wtorek, 18 listopada 2014

Kim jestem? Skąd pochodzę? Dokąd zmierzam? - "RahXephon" (2002)

Jakie odpowiedzi otrzymacie, gdy na pierwszej lepszej "fejsbukowej" grupie poświęconej chińskim bajkom zapytacie o "anime psychologiczne"? Biorąc pod uwagę fakt, że lwia część naszego obecnego fandomu składa się głównie z gimbusów, dla których wszystko co brutalne = głębokie, to zapewne posypią się takie tytuły jak "Mirai Nikki", "Elfen Lied", czy też "Deadman Wonderland", które z właściwą psychologią mają tyle wspólnego, co nic. 
W związku z tym, że trochę mnie już taka sytuacja mierzi, to dzisiaj opiszę tytuł, który faktycznie bardzo mocno o psychologię się ociera i chwilami skłania widza do poważnych refleksji. Oto przed państwem jedno z najlepszych mecha anime w historii - "RahXephon".

Rok 2015. Kamina Ayato to typowy uczeń liceum, mieszkający wraz ze swoją matką w Tokio. Wiedzie spokojne, bardzo normalne życie - codziennie wychodzi na zajęcia, spotyka się ze znajomymi, a wieczorami poświęca się swojemu hobby, jakim jest malowanie. Całe jego życie zmienia się jednak diametralnie, gdy pewnego dnia, gdy jak co dzień jedzie tramwajem do szkoły, miasto zostaje zaatakowane przez tajemniczych najeźdźców. Do walki z nimi staje olbrzymi, tajemniczy byt zwany "Dolem". W wyniku starcia między nimi, teren miasta ulega ogromnemu zniszczeniu, tramwaj wykoleja się, a dwójka przyjaciół Ayato zostaje ranna. Nasz bohater każe im zatem nigdzie się nie ruszać, a sam wyskakuje z wagonu i biegnie po pomoc. W trakcie przemierzania zrujnowanych osiedli, napotyka tajemniczą, śpiewającą dziewczynę. Jak się okazuje, jest to jego koleżanka z klasy - Mishima Reika. Postanawiają razem rozejrzeć się za kimś, kto może im pomóc. W pewnym momencie jednak, ku zdumieniu Ayato, Mishima gdzieś znika, a on sam zostaje zaatakowany przez rządowych agentów. Z pomocą przychodzi mu kobieta imieniem Haruka. Wyjaśnia ona Ayato, że przybyła tutaj by wyrwać go ze świata ułudy i pokazać mu prawdę. Chłopak nie daje jednak wiary jej słowom, wsiada do pierwszego przejeżdżającego pociągu i odjeżdża. Zaraz potem udaje mu się ponownie spotkać z Reiką. Razem trafiają do tajemniczych ruin zwanych "Salą Rah". Znajdują tam olbrzymie jajo, z którego wykluwa się potężny robot - RahXephon. Jakby tego było mało, w momencie gdy Reika zaczyna znów śpiewać swoją pieśń, Ayato dostaje strasznej migreny i pada na ziemię, słysząc w swej głowie tajemniczy głos, nakazujący mu się przebudzić. Po tym wszystkim nasz bohater traci przytomność.
Budzi się następnego dnia w szpitalu. Pierwsze co robi to oczywiście pyta o to, czy zabrano wraz z nim również Reikę. Pielęgniarka odpowiada jednak, że prócz niego nikogo nie przywieziono. Na tym tajemnic jednak nie koniec - opuszczając salę szpitalną, bohater słyszy w radiu wiadomość, jakoby to państwowe siły obronne walczyły wczoraj z najeźdźcami. A kiedy idzie do szkoły i rozmawia ze znajomymi o Reice, okazuje się, że tylko on ją pamięta. Wszyscy jego koledzy nie mają pojęcia o kogo mu chodzi... Do chwili, gdy Reika pojawia się nagle w klasie, w wyniku czego wszyscy magicznie zaczynają ją rozpoznawać.
Widząc co się dzieje, Ayato zaczyna coraz częściej rozmyślać nad tym, co powiedziała mu Haruka. Po powrocie do domu znajduję zaadresowaną do siebie kopertę, w której znajduje... fotografię z tajemniczymi bytami, które wczoraj widział. Na tyle fotografi znajduje krótką notkę od nadawcy, który prosi go by przybył o drugiej nad ranem do Shakuji Park, jeśli chcę poznać całą prawdę. By rozwiać wszelkie swe wątpliwości Ayato postanawia przystać na tę propozycję i późną nocą wymyka się z domu... Prawda, którą odkryje sprawi, że cały jego dotychczasowy światopogląd zostanie wywrócony do góry nogami.

Nie ukrywam, że historia opowiedziana w "RahXephon" wciągnęła mnie niesamowicie. Niezmiernie podobało mi się zwłaszcza to, że serial nie wykłada nam od razu wszystkich odpowiedzi na tacy, a zamiast tego stopniowo ujawnia kolejne drobne elementy układanki, które widz powoli zaczyna łączyć w większą całość.  Przykładowo, choć już w pierwszych odcinkach dowiadujemy się, że świat w którym żyje bohater jest ułudą, to szybko okazuje się, że jest to najmniejszy z sekretów skrywanych przez ten tytuł. Spora w tym zasługa również i samego settingu, który wprost emanuje tajemniczością i daje ogromne możliwości na kreowanie kolejnych zagadek. Dzięki temu, oglądając RahXephona nie nudziłem się ani chwili, bowiem nieustannie starałem się samemu rozwiązywać kolejne prezentowane przez serial sekrety. Jakby tego było mało, za sprawą świetnie napisanych postaci, tytuł bardzo często stawia widzowi skłaniające do refleksji pytania - "Kim jestem?", "Dokąd zmierzam?", "Czy to, co czynię, jest właściwe?". Obserwując to, jakie interakcje między bohaterami zachodzą, jak zmieniają się ich osobowości oraz w jaki sposób podchodzą oni do różnych sytuacji oraz otaczającej ich rzeczywistości, nie w sposób choć raz nie zatrzymać odcinka i zastanowić się chwilę nad tego typu zagadnieniami.
Wszystko to sprawia również, że "RahXephon" do dziś jest mocno przyrównywany do Evangeliona. Ba, chwilami posądzany o otwarte podkradanie przedstawionych w nim sytuacji i pytań. Moim skromnym zdaniem jednak, "RahXephon" choć z Evangeliona mocno czerpie i porusza bardzo podobne tematy, to robi to zdecydowanie lepiej.

Oprawa audiowizualna jest cudowna. Biorąc pod uwagę, że serial pochodzi z roku 2002, a w dodatku jest po prostu serią telewizyjną, to byłem naprawdę oczarowany tym, jak ślicznie wszystko wygląda. Projekty postaci są schludne i naprawdę przyjemne dla oka, tła zaś szczegółowe i utrzymane w odpowiednio dobranych barwach. Nie można zapomnieć także o świetnych projektach robotów. Maszyny w "RahXephon" są cholernie nietuzinkowe i swoim wyglądem przypominają raczej tajemnicze, być może nawet nieco przerażające posągi wzniesione przez starożytne cywilizacje, aniżeli typowe, humanoidalne mechy. 
Nie można narzekać również na animację. Wszystko rusza się niezwykle płynnie, choreografia starć jest świetna i pełna dynamicznych ujęć, a spadków jakości praktycznie nie ma. Niezmiernie podobało mi się także to, jak poprzez odpowiednie zabawy z tłem i ujęciami, twórcom udało się oddać załamania nerwowe bohaterów, czy też momenty, w których ujawniane są największe tajemnice serii.
Muzyka jest po prostu wyśmienita. Opening - "Hemisphere" - to piękna, rytmiczna piosenka, której wybornie słucha się również poza samym serialem. Podobnie sprawa ma się z resztą soundtracku. W anime tym przeważają zdecydowanie kawałki jazzowe, utwory grane na skrzypcach, niepokojące brzdąkania na pianinie oraz chóry. Bardzo dobrze podkreśla to i tak już mocno specyficzną atmosferę całej produkcji.
Bardzo podobała mi się także gra aktorska. Aktorzy potrafili wyśmienicie zagrać każdą z emocji bohaterów - strach, gniew, radość, smutek. Wszystkie kwestie wypowiadane przez postacie brzmią przekonująco i słuchając ich ani razu nie krzywiłem się z zażenowania.

Podsumowując - "RahXephon" to kawał świetnie zrealizowanej bajki. Jest to również zdecydowanie jedna z najlepiej wykonanych serii psychologicznych, jakie dane mi było obejrzeć. Fabuła jest ciekawa i rozbudowana,  zachowania bohaterów skłaniają widza do refleksji, a prześliczna oprawa audiowizualna działa tylko na korzyść produkcji. Jeśli jest coś, do czego mogę się w tym tytule przyczepić, to fakt, że może on być zbyt skomplikowany/nudny dla widza, który od anime oczekuje tylko i wyłącznie wartkiej akcji i głupkowatych cycatych panienek.
Zdecydowanie polecam. "RahXephon" to tytuł, który z pewnością zadowoli nawet najbardziej wybrednych koneserów chińskich bajek. Wielkie brawa dla studia Bones.

Typ Anime - Seria TV
Rok produkcji - 2002
Pełny Tytuł: „RahXephon”
 Reżyseria: Yutaka Izubuchi
Scenariusz: Shou Aikawa
Muzyka: Jun'Ichi Kanezaki, Keiichi Oku, Michiru Oshima i inni
Gatunek: Super Robot, Psychologiczny, Science-Fiction
Liczba Odcinków: 26
Studio: BONES
Ocena Recenzenta: 8.5/10

-Jak wspomniałem, seria jest bardzo podobna do Evangeliona. Mało kto jednak wie, że RahXephon garściami czerpie także ze starego serialu z lat 70-tych - "Yuusha Raideen". Sam robot jest praktycznie redesignem tytułowej maszyny ze wspomnianej bajki właśnie, a jakby tego było mało, w obu tytułach pojawia się mitologiczna rasa Mu.

-RahXephon miał okazję dwukrotnie wystąpić w serii "Super Robot Taisen". Kopnął go swoją drogą niesamowity zaszczyt wystąpienia w jednej z najlepszych części tego cyklu - "Super Robot Taisen MX" na PS2. W wyśmienity sposób zmieszano tam jego historię z takimi tytułami jak "Neon Genesis Evangelion", "Yuusha Raideen", czy też "Hades Project Zeorymer". Zdecydowanie polecam zapoznać się z tym tytułem.

Screeny:






Komediowe zakończenie sagi o magicznych wojownikach i ich robotach - "Lord of Lords Ryu Knight: Adeu's Legend FINAL" (1996)

Sporo czasu minęło już, odkąd opisywałem tutaj drugą część "Adeu's Legend". Wypadałoby zatem w końcu skończyć cykl recenzji poświęconych tej serii, dlatego też dziś przyjrzymy się bliżej ostatniej OVA z niej pochodzącej. Od poprzednich dwóch odsłon różni się ona jednak pod bardzo wieloma względami...

Po bezkresnej pustyni drepta sobie powoli grupka walecznych śmiałków, chcących obalić władającego całą krainą "Earth Tear" mrocznego lorda. Łażą tak i łażą od kilku dni i są już u kresu sił. Na całe szczęście, napotykają na swej drodze czarnego rycerza Galdena, który jak zwykle nie potrafi trzymać buzi na kłódkę i usiłując popisać się swoim geniuszem i sprytem wyjawia im, że mroczny lord, którego szukają, rezyduje w znajdującej się niedaleko mieścinie, słynącej z gorących źródeł. Nasi bohaterowie nie tracą zatem czasu i pędem ruszają w kierunku wskazanej przez rozgadanego bufona miejscowości, by wypełnić swoją misję. Jak się jednak okaże, zgładzenie mrocznego lorda będzie zadaniem o wiele trudniejszym, niż dzielni herosi mogli sobie wyobrażać.

"Adeu's Legend FINAL" nie jest powiązane ani z wydarzeniami z serii TV, ani tymi z OVA. Jest to raczej oddzielna, króciutka i humorystyczna historyjka, w której spotykają się bohaterowie obu wersji opowieści. W związku z tym fabuła nie jest jakaś nader skomplikowana i zdecydowanie schodzi tu na dalszy plan, daniem głównym zaś są gagi i nawiązania do obydwu serii. Niestety jednak, wypadają one bardzo średnio. Możliwe że jest to spowodowane tym, że nie jestem docelowym odbiorcą dla tego tytułu (jest to w końcu bajka dla dzieci), ale przez całe pół godzinki które trwa animacja zaśmiałem się tylko raz, może dwa.
Co zaś można powiedzieć o postaciach? Raczej niewiele, poza tym że są parodiami bohaterów serii TV oraz OVA, z maksymalnie przejaskrawionymi wszelkimi ich wadami. Adeu i Galden są zatem jeszcze bardziej pyszałkowaci, Izumi przemądrzały, a Hyunt i Ikuzus zostają zredukowani do roli śmieszko-przydupasów, starających się (z mizernym skutkiem) naszkodzić bohaterom.

Oprawa audiowizualna uległa sporym zmianom. Z racji tego, że mamy tu do czynienia z krótką śmieszkową opowiastką, wszyscy bohaterowie narysowani zostali w pokracznej nieco konwencji Super Deformed, tła zaś są raczej bardzo proste, pozbawione wyraźniejszych szczegółów. Dzięki takim uproszczeniom twórcom dużo łatwiej było oddać zwariowaną atmosferę produkcji, z drugiej strony jednak nie ma raczej na czym oka zawiesić. Animacja również nie powala, nie wybiegając ponad to, co można zobaczyć w innych seriach z okresu lat 90-tych.
Muzyka praktycznie nie istnieje. Znaczy, słychać w tle jakieś tam brzdąkania, jednak są one na tyle generyczne i nudne, że bardzo szybko zapominamy całkowicie o ich istnieniu. A szkoda wielka, bowiem seria "Ryu Knight", zarówno telewizyjna jak i OVA, mogła się popisać naprawdę wyśmienitą ścieżką dźwiękową, stąd też brak takowej  w finałowym jej epizodzie nieco boli.
Na całe szczęście złego słowa powiedzieć nie można o grze aktorskiej. Ta nadal jest wyborna i słucha się jej z nieskrywaną przyjemnością. Aktorzy po raz kolejny idealnie oddali charaktery swoich bohaterów i zdecydowanie nie można im zarzucić sztuczności.

"Adeu's Legend FINAL" zdecydowanie nie jest produkcją dla wszystkich. Animacja ta kierowana jest raczej do tych widzów, którzy mieli już okazję obejrzeć przygody Adeu i jego przyjaciół. Prawdę powiedziawszy jednak, sam jako wielki fan serii, byłem nieco rozczarowany tym, co ta króciutka OVA sobą zaprezentowała. Humor jest taki sobie, oprawa audiowizualna, choć bardzo dobrze podkreśla karykaturalność bajki, raczej nie powala, a jedyne, co nadal stoi na wysokim poziomie, to gra aktorska. Czy polecam? Raczej nie. Chyba że bardzo chcecie jeszcze raz zobaczyć swoich ulubionych bohaterów w akcji. Jeśli nie, to możecie sobie spokojnie darować. Nie stracicie nic ciekawego.

Typ Anime - Seria OVA
Rok produkcji - 1996
Pełny Tytuł: „Lord of Lords Ryu Knight: Adeu's Legend FINAL” ("Haou Taikei Ryuu Knight: Adeu's Legend FINAL")
 Reżyseria: Tsukasa Dokite
Scenariusz: Akemi Omode
Muzyka: Jun'Ichi Kanezaki, Keiichi Oku, Michiru Oshima i inni
Gatunek: Komedia, Parodia
Liczba Odcinków: 1
Studio: Sunrise
Ocena Recenzenta: 4/10

Screeny(z góry przepraszam za ich mizerną jakość, ale jedyna wersja tej OVA, jaką można w sieci znaleźć, pochodzi z nagrania ze starej kasety VHS...):








wtorek, 14 października 2014

Leczenie impotencji metodami niekonwencjonalnymi - "Ogenki Clinic Adventures" (1991) (+18)

W sumie, tak się właśnie pokapowałem że od dawna nie pojawiła się tutaj żadna recenzja "pikantniejszej" bajki. Ostatni tytuł z pieprzykiem, który tutaj opisywałem to było chyba "Cream Lemon: Pop Chaser".  Wspomniałem wtedy, że hentaie z lat 80-tych były produkcjami naprawdę dobrymi, w których, wbrew pozorom, bardziej stawiano na świetną oprawę audiowizualną i sympatycznych bohaterów, a sceny erotyczne były jedynie miłym dodatkiem.
A jak sprawa miała się z tymi z lat 90-tych? Czy i one wypadają równie dobrze? By się tego dowiedzieć, przyjrzymy się dzisiaj "Ogenki Clinic" - jednej z najbardziej znanych animacji erotycznych z tego okresu.

PONIŻSZY TEKST OBFITOWAĆ MOŻE W NIECENZURALNE KADRY ORAZ OPISY. JEŚLI NIE MASZ UKOŃCZONYCH 18 LAT, NIE CZYTAJ DALEJ
(I tak wszyscy przeczytają...)

Klinika Doktora Ogenki to niewielka przychodnia, mieszcząca się w pewnym dość obskurnym apartamentowcu. Pomimo specyficznego umiejscowienia, nie narzeka ona jednak na brak klientów. Trzeba bowiem wspomnieć, że klinika owa słynie ze skutecznych, aczkolwiek niezwykle kontrowersyjnych i niekonwencjonalnych sposobów leczenia impotencji. W związku z tym, każdego dnia do kliniki Ogenki przybywają coraz to kolejni pacjenci cierpiący na seksualne problemy maści wszelakiej - jeden pacjent nie jest w stanie dojść podczas stosunku; inny znowuż nie potrafi odczuwać przyjemności z seksu, jeśli nie ma na sobie kostiumu superbohatera; jeszcze kolejny zaś podniecić może się tylko wtedy, gdy patrzy na dwie zabawiające się ze sobą lesbijki. Doktor Ogenki oraz jego hojnie obdarzona przez naturę pomocniczka - siostra Tatase - mają zatem nieustannie pełne ręce roboty i wymyślać muszą coraz to nowe sposoby, by nieszczęśnikom tym nieść pomoc.

Tak. To anime jest głupie. Okrutnie głupie. I nie, nie jest przez to śmieszne, bynajmniej. Co prawda pojawia się w nim kilka zabawnych, faktycznie pomysłowych żartów, ale w dużej mierze oglądając "Ogenki Clinic" czułem się zdegustowany. I to nie tak, że ja jestem jakimś wielkim przeciwnikiem zbereźnego humoru, nie. Jak jest on faktycznie śmieszny i odpowiednio serwowany, to potrafię zdrowo ryknąć śmiechem, tak jak to miało miejsce w przypadku choćby Daimidalera. Problem z gagami w "Ogenki Clinic" jest jednak taki, że twórcy momentami stanowczo przekraczają granicę i humor wydaje się być nader wymuszony. Wiecie, wygląda to mniej więcej tak, jakby ktoś wam opowiedział okrutnie suchy żart a potem kazał się śmiać.
Jeśli o "fabułę" idzie, to Ogenki Clinic jest utrzymane w formacie epizodycznym. Poszczególne odcinki przedstawiają luźne, raczej niezbyt powiązane ze sobą historyjki, z których każda koncentruje się na innym pacjencie i innej dolegliwości.
Co do bohaterów - klisza pogania kliszę. Zbereźny pan doktor, chętna pielęgniareczka, wstydliwy piękniś... jedyną dość nietuzinkową postacią, pojawiającą się w tym anime, jest... penis doktora Ogenki. Nie, nie żartuję sobie. Penis tytułowego lekarza jest najoryginalniejszą postacią, bowiem jako jedyny nie jest bohaterem, którego na co dzień spotkać można w innych (nawet tego typu) produkcjach. Co w ogóle zabawne, poza faktem że jest równie zbereźny co swój właściciel, to jeszcze podobnie jak on nosi okulary oraz sumiasty wąs.

No dobrze, ponarzekałem na badziewny, rynsztokowy humor i nudne postacie, to może teraz powiem coś dobrego o oprawie audiowizualnej? Niestety, nie. "Ogenki Clinic" bowiem prezentuje się nad wyraz brzydko. Szkaradne projekty postaci, blade i nijakie kolory, proste tła czy też bardzo oszczędne cieniowanie raczej nie przemawiają na korzyść tej produkcji. Nie lepiej jest z animacją. Jest bardzo oszczędna i momentami wygląda, jakby brakowało w niej kilku klatek. Jedyne co jest płynnie zanimowane i cieszy oczy feriom barw to... dziwaczne wstawki z kolorowymi, tańczącymi penisami, pojawiającymi się tu i ówdzie kiedy Doktor Ogenki opisuje jakąś przypadłość seksualną, bądź sam odbywa stosunek z jedną z bohaterek. Tak, lwia część budżetu poszła właśnie na to.
No dobrze, to może chociaż muzyka jest okej? Też nie. Jedynym wpadającym w ucho utworem jest opening. Reszta to randomowe brzdąkania, które bardzo szybko giną gdzieś tam w tle. I powiecie zaraz "Goge, to przecież porno, kto się przejmuje w takich produkcjach muzyką". A no ja się przejmuję. Po części przez zboczenie zawodowe a po części przez to, że znane są mi pornobajki, które muzyką bardzo pozytywnie zaskakiwały ("Cream Lemon" lub też "Call me Tonight").
Co nam jeszcze zostało do omówienia? A, tak, gra aktorska. Ta jest... typowa dla kiepskiego porno. Spodziewajcie się zatem fatalnie odegranych, zdrowo przerysowanych dialogów oraz "ochów" o "achów" maści wszelkiej...

Okej, dość, analizowanie kiepskich porno klasy B (może nawet niższej) nie jest zajęciem przyjemnym, więc przejdźmy do podsumowania. "Ogenki Clinic" jest produkcją złą. Okrutnie złą. Nie poleciłbym jej nawet tym, którzy najzwyczajniej w świecie oglądają porno w celach wiadomych. Postacie wyglądają jak maszkary, muzyka nie istnieje, animacja jest fatalna (no, chyba że mówimy o scenach z tańczącymi penisami...), humor żenujący... Dziwię się sam sobie, że przez to przebrnąłem, no ale przynajmniej mogę teraz z czystym sumieniem to ludziom odradzać. Serio, trzymajcie się od tego z daleka. Jeśli chcecie obejrzeć dobrą pornobajkę, to złapcie się lepiej za wspominane tutaj wielokrotnie "Cream Lemon", albo "Daimidalera". Są to bajki dużo przyjemniejsze i śmieszniejsze, aniżeli ten potworek.

Typ Anime - Seria OVA
Rok produkcji - 1991
Pełny Tytuł: „Ogenki Clinic Adventures”
 Reżyseria: Takashi Watanabe
Scenariusz: Takashi Watanabe, Haruka Inui
Gatunek: Hentai, Komedia
Liczba Odcinków: 3
Studio: AC Create, Akita Shoten
Ocena Recenzenta: 2/10

Screeny:








poniedziałek, 15 września 2014

Dziewczyna i robot kontra Brazylijskie Imperium - "Dragon's Heaven" (1988)

Odkurzania zaginionych perełek ciąg dalszy. Dziś odkopałem dla was prawdziwy rarytas, który popisać może się tym, że jest jedną z niewielu (jeśli nie jedyną) japońskich animacji, które zaczynają się ponad pięciominutowym wstępem z żywymi aktorami i sporych rozmiarów kukiełkami robotów. A oprócz tego wyróżnia się naprawdę intrygującym stylem rysunku. O czym dziś będzie mowa? O króciutkiej, post-apokaliptycznej OVA zatytułowanej "Dragon's Heaven".

W dalekiej przyszłości wybucha wojna pomiędzy ludźmi a zbuntowanymi robotami, dowodzonymi przez maszynę znaną jako El-Medine. Jednym z żołnierzy uczestniczących w konflikcie jest stojący po stronie ludzkości robot zwany SHAIAN. Podczas finałowej bitwy z mechaniczną armią zabity zostaje jego ludzki partner, bez którego nasz poczciwy robot nie jest w pełni sprawny. W związku z tym, SHAIAN zasypia na długie tysiąc lat...
Ze swego długiego snu nasz bohater wybudza sie, gdy zostaje odnaleziony przez młodą, śliczną dziewczynę imieniem Ikuru. Wraz z nią udaje się do jej rodzinnego miasta - Kerutorii - gdzie po dłuższej rozmowie ze swą nową przyjaciółką dowiaduje się, że El-Medine nadal działa i wraz z podporządkowanym sobie Brazylijskim Imperium podbija coraz to kolejne krainy. SHAIAN nie ma zamiaru pozwolić swemu arcywrogowi tak się panoszyć. Składa zatem propozycję Ikuru, by ta została jego partnerką. Dziewczyna przystaje na to, jednak pod warunkiem, że robot będzie jej załatwiał rzadkie specjały. Tak oto rozpoczyna się wspólna przygoda tej niecodziennej parki.

Na wstępie zaznaczyć trzeba, że historia ukazana w tej krótkiej OVA jest zaledwie drobnym wycinkiem dużo większej opowieści z oryginalnego komiksu. Animacja ta ma zatem ten sam problem, co recenzowane tu dawno temu "The Five Star Stories" - o ile dla fanów komiksu jest prawdziwym smaczkiem, tak widzowie niezaznajomieni z pierwowzorem będą się tu czuć strasznie zagubieni. Akcja pędzi bowiem na złamanie karku i nie serwuje zbyt wielu wyjaśnień. Również samo zakończenie wydaje się być dość mierne, bowiem finałowy zły zostaje sprany tak szybko i łatwo, że na usta aż ciśnie się pytanie "Ale że to tyle?".
Na całe szczęście, bohaterowie są nam przybliżeni bardzo dobrze i nie wprawiają już widza w tak wielkie zakłopotanie, jak sama historia. Ich charaktery, o ile nie są jakieś nader rozbudowane, tak nakreślone są bardzo wyraziście i zaskarbiają sobie sympatię widza. Spodobał mi się zwłaszcza fakt, że mechy w tym anime występujące obdarzone są własną osobowością, miast być kolejnymi pozbawionymi duszy pancerzami, których jedynym celem jest bycie zwykłym uzbrojeniem. SHAIAN jest bohaterem niezwykle sympatycznym i naprawdę przyjemnie obserwuje się jego interakcje z Ikuru. Co więcej, między parką tą zaczyna powolutku kiełkować miłość, co prowadzi do całkiem uroczego i nietuzinkowego wątku romansowego.

Najciekawszą rzeczą w "Dragon's Heaven" jest jednak oprawa audiowizualna, zwłaszcza ze względu na to, że OVA ta popisać się może kilkoma naprawdę nietuzinkowymi zabiegami. Największe wrażenie zrobił na mnie, wspomniany już na początku tekstu, pięciominutowy klip z prawdziwymi, sporych rozmairów kukiełkami robotów, które stoczyły ze sobą walkę. I choć dziś ich ruchy wydać się mogą nieco sztywne, to z całą pewnością w okresie, gdy OVA ta po raz pierwszy trafiła na Laser Dyski, wstawka ta robiła piorunujące wrażenie.
Na tym jednak wizualnych niespodzianek nie koniec, bowiem również sama oprawa plastyczna animacji jest bardzo nietuzinkowa. Słyszeliście może o francuskim rysowniku znanym jako "Moebius"? Jego komiksy do dziś cieszą się sporą popularnością oraz zaskarbiają sobie kolejne rzesze fanów, ze względu na swój niesamowicie fantazyjny styl rysunku. Co więcej, prace jegomościa wisiały na wystawach w wielu muzeach, wraz z pracami takich sław jak choćby Hayao Miyazaki. "Dragon's Heaven" garściami czerpie z twórczości tego pana. Charakterystyczny efekt cieniowania, uzyskany za pomocą odpowiedniego używania kropek oraz linii poprzecznych nadaje serii niesamowitego i nietuzinkowego klimatu. Przepięknie wygląda to zwłaszcza na tłach, które wyglądają jak żywcem wyrwane z prac francuskiego komiksiarza.
Niezwykle zauroczyły mnie także designy mechów. Wszystkie wyglądają niezwykle surrealistycznie, każdy jest inny i każdy przystosowany do używania innego uzbrojenia.
Projekty postaci ludzkich są dość typowe dla okresu, w którym OVA powstała, jednak nie oznacza to wcale, że są złe. Są schludne i bardzo przyjemne dla oka. Niezwykle fantazyjnie prezentują się również noszone przez postacie ubrania, które natychmiastowo na myśl przywodzą te znane z "Nausicii", "Gwiezdnych Wojen" czy choćby "The Five Star Stories".
Animacja najwyższych lotów nie jest, jednak nie dopatrzyłem się w niej jakichś znaczniejszych chrupnięć czy oszczędności. Prezentuje się dość solidnie, choć zdecydowanie mogłaby być lepsza.
Muzyka jest rewelacyjna i idealnie podkreśla wydarzenia na ekranie. Naprawdę przyjemnie słucha się jej również poza samą animacją i przyznać muszę, że OST z "Dragon's Heaven" stoi bardzo wysoko wśród moich ulubionych soundtracków.
Pochwalić należy także i aktorów, bo spisali się wyśmienicie i idealnie oddali charaktery każdej z postaci. Najbardziej spodobał mi się chyba głos El-Medine - mechaniczny, skrzeczący nieco ton idealnie podkreśla osobowość wrednego antagonisty.

Czy "Dragon's Heaven" warte jest uwagi? Jak najbardziej. Choć pędząca na złamanie karku akcja może wprawić w zakłopotanie, to nadal warto sięgnąć po tę bajkę choćby ze względu na to, że oferuje naprawdę niesamowite doznania wizualne. Co więcej, jest to jedno z niewielu anime, które popisać się może tak ciekawym wykorzystaniem animacji kukiełkowej.
 Jeśli nie macie w planach nic innego a chcecie popatrzeć na prześliczne scenerie i ciekawe projekty robotów, to śmiało za "Dragon's Heaven" się łapcie.  Zwłaszcza fani twórczości Moebiusa powinni z tytułem tym się zapoznać.

Typ Anime - Seria OVA
Rok produkcji - 1988
Pełny Tytuł: „Dragon's Heaven”
 Reżyseria: Makoto Kobayashi
Scenariusz: Makoto Kobayashi
Muzyka: Takashi Masuzaki, Takanobu Masuda i inni
Gatunek: Science Fiction, Real Robot
Liczba Odcinków: 1
Studio: AIC
Ocena Recenzenta: 6/10

Screeny:





piątek, 22 sierpnia 2014

"Nie ma sensu czekać na nas w piekle... TO MY JESTEŚMY PIEKŁEM!" - "Mazinkaiser SKL" (2010)

"Stay alive the deadly game you play!
Burn the torch now to light the way!
Stay alive to break down the wall!
The time has come to make the final call!

Are we standing on the edge of hope?
The human race is on its way to destruction!
Fire back to bring us back to life!
We are the soldiers at the edge of time!

MAZIN-KAIZER!
We are the soldiers of eternity!
MAZIN-KAIZER!
Immortal god machine sets the world free!"

Takimi oto słowami zespół LOUDNESS  raczy nas w swym "Eternal Soldiers" - piosence będącej openingiem opisywanej dziś serii. Serii, do której - choć stara nie jest - mam ogromny sentyment, bowiem pamiętam, iż z wielką niecierpliwością czekałem nań już od momentu, gdy dopiero co została zapowiedziana. Mazinkaiser SKL - bo taki tytuł nosi ta produkcja - miał bowiem oferować potężne mechy, twardych bohaterów, piękne dziewczęta, świetną, mocną muzykę oraz spektakularną rozpierduchę. Nic dziwnego zatem, że gdy OVA została w końcu wydana, natychmiastowo się nań rzuciłem i zmaratonowałem wszystkie 3 odcinki. Czy dostałem to, na co faktycznie czekałem?

W niedalekiej przyszłości, na pewnej odizolowanej od świata wyspie, powstaje specyficzne więzienie dla najgroźniejszych zabijaków. Otoczone specjalnym, grawitacyjnym polem siłowym, skutecznie trzyma w ryzach całe zamieszkujące je tałatajstwo. Pewnego dnia jednak staje się rzecz straszna - okazuje się, że wspomniane pole uległo uszkodzeniu i jeśli szybko się go nie wyłączy, to wywoła okropną katastrofę, która zniszczy nie tylko wszelkie życie na ziemi ale również i samą planetę. Na powstrzymanie kataklizmu ludzkość ma 66 godzin. W związku z tym, na więzienną wyspę wysłany zostaje specjalny oddział "Skull Force", składający się z najlepiej wyszkolonych agentów do zadań specjalnych. Niestety, w wyniku zakłóceń wywołanych przez wariujące pole grawitacyjne, samolot oddziału rozbija się i wszyscy pasażerowie, poza panią oficer Yuki Tsubasą, giną. Sprawy komplikują się jeszcze bardziej, gdy okazuje się że "mieszkańcy" wyspy podzielili się na trzy walczące ze sobą obozy - armie Kiby, Garana oraz Airy - z których każdy jest w posiadaniu jednego z trzech generatorów mocy, zasilających pole grawitacyjne. Co więcej, każda z armii używa "swojego" generatora, aby nieustannie tworzyć kolejne maszyny bojowe, przy pomocy których usiłuje przejąć kontrolę nad całą wyspą. Jak nietrudno się domyślić zatem, misja powierzona młodej pani oficer okazuje się być jeszcze trudniejsza, niż mogło się na początku wydawać - no bo przecież żadna z armii nie odda dobrowolnie swego kluczu do zwycięstwa.
Z pomocą naszej bohaterce przybędzie jednak dwóch członków oddziału "Death Caprice" - Ken Kaidou oraz Ryo Magami - pilotujących ogromnego metalowego "boga zniszczenia" - Mazinkaisera SKL - zdolnego stawić czoła potężnym maszynom tubylców. Jest jednak jeden mały szkopuł - obaj piloci wspomnianego olbrzyma są totalnie nieokiełznani, szaleni i chętni do bitki, a ratowanie świata jest dla nich raczej sprawą drugorzędną. Ich głównym celem jest wymordowanie wszystkiego, co stanie im na drodze. Yuki będzie zatem musiała znaleźć jakiś sposób, by obu panów nieco okiełznać, coby podczas próby powstrzymania kataklizmu, nie roznieśli wszystkiego na strzępy...

Jeśli miałbym krótko powiedzieć, czym właściwie "Mazinkaiser SKL" jest, to zdecydowanie określiłbym go jako trzyodcinkowy Heavy-Metalowy teledysk. Głównym zadaniem tej produkcji jest bowiem dostarczenie widzowi efekciarskiej, ociekającej testosteronem rozpierduchy z udziałem potężnych maszyn, okraszonej ciężkimi brzmieniami... I wychodzi jej to bardzo dobrze. Serial nie traci bowiem zbyt wiele czasu na kreowanie świata przedstawionego i przechodzi po prostu do konkretów. I choć widzom nieprzyzwyczajonym do tego typu produkcji może się to wydać wadą, to wcale tak nie jest. Twórcy doskonale bowiem wiedzieli, w jaką publikę celują i postanowili dać jej dokładnie to, czego oczekiwała.
Bohaterowie wybitnie rozbudowani nie są, jednak nakreśleni są na tyle wyraziście, że potrafią zaskarbić sobie sympatię widza. Niezwykle fajnie prezentują się zwłaszcza dwaj główni "herosi" - Magami oraz Kaidou. Obaj są pozbawionymi wszelkich skrupułów skurczybykami, dla których mordowanie innych jest czystą przyjemnością. Jednak to właśnie TO sprawia, że tak bardzo wyróżniają się na tle innych bohaterów, występujących w produkcjach z gatunku "Super Robot". Ba, szczerze powiedziawszy, wyróżniają się dzięki temu na tle bohaterów wielu produkcji z różnych gatunków.
Bardzo podobało mi się także to, w jaki sposób w serii tej przedstawione zostały kobiety. Nie są to stereotypowe damy w opresji, które non stop muszą być ratowane przez silnych i mężnych facetów. Zdecydowana większość babek w "Mazinkaiser SKL" potrafi o siebie świetnie zadbać, a co więcej, wiele z nich potrafi również wyśmienicie kierować potężnymi robotami. Panie mają również głowę na karku i zdecydowanie są dużo inteligentniejsze niż zezwierzęceni barbarzyńcy z armii Kiby, czy też ślepo podążający za swym władcą żołnierze Garana. Jako jedyne dostrzegają bowiem powagę zaistniałej sytuacji i postanawiają pomóc Yuki i jej dwóm szalonym towarzyszom.

Przejdźmy teraz do oprawy audiowizualnej. Spotkałem się z opiniami, że seria ta, jak na OVA, wygląda dość średniawo. Czy się z tym zgadzam? Krótko powiedziawszy - nie. Projekty postaci są szczegółowe i pozbawione zbędnej cukierkowości. Zwłaszcza mężczyźni wyglądają naprawdę rewelacyjnie - nie są to stereotypowi zniewieścieli chłopcy o słodkich twarzyczkach i delikatnej budowie ciała, o nie - są to dobrze zbudowani, bardzo męscy faceci. Co więcej, spora część z nich nie grzeszy zbytnio typowo bishowatą urodą. Równie rewelacyjnie wypadają maszyny - świetnie zacieniowane, pełne detali, ciekawych rodzai uzbrojenia czy też efekciarskich pierdół dodanych tylko po to, by robot wyglądał "cool". Jedyne co wygląda średniawo, to tła. Nie są jakieś nader szczegółowe i na dobrą sprawę dość szybko dostrzega się ich powtarzalność.
Nie można jednak narzekać na animację. Zwłaszcza podczas starć - czy to pomiędzy ludźmi, czy to pomiędzy robotami. Jest efekciarsko, krwiście, wszędzie pełno pocisków, a jakby tego było mało, wybucha wszystko, co wybuchnąć może... w sumie, to co nie może też, ale kij - ważne, żeby było na co popatrzeć.
Rewelacyjna jest także muzyka. Cały soundtrack tego anime składa się ze świetnych, mocnych Heavy-Metalowych kawałków. Już sam opening "ETERNAL SOLDIERS" w wykonaniu zespołu LOUDNESS brzmi zarąbiście, a teraz wyobraźcie sobie, że na równie wysokim poziomie jest KAŻDA piosenka w tym serialu się pojawiająca. Moim ulubionym utworem jest zdecydowanie insert song zatytułowany "LEGEND OF KAISER", wykonany przez zespół REY. Szybka, mocna i rytmiczna piosenka, której mogę słuchać po prostu godzinami.
Wspaniale spisali się również aktorzy, użyczający głosu postaciom. Słowa pochwały należą się zwłaszcza wszystkim pilotom, nawet tym losowym bezimiennym, którzy są jedynie mięsem armatnim, wyżynanym przez głównych bohaterów. Wszystkie postacie brzmią przekonująco i emocje każdej z nich zostały oddane wprost idealnie. Trudno się temu jednak dziwić, skoro zebrały się tu takie sławy jak choćby Nobuyuki Hiyama, Asanuma Shintaro, Hino Satoshi, czy też Inoue Kikuko.

"Mazinkaiser SKL" to wyborne kino akcji, które zdecydowanie zaspokoi wszystkie potrzeby miłośników tego typu produkcji. Historia jest prosta, jednak wcale niegłupia; postacie są bardzo wyraziste i zdecydowanie punktują tym, że wyróżniają się na tle bohaterów innych produkcji; a dodajmy do tego jeszcze wyborną oprawę audiowizualną, która sprawia że wszelkie starcia śledzi się z nieskrywaną przyjemnością i coraz bardziej kibicuje się dwójce głównych wariatów. Jeśli szukacie serialu, który dostarczy wam ogromnej dawki nie zmuszającej do myślenia rozrywki, a dodatkowo chcielibyście, by oczarowywał swą oprawą, to zdecydowanie warto dać SKL szansę.

Typ Anime - Seria OVA
Rok produkcji - 2010
Pełny Tytuł: „Mazinkaiser SKL”
 Reżyseria: Jun Kawagoe
Scenariusz: Tadashi Hayakawa
Muzyka: LOUDNESS, REY
Gatunek: Super Robot, Akcja
Liczba Odcinków: 3
Studio: Actas
Ocena Recenzenta: 8/10

-Jakoże jest to bajka, przy której maczał swoje palce Wujek Go, to można się spodziewać mnóstwa nawiązań do innych produkcji jego autorstwa. W serialu tym epizodycznie pojawią się zatem takie postacie, jak Boss (Mazinger Z), Akira oraz Miki (Devilman), czy choćby Slum Queen (Violence Jack)

-Mazinkaiser SKL wystąpił już raz w SRW. Pojawił się w "Super Robot Taisen UX" na 3DS-a. Choć z jednej strony fakt ten mnie cieszy, to z drugiej jednak bardzo smuci, bowiem z racji tego, że 3DS posiada blokadę regionalną, raczej za szybko w tytuł ten nie zagram. Mogę mieć jedynie nadzieje, że metalowy bóg zniszczenia pojawi się jeszcze w jakiejś innej odsłonie sagi.

Screeny:










sobota, 16 sierpnia 2014

O pięknej dziewczynie, która muzyczny świat ratowała - "Carol" (1990)

Jak już zapewne wiecie, wprost uwielbiam bawić się w "archeologa", który to grzebie pośród starych bajek, polując zwłaszcza na te najbardziej niszowe, coby je na światło dzienne wyciągnąć. Bo fakt faktem, często te mało znane tytuły okazują się być cholernie dobre i człek w głowę zachodzi, dlaczego nie zdobyły większej popularności, ino zaginęły gdzieś na przestrzeni wieków. Wspomnieć wystarczy takie produkcje jak "Dream Hunter Rem", "Giant Gorg" czy też "Mashin Eiyuuden Wataru". Ostatnio podczas takich "wykopalisk" natknąłem się na jednoodcinkową OVA zatytułowaną "Carol", która to powstała na bazie książki pod tym samym tytułem. Jakoże streszczenie fabuły bardzo mi się spodobało, to postanowiłem bajkę tę obejrzeć. Czy jest to kolejna zaginiona perełka?

Tytułowa Karolina to młoda i piękna dziewczyna, mieszkająca w Londynie wraz ze swoją kochającą rodziną. Nasza bohaterka wiedzie spokojne i radosne życie, do czasu, kiedy z bliżej nieokreślonych przyczyn jej ojciec, słynny wiolonczelista, traci swą umiejętność gry na instrumencie. W domu Karoliny zaczyna przez to dochodzić do częstych konfliktów pomiędzy poirytowanym tatą, a resztą rodziny. A na tym problemów nie koniec - jak się bowiem okazuje, stała się rzecz straszna i zamilkł słynny Big Ben. Sprawa jest tym bardziej tajemnicza, że wszystkie mechanizmy są sprawne, a mimo to sławetny londyński zegar nie wydaje z siebie żadnego dźwięku. Wszystko komplikuje się jeszcze bardziej, gdy pewnego dnia ulubiony zespół Karoliny - Gable Screen - w równie tajemniczych okolicznościach zalicza gwałtowny spadek i traci swoje miejsce na liście najpopularniejszych młodzieżowych zespołów. A jakby tego było jeszcze mało, nasza bohaterka zaczyna słyszeć dziwne głosy, wołające ją po imieniu, a wkrótce potem przetransportowana zostaje do tajemniczej, magicznej krainy, gdzie przyjdzie jej stawić czoła potężnym siłom ciemności...

Cóż mogę rzec - bajka zapowiadała się pysznie. Miałem spore nadzieje, że dostanę zgrabnie napisaną, ślicznie zanimowaną opowieść, która całkowicie wciągnie mnie do swego magicznego świata. Przeliczyłem się. Twórcom niestety nie udało się dobrze przerobić książki na bajkę. Pacing jest wręcz tragiczny. O ile początek jest jeszcze sensowny i zrozumiały, tak w momencie, gdy Karolina trafia do magicznej krainy, wszystko zaczyna się szybko sypać. Bohaterowie co rusz rzucani są w coraz to kolejne lokacje, co rusz raczeni jesteśmy kolejnymi losowymi szczątkami informacji, co rusz bez żadnego większego wprowadzenia do historii dodawane są kolejne wątki... w efekcie, robi się z tego wszystkiego totalny, za przeproszeniem, pierdolnik, w którym nie ma żadnego ładu, składu, ni sensu. 
Strasznie słabo wypadają również postacie. Bardzo mało czasu poświęcono ich charakteryzacji, przez co wszystkie wydają się płaskie. Równie beznadziejnie rozwiązano sprawę ich przedstawiania. Kolejni bohaterowie wrzucani są do historii co rusz "ot tak" bez żadnego logicznego wprowadzenia czy uzasadnienia. Dodajmy do tego jeszcze fakt, że bardzo często kolejne decyzje podejmowane przez bohaterów wydają się być bez sensu, bowiem brak dla nich jakiegokolwiek uzasadnienia. Przez to wszystko w mojej głowie nieustannie rodziły się takie pytania jak "Po cholerę on to zrobił?", "Dlaczego w ogóle tam poszli?", czy też "Czemu nie powiedzieli o tym wcześniej?".

Oprawa audiowizualna zła nie jest, jednak nie wybija się niczym ponad normę z wczesnych lat 90-tych. Projekty postaci ludzkich są sympatyczne i miłe dla oka, kreatury maści wszelkiej zaś są dziwaczne i groteskowe, jak to na potwory przystało. Tła jednak wypadają bardzo biednie - często są bardzo statyczne, monotonne i pozbawione jakichkolwiek przyciągających oko detali. Średnio wypada także sama animacja - nie jest jakaś tragiczna, jednak momentami odnosiłem wrażenie, jakby w ruchach postaci brakowało kilku klatek a i momentami dostawały one lekkich ataków epilepsji.
Muzyka jest zdecydowanie najmocniejszą stroną tej produkcji. Spora w tym zasługa zespołu "TM Network", który to zagrał na potrzeby filmu wiele świetnych piosenek. Najbardziej do gustu przypadł mi utwór zatytułowany "Just one Victory" - nie jest to może najlepsza piosenka, jaką w życiu słyszałem, jednak błyskawicznie wpada w ucho i bardzo fajnie podkreśla sceny, w których została wykorzystana.
Co do gry aktorskiej - wypada ona poprawnie. Większość postaci została odegrana w sposób naturalny i przekonujący, zdarzyły się jednak i takie, które brzmiały okropnie sztucznie. 

"Carol" niestety nie zalicza się do tych "Zaginionych Perełek". Jest to raczej słusznie zapomniany, strasznie nudny średniak, który nie oferuje widzowi praktycznie nic, poza kilkoma dobrymi piosenkami. A szkoda, bo sam pomysł na bajkę był w sumie w porządku. Niestety, cały potencjał poszedł się rąbać przez tragiczny pacing oraz kiepsko nakreślone postacie. Obejrzeć to w sumie się da, ale po co, skoro raz, że to nudne, dwa, że totalnie bez sensu...

Typ Anime - Seria OVA
Rok produkcji - 1990
Pełny Tytuł: „Carol” 
 Reżyseria: Satoshi Dezaki, Tsuneo Tominaga
Scenariusz: Tomoya Miyashita
Muzyka: TM Network, Daisuke Hinata
Gatunek: Fantasy, Romans
Liczba Odcinków: 1
Studio: Animate Film, Magic Bus
Ocena Recenzenta: 3/10

-Wart wspomnienia jest fakt, że za oryginalną nowelkę odpowiada jedna z członkiń zespołu "TM Network" - Naoto Kine. Co więcej, sam zespół bardzo często na swoich koncertach odgrywał wydarzenia z tejże książki właśnie.

Screeny:





Do boju, kosmiczna lolito! - "Bouken! Iczer-3" (1990)

Kojarzycie "Iczer-1"? Krótką, trzyodcinkową serię OVA opowiadającą historię pięknej kosmitki lesbijki, która to przybyła na ziemię, by uratować ją przed okrutnymi najeźdźcami znanymi jako Cthulhu? Udało jej się pokonać wredną Big Gold, jednak jak się okazuje, był to zaledwie początek bitwy o ziemię. Na naszą planetę ma bowiem chrapkę córka wspomnianej mendy - Neos Gold - która to wysyła na ziemię czwórkę swych najbardziej zaufanych wojowników. Iczer-1 jest jednak zbyt zmęczona ciągłą walką, aby im się przeciwstawić. W związku z tym, nasza bohaterka wpada na pomysł, by wysłać na ziemię swą młodszą siostrę - uroczą, waleczną, aczkolwiek niezwykle roztrzepaną Iczer-3. Będzie ona musiała bronić ziemi tak długo, aż Iczer-1 nie odzyska w pełni sił. Czy jednak mała i niedoświadczona jeszcze wojowniczka poradzi sobie z tak poważnym obowiązkiem?

"Iczer-3", choć jest bezpośrednią kontynuacją "Iczer-1", to różni się od poprzedniczki pod wieloma względami. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to fakt że opowieść ta jest kierowana raczej do młodszego widza. W przeciwieństwie do mrocznego i dość brutalnego chwilami "Iczer-1", "Iczer-3" jest dużo bardziej rozrywkowe i obfituje w wiele zabawnych, typowych dla produkcji dla dzieci, gagów. Wycięto również wszelką nadmierną brutalność oraz nagość. A jakby tego było mało, również roboty schodzą na dalszy plan i w porównaniu z pierwowzorem grają tutaj bardzo niewielką rolę. Dużo większą rolę grają za to ludzie - nie są już tak bezsilni, jak byli w pierwszej serii. Miast tego stanowią całkiem wartościowe wsparcie dla Iczer-3 w jej walce z najeźdźcami i nie raz pomogą małej wydostać się z tarapatów. Sama historia jednak czymś nader nadzwyczajnym, znowuż, nie jest. Po raz kolejny po prostu śledzimy, jak to ludzkość stara się odeprzeć najeźdźców. Standardowe Science Fiction.
Bohaterowie również jacyś nadmiernie skomplikowani nie są. Większość z nich to raczej proste, standardowe dla chińskich bajek charaktery. Większość nie przechodzi również żadnego większego rozwoju. Na dobrą sprawę, jedynymi postaciami, u których możemy zaobserwować jakiekolwiek stopniowe zmiany w charakterze, są Iczer-3 oraz Atross. Jeśli zaś idzie o interakcje między postaciami, to są one całkiem zgrabnie nakreślone i prezentują się w miarę przekonująco. Nadal jednak, podobnie jak w przypadku pierwszej serii, nie należy oczekiwać po nich czegoś niezwykle rozbudowanego czy głębokiego.
Warto wspomnieć także, że wątek miłosny, jaki występował pomiędzy Nagisą a Iczer-1 w pierwszej serii tu został zastąpiony przez typową moc przyjaźni. Oczekujcie zatem nawracania się wrogów oraz zyskiwania  power-upów dzięki cudownemu "Nakama Power".

Jeśli idzie o oprawę audiowizualną, to "Iczer-3" trzyma bardzo dobry poziom. Projekty postaci są szczegółowe i niezwykle przyjemne dla oka, podobnie jak i tła, zwłaszcza wnętrza budynków, statków i innych maszyn. Wszystko utrzymane jest również w odpowiednio stonowanych, zgrabnie dobranych barwach. Nie można narzekać także na animację i pracę kamery, zwłaszcza podczas starć, które są płynne, niezwykle dynamiczne i pełne ciekawych ujęć. Zdarzają się oczywiście także i typowe "pokazy slajdów", gdzie raczeni jesteśmy po prostu pojedynczym, przesuwającym się zdjęciem, jednak zabieg ten nie jest tu nadużywany.
Niestety jednak, jest i kilka wpadek, spowodowanych zbyt nieopatrznym powtarzaniem ujęć. Większość z nich co prawda nie kuje strasznie w oczy,  ale pojawia się jedna, dość poważna wtopa, w wyniku której pewna postać ma okazję "zmartwychwstać" na kilka sekund. Nie jest to na szczęście coś, co strasznie rzuca się w oczy. Wtopę tę wyłapią raczej tylko Ci, którzy tak jak ja, lubują się w dopatrywaniu się niedociągnięć w animacji.
Muzyka podobała mi się strasznie. Już sam opening - "Oath - Iczer-3 to You" to świetna, niezwykle rytmiczna piosenka, zaśpiewana z odpowiednią pasją, dzięki czemu natychmiastowo wpada w ucho i sprawia, że mimowolnie wystukuje się palcem jej rytm. A wyobraźcie sobie, że na podobnie wysokim poziomie jest cały soundtrack. Wszystkie motywy przygrywające w tle wydarzeń brzmią wyśmienicie i idealnie podkreślają wszystko co się dzieje. Pan Takashi Kudou spisał się bardzo dobrze i należy mu naprawdę pogratulować.
Aktorzy wykonują swoją robotę całkiem dobrze. Większości z nich udało się odpowiednio wczuć w role swych bohaterów, dzięki czemu brzmią oni przekonująco. Jedynie głos głównej bohaterki wypadł dość... średnio moim zdaniem. Cóż, może to kwestia tego, że głosu użycza jej nie światowej sławy aktorka, a profesjonalna zapaśniczka?

Iczer-3 to całkiem przyjemny średniak, którego fajnie się ogląda, ale jednak po którym nie ma co oczekiwać rzeczy wybitnych. Jego zadaniem jest, po prostu, dostarczenie widzowi zdrowej dawki rozrywki - i wychodzi mu to bardzo dobrze. Przyciąga również całkiem dobrą oprawą audiowizualną, która moim zdaniem całkiem dobrze zniosła próbę czasu i nawet dzisiejszym, czasami niezwykle wyczulonym na grafikę widzom, winna się spodobać. Jeśli nie macie nic lepszego w planach, a Iczer-1 już obejrzeliście, to możecie śmiało dać Iczer-3 szansę. 

Typ Anime - Seria OVA
Rok produkcji - 1990
Pełny Tytuł: „Bouken! Iczer-3” ("Adventure! Iczer-3"/"Iczer-Reborn")
 Reżyseria: Toshihiro Hirano
Scenariusz: Toshihiro Hirano, Emu Arii
Muzyka: Takashi Kudou
Gatunek: Super Robot, Science Fiction
Liczba Odcinków: 6
Studio: AIC
Ocena Recenzenta: 5/10

-Jak wspomniałem, głosu głównej bohaterce użycza profesjonalna zapaśniczka - Yumi Harashima - znana bardziej jako "Suzuki Cutie". Zapaśniczka ta walczyła głównie dla JWP. W roku 1999 oficjalnie zakończyła swoją karierę. Wart uwagi jest fakt, że w 1990, na konsolę SEGA Megadrive powstała gra wideo okraszona jej nazwiskiem.

-Iczer-3, podobnie jak Iczer-1 miała już okazję wystąpić w SRW. Wraz ze swoją starszą siostrą pojawiły się w "Super Robot Taisen L" na Nintendo DS.

Screeny: