czwartek, 25 grudnia 2014

Mała dzielna Tetsu - "Kotetsu no Daibouken"(1996)

Jak wyobrażamy sobie samuraja? Wysoki, prężny mężczyzna o kanciastych rysach twarzy i upiętych włosach. Obowiązkowo odziany w szykowne kimono albo pełną zdobień zbroję.
A gdyby tak zrobić to inaczej i zamiast walecznego męża zaserwować widzowi małą, acz niemniej dzielną dziewczynkę? Czy taki zabieg ma szansę odnieść sukces?

Do wielkiego Tokyo przybywa mała dziewczynka imieniem Rin. Już na samym początku swej wycieczki ściąga na siebie uwagę kilku dryblasów, chcących się z nią nieco zabawić. Nasza bohaterka nie ma jednak zamiaru cackać się z pacanami i wyraźnie daje im do zrozumienia, że nie życzy sobie ich towarzystwa, ściągając jednemu z nich portki, przez co pada on plackiem na chodnik. Jak nietrudno się domyślić wyprowadza to go z równowagi, przez co postanawia, wraz ze swoimi kumplami, dać małej nauczkę. Nim jednak zdążą się na Rin rzucić, do akcji wkracza tajemnicza i piękna nieznajoma i przy użyciu kilku silnych uderzeń z łatwością powala na ziemię wszystkich czterech wyrostków.
Całe zajście obserwuje przez ukrytą kamerkę pewien zbereźny człowieczek, śledzący już od pewnego czasu wojowniczą piękność. Widząc jej umiejętności, postanawia wystawić ją na próbę i za pomocą tajnej techniki przejmuje kontrole nad nieprzytomnymi dryblasami oraz kilkoma pobliskimi posągami. Tym razem rozprawia się z nimi właśnie mała Rin, która ku zdumieniu wszystkich wokół zebranych, dobywa ogromnego miecza i w iście mistrzowski sposób pokonuje wszystkich napastników. Będąc pod wrażeniem umiejętności dziewczynki, tajemnicza nieznajoma zaprasza ją do siebie, chcąc ją lepiej poznać. Jak się okazuje, mała Rin przybyła do Tokio by uciec od swej niezwykle wrednej i wymagającej sensei. Poszukuje również swojego starszego brata, który trenuje Kenpo. Rzekomo ma on obecnie przebywać w Agencji Detektywistycznej Kuon, toteż dziewczynka zapytuje nowo poznaną paniusię, czy nie wie może gdzie się ona znajduje. Ku jej ogromnemu zaskoczeniu... właśnie do niej trafiła. Tajemnicza nieznajoma bowiem to Kuon Miho - pani detektyw do której owa agencja należy. Dowiedziawszy się, że mała Rin jest młodszą siostrą jej byłego asystenta - Tetsujina - pozwala dziewczynce u siebie zamieszkać i nadaje jej ksywkę "Kotetsu", czyli "Mała Tetsu".
Nasze bohaterki nie zdają sobie jednak sprawy, że nieustannie obserwowane są przez tajną organizację o nazwie "Syndykat", która lada moment ma zamiar przypuścić na Agencję Kuon atak z zaskoczenia!

Na wstępie zaznaczyć trzeba, iż ta dwuodcinkowa seria OVA ekranizuje zaledwie początek dużo dłuższej mangi. Przyznam się, iż pierwowzoru przeczytać okazji nie miałem, stąd też nie jestem raczej w stanie określić, na ile wierna jest to adaptacja. Zdecydowanie jednak rzuciło mi się w oczy jedno - historia jest mocno schematyczna i oklepana. Nie trzeba się nadto wysilać by przewidzieć, co stanie się w następnej scenie. Tłumaczyć to jednak można faktem, że seria jest bardziej specyficzną komedią erotyczną, aniżeli poważną produkcją o samurajach - zdecydowanie więcej tu golizny i zbereźnych żartów, aniżeli potyczek i dyskusji na temat honoru.
Charaktery postaci bazują raczej na standardowych, niezbyt rozbudowanych archetypach i ciężko znaleźć w którymkolwiek z nich coś interesującego. Ot, mamy tu typową, względnie dojrzałą kobietę, która jednak szybko się irytuje, gdy ktoś śmie nazwać ją "starszą panią"; głupkowatego i zboczonego pomagiera; "mhroczną i złą" antagonistkę, która nie ma raczej żadnej poważniejszej motywacji do czynienia zła poza faktem, że jest zła; mamy też i naszą główną bohaterkę, która jest kolejną bojową lolitą i od swoich koleżanek z innych bajek nie różni się raczej niczym szczególnym.

Oprawa audiowizualna też raczej nie powala. Projekty postaci, choć miłe dla oka, pozbawione są raczej większych detali i wyglądają dość typowo. Cierpią też na syndrom "plastikowej lalki" - w scenach, gdy podziwiać możemy bohaterki w negliżu, bardzo szybko zauważyć można, że brak im pochwy. I nie dziwiłoby to może tak bardzo, gdyby była to seria telewizyjna (wszakże w TV, również i w tamtych czasach, panowała dużo większa cenzura) ale przecież to jest seria OVA. Stąd też takie braki w anatomii sprawiają, że sceny z tzw. "pieprzykiem" miast pobudzać, raczej śmieszą.
Animacja wypada jednak całkiem okej, choć chwilami widać że twórcy nie mieli raczej za dużego budżetu. Zdecydowanie pochwalić animatorów trzeba za to, że mimo ograniczonych funduszy udało im się uchwycić ducha filmów z samurajami - pojedynki wyglądają całkiem okej, pełne są charakterystycznych plansz z cięciami, efekciarskich wyskoków i tym podobnych manewrów.
Muzyka jest zdecydowanie najmocniejszą stroną tej produkcji. Jest bardzo klimatyczna i z miejsca przywodzi na myśl stare samurajskie kino. Dominują utwory grane na fletach i bębnach, przeplatane wokalami ograniczającymi się do okrzyków pokroju "HAAA" czy też "IAAAAA". Sam opening jest również bardzo ciekawy, bowiem stanowi połączenie j-popu z tradycyjną muzyką japońską. 
Głosy postaci wypadają niestety dość średnio. Znaczy, względnie do nich pasują, jednak słuchając ich nie czułem raczej nic specjalnego. Ot, odegrane poprawnie i nic poza tym. Najbardziej podobał mi się chyba głos Rin, u której pokuszono się nawet o starojapoński sposób wysławiania się - przykładowo, zamiast typowego "S" używa ona w sufiksach miękkiego "H".

"Kotetsu no Daibouken" serią godną polecenia raczej nie jest. Nie wyróżnia się absolutnie niczym nietuzinkowym na tle innych podobnych sobie produkcji, nawet mimo faktu że tutaj mieczem wywija nie dojrzały mąż, a drobna dziewczynka. Fabuła raczej nie powala, gagi niespecjalnie bawią a i oprawa audiowizualna jest taka sobie. Obejrzeć to w sumie można, ale zdecydowanie nie ma co się z tym spieszyć. Zwłaszcza, że jest dużo więcej innych, zdecydowanie bardziej wartych uwagi staroszkolnych produkcji.

Typ Anime - Seria OVA
Rok produkcji - 1996
Pełny Tytuł: „Kotetsu no Daibouken” ("Adventures of Kotetsu")
 Reżyseria: Yuji Moriyama
Scenariusz: Yuuji Kawahara
Muzyka: Kuniaki Hajima
Gatunek: Komedia, Ecchi, Akcja
Liczba Odcinków: 2
Studio: Project Team Sara
Ocena Recenzenta: 4/10

Screeny:





środa, 24 grudnia 2014

Wesołych Świąt!!

Krótko i skromnie, bo umykam zaraz na rodzinną wigilię, ale chciałbym wszystkim wam, Kochani Czytelnicy, życzyć wesołych świąt Bożego Narodzenia, spędzonych w ciepłej, rodzinnej atmosferze. Zdrowia, szczęścia, spełnienia wszelkich marzeń, góry prezentów - wszystkiego co tylko najlepsze.
Niech nowo narodzona Boża Dziecina wam błogosławi i użycza wszelkich niezbędnych łask.

Obiecuję też, że jeszcze w tym tygodniu postaram się nadrobić ogromne zaległości i wrzucę mnóstwo nowych recenzji. Czekajcie cierpliwie!
A póki co zostawiam was ze świątecznym Jotaro.

Czarodziejski gender-bender z wielkimi robotami - "Maze☆Bakunetsu Jikuu" (1997)

Każdy kto "ciapońską" popkulturą na poważnie się interesuje zapewne wie, jak często w japońskich filmach, serialach animowanych, komiksach czy też grach pojawiają się postacie, w przypadku których ciężko stwierdzić jakiej są płci. Najpopularniejszym przykładem tego typu bohaterów są zapewne tzw. "trapy" czyli  wystrojeni w spódniczki androgeniczni chłopcy o niezwykle dziewczęcych rysach twarzy i figurze.  W niektórych tytułach twórcy idą jednak jeszcze o krok dalej i  serwują nam "babochłopów" w wydaniu dość niecodziennym, bowiem... umieszczają w jednym ciele zarówno chłopca, jak i dziewczynkę. Z tego wyniknąć może tylko jeden wielki ambaras... tym bardziej, jeśli we wszystko zamieszane są jeszcze magia i wielkie roboty...

Wszystko zaczyna się od sceny, w której piękna dziewczyna unosi się w tajemniczej przestrzeni. Z każdej strony słyszy głosy mówiące jej, że powinna umrzeć, bowiem stanowi zagrożenie. Nasza bohaterka oczywiście nie ma zielonego pojęcia, co się właściwie dzieje, dlatego zapytuje swych tajemniczych rozmówców kim są i o co im chodzi. Stara się również uświadomić tajemniczym głosom, że przecież nic złego nikomu nie zrobiła. Na nic jednak jej tłumaczenia - natychmiast zostaje zaatakowana przez grupę smoków i... spada z łóżka.
Jak się okazuje, wszystko to było tylko złym snem. Nasza bohaterka już ma odetchnąć z ulgą gdy wtem zauważa, że jej pokój wygląda jak totalne pobojowisko - wszystkie meble poprzewracane, ściany popękane, kwiatki z doniczek powypadały, a jakby tego było mało za oknem latają pterodaktyle... Zaraz, co?! Zdumiona bohaterka niepewnie podchodzi do okna, by upewnić się że sobie tych gadzin nie zmyśliła. Gdy tylko je otwiera zostaje powitana przez dziwaczne krukopodobne stworzenie, które natychmiast odlatuje głośno kracząc. Dziewczyna nagle zdaje sobie sprawę, że znalazła się w samym sercu jakiejś tropikalnej dżungli. Co gorsza, dość szybko zdaje sobie sprawę, że nie pamięta nic, poza swoim imieniem - Maze.
Nagle rozlega się pukanie. Spodziewając się ataku jakiejś podłej bestyji nasza bohaterka łapie pierwsze co jej wpadnie w ręce - starą lampę - i ostrożnie podchodzi do drzwi... gdy je otwiera jednak, zamiast
strasznego potwora wpada przez nie mała roześmiana dziewczynka, która natychmiast rzuca się jej na szyje i zaczyna dziękować za ocalenie życia. Jak się okazuje, księżniczka Mill (bo tak na imię tajemniczej dziewczynce) uciekała przed ścigającymi ją żołnierzami imperium Jaina - mrocznego imperium, które podbiło królewstwo należące do jej rodziny. Nagle jednak z nieba spadł dom Maze i swym ciężarem przygniótł zbirów zagrażających młodej następczyni tronu. By udowodnić prawdziwość swej historii, Mill prędko wyciąga Maze na zewnątrz i pokazuje jej wystające spod chałupy giry. Dziewczyna podnosi w tym momencie wielki wrzask (O MÓJ BOŻE ZABIŁAM CZŁOWIEKA!!), który sprawia że ze wszystkich stron natychmiast zlatują się ścigający Mill żołnierze. W wyniku zaistniałej sytuacji obie bohaterki robią rzecz oczywistą, czyli... z piskiem rzucają się do ucieczki. Uciekając wpadają jednak w jeszcze większe tarapaty, bowiem ładują się prosto w łapska głównodowodzących ścigającego księżniczkę oddziału. Na całe szczęście okazuje się, że Maze jest tzw. "Luminatorem" a co za tym idzie dysponuje potężną mocą magiczną, dzięki której jest w stanie stawić czoła niemiluchom. Co więcej, może dzięki temu pilotować przyzwanego przez Mill wielkiego robota - Dulgera. Niestety jednak,  Maze okazuje się być fatalną pilotką i dostaje od wrogich mechów tęgie lanie... do czasu, gdy zachodzi słońce. Wtedy dzieje się coś niezwykłego - Maze zamienia się... w zboczonego, chętnego do bitki faceta, który za pomocą potężnych zaklęć z łatwością obija ryje swoim przeciwnikom. Zwycięstwo to jest jednak zaledwie początkiem wielkiej przygody, podczas której naszym bohaterkom przyjdzie stawić czoła potężnemu imperium ciemności. Na całe szczęście z pomocą przybędą im liczni sojusznicy, pragnący pomóc młodej księżniczce odzyskać należny jej tron. Maze ma także nadzieję, że w trakcie tej wyprawy odzyska swoje wspomnienia, odkryje dlaczego w nocy zmienia się w faceta oraz znajdzie sposób na powrót do swojego świata.

Historia opowiedziana w tej serii oryginalna w żadnym razie nie jest. Opowieści o złym państwie i księżniczce w opresji, której z pomocą przychodzi wybraniec z innego świata było już mnóstwo i wszystkie są do siebie niezwykle podobne. Jak nietrudno zatem się domyślić, schemat pogania tutaj schemat i raczej dość łatwo jest przewidzieć dalszy rozwój fabuły... Przynajmniej z początku, bowiem później w kilku ostatnich epizodach serii następuje całkiem fajny twist, który urozmaica nieco tę opowiastkę.
Na całe szczęście, niezbyt oryginalną fabułę serial ten nadrabia wybornym humorem. Gagi oraz dialogi w serii tej ukazane, choć względnie oklepane, są naprawdę zabawne i nie raz w trakcie seansu zdarzyło mi się parsknąć szczerym śmiechem. Najbardziej rozśmieszało mnie chyba to, jak Mill postanowiła zwracać się do Maze, biorąc pod uwagę iż jest on...ona... no że jest równocześnie kobietą i mężczyzną - "Onee-nii-sama" to chyba najdurniejszy i najśmieszniejszy zwrot jaki w chińskiej bajce kiedykolwiek usłyszałem.
Co do bohaterów, sprawa wygląda średnio. Choć większość z nich jest naprawdę sympatyczna, tak raczej nie można powiedzieć, by ich osobowości były jakieś wybitnie skomplikowane. Praktycznie żaden z nich, poza żeńską Maze - która z płaczliwej pacyfistki zmienia się w odważną i pewną siebie kobitę - nie przechodzi też większego rozwoju. Jedynym na dobrą sprawę ciekawym zagraniem jest tutaj właśnie ta relacja między żeńską a męskim Maze, bo choć podobny motyw był w wielu innych produkcjach (np. "Ranma 1/2") tak tutaj jest on przedstawiony w nieco inny, bardziej skomplikowany sposób.  Co do czarnych charakterów zaś - raczej nie powalają. Każdy z niemiluchów jest typowym generycznym "tym złym" który zło czyni tylko dlatego że jest zły. Co prawda jeden z nich ma jakieś tam inne motywy, jednak prawdę powiedziawszy są one tak ograne, że raczej nie czynią go interesującą postacią.

Oprawa audiowizualna jest, prawdę powiedziawszy, taka sobie. Bardzo nierówno wypadają zwłaszcza projekty postaci - część z nich jest naprawdę przyjemna dla oka, podczas gdy inne znowuż wyglądają strasznie paskudnie. Na całe szczęście tła są w sumie okej a i projekty robotów cholernie mi się podobały. Bardzo podpasowało mi zwłaszcza to, że tylko te faktycznie wyjątkowe maszyny, pilotowane przez głównych bohaterów wyróżniają się czymś szczególnym, podczas gdy masowo produkowane maszyny zwykłych żołnierzy faktycznie wyglądają jak typowe "grunt suits", stworzone na potrzeby armii.
Szkoda ino, że animacja ssie hardo i starcia tych fajnych maszyn wyglądają okropnie słabo. Ot, tu pierdzielnie laser, tu kolejny, tu nagle "szybkie linie" sugerujące poruszanie się z zawrotną prędkością... maszyny mimo swych szczupłych i seksownych kształtów poruszają się okropnie niemrawo i raczej o dynamicznych pojedynkach nie ma tutaj mowy. Nawet gdy bitwy przenoszą się w przestworza to nadal nie ma na co patrzeć. Szkoda bardzo.
Muzyka wypada dość biednie. Co prawda opening oraz pierwszy ending są naprawdę fajne i wpadające w ucho, jednak utwory grające w samym serialu to raczej nudne brzdąkania ginące gdzieś w tle wydarzeń. Do gustu naprawdę przypadły mi tylko dwa motywy - ten grający w scenach gdy Imperium Jaina knuje swe niecne plany, oraz ten grający podczas gdy Dulger wkracza do akcji - jest to szybki i rytmiczny utwór, który natychmiastowo wpada w ucho nawet mimo faktu, że jest nieco powtarzalny.
Głosy postaci zaś spytacie? Są okej, acz prawdę powiedziawszy tylko kilka z nich jakoś wybitnie mi się podobało. Najlepiej spisał się zdecydowanie seiyuu męskiego Maze - Tomokazu Seki. Jest to gość znany z ról takich badassów jak Domon Kasshu ("Mobile Fighter G Gundam"), Gai Daigouji ("Martian Successor Nadesico"), czy też Gilgamesh ("Fate/Stay Night"). Świetnie zatem odnalazł się w roli szurniętego i chętnego do bitki faceta i wywrzaskiwanych przez niego kwestii słucha się z nieskrywaną wprost przyjemnością.
Najbardziej irytował mnie zaś głos Mill. Piskliwy i do bólu przesłodzony okropnie działał mi na nerwy.

Warto o "Maze" zahaczyć? Szczerze mówiąc nie. Nie jest to jakaś wybitnie ciekawa seria a i nawet na tle swojego gatunku wypada dość blado, gdy zestawi się ją z takimi produkcjami jak "Vision of Escaflowne", "Lord of Lords Ryu Knight", "Aura Battler Dunbine" czy też "The Five Star Stories". Obejrzeć to w sumie warto dopiero wtedy, kiedy naprawdę nie macie w planach nic ciekawszego. Nie oznacza to jednak, że jest to seria wybitnie zła, nie - jest to po prostu straszny przeciętniak, który spodobać się może, ale raczej na długo w pamięci nie pozostanie.

Typ Anime - Seria TV
Rok produkcji - 1997
Pełny Tytuł: „Maze☆Bakunetsu Jikuu” ("Maze☆Mega-Burst Space")
 Reżyseria: Akira Suzuki, Iku Suzuki
Scenariusz: Katsumi Hasegawa, Sumio Uetake, Tsuyoshi Tamae i inni
Muzyka: Victor Entertaiment, Seikima II
Gatunek: Super Robot, Komedia, Science-Fiction, Fantasy
Liczba Odcinków: 25
Studio: J.C. Staff
Ocena Recenzenta: 5/10


-Podobnie jak wiele innych Mecha Fantasy, Maze także ma swoją alternatywną wersję - starszą o rok dwuodcinkową OVA. O niej jednak innym razem.

Screeny:






wtorek, 18 listopada 2014

Bestioludzie i ich ekologiczne mechy - "KO Century Beast Warriors" (1992)

Patrzycie na tytuł tego tekstu i zastanawiacie się pewnie "Czyżby jakieś mecha od Ghibli?". Nic bardziej mylnego! Choć studio to znane jest z nagminnego forsowania ekologicznych tematów w swoich bajkach, to opisywany dziś (trzeci już) tytuł nie jest ich sprawką. Za "KO Century Beast Warriors" odpowiada inne, jednakowoż równie popularne studio - GAINAX. Biorąc pod uwagę, że ma ono na koncie tak zacne tytuły jak "Gunbuster", "Honoo no Tenkousei", "Neon Genesis Evangelion", "Otaku no Video" czy też "Wings of Honnemaise" wydawać by się mogło, że będziemy mieć do czynienia z kolejną solidną bajką. Czy jednak "KO Century Beast Warriors" faktycznie jest tak dobre?

W dalekiej przyszłości ziemia zostaje podzielona na dwie półkule. Południową, zamieszkaną przez miłujących postęp technologiczny ludzi oraz północną, na której rezydują żyjący w zgodzie z naturą bestioludzie, potrafiący zmieniać się w najróżniejsze zwierzęta. I wszystko było by pewnie okej a ład i porządek panowałyby na świecie, gdyby nie to, że ludzie znowu okazali się być strasznymi chciwcami i wraz ze swym przywódcą, Uranusem, postanawiają zaatakować północną część planety, by zagarnąć ją dla siebie. Chcą również zdobyć wszystkie trzy legendarne Jinny - posągi bóstw strzegące trzech największych osad bestioludzi - bowiem jak legenda głosi, kryją one w sobie klucz do największego skarbu północnej półkuli - tajemniczej "Gai".
Osada Tygroludzi jest ostatnią opierającą się najazdowi wrednych człowieków. To właśnie tu poznajemy naszego głównego bohatera - młodego wojownika imieniem Wan. Choć bardzo dzielnie stara się on obronić swą osadę przed agresorami, okazuje się nie być dość silny i zostaje pojmany. W więzieniu poznaje narcyzowatego chłoptasia z wioski ptakoludzi - Buda Mint. Niedługo potem do ich celi wrzucona zostaje także kolejna parka bestioludzi. Okazują się to być przyjaciele Wana z dzieciństwa - syrena Mei Mer oraz żółwioczłek Tuttle. 
Niespodziewanie z pomocą więźniom przychodzi mała dziewczynka imieniemu Yuuni - wnuczka pracującego dla Uranusa profesora Password. Jak się okazuje, profesor ma już dość tyranii podłego władcy i postanawia pomóc bestioludziom uciec i odzyskać swoje Jinny. Powierza on im też bardzo ważną misję odnalezienia Gai, bowiem tylko ona jest w stanie powstrzymać zapędy Uranusa.

Nie ma co ukrywać faktu, że fabuła tej bajki zbyt oryginalna nie jest. Po raz kolejny dostajemy prostą opowiastkę o walecznych śmiałkach starających się powstrzymać żądne władzy siły zła, które tym razem reprezentowane są przez chcących zniszczyć naturę cyberludzi. Nie ma co oczekiwać tutaj zatem jakichś niesamowitych zwrotów akcji, czy też jakichś przełamań obowiązujących schematów. Serial jedzie raczej na dość ogranych kliszach i nie jest wybitnie trudnym zadaniem wywnioskowanie, co stanie się za chwilę. Czy sprawia to jednak, że produkcję tą źle się ogląda? Nie. Choć jest totalnie oklepana, to nadal daje całkiem sporo frajdy. Punktuje zwłaszcza całkiem zabawnym humorem, zarówno tym w dialogach jak i slapstickowych gagach.
Niezmiernie sympatycznie prezentują się postacie w tej bajce występujące. Choć nie są to najlepiej napisane charaktery, jakie widziałem, to nadal naprawdę da się je lubić. Wan to w gorącej wodzie kąpany waleczny młodzik, który nigdy nie daje za wygraną; Bud to na pierwszy rzut oka narcystyczny kobieciarz, jednak jak bardzo szybko się okazuje jest również bardzo odważnym i wiernym przyjacielem; Mei Mer zaś to niesamowicie urocza a przy tym całkiem silna dziewczynka, która kiedy wymaga tego sytuacja potrafi pokazać, że nie da sobie w kaszę dmuchać. 
Strasznie podobały mi się także czarne charaktery, nawet mimo że większość z nich pełni tu głównie rolę humorystycznych odstresowywaczy. Najbardziej polubiłem chyba niezwykle pyszałkowatego V-Darna (którego wszyscy żartobliwie nazywają "Be Damned"), który swoim charakterem i wyglądem niesamowicie przypomina jednego z moich ulubionych antagonistów - Da Cidera z "Knight Lamune".

Oprawa audiowizualna jest okej, ale raczej nie wyróżnia się niczym nadzwyczajnym na tle innych produkcji z okresu lat 90-tych. Projekty postaci, zwłaszcza kobiecych są niezwykle sympatyczne i choć mają nieco dziwaczne proporcje (cienki korpus, długie kończyny) to patrzy się na nie całkiem fajnie. Najśliczniejszą dziewczynką serii jest zdecydowanie Mei Mer, która swoim designem kupiła mnie natychmiast. 
Bardzo fajnie wypadają także roboty. Trzy główne maszyny bazowane są na różnych zwierzętach, dzięki czemu każda z nich jest na swój sposób wyjątkowa i różni się od innych. Potrafią także połączyć się w jednego, niesamowicie fajnego gigantycznego robota, który swoimi pozami wprost krzyczy "OBARI AS FUCK!", nawet mimo faktu że nie był przez tego legendarnego animatora animowany.
Animacja wypada jednak dość średnio. O ile starcia z reguły są bardzo płynne i dynamiczne, tak już spokojniejsze sceny wyglądają chwilami jakby brakło w nich kilku klatek. Momentami też dość wyraźnie widać "drgawki" u niektórych postaci.
Openingi i endingi są niestety mocno takie sobie. Nie brzmią może jakoś wybitnie źle, ale w pamięć też nie zapadają i raczej nie słuchałem ich poza samą serią. Dużo lepiej wypadają utwory grające w tle wydarzeń. Są to z reguły rytmiczne, dość elektroniczne brzdąkania, które brzmią jak żywcem wyrwane z jakiejś starej gry na Playstation czy Saturna. Bardzo dobrze wypada także gra aktorska. I to zarówno w oryginalnej japońskiej wersji językowej, w której usłyszeć możemy takie sławy jak choćby Takehito Koyasu, jak i tej angielskiej (jej pierwszej wersji, w każdym razie, drugiej nie słuchałem), która punktuje dodatkowo faktem, że jest mocno "cheesy" i każdy z aktorów ma specyficzny dla siebie akcent.

Czy polecam?  Szczerze powiedziawszy tak. Nie ma co ino nastawiać się na jakąś poważną, skomplikowaną produkcję. "KO Century Beast Warriors" to raczej prosta, acz niezwykle sympatyczna bajka, którą można "łyknąć" w dzionek. Możecie ją także pokazać swojemu młodszemu rodzeństwu, myślę że im spodoba się jeszcze bardziej (testowane na młodszym bracie!!). Na pewno przypadną im do gustu bajkowe postacie oraz fantastyczny setting.

Typ Anime - Seria OVA
Rok produkcji - 1992
Pełny Tytuł: „KO Century Beast Warriors” ("KO Seiki Beast Sanjuushi")
 Reżyseria: Hiroshi Negishi
Scenariusz: Mayori Sekijima, Satoru Akahori, Seiko Watanabe
Muzyka: Hirohiko Fukuda
Gatunek: Super Robot, Komedia, Science-Fiction, Fantasy
Liczba Odcinków: 7
Studio: GAINAX
Ocena Recenzenta: 6/10

-Wart wspomnienia jest fakt, że tytuł ten został wydany poza Japonią aż dwukrotnie. Za każdym razem z innym dubbingiem i openingiem. Pierwsze wydanie zawierało tylko pierwsze trzy odcinki i oryginalny opening. Drugie zaś już całą serię, a dodatkowo specjalnie na jego potrzeby dograno drugi opening. Obie wersje różnią się również imionami niektórych bohaterów.

-Na PC-Engine (TurboGrafx-16) została wydana gra na podstawie tej serii. Był to dość prosty RPG, rozszerzający nieco historię znaną z OVA i dodający doń kilka nowych postaci

Screeny:






Kim jestem? Skąd pochodzę? Dokąd zmierzam? - "RahXephon" (2002)

Jakie odpowiedzi otrzymacie, gdy na pierwszej lepszej "fejsbukowej" grupie poświęconej chińskim bajkom zapytacie o "anime psychologiczne"? Biorąc pod uwagę fakt, że lwia część naszego obecnego fandomu składa się głównie z gimbusów, dla których wszystko co brutalne = głębokie, to zapewne posypią się takie tytuły jak "Mirai Nikki", "Elfen Lied", czy też "Deadman Wonderland", które z właściwą psychologią mają tyle wspólnego, co nic. 
W związku z tym, że trochę mnie już taka sytuacja mierzi, to dzisiaj opiszę tytuł, który faktycznie bardzo mocno o psychologię się ociera i chwilami skłania widza do poważnych refleksji. Oto przed państwem jedno z najlepszych mecha anime w historii - "RahXephon".

Rok 2015. Kamina Ayato to typowy uczeń liceum, mieszkający wraz ze swoją matką w Tokio. Wiedzie spokojne, bardzo normalne życie - codziennie wychodzi na zajęcia, spotyka się ze znajomymi, a wieczorami poświęca się swojemu hobby, jakim jest malowanie. Całe jego życie zmienia się jednak diametralnie, gdy pewnego dnia, gdy jak co dzień jedzie tramwajem do szkoły, miasto zostaje zaatakowane przez tajemniczych najeźdźców. Do walki z nimi staje olbrzymi, tajemniczy byt zwany "Dolem". W wyniku starcia między nimi, teren miasta ulega ogromnemu zniszczeniu, tramwaj wykoleja się, a dwójka przyjaciół Ayato zostaje ranna. Nasz bohater każe im zatem nigdzie się nie ruszać, a sam wyskakuje z wagonu i biegnie po pomoc. W trakcie przemierzania zrujnowanych osiedli, napotyka tajemniczą, śpiewającą dziewczynę. Jak się okazuje, jest to jego koleżanka z klasy - Mishima Reika. Postanawiają razem rozejrzeć się za kimś, kto może im pomóc. W pewnym momencie jednak, ku zdumieniu Ayato, Mishima gdzieś znika, a on sam zostaje zaatakowany przez rządowych agentów. Z pomocą przychodzi mu kobieta imieniem Haruka. Wyjaśnia ona Ayato, że przybyła tutaj by wyrwać go ze świata ułudy i pokazać mu prawdę. Chłopak nie daje jednak wiary jej słowom, wsiada do pierwszego przejeżdżającego pociągu i odjeżdża. Zaraz potem udaje mu się ponownie spotkać z Reiką. Razem trafiają do tajemniczych ruin zwanych "Salą Rah". Znajdują tam olbrzymie jajo, z którego wykluwa się potężny robot - RahXephon. Jakby tego było mało, w momencie gdy Reika zaczyna znów śpiewać swoją pieśń, Ayato dostaje strasznej migreny i pada na ziemię, słysząc w swej głowie tajemniczy głos, nakazujący mu się przebudzić. Po tym wszystkim nasz bohater traci przytomność.
Budzi się następnego dnia w szpitalu. Pierwsze co robi to oczywiście pyta o to, czy zabrano wraz z nim również Reikę. Pielęgniarka odpowiada jednak, że prócz niego nikogo nie przywieziono. Na tym tajemnic jednak nie koniec - opuszczając salę szpitalną, bohater słyszy w radiu wiadomość, jakoby to państwowe siły obronne walczyły wczoraj z najeźdźcami. A kiedy idzie do szkoły i rozmawia ze znajomymi o Reice, okazuje się, że tylko on ją pamięta. Wszyscy jego koledzy nie mają pojęcia o kogo mu chodzi... Do chwili, gdy Reika pojawia się nagle w klasie, w wyniku czego wszyscy magicznie zaczynają ją rozpoznawać.
Widząc co się dzieje, Ayato zaczyna coraz częściej rozmyślać nad tym, co powiedziała mu Haruka. Po powrocie do domu znajduję zaadresowaną do siebie kopertę, w której znajduje... fotografię z tajemniczymi bytami, które wczoraj widział. Na tyle fotografi znajduje krótką notkę od nadawcy, który prosi go by przybył o drugiej nad ranem do Shakuji Park, jeśli chcę poznać całą prawdę. By rozwiać wszelkie swe wątpliwości Ayato postanawia przystać na tę propozycję i późną nocą wymyka się z domu... Prawda, którą odkryje sprawi, że cały jego dotychczasowy światopogląd zostanie wywrócony do góry nogami.

Nie ukrywam, że historia opowiedziana w "RahXephon" wciągnęła mnie niesamowicie. Niezmiernie podobało mi się zwłaszcza to, że serial nie wykłada nam od razu wszystkich odpowiedzi na tacy, a zamiast tego stopniowo ujawnia kolejne drobne elementy układanki, które widz powoli zaczyna łączyć w większą całość.  Przykładowo, choć już w pierwszych odcinkach dowiadujemy się, że świat w którym żyje bohater jest ułudą, to szybko okazuje się, że jest to najmniejszy z sekretów skrywanych przez ten tytuł. Spora w tym zasługa również i samego settingu, który wprost emanuje tajemniczością i daje ogromne możliwości na kreowanie kolejnych zagadek. Dzięki temu, oglądając RahXephona nie nudziłem się ani chwili, bowiem nieustannie starałem się samemu rozwiązywać kolejne prezentowane przez serial sekrety. Jakby tego było mało, za sprawą świetnie napisanych postaci, tytuł bardzo często stawia widzowi skłaniające do refleksji pytania - "Kim jestem?", "Dokąd zmierzam?", "Czy to, co czynię, jest właściwe?". Obserwując to, jakie interakcje między bohaterami zachodzą, jak zmieniają się ich osobowości oraz w jaki sposób podchodzą oni do różnych sytuacji oraz otaczającej ich rzeczywistości, nie w sposób choć raz nie zatrzymać odcinka i zastanowić się chwilę nad tego typu zagadnieniami.
Wszystko to sprawia również, że "RahXephon" do dziś jest mocno przyrównywany do Evangeliona. Ba, chwilami posądzany o otwarte podkradanie przedstawionych w nim sytuacji i pytań. Moim skromnym zdaniem jednak, "RahXephon" choć z Evangeliona mocno czerpie i porusza bardzo podobne tematy, to robi to zdecydowanie lepiej.

Oprawa audiowizualna jest cudowna. Biorąc pod uwagę, że serial pochodzi z roku 2002, a w dodatku jest po prostu serią telewizyjną, to byłem naprawdę oczarowany tym, jak ślicznie wszystko wygląda. Projekty postaci są schludne i naprawdę przyjemne dla oka, tła zaś szczegółowe i utrzymane w odpowiednio dobranych barwach. Nie można zapomnieć także o świetnych projektach robotów. Maszyny w "RahXephon" są cholernie nietuzinkowe i swoim wyglądem przypominają raczej tajemnicze, być może nawet nieco przerażające posągi wzniesione przez starożytne cywilizacje, aniżeli typowe, humanoidalne mechy. 
Nie można narzekać również na animację. Wszystko rusza się niezwykle płynnie, choreografia starć jest świetna i pełna dynamicznych ujęć, a spadków jakości praktycznie nie ma. Niezmiernie podobało mi się także to, jak poprzez odpowiednie zabawy z tłem i ujęciami, twórcom udało się oddać załamania nerwowe bohaterów, czy też momenty, w których ujawniane są największe tajemnice serii.
Muzyka jest po prostu wyśmienita. Opening - "Hemisphere" - to piękna, rytmiczna piosenka, której wybornie słucha się również poza samym serialem. Podobnie sprawa ma się z resztą soundtracku. W anime tym przeważają zdecydowanie kawałki jazzowe, utwory grane na skrzypcach, niepokojące brzdąkania na pianinie oraz chóry. Bardzo dobrze podkreśla to i tak już mocno specyficzną atmosferę całej produkcji.
Bardzo podobała mi się także gra aktorska. Aktorzy potrafili wyśmienicie zagrać każdą z emocji bohaterów - strach, gniew, radość, smutek. Wszystkie kwestie wypowiadane przez postacie brzmią przekonująco i słuchając ich ani razu nie krzywiłem się z zażenowania.

Podsumowując - "RahXephon" to kawał świetnie zrealizowanej bajki. Jest to również zdecydowanie jedna z najlepiej wykonanych serii psychologicznych, jakie dane mi było obejrzeć. Fabuła jest ciekawa i rozbudowana,  zachowania bohaterów skłaniają widza do refleksji, a prześliczna oprawa audiowizualna działa tylko na korzyść produkcji. Jeśli jest coś, do czego mogę się w tym tytule przyczepić, to fakt, że może on być zbyt skomplikowany/nudny dla widza, który od anime oczekuje tylko i wyłącznie wartkiej akcji i głupkowatych cycatych panienek.
Zdecydowanie polecam. "RahXephon" to tytuł, który z pewnością zadowoli nawet najbardziej wybrednych koneserów chińskich bajek. Wielkie brawa dla studia Bones.

Typ Anime - Seria TV
Rok produkcji - 2002
Pełny Tytuł: „RahXephon”
 Reżyseria: Yutaka Izubuchi
Scenariusz: Shou Aikawa
Muzyka: Jun'Ichi Kanezaki, Keiichi Oku, Michiru Oshima i inni
Gatunek: Super Robot, Psychologiczny, Science-Fiction
Liczba Odcinków: 26
Studio: BONES
Ocena Recenzenta: 8.5/10

-Jak wspomniałem, seria jest bardzo podobna do Evangeliona. Mało kto jednak wie, że RahXephon garściami czerpie także ze starego serialu z lat 70-tych - "Yuusha Raideen". Sam robot jest praktycznie redesignem tytułowej maszyny ze wspomnianej bajki właśnie, a jakby tego było mało, w obu tytułach pojawia się mitologiczna rasa Mu.

-RahXephon miał okazję dwukrotnie wystąpić w serii "Super Robot Taisen". Kopnął go swoją drogą niesamowity zaszczyt wystąpienia w jednej z najlepszych części tego cyklu - "Super Robot Taisen MX" na PS2. W wyśmienity sposób zmieszano tam jego historię z takimi tytułami jak "Neon Genesis Evangelion", "Yuusha Raideen", czy też "Hades Project Zeorymer". Zdecydowanie polecam zapoznać się z tym tytułem.

Screeny:






Komediowe zakończenie sagi o magicznych wojownikach i ich robotach - "Lord of Lords Ryu Knight: Adeu's Legend FINAL" (1996)

Sporo czasu minęło już, odkąd opisywałem tutaj drugą część "Adeu's Legend". Wypadałoby zatem w końcu skończyć cykl recenzji poświęconych tej serii, dlatego też dziś przyjrzymy się bliżej ostatniej OVA z niej pochodzącej. Od poprzednich dwóch odsłon różni się ona jednak pod bardzo wieloma względami...

Po bezkresnej pustyni drepta sobie powoli grupka walecznych śmiałków, chcących obalić władającego całą krainą "Earth Tear" mrocznego lorda. Łażą tak i łażą od kilku dni i są już u kresu sił. Na całe szczęście, napotykają na swej drodze czarnego rycerza Galdena, który jak zwykle nie potrafi trzymać buzi na kłódkę i usiłując popisać się swoim geniuszem i sprytem wyjawia im, że mroczny lord, którego szukają, rezyduje w znajdującej się niedaleko mieścinie, słynącej z gorących źródeł. Nasi bohaterowie nie tracą zatem czasu i pędem ruszają w kierunku wskazanej przez rozgadanego bufona miejscowości, by wypełnić swoją misję. Jak się jednak okaże, zgładzenie mrocznego lorda będzie zadaniem o wiele trudniejszym, niż dzielni herosi mogli sobie wyobrażać.

"Adeu's Legend FINAL" nie jest powiązane ani z wydarzeniami z serii TV, ani tymi z OVA. Jest to raczej oddzielna, króciutka i humorystyczna historyjka, w której spotykają się bohaterowie obu wersji opowieści. W związku z tym fabuła nie jest jakaś nader skomplikowana i zdecydowanie schodzi tu na dalszy plan, daniem głównym zaś są gagi i nawiązania do obydwu serii. Niestety jednak, wypadają one bardzo średnio. Możliwe że jest to spowodowane tym, że nie jestem docelowym odbiorcą dla tego tytułu (jest to w końcu bajka dla dzieci), ale przez całe pół godzinki które trwa animacja zaśmiałem się tylko raz, może dwa.
Co zaś można powiedzieć o postaciach? Raczej niewiele, poza tym że są parodiami bohaterów serii TV oraz OVA, z maksymalnie przejaskrawionymi wszelkimi ich wadami. Adeu i Galden są zatem jeszcze bardziej pyszałkowaci, Izumi przemądrzały, a Hyunt i Ikuzus zostają zredukowani do roli śmieszko-przydupasów, starających się (z mizernym skutkiem) naszkodzić bohaterom.

Oprawa audiowizualna uległa sporym zmianom. Z racji tego, że mamy tu do czynienia z krótką śmieszkową opowiastką, wszyscy bohaterowie narysowani zostali w pokracznej nieco konwencji Super Deformed, tła zaś są raczej bardzo proste, pozbawione wyraźniejszych szczegółów. Dzięki takim uproszczeniom twórcom dużo łatwiej było oddać zwariowaną atmosferę produkcji, z drugiej strony jednak nie ma raczej na czym oka zawiesić. Animacja również nie powala, nie wybiegając ponad to, co można zobaczyć w innych seriach z okresu lat 90-tych.
Muzyka praktycznie nie istnieje. Znaczy, słychać w tle jakieś tam brzdąkania, jednak są one na tyle generyczne i nudne, że bardzo szybko zapominamy całkowicie o ich istnieniu. A szkoda wielka, bowiem seria "Ryu Knight", zarówno telewizyjna jak i OVA, mogła się popisać naprawdę wyśmienitą ścieżką dźwiękową, stąd też brak takowej  w finałowym jej epizodzie nieco boli.
Na całe szczęście złego słowa powiedzieć nie można o grze aktorskiej. Ta nadal jest wyborna i słucha się jej z nieskrywaną przyjemnością. Aktorzy po raz kolejny idealnie oddali charaktery swoich bohaterów i zdecydowanie nie można im zarzucić sztuczności.

"Adeu's Legend FINAL" zdecydowanie nie jest produkcją dla wszystkich. Animacja ta kierowana jest raczej do tych widzów, którzy mieli już okazję obejrzeć przygody Adeu i jego przyjaciół. Prawdę powiedziawszy jednak, sam jako wielki fan serii, byłem nieco rozczarowany tym, co ta króciutka OVA sobą zaprezentowała. Humor jest taki sobie, oprawa audiowizualna, choć bardzo dobrze podkreśla karykaturalność bajki, raczej nie powala, a jedyne, co nadal stoi na wysokim poziomie, to gra aktorska. Czy polecam? Raczej nie. Chyba że bardzo chcecie jeszcze raz zobaczyć swoich ulubionych bohaterów w akcji. Jeśli nie, to możecie sobie spokojnie darować. Nie stracicie nic ciekawego.

Typ Anime - Seria OVA
Rok produkcji - 1996
Pełny Tytuł: „Lord of Lords Ryu Knight: Adeu's Legend FINAL” ("Haou Taikei Ryuu Knight: Adeu's Legend FINAL")
 Reżyseria: Tsukasa Dokite
Scenariusz: Akemi Omode
Muzyka: Jun'Ichi Kanezaki, Keiichi Oku, Michiru Oshima i inni
Gatunek: Komedia, Parodia
Liczba Odcinków: 1
Studio: Sunrise
Ocena Recenzenta: 4/10

Screeny(z góry przepraszam za ich mizerną jakość, ale jedyna wersja tej OVA, jaką można w sieci znaleźć, pochodzi z nagrania ze starej kasety VHS...):








wtorek, 14 października 2014

Leczenie impotencji metodami niekonwencjonalnymi - "Ogenki Clinic Adventures" (1991) (+18)

W sumie, tak się właśnie pokapowałem że od dawna nie pojawiła się tutaj żadna recenzja "pikantniejszej" bajki. Ostatni tytuł z pieprzykiem, który tutaj opisywałem to było chyba "Cream Lemon: Pop Chaser".  Wspomniałem wtedy, że hentaie z lat 80-tych były produkcjami naprawdę dobrymi, w których, wbrew pozorom, bardziej stawiano na świetną oprawę audiowizualną i sympatycznych bohaterów, a sceny erotyczne były jedynie miłym dodatkiem.
A jak sprawa miała się z tymi z lat 90-tych? Czy i one wypadają równie dobrze? By się tego dowiedzieć, przyjrzymy się dzisiaj "Ogenki Clinic" - jednej z najbardziej znanych animacji erotycznych z tego okresu.

PONIŻSZY TEKST OBFITOWAĆ MOŻE W NIECENZURALNE KADRY ORAZ OPISY. JEŚLI NIE MASZ UKOŃCZONYCH 18 LAT, NIE CZYTAJ DALEJ
(I tak wszyscy przeczytają...)

Klinika Doktora Ogenki to niewielka przychodnia, mieszcząca się w pewnym dość obskurnym apartamentowcu. Pomimo specyficznego umiejscowienia, nie narzeka ona jednak na brak klientów. Trzeba bowiem wspomnieć, że klinika owa słynie ze skutecznych, aczkolwiek niezwykle kontrowersyjnych i niekonwencjonalnych sposobów leczenia impotencji. W związku z tym, każdego dnia do kliniki Ogenki przybywają coraz to kolejni pacjenci cierpiący na seksualne problemy maści wszelakiej - jeden pacjent nie jest w stanie dojść podczas stosunku; inny znowuż nie potrafi odczuwać przyjemności z seksu, jeśli nie ma na sobie kostiumu superbohatera; jeszcze kolejny zaś podniecić może się tylko wtedy, gdy patrzy na dwie zabawiające się ze sobą lesbijki. Doktor Ogenki oraz jego hojnie obdarzona przez naturę pomocniczka - siostra Tatase - mają zatem nieustannie pełne ręce roboty i wymyślać muszą coraz to nowe sposoby, by nieszczęśnikom tym nieść pomoc.

Tak. To anime jest głupie. Okrutnie głupie. I nie, nie jest przez to śmieszne, bynajmniej. Co prawda pojawia się w nim kilka zabawnych, faktycznie pomysłowych żartów, ale w dużej mierze oglądając "Ogenki Clinic" czułem się zdegustowany. I to nie tak, że ja jestem jakimś wielkim przeciwnikiem zbereźnego humoru, nie. Jak jest on faktycznie śmieszny i odpowiednio serwowany, to potrafię zdrowo ryknąć śmiechem, tak jak to miało miejsce w przypadku choćby Daimidalera. Problem z gagami w "Ogenki Clinic" jest jednak taki, że twórcy momentami stanowczo przekraczają granicę i humor wydaje się być nader wymuszony. Wiecie, wygląda to mniej więcej tak, jakby ktoś wam opowiedział okrutnie suchy żart a potem kazał się śmiać.
Jeśli o "fabułę" idzie, to Ogenki Clinic jest utrzymane w formacie epizodycznym. Poszczególne odcinki przedstawiają luźne, raczej niezbyt powiązane ze sobą historyjki, z których każda koncentruje się na innym pacjencie i innej dolegliwości.
Co do bohaterów - klisza pogania kliszę. Zbereźny pan doktor, chętna pielęgniareczka, wstydliwy piękniś... jedyną dość nietuzinkową postacią, pojawiającą się w tym anime, jest... penis doktora Ogenki. Nie, nie żartuję sobie. Penis tytułowego lekarza jest najoryginalniejszą postacią, bowiem jako jedyny nie jest bohaterem, którego na co dzień spotkać można w innych (nawet tego typu) produkcjach. Co w ogóle zabawne, poza faktem że jest równie zbereźny co swój właściciel, to jeszcze podobnie jak on nosi okulary oraz sumiasty wąs.

No dobrze, ponarzekałem na badziewny, rynsztokowy humor i nudne postacie, to może teraz powiem coś dobrego o oprawie audiowizualnej? Niestety, nie. "Ogenki Clinic" bowiem prezentuje się nad wyraz brzydko. Szkaradne projekty postaci, blade i nijakie kolory, proste tła czy też bardzo oszczędne cieniowanie raczej nie przemawiają na korzyść tej produkcji. Nie lepiej jest z animacją. Jest bardzo oszczędna i momentami wygląda, jakby brakowało w niej kilku klatek. Jedyne co jest płynnie zanimowane i cieszy oczy feriom barw to... dziwaczne wstawki z kolorowymi, tańczącymi penisami, pojawiającymi się tu i ówdzie kiedy Doktor Ogenki opisuje jakąś przypadłość seksualną, bądź sam odbywa stosunek z jedną z bohaterek. Tak, lwia część budżetu poszła właśnie na to.
No dobrze, to może chociaż muzyka jest okej? Też nie. Jedynym wpadającym w ucho utworem jest opening. Reszta to randomowe brzdąkania, które bardzo szybko giną gdzieś tam w tle. I powiecie zaraz "Goge, to przecież porno, kto się przejmuje w takich produkcjach muzyką". A no ja się przejmuję. Po części przez zboczenie zawodowe a po części przez to, że znane są mi pornobajki, które muzyką bardzo pozytywnie zaskakiwały ("Cream Lemon" lub też "Call me Tonight").
Co nam jeszcze zostało do omówienia? A, tak, gra aktorska. Ta jest... typowa dla kiepskiego porno. Spodziewajcie się zatem fatalnie odegranych, zdrowo przerysowanych dialogów oraz "ochów" o "achów" maści wszelkiej...

Okej, dość, analizowanie kiepskich porno klasy B (może nawet niższej) nie jest zajęciem przyjemnym, więc przejdźmy do podsumowania. "Ogenki Clinic" jest produkcją złą. Okrutnie złą. Nie poleciłbym jej nawet tym, którzy najzwyczajniej w świecie oglądają porno w celach wiadomych. Postacie wyglądają jak maszkary, muzyka nie istnieje, animacja jest fatalna (no, chyba że mówimy o scenach z tańczącymi penisami...), humor żenujący... Dziwię się sam sobie, że przez to przebrnąłem, no ale przynajmniej mogę teraz z czystym sumieniem to ludziom odradzać. Serio, trzymajcie się od tego z daleka. Jeśli chcecie obejrzeć dobrą pornobajkę, to złapcie się lepiej za wspominane tutaj wielokrotnie "Cream Lemon", albo "Daimidalera". Są to bajki dużo przyjemniejsze i śmieszniejsze, aniżeli ten potworek.

Typ Anime - Seria OVA
Rok produkcji - 1991
Pełny Tytuł: „Ogenki Clinic Adventures”
 Reżyseria: Takashi Watanabe
Scenariusz: Takashi Watanabe, Haruka Inui
Gatunek: Hentai, Komedia
Liczba Odcinków: 3
Studio: AC Create, Akita Shoten
Ocena Recenzenta: 2/10

Screeny: