało mi się pomalować i poskładać dumnego Megadeusa. Prezentuje się on naprawdę wspaniale. Ekipa z Bandai po raz kolejny dopięła swego, i świetnie odwzorowała każdy, nawet najdrobniejszy szczegół tego robota.
BIG O! SHOOOOWTIME!

Akcesoria i Pozowalność


Ciężko szczerze mówiąc pisać tu o jakichkolwiek akcesoriach, bowiem Big O w serialu raczej żadnych specjalnych broni, poza wbudowanymi, nie używał. Stąd też nie uświadczymy tu żadnych mieczy, pistoletów, karabinów itd. Jedynym dodatkiem jest minifigurka Rogera Smitha, którą będę musiał jeszcze pomalować (brakuje mi cielistej farbki, stąd tego jeszcze nie zrobiłem)



Pod względem pozowalności Big O wypada... raczej średnio. Z racji nieruchomego korpusu nie może on przyjąć raczej zbyt wielu dynamicznych póz. Z drugiej strony jednak, w serialu też raczej rzadko robił większe wygibasy. Jest to raczej potężny i ciężki, wolno kroczący Super Robot, aniżeli mały i zwinny Gundam. Na dobrą sprawę, najbardziej ruchome są głowa oraz ręce. 
Miłym aspektem modelu jest jednak fakt, iż... posiada otwierany kokpit. Osłonę na kark można bowiem podnieść, ujawniając w ten sposób kabinę, z której Roger kierował swoją maszyną.
Wspomniałem wcześniej, iż cylindry umieszczone są na sprężynowym mechanizmie, prawda? Dzięki temu możemy je nieco odciągnąć, a potem puścić, by odtworzyć najsłynniejszy chyba z ataków Big O, podczas którego nabija on swojego przeciwnika na pięść, po czym z impetem uwalnia nań całą zgromadzoną w cylindrach energię.
Bardzo fajnym akcentem jest również to, że wszystkie palce na dłoniach są ruchome. Dzięki temu Big O może zarówno zaciskać pięści, mieć w pełni otwarte dłonie, a nawet coś wskazywać.
Żałuję jednak niezwykle, iż nie ma możliwości otwarcia korpusu, celem odtworzenia słynnego "FINAL STAGE" z ostatniego epizodu serialu. Cóż, podejrzewam że model byłby wtedy nazbyt skomplikowany...

Kilka przykładowych zdjęć:







Niestety, nie ma możliwości ustawienia Big O w obronnej pozycji znanej z serialu (obie tarcze przed twarzą). To najlepsze, co udało mi się zrobić.




Wspomniany mechanizm sprężynowy. Cylindry można odciągnąć...

Po czym puścić, a same wskoczą na swoje miejsce

Otwierany kokpit

Kabina, z której Roger kieruje Big O




Scena z epizodu "Daemon Seed" odtworzona w moim ogródku (lol)



Oczywiście Big O wychodzi zwycięsko z tego starcia. Jakżeby inaczej.

...

"Hm, hm, hm..."

"D-Dorothy! T-to nie tak jak myślisz! Ja wcale nie lubię komiksów o czarodziejskich dziewczynkach!"

"Normanie, czemu nikt mi nie powiedział, iż "Satelight" bez mej zgody postanowiło wykorzystać sztandarowy atak Big O?"

"W każdym razie, wykorzystali go wyśmienicie.  BROFIST Bikki."

Pudełko i instrukcja


Podobnie jak w przypadku innych modeli od Bandai, raczej wielkiego szału nie ma. Pudełko jest proste, kartonowe i ozdobione zdjęciami i ilustracjami przedstawiającymi Rogera i Big O. Ot, tyle.




Dużo fajniej prezentuje się instrukcja. Te od starych modeli od Bandai miały tę fajną właściwość, że praktycznie ZAWSZE oprócz podstawowych pierdół, takich jak opis złożenia/wskazówki do malowania posiadały różne fajne smaczki dla fanów, dotyczące serii, z której dany robot pochodzi.
A jakby tego było mało, do zestawu dorzucono ulotkę reklamującą wydanie LD/DVD/VHS pierwszego sezonu Big O




Wskazówki dotyczące malowania

Kilka faktów na temat serialu, Rogera, Paradigm City i samego Big O

Wspomniana ulotka, ze świetną ilustracją przedstawiającą Rogera i Big O

Podsumowanie

Czy Big O uważam za udany zakup? Jak najbardziej. Model niezwykle wiernie odwzorowuje znanego z serialu robota, a przy tym wcale nie kosztował tak dużo. Niezwykle podobają mi się również ruchome palce, otwierany kokpit oraz cylindry na sprężynach.
Z drugiej strony jednak, pod względem pozowalności raczej mnie nie oczarował. Jest dość sztywny i nie da się z nim zrobić za wiele (choć jak wspominałem, w serialu też jakichś niesamowicie wyszukanych akrobacji nie robił. Czasami może podskoczył). Żałuję także, że nie ma możliwości odtworzenia FINAL STAGE (choć tutaj usprawiedliwione jest to tym, iż wykonanie otwieralnego korpusu wymagałoby naprawdę mnóstwa ciężkiej roboty a i nie wiadomo, czy dobrze by to działało w przypadku modelu). 
Zdecydowanie nadmienić też trzeba, że nie jest to model dla początkujących "składaczy". Posiada kilka dość skomplikowanych mechanizmów, dużo niewielkich elementów, a jakby tego było mało, wymaga dodatkowego klejenia i malowania.A to wiążę się z dodatkowymi wydatkami, w postaci pędzelka i farbek (w efekcie czego, za samą figurkę dałem owszem, 50zł, ale po doliczeniu przesyłki i farbek wyszło 180zł. Dobrze, że farbki mi starczą jeszcze na kilka następnych modeli)
Czy polecam? Jak najbardziej. Ale tylko tym, którzy w budowaniu modeli są już dobrze obyci.

OCENA KOŃCOWA:
Rzeźba9/10
Malowanie: - (Jak se pomalujesz, tak będzie. Cały model odlany jest w jasnym czarnym kolorze)
Pozowalność: 7/10
Cena/Jakość: 8/10

Na tym kończymy opisywanie czarnego Megadeusa. Następny figurkowy tekst poświęcony będzie najprawdopodobniej Gundamowi Griepe z "G-unit" (chyba że będę tak leniwy, że nie napiszę nic aż przyjdzie moja Noel z "BlazBlue". Wtedy najprawdopodobniej opiszę ją *śmiech*)

Na deser zostawiam wam iście cudny ending anime, z którego opisywany dziś robot pochodzi.

czwartek, 16 stycznia 2014

Jeszcze jeden występ, na śnieżnej planecie w odmętach kosmosu - "Macross 7: Ginga ga Ore o Yonde Iru" (1995)

Hurrr, nie mam ostatnio za cholerę na nic czasu. Nawet na machnięcie jednej recenzji. Wykładowcy się chyba wściekli i zaczęli nam dowalać testy, kartkówki i inne pierdoły jak opętani. A jak jeszcze sobie pomyślę, że za 2 tygodnie czeka mnie sesja... 
Ogółem, żyć nie umierać... całe dnie spędzam nad notatkami, okazjonalnie zaglądając na ryjbuka czy MFC. 

W każdym razie, jakoże udało mi się jakimś cudem znaleźć wolną chwilę *nie na długo, zaraz wracam do lektury, chlip chlip* to postanowiłem zadbać również o to, by i blog nie zmarł śmiercią tragiczną z niedożywienia. A cóż lepiej go podładuje, jak nie recenzja jakiegoś starocia? W dodatku po brzegi napełnionego potężną energią znaną jako "Spiritia"? W ramach "Wolnych 30 minut" bierzemy na warsztat "kinówkę" (powiedzmy...) mojego ulubionego Macrossa - "Macross 7: Ginga ga Ore o Yonde Iru".

Akcja filmu osadzona jest w czasie trwania serii telewizyjnej, prawdopodobnie w okolicach kilku ostatnich epizodów, biorąc pod uwagę fakt, iż bohaterowie używają już "Sound Boosters" dla swoich maszyn. 
Podczas eksperymentu, który ma wykazać jak skuteczna może być "Sound Energy" w starciu z Protodeviln i przywracaniem ich ofiar do stanu normalności, Basara i pozostali bohaterowie wykrywają tajemnicze źródło energii, które zdaje się działać na podobnej zasadzie co piosenki "FIRE BOMBER". Podekscytowany Basara robi to, co umie najlepiej, czyli... "pożycza" sobie detektor fal energetycznych, wsiada do swej Valkyrii i wylatuje w kosmos w poszukiwaniu wspomnianego wcześniej źródła.
Trafia ostatecznie na niewielką śnieżną planetę, zamieszkaną przez biednych wieśniaków. Tam dowiaduje się, iż panicznie boją się oni "potwora" który wyje w pobliskich górach. Zaintrygowany tą historią, postanawia wybrać się na poszukiwania wspomnianego monstrum. To, co jednak w tychże górach znajdzie, całkowicie przekroczy jego najśmielsze oczekiwania.

Kinówka "Macross 7" to tak szczerze powiedziawszy... nie do końca kinówka. Film trwa bowiem zaledwie pół godziny. Co więcej, posiada identyczne opening i ending co seria TV. Osobiście zatem traktowałbym go jako swoistą OVA, bądź jako dodatkowy epizod. 
Historia do najwybitniej napisanych szczerze mówiąc nie należy. Nie jest może niezwykle przewidywalna czy nudnawa, jednak chwilami odnosiłem wrażenie że jest pospieszania, bądź dopatrzyłem się kilku przypadków pójścia na łatwiznę. Pojawiło się bowiem kilka naprawdę ciekawych wątków (wspomniana wioska) które najzwyczajniej w świecie w pewnym momencie olano. A szkoda, bo jakby je trochę lepiej rozwinąć to "film" z całą pewnością sporo by zyskał.
Co mi się jednak podobało to fakt, że mimo iż film kierowany jest bardziej do fanów serii telewizyjnej, to nadal jest na tyle dobrze skonstruowany, iż widz, który z "siódemką" po raz pierwszy obcuje nie będzie się czuł zbytnio zagubiony. Dzięki szczodrym wyjaśnieniom oraz łatwej do zrozumienia historii bardzo szybko zrozumie on zasady, jakimi rządzi się to uniwersum.

Trochu gorzej jest już pod tym względem z charakteryzacją bohaterów. Na pierwszy plan zdecydowanie wysuwają się Basara; chłopczyk, którego nasz bohater poznał w wiosce; oraz trzecia osoba, o której więcej nie napiszę, aby uniknąć spoilerów. Pozostałym postaciom nie poświęcono raczej zbyt wiele czasu, poza okazjonalnymi wzmiankami, czy pojedynczymi występami. Biorąc jednak pod uwagę, iż "film" ten, jak wspomniałem, stanowi raczej swoisty dodatkowy odcinek, umieszczony w całej serii telewizyjnej, to nie traktowałbym tego jako ogromny problem. Zwłaszcza, że interakcje między postaciami grającymi tutaj główne role zostały całkiem dobrze oddane i nie sprawiają wrażenia nadmiernie naciąganych (choć kilka z deka sztucznych momentów się pojawia).

Niczego złego nie mogę  zarzucić oprawie audiowizualnej. Projekty postaci nadal są przyjemne dla oka, a dodatkowo widać iż nieco je dopieszczono, dzięki czemu wyglądają jeszcze schludniej. Swoją drogą, to chyba jeden z nielicznych "siódemkowych" epizodów, gdzie Basara nosi inne codzienne ubranie, niż jego nieśmiertelna zielona koszulka. Zjawiskowo prezentują się również projekty mecha, które także uatrakcyjniono o kilka efekciarskich pierdół.
Niezwykle dobrze wypada także animacja. Zwłaszcza podczas starć. Dzieje się dużo, rozbłysk goni rozbłysk, a eksplozja eksplozję, a świetna praca kamery tylko to wszystko uatrakcyjnia. Brak również największej "Pięty Achillesowej" serii telewizyjnej, czyli nadmiernie powtarzanych ujęć.
Muzyka jest oczywiście genialna. Po "FIRE BOMBER" nie można oczekiwać niczego innego, jak świetnych kawałków. Będzie nam tu dane usłyszeć wiele hitów znanych z serii telewizyjnej, takich jak choćby "Power to the Dream", "Seventh Moon", "Planet Dance". Pojawi się też kilka nowych utworów, z których najlepszym zdecydowanie jest "Heart&Soul" - pełna energii, rytmiczna i błyskawicznie wpadająca w ucho piosenka.
Aktorzy po raz kolejny nie zawiedli i odwalili kawał dobrej roboty, świetnie oddając charaktery swych bohaterów. Każdy brzmi tak jak brzmieć powinien i wyraża swe emocje w naturalny, przekonujący sposób. I to zarówno w piosenkach, jak i normalnych dialogach.

Ogółem rzecz ujmując, "film" ten zły nie jest. Nie nazwałbym go jednak najlepszym, co "siódemka" może zaoferować (to miejsce należy do "Encore" i "Dynamite"). Jest to raczej swoisty smaczek dla fanów/wprowadzenie dla nowych widzów, aniżeli coś naprawdę rewelacyjnego. Oglądało mi się to przyjemnie, jednak zdecydowanie uważam, iż zmarnowano kilka ciekawych wątków, bądź też nadmiernie pospieszano historię. Nadal nie zawodzi jednak oprawa audiowizualna, zwłaszcza genialne piosenki "FIRE BOMBER".
Bardzo dużo zależy szczerze mówiąc od tego, w jaki sposób podejdziemy do tego "Filmu". Jeśli traktować go jako odrębne dzieło to wypada tak trochu średniawo. Jeśli jednak podejdziemy doń jak do dodatkowego epizodu/swoistego trailera serii to jest już lepiej.
Krótko mówiąc - fani powinni zobaczyć, reszta tylko jeśli ma zamiar zapoznać się z całą sagą.

Typ Anime - Film Kinowy
Rok produkcji - 1995
Pełny Tytuł: „Macross 7: Ginga ga Ore o Yonde Iru” ("Macross 7: The Galaxy is calling Me")
 Reżyseria: Tetsuro Amino
Muzyka: "FIRE BOMBER"
Gatunek: Science Fiction, Mecha, Space Opera
Liczba Odcinków: 1
Studio: Ashi Productions
Ocena Recenzenta: 6.5/10

Screeny:








OGŁOSZENIE PARAFIALNE - do recenzji "Macross 7: Plus" wkradł się błąd. Z tego co się ostatnio dowiedziałem, seria ta to nie pojedynczy krótki epizod, a kilka 2 minutowych epizodów. Poprawionej recenzji spodziewać się można przy okazji tekstu o "Macross DYNAMITE 7" który niedługo powinien tutaj "Zawisnąć"

niedziela, 12 stycznia 2014

Trójka uczniów i android z przypadku przeciwko złowieszczej organizacji - "Prefectural Earth Defense Forces" (1986)

Wspominałem już kiedyś, że jednym z powodów dla których uwielbiam przeglądać 4chanowe /m/ i dyskutować z przebywającymi tam ludźmi jest fakt, że można bardzo łatwo w ten sposób natrafić na ciekawe i nietuzinkowe anime z dawnych lat. Udało mi się w ten sposób zapoznać z tak fajnymi klasykami jak "Cream Lemon", "Dream Hunter Rem", "Giant Gorg", czy choćby "Mermaid Forest".
Ostatnio ktoś zarzucił tematem o trailerach ze starych kaset VHS i DVD z anime. Jak nietrudno się domyślić obowiązkowo musiałem do tematu tego zajrzeć. I choć większość podrzuconych tam tytułów dobrze znałem, tak trafił się wśród nich jeden, o którego istnieniu do tej pory nie miałem pojęcia. Anime to zwie się "Prefectural Earth Defense Forces" i powiem szczerze, że jest to chyba jedno z najlepszych znalezisk, jakie udało mi się dorwać na /m/. Ale od początku...

Niedaleka przyszłość. Diaboliczna organizacja o dumnej nazwie "Oddział Słupa Telefonicznego" (co?) postanawia zrealizować swój ambitny plan przejęcia władzy nad światem. Wiedzą jednak, iż do tak ambitnego celu należy dążyć małymi kroczkami, zatem najpierw postanawiają przejąć władzę nad miejscowością, w której mieszkają. W związku z tym telefonują do zarządcy wspomnianej mieściny i wykładają mu swoje warunki. Dumny rządowiec oczywiście nie ma jednak zamiaru poddać się bez walki i w związku z tym postanawia utworzyć specjalną drużynę chroniącą świat (a raczej mieścinę) przed diaboliczną organizacją. W związku z tym prosi dyrektora pobliskiej szkoły, by ten użyczył mu trójki uczniów. Trójka wybrańców jest oczywiście wybitnie zaskoczona, że ktoś powierza im tak istotne zadanie, jednak dyrektor otwarcie ogłasza im, że "jedynie nastoletni bojownicy są w stanie ocalić świat" (hmmmm?). Niedługo potem do naszych bohaterów dołącza także zbuntowany cyborg (znaczy się... "naukowo ulepszony człowiek"), który koniecznie chce zemścić się na "Oddziale Słupa Telefonicznego" za to, że zmienili go w metalowego potwora, z wyrzutniami rakiet wbudowanymi w ramiona.
Czy ta grupka dzielnych śmiałków poradzi sobie z niezwykle poważnym zadaniem obrony ziemi (właściwie to miasta...)? Czy też polegną sromotnie w starciu z pięknymi dziewczętami, sługusami z przypadku (którzy nawet na maskach mają napisane "SŁUGUS") i szalonymi sklepikarzami?

Bez ogródek powiem, że "Prefectural Earth Defense Forces" rozłożyło mnie totalnie na łopatki. Naprawdę już po zaledwie pięciu minutach tego anime ryczałem zdrowo ze śmiechu. OVA ta bowiem nie cacka się z widzem a od razu serwuje mu wszystko co ma najlepsze i nie odpuszcza do samego końca. Po brzegi naładowana jest absurdalnym humorem i wylewa się on z ekranu w praktycznie każdej scenie. Zobaczymy tutaj dosłownie wszystko - twórcy nabijają się z praktycznie każdego utartego schematu, każdej głośniejszej serii lat 80tych oraz każdego charakteru postaci. Ba, w swych żartach posunęli się oni tak daleko, że bohaterowie bardzo często sami otwarcie komentują debilizm co poniektórych sytuacji, w których przyszło im się znaleźć. Nie zawodzą także humor sytuacyjny i przezabawne, rewelacyjnie napisane dialogi.
A jakby tego było mało, w serialu jest pierdyliard nawiązań do innych produkcji, takich jak "Machine Robo", "Hokuto no Ken" i wielu więcej.

Bohaterowie to, jak na komedię przystało, parodie ogranych schematów. W dodatku wykonane z pomysłem, bowiem nie ograniczają się do typowego przejaskrawienia danego typu postaci. Kilku bohaterów bowiem wzbogaconych zostało dodatkowo o kilka cech całkowicie zaprzeczających ich archetypowi. I tak oto główny i heroiczny bohater jest równocześnie idiotą i po części dupkiem, a główny antagonista kretynem i beznadziejnym podrywaczem.
Świetnie wypadają również dialogi między bohaterami (obfitujące nawet chwilami w jajcarskie, choć nieco rasistowskie żarty) oraz inne interakcje między nimi. 

Oprawa audiowizualna nie wyróżnia się niczym nazbyt szczególnym na tle innych produkcji z lat 80tych. Postacie narysowane są charakterystyczną dla tego okresu kreską, podobnie jak i tła czy też maszyny maści wszelakiej. 
Na wielką pochwałę zasługuje jednak animacja. Nie dość, że postacie, nawet podczas bardziej dynamicznych scen, poruszają się niezwykle naturalnie, to jeszcze rewelacyjnie wypada praca kamery i jej przejścia - płynne, gładkie i bez wyraźnych zgrzytów.
Muzyka zaś... szczerze powiem, że o ile bardzo lubię staroszkolne brzmienia, tak ścieżka dźwiękowa w "Prefectural Earth Defense Forces" jakoś do mnie nie przemówiła. Zwłaszcza opening, który szczerze mówiąc brzmi tak... byle jako. I nawet jeśli jest to zamierzone, by spotęgować śmiechowość produkcji, to nadal mnie to jednak jakoś nie przekonało. Podobnie sprawa ma się z endingiem.
Same utwory przygrywające w tle również jakoś szczególnie w pamięć mi niestety nie zapadły. 
Nie narzekałbym jednak na grę aktorów, bo spisali się oni wyśmienicie i swe kwestie wypowiadali w taki sposób, że chwilami nie mogłem się powstrzymać, by nie wybuchnąć szczerym śmiechem. Zwłaszcza, że w świetny sposób przejaskrawiali emocje swoich bohaterów.

"Prefectural Earth Defense Forces" jest zdecydowanie jedną z tych staroszkolnych OVA, o które warto zahaczyć. Fabuła jest bowiem absurdalnie zabawna, bohaterowie również, niezwykle śmieszne są także gry słowne i gagi sytuacyjne. Kreska również winna się spodobać, nawet widzom bardziej obytym z nowoczesnym rysunkiem, bowiem jest niezwykle schludna i przyjemna dla oka. Na dobrą sprawę narzekałbym tylko na wspomnianą muzykę, która jest taka trochę byle jaka i raczej nie zapada w pamięć. Macie wolną godzinę? Obejrzyjcie zatem. Zwłaszcza, jeśli kojarzycie kilka głośniejszych serii z tego okresu. Gwarantuję wam, że zdrowo się uśmiejecie.

Typ Anime - OVA
Rok produkcji - 1986
Pełny Tytuł: „Prefectural Earth Defense Forces”
 Reżyseria: Keiji Hayakawa
Scenariusz: Kazunori Itou
Muzyka: Kentarou Haneda
Gatunek: Komedia, Parodia, Science-Fiction
Liczba Odcinków: 1
Studio: Studio Gallop
Ocena Recenzenta: 8/10

Screeny:







piątek, 3 stycznia 2014

O młodzieńcu, co czarodziejską pannicę w dywanie znalazł - "Girl from Phantasia" (1993)

Trzepanie dywanów to nudne i żmudne zajęcie prawda? Trzeba taki dywan zwinąć, wynieść na dwór, rozwinąć, powiesić na trzepaku, potem tłuc przez kilkanaście minut jakimś dziwacznym ustrojstwem, potem znowuż go zwinąć, zanieść do pokoju, znowu rozwinąć... ech, same problemy z tymi dywanami. Człowiek zapewne chętniej by tę wątpliwie przyjemną czynność wykonywał, gdyby w dywanie takowym rezydowała piękna pannica, która by zeń wypadała przy każdym jego rozwinięciu, prawda? No, ale że raczej niemożliwym jest upchnąć babkę w dywaniku, to nie ma co na to liczyć, prawda? No, chyba że jesteście postacią w anime i dziwnym zbiegiem okoliczności traficie na czarodziejski dywan, będący portalem do fantastycznej krainy... Ale od początku.

Głównym bohaterem opisywanego dziś anime jest Akihiro Outsuki. Jegomość bez pamięci zakochany jest w prześlicznej koleżance z klasy imieniem Miyuki. Co więcej, zdaje się, iż odwzajemnia ona jego uczucia, dzięki czemu daje się namówić na randkę. Uradowany Akihiro postanawia zatem prędziutko wrócić do domu celem zrobienia porządku w swym zasyfionym pokoju. W stanie niesamowitej euforii nie zauważa na swej drodze ogromnego dywanu, co w rezultacie prowadzi do czułego pocałunku z betonem. Nasz bohater jest oczywiście początkowo niezmiernie poirytowany (no któż śmiał położyć ten cholerny dywan na jego drodze?!), szybko jednak dostrzega iż dywan jest niezwykle piękny Naraz przychodzi mu na myśl sprytny plan - przy pomocy tak pięknego dywanu dużo łatwej będzie stworzyć romantyczną atmosferę i zrobić "małe co nieco" z Miyuki. Postanowione zatem. Akihiro zgarnia dywan ze sobą. 
W domu oczyszcza go dokładnie i cały zadowolony z tego, co ma zamiar robić ze swą ukochaną zaczyna dziękować dywanowi za to że istnieje, wyznając mu nawet w pewnym momencie miłość. Jakież musiało być jego zdziwienie, gdy dywan odpowiedział na jego czułostki... choć właściwie poprawniej byłoby powiedzieć iż to nie dywan, a mieszkająca w nim piękna dziewczyna. Oto przed młodzieńcem pojawia się seksowna i skąpo ubrana Malon - strażniczka Phantasii - magicznego kraju, do którego dywan ten jest portalem. Okazuje się, iż słysząc jak czule Akihiro wypowiada się na temat dywanu stwierdziła, iż jest on idealnym kandydatem na jej chłopaka. Jak nietrudno się domyślić dziewczyna wniesie mnóstwo zamieszania do życia Akihiro, zwłaszcza że nasz bohater jest całkiem zbereźny, a ona dość naiwna.

"Girl from Phantasia" to króciótka, aczkolwiek niezwykle śmieszna OVA, która dosłownie czaruje widza absurdalnym humorem. W zaledwie 30 minutach, które trwa to anime, twórcom udało się bowiem upchnąć wiele zabawnych, naprawdę fajnie przemyślanych gagów, które mieszczą się spokojnie w granicach dobrego smaku. Mamy tu dosłownie wszystko - od szurniętego pomysłu na fabułę, przez rywala nieudacznika aż po zabawne gry słowne i humor sytuacyjny. Kaskady śmiechu murowane.
Jedyny problem jest taki, że "Girl from Phantasia" cierpi na ten sam problem, co choćby "Five Star Stories" - jest zaledwie wycinkiem dużo większej całości. Ma zatem otwarte zakończenie, które pozostawia chrapkę na ciąg dalszy... problem w tym, że takowego już nie zanimowano i dalsze wygłupy Malon i Akihiro zobaczyć można jedynie w mandze.

Bohaterowie, jak na komedię przystało, są parodiami typowych archetypów. Akihiro to zbereźny student; Malon to głupiutka, niewinna i przepiękna dziewoja; jej przyjaciółki zaś to parodie ułożonej pannicy i przebojowej seksbomby z lat 80tych. Dialogi i interakcje między nimi są zdecydowanie absurdalne i nie raz sprawią, że widz wybuchnie szczerym śmiechem.

Oprawa audiowizualna jakaś nazbyt rewelacyjna nie jest, ale jest wystarczająco przyjemna, by dobrze się to anime oglądało. Dominują urocze, chwilami przechodzące komiczne deformacje projekty postaci oraz kolorowe tła. Animacja jest dość płynna i raczej nie trzeszczy. Nie dopatrzyłem się w niej też praktycznie żadnych strasznych spadków jakości.
Muzyka niestety jakoś strasznie w pamięć nie zapada. Jest przyjemna, dobrze podkreśla sytuacje, ale to w zasadzie tyle. Nie oczekujcie jakichś wspaniałych hitów.
Aktorzy spisali się wspaniale i słychać, że sami również świetnie się bawili. Bohaterowie brzmią przekonująco, niektóre ich wrzaski są komicznie przerysowane i idealnie wpasowują się w absurdalne chwilami sytuacje.

Czy polecam? Jak najbardziej. Warto wygospodarować te pół godzinki czasu wolnego, by trochę się pośmiać. Zwłaszcza, że i oprawa audiowizualna wygląda zachęcająco. "Girl from Phantasia" to zdecydowanie jedna z tych zaginionych perełek, które warto odkurzyć. Szkoda jedynie, że nie zekranizowano dalszego ciągu i z innymi przygodami Malon i Akihiro zapoznać można się jedynie za pomocą wersji komiksowej.

Typ Anime - OVA
Rok produkcji - 1993
Pełny Tytuł: „Girl from Phantasia”
 Reżyseria: Jun Kamiya
Scenariusz: Katsuyuki Sumisawa
Muzyka: Toshyuki Watanabe
Gatunek: Ecchi, Komedia, Romans
Liczba Odcinków: 1
Studio: Tatsunoko Productions
Ocena Recenzenta: 8/10

Screeny:





Pieśni mają moc - "Senki Zesshou Symphogear" (2012)

Jakoże mamy już Nowy 2014 Rok, wypadałoby skrobnąć pierwszą recenzję jakiegoś animu. Na warsztat weźmy zatem staroć z bardzo odległej przeszłości, czyli z... 2012 roku *śmiech*. Nie no, bez obaw, tekst o prawdziwym starociu też dzisiaj wrzucę, ale najpierw chciałbym przybliżyć wam co nieco serię, na punkcie której /m/ miało swego czasu (i do tej pory ma) niezłego fisia. I nie, nie jest to kolejne anime o "gorącokrwistych" pilotach siedzących za sterami OBARI AS FUCK robotów. Jest to anime o pięknych i walecznych piosenkarkach, odzianych w skąpe pancerze... zaraz, co?
A no tak, moi drodzy, jakby ktoś jeszcze nie wiedział, ekipa z /m/ nie samymi mechami żyje i bardzo chętnie sięga także po tzw. "Powered Armor"... oraz (co będzie pewnie szokiem dla wielu) "Magical Girls". I jakoże opisywana dziś seria w całkiem zgrabny sposób te dwa gatunki ze sobą krzyżuje, to nic dziwnego, iż wywołała wśród /m/echatardów pozytywny odzew. Bez dłuższego przeciągania - bierzemy się za pierwszy sezon "Senki Zesshou Symphogear".

Anime zaczyna się sceną, podczas której widzimy jak pewna bohaterka udaje się na cmentarz, by odwiedzić grób swojej przyjaciółki - Hibiki Tachibany - bohaterki, która zaledwie kilka dni wcześniej poświęciła swe życie by ocalić świat. Ale zaraz, moment, to zaczynamy historię od końca? A no coś w ten deseń, ale bez obaw - bardzo szybko dostajemy flashback wyjaśniający nam "o co właściwie kaman".
Otóż dwa lata wcześniej Hibiki udaje się na koncert swego ulubionego duetu piosenkarek - "Zwei Wing" - w którego to skład wchodzą Tsubasa Kazanari i Kanade Amou. Niestety, naszej bohaterce nie jest dane zbyt długo posłuchać śpiewu swych idolek, bowiem cała impreza bardzo szybko zostaje popsuta przez nagły atak dziwacznych istot zwanych "Noise". Ale bez obaw! Na ratunek swym fanom przybywają właśnie wspomniane dwie idolki. Jak się bowiem okazuje, są w posiadaniu potężnych magicznotechnologicznych (Neologizm poziom hard) pancerzy, które umożliwiają im zwalczanie strasznych potworów. 
Niestety, podczas całego tego zamieszania, Hibiki zostaje ciężko ranna, obrywając odłamkiem "Gungnira" - pancerza należącego do Kanade. Kanade widząc to stara się za wszelką cenę utrzymać dziewczynę przy życiu. Udaje jej się to, jednak zapłacić musi za to wysoką cenę - jakoże wróg dysponuje ogromną przewagą liczebną, nasza bohaterka uciec się musi do ostateczności - zmuszona jest zaśpiewać swą "Łabędzią Pieśń". Jest to specjalna inkantacja, pozwalająca uwolnić całą moc pancerza Symphogear. Jest jednak pewien haczyk - wiąże się to z ogromnym wycieńczeniem dla ciała osoby ją śpiewającej, co w rezultacie prowadzi do zgonu. Tak więc Kanade pokonuje przeciwników, ratuje Hibiki, sama jednak umiera na polu bitwy, ku wielkiej rozpaczy swej partnerki - Tsubasy.
Wracamy do teraźniejszości.
Hibiki żyje i ma się dobrze. Wraz ze swą najlepszą przyjaciółką Miku (hyyyym?) uczęszczają do prestiżowej szkoły dla dziewcząt. Życie upływa jej na nauce, wygłupach z przyjaciółkami oraz na wypadach do sklepu, celem nabycia nowej płyty swej idolki - Tsubasy. Jak nietrudno się jednak domyślić, szczęśliwy błogostan nie trwa długo. Gdy pewnego dnia, po szkole, Hibiki biegnie do sklepu by kupić kolejną płytę swej ulubionej wokalistki, na miasto napadają ponownie "Noise". Hibiki udaje się uratować małą dziewczynkę i razem uciekają przed stworami. Niestety, ostatecznie monstra doganiają je na dachu jednego z budynków. Przyparta do muru Hibiki w akcie desperacji zaczyna śpiewać zasłyszaną na pamiętnym koncercie piosenkę... i zgadnijcie co? Okazuje się, że jakimś cudem aktywuje i przywdziewa "Gungnira". Nasza bohaterka nie zdaje sobie nawet sprawy, jak to zrobiła, a co dopiero w jakie wielkie kłopoty w ten sposób się wciągnęła...

Na wstępie wypada zaznaczyć, że "Symphogear" nie jest anime w żadnym razie oryginalnym, odkrywczym, przełomowym itd. Jest to po prostu kolejna seria w której piękne wojowniczki zmagają się ze złem zagrażającym ludzkości. Fabuła jest zatem dość przewidywalna (nawet wywnioskowanie kto jest "głównym złym" jest niesamowicie banalne) i raczej nie porywa... z początku. Kilka ostatnich epizodów bowiem, mimo faktu że jest moim zdaniem nieco naciąganych, naprawdę potrafi wgnieść w fotel i powiem szczerze, że bawiłem się przy nich naprawdę wyśmienicie. Historia poprowadzona jest całkiem nieźle i raczej nigdy się nie nudziłem, choć zdarzały się momenty w których na usta cisnęło mi się "Ale po co to?".
Na dobrą sprawe jednak najbardziej narzekałbym  na trochu zbyt podkoloryzowane "barwami szczęścia" zakończenie, ale można to usprawiedliwić faktem, że seria ma drugi (a wkrótce i trzeci) sezon. 

Bohaterowie do oryginalnych także nie należą. To raczej dość oklepane archetypy. Mamy bowiem typową, wierzącą w moc przyjaźni optymistkę, która nie ważne co stara się nie zdejmować uśmiechu z buzi oraz uratować każdą napotkaną osobę; ułożoną, zimną i dystyngowaną mentorkę; twardą, wredną (aczkolwiek pozornie) i zaciekłą rywalkę... Nie oznacza to jednak, że postacie te są fatalne. Szczerze mówiąc ich charaktery całkiem mogą się podobać, zwłaszcza że część z nich przechodzi całkiem znaczny rozwój w miarę upływu czasu. Moją faworytką zdecydowanie jest Yukine Chris (pieszczotliwie na /m/ nazywana "Krysią"). Jej charakter wydał mi się najciekawszy i najmniej naiwny spośród wszystkich ukazanych w anime. Również jej design i piosenki zdecydowanie najbardziej przypadły mi do gustu.
Interakcje między bohaterami wypadają szczerze mówiąc różnie. Część z nich napisano bardzo fajnie i wiarygodnie, podczas gdy inne są niesłychanie naiwne i naciągane.

Oprawa audiowizualna jest niestety strasznie nierówna. Nie wiem, jak wygląda sprawa z wydaniem na Blu Ray, ale oryginalna seria telewizyjna wypada raczej średniawo. O ile bowiem projekty postaci, zwłaszcza kobiecych są śliczne i niezwykle przyjemne dla oka, a pancerze naprawdę ciekawe i pełne intrygujących rodzajów uzbrojenia, tak już sama ich animacja wypada różnie. Czasami ruszają się pięknie i naturalnie, tylko po to, by w kolejnej scenie ulec deformacji i przejść w tryb "sztywnej kukły". Z tego co również pamiętam, ktoś na /m/ wrzucił kadr, na którym z bliżej niewyjaśnionych przyczyn Tsubasie napompowano na kilka sekund biust... 
Na dobrą sprawę nie będzie wielką przesadą stwierdzenie, że najlepiej zanimowane są bitwy, które są pełne efekciarstwa. Zdecydowanie na nie poszła największa część budżetu. Ciekawie prezentuje się swoją drogą pewien zabieg, zastosowany w tym anime - podczas ataków animacja zatrzymuje się na chwilę i na ekranie wyświetla się efekciarsko wykonana plansza z wypisaną nazwą ataku. 
Złego słowa jednak powiedzieć nie mogę o muzyce. Piosenki są szybkie, rytmiczne i idealnie wpasowują się w kilmat starć. Również spokojniejsze motywy wypadają dobrze i słucha się ich z nieskrywaną przyjemnością. Co warto nadmienić, podobnie jak w przypadku "Macross 7" są one nie tylko tłem dla wydarzeń, ale grają istotną rolę w samym anime.
Co do głosów postaci zaś - zebrała się tu sama śmietanka. Usłyszymy takie sławy jak Nana Mizuki (Neige Hausen z "Super Robot Taisen", czy też Fate Testarossa z "Magical Girl Lyrical Nanoha"), Aoi Yuki (Madoka z "Madoki"), czy też Yuka Iguchi. Nie trzeba zatem przekonywać, że aktorzy spisali się wyśmienicie i bardzo dobrze oddali charaktery i emocje swych bohaterów.

Ogółem, "Symphogear" super rewelacyjnym anime nie jest i w pierwszej chwili szczerze mówiąc nie rozumiałem, czemu na /m/ cieszy się taką popularnością. Poza fajnymi bohaterkami, dynamicznymi starciami i kilkoma intrygującymi nawiązaniami do mecha anime (odsyłam do "Ciekawostek" pod tekstem) nie oferuje ono bowiem raczej nic porywającego.  Jak się jednak później dowiedziałem, o ile pierwszy sezon ludzi tamtejszych zaciekawił, tak szczerze powiedziawszy dopiero drugi, czyli "G" jest tym, co faktycznie wywindowało "Symphogeara" na wyżyny popularności wśród wielu /m/echafagów. Dlaczego tak nas ta seria porwała wspomnę jednak następnym razem.

Typ Anime - Seria Telewizyjna
Rok produkcji - 2012
Pełny Tytuł: „Senki Zesshou Symphogear”
 Reżyseria: Katsufumi Itou
Scenariusz: Akifumi Kaneko
Muzyka: Elements Garden, Hitoshi Fujima, Nana Mizuki i inni
Gatunek: Magical Girls, Powered Armor, Science Fiction
Liczba Odcinków: 13
Studio: Encourage Films, Satelight
Ocena Recenzenta: 6/10

-Ulubienicą ludzi na /m/ jest zdecydowanie "Krysia". Fakt ten nie powinien dziwić, biorąc pod uwagę że dziewczyna ma charakterek, jest urodziwa a dodatkowo można rzec że jest tym, czym byłby Gundam Heavy-Arms skrzyżowany z Valkyriami z Macrossa, gdyby przerobić je na dziewczynkę.

-W "Symphogear" dopatrzeć się można wielu nawiązań do mecha anime. Przykładowo:
*Pięści Hibiki działają na podobnej zasadzie,co "Heart Breaker" Godannara, bądź "Revolving Staker" Alteisena
*Jej tryb BERSERK zaś na myśl przywodzi EVĘ-01 bądź też Gunleona
*Jeden z ataków Chris łudząco przypomina "Satelitte Cannon" Gundama X
*Wiele ataków Tsubasy kojarzyć się może z atakami potężnego Daizengara. Jeden z nich swoją drogą podpiąć można również pod kolejną wariację "Super Inazuma Kick" z "Gunbustera".
*Piosenki będące źródłem energii - "Macross 7" się kłania.

Screeny:








środa, 1 stycznia 2014

Szczęśliwego Nowego Roku!


Na wstępie - spóźnione, wiem. A-ale napisałem już i na swoim Facebooku, i na MFC, i na Figurkowie... więc wybaczyć można, prawda?

W każdym razie - będzie to, trzeci na tym blogu, swoisty post informacyjny, w którym podsumuję to co się w ubiegłym roku wydarzyło, skrobnę co nieco na temat tego co planuję tu jeszcze wstawić itede itepe.

Tak więc, Blog funkcjonuje już praktycznie pół roku. Hip, hip, hurra~! W tym czasie udało mi się, mimo mojego ogromnego lenistwa, tymczasowej pracy i natłoku obowiązków studenckich, popełnić aż 57 artykułów, z czego większość to głównie recenzje mniej lub bardziej wartych uwagi starych anime. Oprócz tego okazjonalnie pojawiły się tutaj recenzje tytułów niszowych, ciekawych gier wideo (choć tego typu teksty akurat bardziej publikuję teraz na jfan.pl) oraz nawet - uwaga - 2 relacje z konwentów (licząc Zjazd Figurkowiczów). A oprócz tego udało mi się zrecenzować aż 5 figurek z mojej kolekcji i nawet jeden Artbook. Póki co trzymam się zatem wstępnych założeń i nie offtopuję tu za bardzo... zakładając, że na blogu da się w ogóle offtopować *śmiech*
2013 był dla mnie bardzo dobrym rokiem... choć zaczął się, jak to się popularnie mawia, "Do dupy". Z każdym kolejnym miesiącem było już jednak coraz lepiej. Udało mi się spełnić wiele marzeń, dopaść sporo tzw. "Świętych Graali" (upragnionych figurek i gier)... zapowiedziano również wiele interesujących mnie gier i anime (SUPER ROBOT TAISEN Z3 FUCK YEAH!). No i nie zapominajmy o tak wspaniałych eventach, jak Zlot Figurkowiczów (bawiłem się naprawdę przednio i nie mogę się doczekać kolejnego~!) i BAKA 2k13. 
Na dobrą sprawę, jedyne na co w tym roku bym narzekał, to nadmiar zapierniczu na studiach. Zwłaszcza gramatyka opisowa, brrrr...
Mam naprawdę spore nadzieje, że 2014 będzie rokiem równie udanym, a nawet lepszym.

Jakie mam plany na przyszłość? Oczywiście więcej zachwycania się starociami i serwowania wam jak największej ich ilości. Nadal spodziewać się możecie także recenzji moich figurek, okazjonalnego pisania o nowszych tytułach (pod warunkiem, że są niszowe/powiązane z mecha) oraz recenzowania jakiejś gry raz na ruski rok (choć tutaj raczej odsyłam na jfan). Oczywiście nadal będę też pisał relacje z konwentów, na których się zjawię.
 Rozważam także wprowadzenie pewnej nowej kategorii tekstów, ale póki co pozostawię to w tak zwanej "Sferze Tajemnic", gdyż nie mam jeszcze 100% pewności co z tego wyniknie. Powiem zatem tylko tyle, iż w niedalekiej przyszłości pojawiać się tu może zacznie coś więcej niż tylko relacje i recenzje (nie martwcie się jednak, nie będą to moje pamiętniki. Takich pierdół nikt nie chciałby czytać *śmiech*)
Uprzejmie informuję także, iż napisy do "Dream Hunter Rem" oraz "New Dream Hunter Rem" są już praktycznie ukończone i powinny w najbliższym czasie trafić do sieci. Proszę was jeszcze tylko o troszkę cierpliwości~

Wypada również podziękować wam wszystkim, kochani czytelnicy, którzy na tego bloga, nawet raz na ruski rok, zaglądacie. Cieszę się niezmiernie, że komuś się moje teksty podobają i są przyjemną lekturą. Zdecydowanie motywuje mnie to do dalszego pisania.
Szczęśliwego Nowego Roku życzę Wam wszystkim~! Mam nadzieję, że obfitował będzie w same wspaniałe rzeczy.

Na sam koniec dodam jeszcze, że skończyłem składać i malować swojego Big O. Za kilka tygodni zatem spodziewać się możecie jego recenzji.


Sadystyczna przygodówka utrzymana w klimatach brutalnego horroru - "Demonophobia" (+18)

Poniższy tekst (jak i gra w nim opisywana) obfitować może w kadry niecenzuralne, brutalne i niesmaczne. Czytacie na własne ryzyko. Jeśli reagujecie odruchem wymiotnym/przerażeniem/irytacją na wszelkie przejawy brutalności i dewiacji maści wszelakiej, to radzę przewinąć bloga do kolejnego tekstu. Najlepiej używając odnośników po prawej stronie. Dziękuję za uwagę~

Powiem szczerze, że od zawsze bardzo lubiłem tzw. "indie games". Z racji tego, iż są to tytuły robione przez niezależne (z reguły) od większych firm osoby, to oferują odbiorcy dużo większą różnorodność, sięgając bardzo często po takie tematy, których słynni developerzy za cholerę by nie chcieli ruszyć.
Zdecydowanie moim ulubionym typem "indie games" są bijatyki oraz przygodówki maści wszelakiej. Zapewne dlatego, że pierwszymi niezależnymi tytułami, po jakie sięgnąłem były "Ib" oraz słynny "M.U.G.E.N.". Od tamtej pory z niesamowitą wprost lubością przekopuję się przez czeluście internetu w poszukiwaniu nowych, ciekawych tytułów. W trakcie takowych poszukiwań natknąłem się na YouTube na fragment "Let's Play" poświęconego dość... nietuzinkowej przygodówce o wiele mówiącym tytule "Demonophobia". I jakoże zauroczyły mnie iście przerażający klimat, ładnie, aczkolwiek prosto wykonana oprawa graficzna oraz niezwykle śliczna bohaterka, to postanowiłem dać tytułowi szansę...
O Boże, co ja zrobiłem...



Gracz wciela się w rolę prześlicznej dziewczynki imieniem Sakuri. Nasza mała bohaterka to czysta kwintesencja japońskiej animowanej dziewuszki - duże błyszczące oczka, nieco zakłopotana minka, średniej długości kudełki ozdobione uroczymi spineczkami... oh i oczywiście nasza bohaterka ubrana jest w kusą spódniczkę, śnieżnobiałe getry i schludną białą koszulinkę. Moe/10.
Skoro wcielamy się w tak śliczną bohaterkę, to zapewne sama gra też taka będzie, prawda? Beeee, nie! Tytułu tekstu nie czytaliście? "Sadystyczna przygodówka", "Brutalny horror" itd, itp. Tak więc...
Nasza mała bohaterka z bliżej nieokreślonych przyczyn budzi się nie w swym ciepłym, wygodnym łóżeczku, ale w ciemnym, zimnym i emanującym przerażającą atmosferą korytarzu. Podobnie jak my, nie ma ona za cholerę pojęcia jak się tu znalazła. Wie jednak, że zdecydowanie nie jest dobrym pomysłem tu zostawać, toteż postanawia się stąd wydostać. No właśnie, pytanie tylko jak? W pomieszczeniu nie ma ŻADNYCH drzwi, a co więcej na ziemi zauważyć można podejrzane czerwone plamy, które raczej nie są pozostałościami po badziewnym malowaniu pokoju. Nasza bohaterka (a raczej gracz nią kierujący) dostrzega jednak podejrzany przycisk znajdujący się w ścianie. Po jego naciśnięciu jedna ze ścian otwiera się i Sakuri może opuścić nieprzyjemne pomieszczenie, hurrraaa~!
...
Tylko po to, by trafić do kolejnego, równie nieprzyjemnego pomieszczenia. W dodatku fruwa w nim jakiś upierdliwy kruk...zombie...niedopieczony kotlet... W każdym razie COŚ z czym Sakuri raczej wolałaby się bliżej nie zaprzyjaźniać. Nasza bohaterka omija upierdliwego stwora i po kilku mniej lub bardziej sadystycznych scenach (o których więcej za moment) zdobywa kluczyk, dzięki któremu może w końcu wydostać się z tego wariatkowa...
...
Nie.
Trafia zamiast tego do długiego korytarza, w którym rezyduje ogromny robal, mający na nią zdecydowanie chrapkę. Przerażona dziewczynka jakimś cudem mu na szczęście umyka.
Ale to oczywiście nie koniec kłopotów. Czeka ją jeszcze pojedynek z czerwonym olbrzymem, który czerpie chyba sadystyczną przyjemność z obijania niewinnych dziewczątek...
Kiedy Sakuri uda się już jakimś cudem uciec przed tymi wszystkimi potwornościami trafia do pustego pomieszczenia z dziwnym symbolem na podłodze. Nie jest to jednak jej największe zmartwienie, bowiem po krótkiej chwili dostrzega, że nie jest w tym pomieszczeniu jednak sama. Jej oczom ukazuje się mała niebieska zjawa. Oczywiście po doświadczeniu tak wielu potworności dziewczynka reaguje atakiem paniki i błaga, by duch nie robił jej krzywdy. On jednak uspokaja ją i przekonuje, że nie ma zamiaru wyrządzać jej żadnej krzywdy. Wręcz przeciwnie - chce on jej pomóc wydostać się z tego piekielnego miejsca. Uprzedza jednak, iż nie będzie to proste zadanie...



Tak kochani, jak zapewne z tego króciutkiego streszczenia wywnioskowaliście, mamy do czynienia z pełnoprawnym horrorem. W dodatku chwilami niezmiernie brutalnym i obscenicznym. Na małą Sakuri bowiem czyha wiele niebezpieczeństw. Pomijam już fakt, że praktycznie każda napotkana istota chce jej wyrządzić krzywdę. Pomijam już fakt, że Sakuri nie ma żadnej broni, którą mogłaby choć spróbować walczyć z zagrażającymi jej potworami. Oprócz tego przyjdzie jej jeszcze zmierzyć się z wieloma wymyślnie rozstawionymi pułapkami, które mogą uśmiercić ją na jeden z pierdyliarda wymyślnych sposobów. Wspomniałem może, że wiele z tych pułapek jest tak sprytnie ukrytych, że nie w sposób przewidzieć gdzie się znajdują? Bawcie się dobrze...
Ogółem jest strasznie i krwawo. Jeśli mieliście styczność z innymi strasznymi japońskimi przygodówkami i myślicie, że jesteście przygotowani na każdą ewentualność, każdą pułapkę, scenę zgonu itd. to od razu wyprowadzę was z błędu i powiem - NIE JESTEŚCIE. Gracz naprawdę musi nieźle się postarać, by utrzymać małą bohaterkę przy życiu. A zapewniam was, że po obejrzeniu kolejnej strasznej sceny śmierci będziecie chcieli za wszelką cenę uratować to urocze maleństwo.
Jak wspomniałem - Sakuri nie ma żadnej broni. Nie, kopnąć nikogo też nie może. Czego wy wymagacie od małej, delikatnej dziewczynki, która z bliżej nieokreślonych przyczyn ląduje nagle w strasznym piekle? Jak zatem nasza bohaterka ma radzić sobie z zagrażającymi jej niebezpieczeństwami? A no zdać się musi na swoją wątpliwą kondycję i spryt. Inaczej mówiąc - dużo będzie uciekania, skradania się, czołgania tunelami itd. Pamiętajcie też, by zwracać uwagę na portret w prawym górnym rogu ekranu. Gdy Sakuri będzie na skraju rozpaczy a ramka wokół jej buziuchny zaczerwieni się - czeka was zgon.
Gra wymagać będzie od nas nie tylko refleksu ale i zmusi nas do zdrowego kombinowania. Nie wszystkie zagadki bowiem są proste i oczywiste. Rzekłbym nawet, że wiele z nich potrafi naprawdę zabić klina na długie godziny. Fani łamigłówek będą zatem wniebowzięci.
Wkurza jednak nieco sterowanie. Jest dość toporne i niewygodne, co chwilami może być zgubne, gdyż w grze wystarcza dosłownie minimalny błąd czy chwila nieuwagi, by bohaterka umarła po raz kolejny. Ludzie gryzący klawiaturę z wściekłości po każdym GAME OVER zatem winni trzymać się od tej gry z daleka... szkoda waszych zębów.



Fabuła jest szczerze mówiąc dość ciekawa i niezmiernie wciągająca. Rozwija się także w odpowiednim tempie i nie sprawia wrażenia ciągniętej na siłę. Co więcej, obfituje w kilka dość intrygujących zwrotów akcji, a samo zakończenie... powiedzmy po prostu, że jest cholernie odmienne od tego, co do tej pory widziałem w tego typu grach. 
Warto wspomnieć również, że historia w połączeniu z całym klimatem i piekielnym naprawdę chwilami poziomem trudności bardzo dobrze oddaje atmosferę beznadzieji sytuacji, w której znalazła się bohaterka. Sprawia to, że tym bardziej chcemy zrobić wszystko, żeby pomóc małej Sakuri przebrnąć cało przez to piekło i wrócić do szczęśliwego życia.
Powiem szczerze, że Sakuri to chyba pierwsza od bardzo dawna fikcyjna postać, której mi było naprawdę cholernie żal. Tak dużej chęci, by pomóc wyimaginowanej postaci nie miałem już naprawdę od bardzo, bardzo dawna. Gra zatem bardzo dobrze igra z emocjami odbiorcy, wywołując u niego odpowiednie reakcje.



Wróćmy jeszcze na chwilę do tych scen zgonów. "Demonophobia" oferuje chyba największą ich różnorodność, jaką kiedykolwiek widziałem w grze wideo. Praktycznie każda pułapka i praktycznie każde monstrum bowiem uśmiercić może bohaterkę na kilka róznych sposobów, w zależności od tego w jakim momencie, w jakiej pozycji i w jakim stanie padnie ona ich ofiarą. Sakuri może zostać poćwiartowana, nabita na pal, spalona żywcem, zamrożona, zmielona... urrrrrgh..., dość. Istna uczta dla sadystów a dla normalnych ludzi (Oh wait, tacy w ogóle tego tytułu nie tkną...) kolejny powód, by za wszelką cenę nie dopuścić do śmierci bohaterki. Nie jest to stanowczo gra dla ludzi o słabych nerwach i żołądkach.



O oprawie audiowizualnej dużo nie można powiedzieć. Grafika jest prosta, aczkolwiek spełnia dobrze swoje zadanie. Sakuri jest śliczna, jej przeciwnicy i lokacje zaś chore, psychodeliczne i chwilami naprawdę przerażające. Co w ogóle ciekawe, fani horrorów doszukają się tu wielu nawiązań do innych produkcji, m.in "Silent Hill", powieści Stephena Kinga itd.
Muzyki, efektów dźwiękowych itd zaś... nie ma. Choć może to i lepiej, bo płaczu czy krzyków bohaterki raczej nie chciałbym słuchać... 
Warto wspomnieć jednak, że dla ludzi chcących podkreślić sobie klimacik muzyką powstały specjalne playlisty na YouTube, które oferują piosenkę na każdą lokację i sytuację.


Czy "Demonophobię" polecam. Uh, mam bardzo mieszane odczucia. Z jednej strony jest to kawał dobrze zrobionej przygodówki, zmuszającej gracza do kombinowania a przy tym wymagającej również niezłego refleksu. Z drugiej strony jednak, gra ma tak chory klimat, tak okropne sceny mordów i tak niesmaczne chwilami sytuacje (erotyczne też...), że nie poleciłbym jej stanowczo normalnym ludziom. Napiszę zatem może tak - masz zryty łeb i nie przeszkadza Ci fakt, że urocza dziewczynka po raz kolejny ginie wymyślną śmiercią? Graj.
Jeśli jednak jesteś normalnym człowiekiem, który, jak na normalnego człowieka przystało, nie potrafi znieść przesadnej brutalności, dewiacji i sadyzmu - trzymaj się z dala. Nie warto kalać sobie psychiki tym (po)tworem.



OCENA KOŃCOWA:
Grafika: 7/10
Muzyka: 0/10
Grywalność: 7/10
Fabuła: 9/10



*Do czytelników u których ciekawość okazała się silniejsza - nie mówcie, że nie ostrzegałem. I tak starałem się dobierać jak najnormalniejsze kadry (wierzcie mi, że skala okropieństwa w tej grze jest niewyobrażalna). W nagrodę za to, że dotarliście aż tutaj, macie śliczny obrazek z Sakuri:

Prawda, że urocza? Sama się prosi o przytulenie~

Swoją drogą - czekam, aż ktoś w końcu zrobi przeróbkę tej gry i wstawi doń tego typu scenę. Zignorujcie, proszę, badziewny angielski: