środa, 16 września 2015

Robot Karateka kontra skrzydlaci najeźdźcy - "Toushou Daimos" (1978)

Czy naprawdę jest ktoś, komu Daimosa trzeba przedstawiać? Ten kultowy serial mecha, emitowany niegdyś na Polonii 1, obrósł w Polsce taką legendą, że nie ma chyba osoby, która by o nim choćby nie słyszała. Jeśli jednak nie opuszczacie swej bezpiecznej piwnicy i nie byliście nigdy na żadnym konwencie, nie obcujecie w żaden sposób z polskim chińskobajkowym fandomem lub też podłączyliście się do internetu dopiero wczoraj to ten tekst jest specjalnie dla was! Jest także dla tych, którzy bajkę tę darzą równie olbrzymią nostalgią co ja i nie mają nic przeciwko przeczytaniu kolejnej opinii kolejnego chińskobajkowego "znawcy" *śmiech*.

Planeta Baam, będąca domem dla rasy skrzydlatych ludzi ulega zniszczeniu. W związku z tym jej mieszkańcy wyruszają na kosmiczną tułaczkę, w poszukiwaniu nowego terenu, na którym mogliby się osiedlić. No i jak to zwykle w bajkach tego typu bywa, upatrują sobie nasza ukochaną Ziemię. Nie mają jednak zamiaru, o dziwo, przejąć jej w sposób typowy dla kosmitów, czyli inwazję. Zamiast tego wysyłają na ziemię swoich przedstawicieli, aby drogą negocjacji ustalić jak duży obszar mogą zamieszkać. Niestety jednak, pokojowe negocjacje kończą się całkowitą katastrofą, bowiem przywódca skrzydlatych ludzi zostaje zamordowany przez swoją prawą rękę, a w całe zajście wrobiony zostaje jeden z ziemskich senatorów. W wyniku takiego obrotu spraw pomiędzy ludźmi a Baamisjanami wybucha wojna. Z początku, ze względu na swą o wiele bardziej zaawansowaną technologię, kosmiczni najeźdźcy mają zdecydowaną przewagę. Wtedy do walki wkracza jednak ostatnia nadzieja ludzkości - potężny robot zasilany nowo odkrytym źródłem energii - Generał Daimos, pilotowany przez młodego astronautę - Kazuyę Ryuzakiego. Dzięki wsparciu wspaniałej maszyny ludzkość w końcu ma szansę przeciwstawić się agresorowi. Jak się jednak szybko okazuje, Kazuya oraz księżniczka Baamisjan- Erika - są w sobie zakochani, przez co nasz bohater nieustannie zmaga się z własnym wewnętrznym konfliktem - z jednej strony chce walczyć w obronie swojej planety, z drugiej jednak nieszczególnie podoba mu się zabijanie pobratymców swojej ukochanej. Zdecydowanie wolałby znaleźć sposób, by pogodzić ze sobą obie strony konfliktu.

Choć dziś "Generał Daimos" nie wydaje się być serią nader odkrywczą, to jak na swoje czasy prezentował naprawdę zaskakująco nietypową historię. Owszem, ostatecznie wszystko rozbijało się o wielkie tłukące się ze sobą roboty, jednak w przeciwieństwie do wielu innych Super Robotów z lat 70-tych, takich jak "Mazinger Z", "Getter Robo" czy też "Ginguiser" nie było to jedyne, co tytuł ten miał do zaoferowania. Historia dwóch skłóconych ze sobą ras pełna była najróżniejszych zwrotów akcji oraz intryg, które sprawiały, że z zaciekawieniem oglądało się każdy kolejny epizod. Ba, już sam fakt, że kosmici najpierw próbują pokojowo z ludźmi pertraktować, miast od razu przypuścić atak, był czymś nietuzinkowym. Co więcej - bohaterowie nie byli czysto źli czy też dobrzy. Zarówno po stronie ludzi jak i Baamisjan znajdowały się osoby, które ciężko było jednoznacznie zaszufladkować. Sprawiało to, że widz mógł sympatyzować z bohaterami znajdującymi się po obu stronach barykady. No i jest jeszcze nasza główna para - Kazuya oraz Erika, będący na dobrą sprawę daimosowymi wersjami Romea i Julii. Przez cały czas trwania serii oboje będą próbowali znaleźć sposób, aby zażegnać konflikt pomiędzy swoimi rasami, i nie raz, nie dwa przekonają się, że wojny nie da się zakończyć tylko szczerymi chęciami i samym uczuciem miłości.
Nie oznacza to jednak, że seria jest tylko śmiertelnie poważną historią i nie ma w niej miejsca na chwilę wytchnienia. Sceny humorystyczne również się tu znajdują, serwowane w taki sposób, aby faktycznie rozładować napięcie, nie przesłaniając równocześnie głównego wątku.
Niestety jednak, z racji tego, że seria została skrócona do zaledwie 44 odcinków, Nagahama nie dał rady poprowadzić historii dokładnie tak jak chciał oraz zakończyć jej w taki sposób, w jaki na początku planował. Co momentami dość mocno widać. Niektóre epizody są upchane po brzegi najróżniejszymi wydarzeniami, podczas gdy inne zdają się wiać pustkami, a samo zakończenie sprawia wrażenie urwanego i pozostawia dość wiele do życzenia.

Oprawa audiowizualna jest naprawdę zaskakująco dobra, gdy porównać ją z innymi przedstawicielami gatunku Super Robot z lat 70-tych. Pierwsze co rzuca się w oczy to umiejętne operowanie kreską. Ważniejsze elementy oraz postacie w danej scenie podkreślone są poprzez grubsze oraz ciemniejsze linie, wyraźnie wyróżniające je na tłach i nadające im o wiele więcej charakteru i dynamizmu. To świetne wrażenie potęguje dodatkowo umiejętnie, choć oszczędnie stosowany światłocień. Same projekty postaci również wypadają fantastycznie, choć dzisiejszym widzom mogą się wydać nieco archaiczne. Faceci są wysocy i dobrze zbudowani, dzięki czemu wyglądają naprawdę jak faceci, a nie chuderlawe popierdółki, jakich pełno w dzisiejszych tytułach; kobiety natomiast są piękne i pełne wdzięku, nie będąc równocześnie nadmiernie przesłodzonymi. Również projekty maszyn wyglądają świetnie i są bardzo zróznicowane. Zwłaszcza tytułowy Daimos prezentuje się wyśmienicie - nie dość, że potrafi się transformować, to jeszcze jest prawdziwym cudem techniki wyposażonym w liczne rodzaje uzbrojenia oraz ciosy karate, których używać może dzięki wysoce zaawansowanemu sposobowi pilotażu, imitującemu ruchy znajdującego się w kokpicie pilota. Bardzo fajnie prezentują się także wszelkiego rodzaju efekty specjalne - eksplozje, płomienie, efekty świetlne, błyski w oku etc. Ładne i zróżnicowane są także tła - zwłaszcza wnętrza statków, pałaców i laboratoriów potrafią zachwycić swą szczegółowością. Świetnie wypada także animacja - z reguły płynna, pozbawiona częstego zabiegu nadmiernego używania statycznych scen i obfitująca w ciekawe ujęcia cieszy oko. Jedyne co może razić to bardzo częste powtarzanie sekwencji transformacji i specjalnych ataków, ale powiedzmy sobie szczerze - nie jest to przypadłość jedynie Daimosa.
Fantastycznie wypada także muzyka. Poza legendarnym openingiem, który jest dla polskiego fandomu (a nawet ludzi spoza niego) piosenką kultową ścieżka dźwiękowa Daimosa obfituje jeszcze w wiele innych świetnych, zapadających w pamięć utworów, które świetnie podkreślają atmosferę wydarzeń na ekranie. Na uwagę zasługują zwłaszcza kawałki grające podczas starć maszyn - rytmiczne, zagrzewające do walki nuty bardzo dobrze oddają dynamizm i wagę potyczek.
Pochwalić wypada także grę aktorską. Seiyuu świetnie wczuli się w swoje role, dzięki czemu kwestii wypowiadanych przez bohaterów słucha się z prawdziwą przyjemnością i nie można narzekać na sztuczność. Bardzo podobały mi się zwłaszcza okrzyki bojowe i wywrzaskiwane nazwy ataków podczas starć, które w przypadku anime z gatunku Super Robot są rzeczą niezwykle istotną. Ich fantastyczności ciężko się jednak dziwić, skoro odpowiada za nie istna legenda Supa Robo - Kamiya Akira. Człowiek ten znany jest z wielu wyśmienitych ról w mecha bajkach. Wcielał się w takie postacie jak m.in Roll Kuran z "Haja Taisei Dangaioh", Ryoma Nagare z "Getter Robo", Tsuwabuki Sanshirou z "Daiku Maryuu Gaiking", czy też Hibiki Akira z "Yuusha Raideen".

Być może jestem trochę zaślepiony przez nostalgię, ale uważam że "Generał Daimos" to naprawdę solidna seria. Ma wszystko to, czego potrzeba rasowemu Supa Robo i jeszcze więcej - dobrą historię, sympatycznych bohaterów, świetne maszyny i ich potyczki, rewelacyjną muzykę oraz naprawdę dobrą oprawę graficzną. Naprawdę wielka szkoda, że została skrócona, bowiem myślę, że gdyby Nagahama mógł zrealizować wszystkie swoje pierwotne zamierzenia, to Daimos okazałby się produkcją jeszcze lepszą, niż inne wyborne dzieło tego pana - Voltes V.
Jeśli jeszcze nie mieliście okazji obejrzeć tego świetnego klasyka, to zdecydowanie polecam nadrobić zaległości. Nie wiem jednak, jak wygląda sprawa z jego dostępnością w sieci. Na pewno nie znajdziecie wersji z napisami, o tym zapomnijcie - jesteśmy jednym z niewielu krajów poza Japonią, do których bajka ta przywędrowała. Angielskie napisy istnieją jedynie do pierwszych 16 epizodów. Musicie zatem szukać polskiej wersji z lektorem, która myślę gdzieś tam na jakimś chomiku pewnie się znajdzie.

Z OSTATNIEJ CHWILI - DAIMOS ORAZ YATTAMAN SĄ PONOWNIE EMITOWANE PRZEZ POLONIĘ 1, TAK WIĘC JEŚLI JESZCZE NIE MIELIŚCIE OKAZJI ICH OBEJRZEĆ, ALBO MACIE CHĘĆ WRÓCIĆ DO CZASÓW DZIECIŃSTWA TO MACIE OKAZJĘ!!
A TERAZ PRZEPRASZAM, IDĘ ODKOPAĆ VHS-Y~

Typ Anime - Seria Telewizyjna
Rok produkcji - 1978
Pełny Tytuł: „Toushou Daimos” ("Generał Daimos")
 Reżyseria: Tadao Nagahama
Scenariusz: Saboru Yatsude
Muzyka: Kikuchi Shunsuke
Gatunek: Super Robot, Dramat, Romans
Liczba Odcinków: 44
Studio: Sunrise, Toei Animation
Ocena Recenzenta: 7/10

-Daimos miał okazję wystąpić wiele razy w słynnej serii gier "Super Robot Taisen". Bardzo często pojawia się tam ze swoimi starszymi braćmi z tzw. "Robot Romance Trilogy" pana Nagahamy - Voltesem oraz Combattlerem. Cała trójka bardzo często otrzymuje różnej maści ataki kombinacyjne, które może wspólnie wykonać.

-Całkiem niedawno w przeglądarkowej grze "Robot Girls Z Online", bazującej na anime którego bohaterkami są personifikacje klasycznych wielkich robotów, pojawiła się dziewczynka Daimos. Swoim designem przypomina ona Erikę ubraną w zbroję Daimosa i wykonać może wszystkie najważniejsze ataki tego wielkiego robota.

Screeny:






wtorek, 15 września 2015

Budyniowa księżniczka Magicznym Zmazikiem władająca - "Detatoko Princess" (1997)

Ło Jezus, ale bloga zaniedbałem. Jak tak dalej pójdzie to nie wyrobię normy i nie napiszę w tym roku tych 50 postów. O nie, tak być nie może! Pora spiąć moje leniwe cztery litery i wrócić do pisania. Na rozruch weźmiemy dzisiaj coś, co swoją pozytywną głupawką pomoże mi nabrać chęci i przełamać pisarską blokadę - kolejną przesympatyczną komedię z lat 90-tych.

W magicznej krainie "Sorcerland" żyje sobie księżniczka Lapis. Panienka z niej niezwykle urodziwa i w sztukach magicznych obyta, jednak wyraźnie brak jej piątej klepki. No bo kto przy zdrowych zmysłach używa najpotężniejszego na świecie zaklęcia, by ocalić małego ptaszka, demolując przy okazji połowę królestwa? Nasza bohaterka jest także wielką miłośniczką budyniu, który pochłania w olbrzymich ilościach i dla którego gotowa jest zrobić dosłownie wszystko.
Dziecinność i nieodpowiedzialność młodej księżniczki zaczyna się dawać wszystkim powoli we znaki. W związku z tym matka Lapis - królowa Sorcerland - wręcza jej czarodziejską różdżkę... po czym z impetem jej przywala, wrzucając ją do znajdującego się w magicznym lustrze portalu. Władczyni szybko wyjaśnia zdziwionym całym zajściem poddanym, że postanowiła wysłać swoją córkę w podróż, w trakcie której nauczy się samodzielności i wydorośleje. Niestety, szybko się okazuje, że królowej popierniczyły się lokacje i miast wysłać córkę w okolice pobliskiego jeziora, wypierniczyła ją na drugi koniec krainy. W wyniku takiego obrotu spraw trójka najbliższych służących młodej księżniczki natychmiastowo wskakuje w portal, aby pospieszyć jej z pomocą. Tak oto zaczyna się ich szalona i pełna niebezpieczeństw przygoda.

Nie oszukujmy się, "Detatoko Princess" nie jest tworem wybitnie oryginalnym. Niemal wszystko w produkcji tej przedstawione było już w innych podobnych bajkach. Czy oznacza to, że jest to produkcja zła? Skądże znowu! Choć mamy tu do czynienia z typową dla lat 90-tych komedią fantasy, to  nadal idzie się przy niej dobrze bawić. Tym bardziej, że choć dominują tutaj charakterystyczne dla tego typu produkcji gagi, to pojawia się kilka całkiem pomysłowych i nietuzinkowych. Przykładowo - jeden z bohaterów jest nieśmiertelny. Zgadnijcie, w jaki sposób zostaje wykorzystana jego cudowna zdolność? Tak, jest nieustannie używany jako żywa tarcza przez wszystkich uczestników wyprawy. Jakby tego było mało, w jednym z epizodów pojawiają się także bogowie... fitnessu, którzy chcą sprawić by wszyscy na świecie prowadzili zdrowy tryb życia... mimo że sami są okropnie chorowici i chuderlawi. No i są jeszcze niesamowicie głupkowate nazwy zaklęć, jak używany przez główną bohaterkę "Magiczny Zmazik" usuwający działanie zaklęć. Wszystko to sprawia, że oglądając "Detatoko Princess" nieustannie niemal zanosiłem się głośnym śmiechem, obserwując w jakie to, coraz dziwaczniejsze sytuacje ładują się bohaterowie. Właśnie, bohaterowie, wypadałoby powiedzieć o nich coś więcej - choć żaden z nich nie jest jakąś wybitnie skomplikowaną postacią, tak wszyscy są cholernie sympatyczni i nie w sposób ich nie polubić. Mamy tu wszystko czego trzeba - uroczą, acz obdarzoną nieco ograniczonym rozumkiem księżniczkę, zakochanego w niej osiłka, jedynego trzeźwo myślącego sędziwego nauczyciela oraz knującą diaboliczne (i niezbyt skuteczne) plany antagonistkę.

Oprawa audiowizualna jest solidna i kolorowa. Bardzo przypadły mi do gustu niezwykle urocze projekty postaci, zwłaszcza kobiecych, o świetnej, idealnie dopasowanej do absurdalnego klimatu produkcji mimice. Tła, choć dość mało zróżnicowane, również wykonane są schludnie i z dbałością o szczegóły. Animacja również wypada całkiem dobrze - płynna, pełna fajnych ujęć i bez większych spadków jakości, acz momentami bardziej spostrzegawczemu widzowi mogą w oczy rzucić się oszczędności w postaci ujęć na twarze bohaterów, czy też nader statycznych ujęć. Nie są to jednak jakieś częste zabiegi.
Muzyka, jak na głupkowatą produkcję przystało, pełna jest szurniętych i skocznych kawałków. Prawdę powiedziawszy jednak, poza wesołym i rytmicznym openingiem (również będącym żartem, tak swoją drogą) niezbyt zapada w pamięć. No, może jeszcze ending idzie zapamiętać, jednak bynajmniej nie dlatego, że jest jakiś szczególnie dobry, a dlatego, że jest... pokraczny. I choć w przypadku innego rodzaju produkcji mogłoby to być wadą, tak tutaj można przymknąć na to oko.
Gra aktorska wypada naprawdę dobrze, co nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę z jakimi nazwiskami mamy tutaj do czynienia. W "Detatoko Princess" przyjdzie nam usłyszeć głosy takich sław jak choćby Miyamura Yoko (Asuka z "NGE", Ushio z "Neo Ranga"), Tomokazu Seki (Domon z "Mobile Fighter G Gundam", Gai Daigouji z "Martian Successor Nadesico"), czy też Aya Hisakawa (Minamo z "Azumanga Daioh", Sailor Mercury z "Sailor Moon"). Nie trzeba zatem przekonywać, że każda z postaci brzmi świetnie i przekonująco.

"Detatoko Princess" to sympatyczna i całkiem zabawna historyjka. Choć nie jest jakaś wybitnie oryginalna to nadal potrafi naprawdę rozśmieszyć i zapewnić dużo dobrej rozrywki. Punktuje również całkiem solidnym wykonaniem. Jeśli chcecie odpocząć od śmiertelnie poważnych chińskich bajek o ratowaniu świata i lubicie się zdrowo pośmiać, to jak najbardziej warto dać jej szansę. Tym bardziej, jeśli tak jak ja, jesteście miłośnikami szalonego humoru lat 90-tych. Zdecydowanie polecam!

Typ Anime - Seria OVA
Rok produkcji - 1997
Pełny Tytuł: „Detatoko Princess” ("Suddenly Princess")
 Reżyseria: Shinbou Akiyuki
Scenariusz: Masashi Kubota, Mayori Sekijima
Muzyka: Takeo Miratsu
Gatunek: Komedia, Parodia, Fantasy
Liczba Odcinków: 3
Studio: J.C. Staff
Ocena Recenzenta: 6.5/10

Screeny:







wtorek, 25 sierpnia 2015

Recenzja Figurki - Bandai LM Escaflowne z "Vision of Escaflowne"

Na końcu recenzji Goufa oraz Amazing Booster wspomniałem, że następny figurkowy tekst poświęcony będzie zabawce, którą dziś okropnie ciężko jest gdziekolwiek dorwać. Zabawce, którą uznaję za jeden ze swoich Najświętszych Graali i za którą rozglądałem się po wszelkich możliwych sklepach, odkąd tylko zacząłem kolekcjonować figurki. Niestety, za każdym razem moje poszukiwania okazywały się bezowocne i musiałem obejść się smakiem.
Całkiem niedawno jednak udało mi się przypadkiem znaleźć swój upragniony model na Surugaya i dzięki uprzejmości Ranalcusa trafił on nareszcie do mojej kolekcji.

Bandai LM Escaflowne
Tradycyjnie już, zacznijmy od garści technikaliów:


TYP FIGURKI: Model do składania
SERIA MODELI: Limited Model
SKALA: Brak danych
SERIA: Vision of Escaflowne
POSTAĆ: Escaflowne
PRODUCENT: Bandai
MATERIAŁY: ABS, PVC, Bawełna
WYSOKOŚĆ: Ok.15 cm
CZAS SKŁADANIA: 8 godzin
CENA: 25zł (bez wysyłki)
DATA WYDANIA: Sierpień 1996
NAKŁAD: Standardowy



Escaflowne to tytułowy robot ze słynnej - także w Polsce - serii mecha fantasy "Vision of Escaflowne". Ten legendarny Guymelef, będący dziedzictwem rodu Fanel, jest jedynym, co może pokrzyżować plany złowrogiego cesarza Dornkirka, stojącego na czele potężnego Imperium Zaibachu. Po raz pierwszy mamy okazję zobaczyć go już w drugim odcinku, kiedy to Zaibach przypuszcza podstępny atak na Fanelię. Van - główny bohater serii - dopełnia wtedy z paktu z robotem i siada za jego sterami, próbując ochronić swoje królestwo. Niestety jednak, wróg okazuje się zbyt liczebny i młody książę zmuszony jest uciekać i szukać pomocy u innych państw.
Jedyną, acz wystarczająco silną bronią Escaflowne jest jego olbrzymi miecz. Robot posiada także możliwość transformacji w smoka (model takiej funkcji niestety nie ma), co umożliwia mu latanie. Źródłem zasilania maszyny jest zaś smocze serce, trzymane przez jedną z łap na klatce piersiowej. 

Escaflowne miał okazję wystąpić raz w serii "Super Robot Taisen". Wraz z pilotowanym przez Allena Schezar "Scherazade" oraz maszynami Zaibachu pojawił się w "Super Robot Taisen Compact 3", wydanym na Wonderswan Color. Wystąpił tam u boku robotów z takich serii jak "Betterman", "Mobile Suit Gundam Wing Endless Waltz", czy też "Aura Battler Dunbine".

Tyle słowem wstępu. Przejdźmy teraz do recenzji samej figurki.

Rzeźba, składanie i malowanie

Jak na dość stary model, Escaflowne zaskoczył mnie tym, z jaką dbałością został odwzorowany. Bardzo ładnie wykonano nie tylko te większe elementy, jak nogi czy naramienniki, ale także tak drobne detale jak emblemat na klatce piersiowej, smocze serce trzymane w jednej z łap, czy też szmaragdy na hełmie. Kolejnym zaskoczeniem było dla mnie to, że wszystkie elementy modelu zawarły się na... zaledwie dwóch siateczkach. Większość modeli, które do tej pory składałem, miało tyle części, że potrzeba było przynajmniej 5 albo nawet 6. W przypadku Escaflowne spowodowane jest to tym, że większość elementów jest od razu ze sobą złączonych, albo składa się z dwóch połówek. Ma to swoje dobre, jak i złe strony, o tym jednak więcej napomknę przy pozowalności.
Oprócz plastikowych elementów, model zawiera także bawełnianą pelerynkę, którą można zaczepić mu na plecach. Brzmi fajnie? Brzmi. Wygląda fajnie? Jasne że tak! Ale nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak wiele krwi napsuł mi proces montowania tego kawałka szmatki. O ile sam model, ze względu na małą ilość części, był dość prosty do złożenia, tak umieszczenie pelerynki w przeznaczonych na nią szczelinach zajęło mi ponad pół godziny, podczas którego sypałem wiązankami wyrażeń z łaciny podwórkowej tak obficie, że szybko musiałem zacząć wymyślać własne...
Z racji tego, że Escaflowne odlany jest tylko w jednym kolorze, to wymaga trochę malowania. Na całe szczęście, w przeciwieństwie do wielu innych modeli z linii LM, Escaflowne odlany jest już w tym dominującym kolorze, dzięki czemu proces malowania jest o wiele łatwiejszy, niż się wydaje. Nadal jednak nie jest to zabawka dla totalnego lajka, bowiem niektóre elementy wymagające bazgrolenia są tak drobne, że bez odpowiednich narzędzi i pewnej ręki się nie obejdzie. Plus, obie dłonie nie zawierają żadnego łącznika, zatem aby przytwierdzić je do reszty modelu potrzeba użyć kleju, co początkującym budowniczym może sprawić nieco kłopotu.

Poniżej kilka zdjęć z procesu budowy oraz malowania:

Wszystkie narzędzia i części przygotowane, można się brać do roboty

Najwięcej problemu sprawiło zdecydowanie malowanie detali na głowie, zważywszy na jej niewielkie rozmiary

Ręce i głowa schnące po malowaniu i oczekujące na złożenie.

Korpus już niemal gotowy

Zostało jeszcze tylko przykleić dłonie

Akcesoria i pozowalność

Stare modele miały to do siebie, że ich pozowalność była o wiele uboższa niż tych dzisiejszych. Nie lepiej sprawa wygląda, niestety, w przypadku Escaflowne. Tym bardziej, że jak wspomniałem, większość części składa się z pojedynczych elementów, a co za tym idzie - model praktycznie nie ma stawów, co skutecznie ogranicza jego ruchomość. Nie pomaga też fakt, że dłonie są przyklejone na stałe, a miecz zespolony z jedną z nich. Jedynie nogi mają stawy w kolanach, co pozwala robotowi nieco przyklęknąć. Poza tym, jedyne ruchy jakie Escaflowne może wykonać to podnieść i opuścić obie ręce, a także wystawić nogi nieco do przodu lub do tyłu. O transformacji w smoka także można, niestety, zapomnieć.
Akcesoriów też raczej żadnych nie uświadczymy, jednak to akurat zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że w serialu robot również takowych za wiele nie miał.

Kilka przykładowych póz, które model może przybrać, możecie zaobserwować na zdjęciach poniżej:






Pomimo dość ograniczonej pozowalności, model da się ustawić tak, że wygląda jakby powoli kroczył przed siebie

Bojową pozę też może przyjąć

NA POTĘGĘ POSĘPNEGO- oh, wait...


Miałem to szczęście, że podczas sesji wiał dość silny wiatr, dzięki czemu udało mi się uchwycić model w pozach z powiewającą pelerynką


Pudełko i instrukcja

Pudełko od Escaflowne, a także innych modeli z serii LM różnią się od typowych pudeł dla modeli od Bandai. Przede wszystkim są całkiem inaczej zbudowane. Zamiast typowego kartonu z kolorowym wiekiem, dostajemy ładnie wykonane, kolorowe opakowanie, opatrzone ze wszystkich stron ślicznymi, wysokiej jakości ilustracjami. Na tyle pudła są też dwa zdjęcia przedstawiające model od przodu i z boku, a także krótki opis danej maszyny. Całość prezentuje się naprawdę ładnie i nie obraziłbym się, gdyby Bandai robiło takie opakowania dla wszystkich swoich modeli.





Z racji prostoty modelu, równie prosta jest także instrukcja. Krótka, składająca się zaledwie z czterech stron książeczka pokazuje jak poskładać robota. Na jej ostatniej stronie znajduje się także ściągawka jak model należy pomalować.



PODSUMOWANIE

Pomimo swej wiekowości Escaflowne zaskoczył mnie naprawdę dobrą jakością wykonania. Bardzo ładnie oddano nawet najdrobniejsze detale robota i wygląda on dokładnie tak, jak w serialu. Jedynie pozowalność mogłaby być zdecydowanie lepsza. Bądź co bądź, Escaflowne był robotem bojowym i fakt, że figurka nie jest w stanie oddać większości jego dynamicznych póz jest nieco rozczarowujący. Biorąc jednak pod uwagę, że sam model zbyt drogi nie jest, można trochę taką wtopę przebaczyć.
Wszelkim miłośnikom Escaflowne zabawkę zdecydowanie polecam, choć dorwanie jej w dzisiejszych czasach może sprawić sporo problemów. Przypominam jednak równocześnie, że mimo niewielkiej liczby elementów, jest to model przeznaczony dla doświadczonych modelarzy, wymagający zarówno malowania jak i klejenia, zatem jeśli nigdy wcześniej nie składaliście sami żadnej zabawki, to lepiej najpierw poćwiczcie na kilku prostszych figurkach.

OCENA KOŃCOWA:
Rzeźba9/10
Malowanie: -/- (jak se pomalujesz, tak będzie wyglądać)
Pozowalność: 5/10
Cena/Jakość: 9/10

Jaka figurka zrecenzowana zostanie następna? Ponownie zamiast powiedzieć wam wprost, dam wam wskazówkę, którą tym razem są te słowa - "FOLLOW ME, FOLLOW YOU".

piątek, 7 sierpnia 2015

Ren Arai i jego Kosmiczna Lesbokocica - Krótka historia serii "Iczer"


Pamiętacie, jak daaaawno temu pisałem, że planuję zacząć na blogu pisać teksty inne niż tylko recenzje? Chyba w końcu czas się za to zabrać. A że akurat w ostatnią środę "Iczer-1" skończyło okrągłe 30 lat, to nawet mam pomysł, o czym pierwszy artykuł mógłbym machnąć. Dziś przybliżę wam zatem dokładniej genezę całej serii oraz wspomnę co nieco o kultowym w latach 80-tych i 90-tych w Japonii magazynie - "Lemon People".


Ren Arai - rysownik enigma

Okładka pierwszego tomiku "Patlazera-3"
Na samym początku wypadałoby, tak sądzę, przybliżyć wam postać Rena Arai - rysownika, który za stworzenie postaci Iczer-1 odpowiada. Niestety, w internecie informacji na jego temat jest tyle, co kot napłakał, więc miałem sporo problemów ze znalezieniem czegokolwiek. Na całe szczęście, tu z pomocą przyszedł mi jeden z zio/m/eczków - KimiNozo Guy. Jest to największy znany mi Iczerfag, który na punkcie tej serii ma tak pozytywnego świra, że wie o niej i jej powstaniu niemal wszystko. Gość jest tak sympatyczny, że nie tylko opowiedział mi o samym artyście, ale także dorzucił skany wszelkich jego prac, jakie posiada w swojej kolekcji. Część z nich podziwiać możecie w tym artykule właśnie.

Tytułowy robot z "Makyou Gaiden Le-Deus"

Tak więc - Ren Arai (pseudonim artystyczny "Aran Rei") to rysownik znany głównie z krótkich komiksów oraz ilustracji utrzymanych w szeroko pojętej tematyce Science-Fiction. Jego najwcześniejszą pracą, opublikowaną w magazynie "Lemon People", było "Galaxy Police Patlazer-3". Jest to też jeden z nielicznych jego komiksów, które doczekały się wydania tomikowego. Z jego innych, bardziej znanych dzieł, wspomnieć warto "Makyo Gaiden LeDeus" - ciekawy miks fantasy, mecha oraz post-apo - które doczekało się w 1987 roku animowanej adaptacji.
Oprócz Science-Fiction, Arai parał się też rysowaniem bardzo specyficznych komiksów pornograficznych, obfitujących w brutalne sceny gwałtów, rozczłonkowywania ofiar oraz inne obrzydlistwa. Właściwie nie będzie przesadą stwierdzić, że przez pewien okres erotyka w jego wykonaniu bardziej przypominała horrory klasy B. 

One-shot "Cosmic Hunter"
Arai znany był też z tego, że brał się za zbyt dużo projektów naraz, w wyniku czego tworzył głównie pojedyncze ilustracje, albo zaledwie jedno, tudzież dwu-rozdziałowe komiksy. Co więcej - większość jego prac, w tym także te najsłynniejsze jak "Patlazer" czy "Iczer-1" właśnie, nigdy nie doczekały się pełnoprawnego zakończenia i urywają się w bardzo dziwnych momentach. Z tego również powodu, wiele jego prac nigdy nie ukazało się w żadnych zbiorczych tomikach i cholernie ciężko jest je dziś gdziekolwiek dorwać. Odbiło się to również dość mocno na popularności tego rysownika - mało kto dziś o nim w ogóle pamięta, przez co, jak na początku tekstu wspomniałem, na próżno szukać o nim jakichkolwiek informacji w internecie. Na dobrą sprawę, jedynym źródłem bardziej szczegółowych informacji o nim są stare magazyny z lat 80-tych oraz wczesnych 90-tych, gdzie publikowane były jego komiksy. Zdobycie ich nie jest sprawą łatwą i nawet KimiNozo Guy wspomina, że zebranie choć kilku z nich zajęło mu parę dobrych lat... 

Warto wspomnieć, że Arai nie był artystą trzymającym się uparcie tylko jednego stylu. Nieustannie rozwijał on swój rysunek, próbując coraz to nowych technik oraz sposobów kładzenia kreski. W efekcie, jego styl przeszedł bardzo widoczną przemianę - od najbardziej typowego dla lat 80-tych rysunku, do naprawdę zróżnicowanego i niezwykle wyrafinowanego. W jego twórczości wyróżnia się trzy najbardziej ogólne okresy, które możecie zaobserwować na obrazku poniżej:

Trzy ery Rena Arai

Arai był człowiekiem lubiącym sobie żartować, tak więc w jego komiksach, nawet tych poważniejszych, znaleźć można mnóstwo elementów humorystycznych, czy to w formie dialogów, czy też nawiązań parodiujących inne produkcje. Najzabawniejszym jego wybrykiem moim zdaniem było jednak to, że okazjonalnie umieszczał samego siebie w swoich komiksach. Czasem jako postać w tle, czasem jako jednego z głównych bohaterów. Przedstawiał siebie jako niskiego facecika w długiej, najczęściej czarnej szacie z kryzowym kołnierzem i wykrzywioną w demonicznym uśmiechu maską na głowie. Przez występujące w komiksach postacie nazywany był on "Sensei". Na zamieszczonej obok stronie możecie zobaczyć, jak wraz z bohaterkami komiksu występuje na scenie.

Kosmiczna Kocia Lesbijka 

Najsłynniejszym komiksem Rena Arai jest zdecydowanie "Iczer-1". Ten dwurozdziałowy komiks po raz pierwszy ukazał się na łamach magazynu "Lemon People" w roku 1983. Opowiadał historię kosmicznej kotolesbijki o wdzięcznie brzmiącym imieniu - "Nya" - która przybywa na ziemię i ratuje młodą dziewczynę - Nagisę - przed gwałtem... tylko po to, by zaraz potem odbyć z nią liliowy stosunek. Rozkoszną zabawę naszym bohaterkom przerywa najazd wrednych kosmitów. Nya zabiera wtedy ze sobą Nagisę i razem wsiadają do olbrzymiego robota - "Iczer Robo" - z którego pomocą pokonują najeźdźców. Komiks okazał się wielkim hitem, a Nagisa oraz Nya stały się jednymi z najczęściej pojawiających się na okładkach "Lemon People" bohaterkami. Co więcej!  "Iczer-1" stało się tytułem tak kultowym, że nawet dziś na Comiketach bardzo często natknąć się można na masę doujinshi z nim powiązanych.


"Iczer-1" miało to szczeście, że pojawiło się w okresie rozkwitu japońskiego rynku OVA oraz w momencie, gdy magazyn "Lemon People" stał się prawdziwym popkulturowym fenomenem. W związku z tym nie trzeba było długo czekać na animowaną adaptację - ukazała się ona już w roku 1985 i odpowiadał za nią słynny Toshihiro Hirano - utalentowany reżyser oraz projektant postaci, będący uczniem innej japońskiej legendy - Mikimoto Haruhiko. Seria OVA zatytułowana "Fight! Iczer-1!!" znacznie różniła się jednak od swojego komiksowego pierwowzoru. Przede wszystkim znacznie rozszerzała opowiedzianą historię oraz wprowadzała do niej nowe postacie. Co więcej - dość mocno zmieniono pochodzenie, charaktery a także wygląd postaci. Przykładowo, Nya została przemianowana na tytułową Iczer-1 i była teraz kosmicznym elfo-androidem z planety Cthuwulf. W przeciwieństwie do swojej komiksowej inkarnacji, która mogła porozumiewać się jedynie telepatycznie, otrzymała także możliwość normalnej komunikacji oraz dużo bardziej złożoną osobowość. Z naiwnej i skorej do zabawy kotki, stała się dumną i honorową wojowniczką, dzielnie walczącą w obronie swej ukochanej oraz jej planety.


Choć pod względem fabularnym OVA nie była niczym specjalnym, tak popisać się mogła naprawdę wyśmienitą reżyserią, animacją a także muzyką (za którą odpowiadał swoją drogą słynny Michiaki Watanabe). I choć trzeci, ostatni epizod serii wypada nieco słabiej, niż pierwsze dwa, tak nadal naprawdę potrafi zaciekawić i oczarować swoim niezwykłym klimatem. Nic dziwnego zatem, że seria spotkała się z bardzo ciepłym odezwem wśród fanów a nawet swą popularnością przebiła oryginalną mangę i stała się tym Iczerem, o którym pamięta i mówi się do dzisiaj. W zdobyciu tej popularności pomógł zapewne także fakt, że "Fight! Iczer-1!!" było pierwszą niepornograficzną produkcją na podstawie serii publikowanej w "Lemon People", dzięki czemu więcej osób chciało się z nią zapoznać.

Niestety jednak, dalsza historia serii nie wygląda już tak różowo. Choć pierwszy narysowany przez Hirano komiks - "Golden Warrior" - będący prequelem dla serii OVA spotkał się z pozytywnymi reakcjami, tak nie powtórzył sukcesu ani animacji, ani też oryginalnego komiksu. Podobnież wyglądała sytuacja z alternatywną historią - "Iczer Legend". Najbardziej serii naszkodziła jednak animowana kontynuacja - wydane w roku 1990 "Adventure! Iczer-3!". Seria była o wiele bardziej dziecinna, niż oryginał, ponieważ wyrzucono z niej wszelkie mroczniejsze i dojrzalsze elementy. O wiele biedniej wyglądała także animacja, w której dopatrzeć się można było mnóstwa statycznych kadrów oraz powtarzanych ujęć. Co gorsza - choć seria była dłuższa, niż "Iczer-1", tak pod względem fabularnym wypadała o wiele słabiej. Nic dziwnego zatem, że była dla fanów ogromnym rozczarowaniem i nawet jej alternatywna wersja, wydana jako słuchowisko, nie zaskarbiła sobie takiej sympatii, jak pierwsza seria OVA. Ostatnim gwoździem do trumny była wydana w roku 1995 dwuodcinkowa OVA - "Iczer-Girl Iczelion". Nie dość, że poza postacią Nagisy nie miała żadnego związku z serią, to jeszcze była okropnie przeciętna, przez co spotkała się ze znikomym odezwem zarówno ze strony wiernych fanów serii, jak i widzów, którzy nie mieli do tej pory z Iczerem do czynienia. Następstwem kiepskiego przyjęcia Iczeliona była totalna śmierć serii - planowane przez Hirano nowelka na podstawie "Iczer-3" oraz całkiem nowa seria anime - "Iczer-4" - nigdy nie ujrzały światła dziennego. Elementy "Iczer-4" zostały jednak wykorzystane w innej serii, przy której pracował Hirano - "Magic Knight Rayearth". Jedna z pojawiających się tam postaci - Nova - zarówno z wyglądu jak i zachowania do złudzenia przypomina Iczerkę, a dodatkowo pilotuje olbrzymiego robota. Niektóre wątki z niewydanych nowelek zostały także wykorzystane w wydanym na Nintendo DS "Super Robot Taisen L", w którym pojawiają się zarówno Iczer-1 jak i "Iczer-3".
Humorystyczny graf, przedstawiający rozwój serii oraz jej zgon.
Podobnie smutny los spotkał także publikowany w "Lemon People" reboot, autorstwa ojca serii - Rena Arai. Choć w tym przypadku powód śmierci był nieco inny. "The Iczer-One" zostało urwane bowiem nie dlatego, że nie cieszyło się dostateczną popularnością, ale dlatego, że w roku 1998 "Lemon People" przestało być wydawane, w wyniku czego Arai stracił miejsce do publikowania swojego tytułu. Komiks nie doczekał się też później żadnego wydania zbiorczego, przez co do dziś pozostaje najbardziej nieuchwytną częścią całego uniwersum.
"THE ICZER-ONE" będące rebootem serii na swój sposób łączyło oryginalny dwurozdziałowy komiks z animowaną adaptacją Hirano.

Iczer poza Japonią

Choć w Polsce "Iczer" jest serią raczej okropnie obskurną, tak na zachodzie, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych zyskał sobie dość sporą popularność i do dziś uważany jest tam za kultowy klasyk Science-Fiction, stawiany obok takich hitów jak "Megazone 23" czy też "Macross" (znany tam też jako "Robotech"). Wielu krytyków stawiało go nawet wyżej niż słynne "Neon Genesis Evangelion", pisząc, że choć tytuł Hideakiego Anno jest naprawdę dobrą i istotną dla gatunku serią telewizyjną, tak daleko mu do tak wyśmienitego arcydzieła jak "Iczer-1". Wydana na VHS oraz Laser Dyskach OVA cieszyła się wśród Amerykanów tak sporym uznaniem, że wydano u nich nawet wspomniany prequel - "Golden Warrior". Ba, nawet przeciętne "Iczer-3" było tam lubiane do tego stopnia, że doczekało się anglojęzycznego komiksu. Za ilustracje odpowiadali Daphne Lage oraz Matt Lunsford, za scenariusz zaś Stacey Rosentein. Komiks można kupić do dziś, podobnie jak i obie serie OVA, które doczekały się zremasterowanych wydań na DVD.

Kolorowa okładka komiksu "Iczer-3". Widać nań logo legendarnego "U.S. Manga Corps" które swego czasu odpowiadało za większość wydań mang i anime w Stanach Zjednoczonych. To jednak historia na inny artykuł...
Czy Ren Arai, rysując przygody Nya i Nagisy, wiedział, że osiągną one taki sukces? Ciężko powiedzieć. Faktem jest jednak to, że "Iczer" stało się sagą kultową, w dodatku nie tylko dla Japończyków i do dziś cieszy się niesłabnącą popularnością. Sam również darzę tę franczyzę sporą sympatią, ponieważ była to jedna z pierwszych serii OVA, które obejrzałem w dobie internetu.

Ogromnie dziękuję KimiNozo Guy za pomoc w napisaniu tego artykułu oraz za podzielenie się kolekcją swoich skanów. Serdecznie polecam wam zajrzeć na jego twittera, na którym często publikuje on zdjęcia swojej bogatej kolekcji. Jeśli 4chan wam nie straszny, możecie go też złapać czasami na /m/ i podyskutować na temat wielu staroszkolnych produkcji. Człowiek ten, nie dość że dysponuje naprawdę olbrzymią wiedzą, tak jest jeszcze cholernie sympatyczny i na pewno nie obrazi się, jeśli poprosicie go by opowiedział wam co nieco o jakimś obskurnym tytule czy artyście.
Uprzedzając także pytanie, czy tego typu artykułów będzie na blogu więcej - jak najbardziej. W recenzjach poszczególnych serii nie jestem w stanie powiedzieć o nich wszystkiego, co bym chciał, zatem pewnie jeszcze nie raz tego typu ścianę tekstu tutaj wrzucę. Do następnego razu zatem!



poniedziałek, 3 sierpnia 2015

JUST WILD BEAT, COMMUNICATION! - "Mobile Suit Gundam Wing" (1995)

Ach, Gundam Wing... Tytuł, z którym styczność miał chyba każdy starszy polski fan chińskich bajek. Emitowany lata temu na kanale Hyper, serial ten był dla wielu fanów sagi Gundam (nie tylko tych z Polski) wprowadzeniem do tego ogromnego metawersum. Ze względu na to, do dziś chwalony jest często za ciekawe potyczki, świetnie przedstawioną politykę, wyśmienitą muzykę oraz rewelacyjne nakreślonych bohaterów. Czy aby na pewno słusznie? Czy może jednak te pochwały są mocno podkoloryzowane przez nostalgię? Przekonajmy się!

Jest rok 195 kalendarza "After Colony", wprowadzonego po tym, jak ludzkość opuściła ziemię i rozpoczęła pełną kolonizację kosmosu. Po wielu latach pomyślnego rozwoju zaczyna dochodzić do spięć pomiędzy kolonistami a ziemią. Organizacja OZ oraz podlegający jej Sojusz Ziemski zaczynają bowiem coraz bardziej uciskać kosmicznych osadników, wyzyskując ich tak bardzo, jak to tylko możliwe. W wyniku takiego obrotu spraw,  5 wybranych koloni buduje w sekrecie 5 potężnych kombinezonów bojowych - Gundamy - sadza za ich sterami swoich najlepszych pilotów i wysyła je na ziemię, celem obalenia OZ.  Tak oto rozpoczyna się operacja "Meteor" - ostatnia nadzieja koloni na poprawę swojej sytuacji.

Sam pomysł na historię w "Gundam Wing" jest naprawdę fajny. Tak, po raz kolejny dostajemy dwie tłukące się ze sobą frakcje, jednak tym razem "Ci dobrzy" przedstawieni są jako terroryści. Walczący w słusznej sprawie, owszem, ale nadal terroryści, którzy nie cofną się przed niczym, aby wykonać swoją misję. Co więcej, za sprawą licznych intryg, bardzo szybko okazują się oni być jedynie pionkami, nieustannie wykorzystywanymi przez kolejne frakcje. Niestety jednak, fajny pomysł został, koncertowo wręcz, spieprzony przez totalnie nieumiejętne prowadzenie historii. Wszystkie ciekawsze wydarzenia następują bowiem na samym początku, a potem przez długi czas nie dzieje się absolutnie nic. Ponad dwadzieścia epizodów ze środka serii to na dobrą sprawę nic więcej jak nudne i powtarzalne zapychacze, niemal wcale nie popychające akcji do przodu. A potem pod koniec akcja nagle znowu nabiera tempa, jednak spora część wydarzeń zdaje się być całkowicie bez sensu. Serial cierpi też na poważne nadużywanie głupkowatych plot twistów, znienacka zmieniających kierunek w jakim podąża cała historia. I zanim powiecie, że "to przecież dobrze, bo seria nie jest przewidywalna" - w tym wypadku działa to bardziej na szkodę serialu, bowiem robi się on nadmiernie przekombinowany, a co więcej - całkowicie sypie się jego ciągłość, przez co momentami ciężko połapać się w tym, co się aktualnie dzieje. Co prawda mamy na początku odcinka krótkie przypominajki streszczające aktualną sytuację panującą w serialu, jednak są one bardzo ogólne i nie zawsze dostatecznie objaśniają o co chodzi.
No i jest jeszcze kwestia tej polityki, za którą Wing jest tak często chwalony... Nie mam pojęcia dlaczego, bowiem jest ona głupia i całkowicie bez sensu. Same frakcje nieustannie nawiązują kolejne, pozbawione sensu sojusze, tylko po to by odcinek, dwa potem zdradzić swoich sojuszników i związać się z kimś innym. Liderzy zaś podejmują naiwne, chwilami naprawdę głupie decyzje oraz sypią idealistycznymi, długaśnymi przemowami, które miały chyba dodać serii jakiejś głębi, ale dają całkowicie odwrotny skutek, czyniąc ją jeszcze bardziej nudną i dziecinną.
Nie lepiej sprawa wygląda z postaciami. W większości są to po prostu archetypy, w dodatku płaskie jak karton. Mamy zatem chłodno kalkulującą maszynę do zabijania, cichego i smutnego młodzika, kruchego i obdarzonego złotym sercem dżentelmena, czy też Chińczyka zachowującego się jak dupek z autyzmem. Jedynym pilotem Gundama, który jest nieco ciekawszą postacią, jest Duo. Zachowuje się on zdecydowanie najnormalniej z całej tej gromadki i choć nadal nie jest wybitnie dobrze napisaną postacią, tak przynajmniej widać w nim jakąś konkretniejszą osobowość. Oprócz tego mamy też główną postać kobiecą - niejaką Relenę, córkę bogatego polityka - której rola przez dłuższy czas sprowadza się do latania za Heero, mimo że ten nieustannie grozi jej, że ją zabije. Dopiero pod koniec serii staje się bardziej istotną postacią, jednak ciężko brać ten rozwój na serio, zważywszy na to, że niemal w ogóle nie zostaje nam pokazane, jak konkretnie do niego doszło. 
Nieco lepiej prezentują się antagoniści, jednak nadal daleko im do dobrze napisanych bohaterów. Zechs Merquise, będący Wingowym klonem Chara Aznable, jest z początku chyba jedną z niewielu w miarę sensownie zachowujących się postaci. Dumny i honorowy, acz chwilami przesadnie wyidealizowany, potrafi zaskarbić sobie sympatię widza. Niestety jednak, w pewnym momencie jego charakter zaczyna się stopniowo pogarszać, aż w końcu w finale serii zmienia się w jednego z najgłupszych bohaterów. To samo można powiedzieć niestety o innej fajnej postaci - Lady Une - która startuje jako silna i niezależna kobieta, a w połowie serii zostaje zepchnięta całkowicie na ubocze, tylko po to by wrócić pod koniec bajki jako mało ważna i niezbyt interesująca postać poboczna. Bardzo dobrze prezentuje się jednak niejaki Treize Khushrenada. Inteligentny, przystojny, honorowy i pewny siebie dyktator jest świetnie napisaną postacią, potrafiącą wzbudzić respekt. Niestety jednak, w pewnym momencie twórcy zdali sobie sprawę, że jest inteligentniejszy niż wszystkie występujące w serialu lemingi, zatem również i jego odsunęli na ubocze, żeby seria nie skończyła się w okolicach dwudziestego odcinka jego absolutnym zwycięstwem.


Mierną fabułę oraz postacie Wing nadrabia jednak całkiem dobrą oprawą audiowizualną. Projekty postaci są zróżnicowane i przyjemne dla oka. Ogromne wrażenie robią szczególnie ich kostiumy, zwłaszcza wojskowe mundury - szykowne i modne, pełne wymyślnych falbanek, kołnierzy i innych pięknych dodatków. Rewelacyjnie prezentują się też projekty robotów. Prawdę powiedziawszy, Wing ma chyba jedne z najciekawszych maszyn w historii całej sagi Gundam. Każdy z pięciu Gundamów nie dość, że piękny, to jeszcze różni się od pozostałych uzbrojeniem czy też możliwościami. Żadna z maszyn nie jest taka sama, a co więcej, każdy z Gundamów, poza tytułowym Wingiem, utrzymany jest w innej kolorystyce niż typowe dla metawersum połączenie białego z niebieskim. Podobnie sprawa ma się z wojskowymi, masowo produkowanymi kombinezonami. Jest ich kilka różnych typów, każdy z nich przystosowany do walki na innym terenie i na inny dystans. Każdy z modeli jest też ciekawie zaprojektowany i pomimo faktu, że wszystkie bazują na tym samym szkielecie, różni się od pozostałych pod wieloma względami. Moim osobistym faworytem jest zdecydowanie Leo - piękny w swej prostocie podstawowy kombinezon bojowy, przeznaczony do walki na ziemi.
Całkiem ładnie prezentują się także tła - kolorowe, szczegółowe i zróżnicowane, zdecydowanie przyciągają oko. Najciekawiej wyglądają zdecydowanie wnętrza wielkich pałaców, których w serii istne zatrzęsienie. Panuje w nich, jak nietrudno się domyślić, ogromny przepych - bogato zdobione żyrandole, olbrzymie portrety na ścianach, czerwone dywany czy też wykwintnie zastawione stoły to tutaj normalka.
Niestety jednak, sama animacja pozostawia już trochę do życzenia. Spadków jakości oraz powtarzanych ujęć jest tu istne zatrzęsienie, zwłaszcza w feralnych środkowych epizodach, gdzie niemal z odcinka na odcinek raczeni jesteśmy dokładnie tymi samymi scenami walk, z niewielkimi zmianami. Skoro o walkach mowa - ich choreografia też nie powala. Większość z nich kończy się jednym strzałem, tudzież uderzeniem laserowej broni zadanym przez Gundamy. Ja rozumiem, że to są super-zaawansowane kombinezony bojowe, o wiele potężniejsze niż przeciętne Leo, no ale serio. Jedynie walki z poważniejszymi antagonistami, takimi jak Zechs czy Treize potrafią zachwycić swoją choreografią czy też dbałością o detale. 
Złego słowa nie da się powiedzieć jednak o muzyce. Ścieżka dźwiękowa Winga to zdecydowanie jedna z najlepszych w całej serii i chyba tylko ta z "Mobile Fighter G Gundam" czy "Turn A Gundam" zachwyciła mnie w równie wielkim stopniu. Wszystko, zarówno zwykłe brzdąkania grające w tle podczas wypowiedzi narratora, szybkie i rytmiczne kawałki towarzyszące starcom, czy też utwory przypisane poszczególnym bohaterom brzmią wyśmienicie i świetnie podkreślają wydarzenia na ekranie. Rewelacyjne są także openingi oraz ending. "Just Communication" w wykonaniu Two-Mix to chyba jedna z najbardziej kultowych i rozpoznawalnych Gundamowych piosenek 
Pochwalić wypada także grę aktorską. Seiyuu świetnie wczuli się w swoich bohaterów, nawet mimo faktu że nie należą oni do najlepiej napisanych,  i wypowiadanych przez nich kwestii słucha się z wielką przyjemnością. Ciężko się temu jednak dziwić, kiedy obsada składa się z takich sław jak Hikaru Midorikawa (Zelgadis ze "Slayers", Asakim z "Super Robot Wars Z"),  Takehito Koyasu (Dio z "JoJo's Bizzare Adventure", Gandor Luck z "Baccano"), czy też Yajima Akiko (Dorothy z "The Big O", Nohara Shinnosuke z "Crayon Shin-chan").

Podsumowując, "Gundam Wing" nie jest raczej zbyt udaną serią i większość pochwał zawdzięcza nostalgii, jaką darzy go większość fanów. Choć pomysł na historię był całkiem ciekawy, tak szybko posypał się przez nieumiejętne prowadzenie historii oraz kiepsko nakreślone postacie. Sytuację ratuje oprawa audiowizualna, choć i ona nie jest nieskazitelna i cierpi zwłaszcza na nadużywanie tzw. "stock footage". Mimo to uważam jednak, że warto dać serii szansę. Choćby po to, by na własne oczy zobaczyć, jak naprawdę prezentuje się pierwsza seria Gundam, która odniosła tak olbrzymi sukces poza Japonią. 

Typ Anime - Seria Telewizyjna
Rok produkcji - 1995
Pełny Tytuł: „Shin Kidou Senki Gundam W” ("Mobile Suit Gundam Wing")
 Reżyseria: Masashi Ikeda
Scenariusz: Katsuyuki Sumisawa
Muzyka: Kou Ootani
Gatunek: Real Robot, Science-Fiction, Wojenny
Liczba Odcinków: 49
Studio: Sunrise
Ocena Recenzenta: 5/10

-"Gundam Wing" należy do najczęściej występujących tytułów w słynnej serii gier "Super Robot Taisen". Pojawił się w tak wielu jej odsłonach, że przez wielu fanów uważany jest za członka tzw. "Świętej Trójcy" sagi, w której skład oprócz niego wchodzą takie tytuły jak "Mazinger Z" oraz "Getter Robo".

-Gundam Wing był pierwszym Gundamem, który odniósł olbrzymi sukces na zachodzie, dzięki czemu otwarł drzwi innym tytułom z tego metawersum, takim jak "Mobile Fighter G Gundam", oryginalny 0079 czy też "08th MS Team". Wszystkie te tytuły również zostały zlicencjonowane, zdubbingowane i wyemitowane w amerykańskim bloku Toonami. Żaden z nich nie powtórzył jednak sukcesu Winga.

-W roku 2010 zaczęła być wydawana alternatywna manga zatytułowana "New Mobile Report Gundam Wing Endless Waltz: Glory of the Losers". Wśród fanów sagi Gundam cieszy się ona olbrzymim uznaniem i uważana jest za jedyną słuszną wersję Winga.

Screeny: