wtorek, 29 września 2015

Recenzja Figurki - Bandai Robot Damashii Side FFN - "Fafner Mark Sein" z "Soukyuu no Fafner"


Wiecie, jakie to fantastyczne uczucie dopaść swój Najświętszy Graal? Tę jedną, jedyną figurkę, na której zależy wam tak bardzo, że zrobilibyście wszystko by ją zdobyć? Figurkę, która osiąga na rynku wtórnym tak zawrotne ceny, że żeby sobie na nią pozwolić musielibyście chyba sprzedać nerkę i parę innych organów?
Ja wiem. Bowiem całkiem niedawno udało mi się w końcu dorwać swój najbardziej upragniony kawałek plastiku, za którym tłukłem się po aukcjach od nie wiem jak dawna. W dodatku udało mi się go dorwać za cenę o wiele niższą niż ta, którą obecnie życzy sobie za niego większość sklepów. Oto przed wami jeden z najpotężniejszych robotów w historii mechabajek - Fafner Mark Sein.

Bandai Robot Damashii - "Fafner Mark Sein"
Tradycyjnie zacznijmy od garści technikaliów oraz przybliżenia postaci, którą przedstawia figurka:

TYP FIGURKI: Figurka Ruchoma
SERIA FIGUREK: Robot Damashii, Side FFN
SERIA: Soukyuu no Fafner
POSTAĆ: Fafner Mark Sein
PRODUCENT: Bandai
MATERIAŁY: ABS, PVC
WYSOKOŚĆ: Ok.14 cm
CENA: W dniu premiery 90zł, obecnie 300-600zł. Mi udało się dopaść za ok. 280zł
DATA WYDANIA: Lipiec 2011
NAKŁAD: Standardowy
SKLEP: Surugaya

Mark Sein należy do silniejszej serii eksperymentalnych Fafnerów - "Salvator Model". Jest to drugi Fafner, za którego sterami siada główny bohater serii - Kazuki Makabe. W posiadanie maszyny wchodzi on w momencie, gdy zostaje porwany przez organizację New U.N. Gdy jest przez nich przetrzymywany, dochodzi do ataku Festum, w wyniku którego Kazuki ląduje za sterami robota. Kazuki jest w stanie bez przeszkód pilotować Seina, bowiem główny rdzeń robota to dokładnie ten sam, który znajdował się w jego poprzedniej maszynie - Fafnerze Mark Elf. Podczas swojej pierwszej potyczki z Festum, Mark Sein zostaje przez jednego z nich pochłonięty. W wyniku tego, jednostka przechodzi swoistą ewolucję i po tym, jak wydostaje się ze środka istoty, jej wygląd zmienia się drastycznie, zyskuje ona nowe umiejętności a jej siła ulega znacznemu zwiększeniu. Dodatkowo sprawia to, że Kazuki staje się jedyną osobą zdolną pilotować robota.
Mark Sein jest pierwszą w historii serii jednostką zdolną używać charakterystycznej dla Festum mocy asymilacji. Dzięki temu nie tylko staje się odporny na większość ataków tych istot, ale może także przyłączać do swojego ciała wszelkie uzbrojenie, ogromnie wzmacniając tym samym jego siłę. Co więcej - może także asymilować elementy maszyn swoich towarzyszy, udzielając im w ten sposób swojej mocy i znacznie zwiększając ich umiejętności. Zaobserwować to możemy m.in w filmie kinowym, kiedy to Kazuki pomaga pilotowanemu przez Hiroto Fafnerowi Mark Funf odeprzeć atak Mir Festum, zwiększając siłę jego tarczy. Za pomocą procesu odwrotnej asymilacji Kazuki może także ratować życia tych, którzy zostaliby inaczej pochłonięci przez Festum.
Niestety jednak, używanie tej cudownej mocy ma ogromną cenę. Fafnery to maszyny stopniowo zabijające swojego pilota, poprzez syndrom asymilacji. Jako że Mark Sein to maszyna używająca asymilacji jako swej naturalnej broni, to jeszcze bardziej przyspiesza ten proces w wyniku czego ze wszystkich występujących w serii pilotów, Kazuki jest zdecydowanie najbliżej śmierci. Pod koniec serii TV zaczyna tracić nawet wzrok oraz ma coraz większe problemy ze zdrowiem. Według prognoz z kinówki oraz Exodusa, jeśli będzie dalej pilotował Seina, to zostało mu bardzo niewiele życia...
Najczęściej używaną przez Mark Sein bronią jest Luger Lanca. Za pomocą procesu asymilacji robot może zwiększyć jej siłę tak bardzo, że wystrzał z niej przyjmuje formę nie zwykłego pocisku, a olbrzymiego lasera niszczącego wszystko na swojej drodze. 
Mark Sein jest także jednym z 4 Fafnerów potrafiących latać. Oprócz niego potrafią to jeszcze tylko modele Sieben, Nicht oraz Sechs/Sechs Amaterasu
Wraz z Mark Nicht są jedynymi Fafnerami, których nazwy nie pochodzą od niemieckich liczb. Zamiast tego, "Sein" oznacza "Istnienie".

Mark Sein miał okazję wystąpić dwukrotnie w serii Super Robot Taisen. Po raz pierwszy pojawił się w "Super Robot Taisen K", gdzie seria "Soukyuu no Fafner" miała swój debiut. Obok Dann of Thursday z "Gun x Sword" był zdecydowanie najpotężniejszą jednostką w grze, zdolną bez większych problemów niszczyć całe zastępy wrogów. Podobnie potężny jest w "Super Robot Taisen UX", gdzie siłą dorównuje takiemu olbrzymowi jak Demonbane.

Tyle słowem wstępu, przejdźmy teraz do właściwej części recenzji.

Rzeźba i malowanie

Mark Sein został wykonany wyśmienicie. Wyciągając robota z pudełka i oglądając go cieszyłem się dosłownie jak małe dziecko otwierające gwiazdkowy prezent. Wszystko, każdy najdrobniejszy detal wygląda dokładnie tak jak w serialu. Bez względu na to czy jest to ręka, głowa albo też ogon pełniący funkcję stabilizatora nie ma mowy o fuszerce. Jedyne, co niektórych może trochę razić to pojawiające się w kilku miejscach linie łączeń. Poza jedną, znajdującą się na napierśniku robota, nie są one jednak aż tak widoczne. Również malowanie prezentuje się bardzo dobrze. Żadnych wyjazdów poza określony obszar nie ma, nie dopatrzyłem się także odprysków czy innych brzydkich defektów. Fantastyczna robota, Bandai!





Bardzo wiernie odwzorowano także cały arsenał maszyny, jak i kryształy asymilacyjne. Przyjrzyjmy się im nieco bliżej.

Akcesoria i pozowalność

W pudełku oprócz figurki znajdziemy także mnóstwo akcesoriów.
Dużo masz tego stuffu, Sein


W skład zestawu wchodzą:
-Luger Lanca x2
-Uchwyty na Luger Lancę x8 (2 długie otwarte, 2 długie zamknięte, 2 krótkie otwarte, 2 krótkie zamknięte)
-Ogon Stabilizator x2 - zwykły oraz przezroczysty, mający symulować energię otaczającą stabilizator kiedy Sein fruwa
-Karabin Garm-44
-Kryształy asymilacyjne x5
-Efekt ładowania Luger Lancy x2
-Wymienne rączki x10
-Uchwyt do stojaka (stojak sprzedawany oddzielnie)
-Haczyki sczepiające połówki Luger Lancy x2 (niewidoczne na zdjęciu, bo są tak drobne że bałem się je zgubić i nie wyjąłem z pudła)

Dostajemy zatem praktycznie wszystko, co Sein miał w obu seriach TV i filmie kinowym, i co potrzebne jest do odtworzenia każdej sceny z udziałem tego wielkiego robota. Pomaga w tym także fantastyczna pozowalność - Fafner Mark Sein to chyba najbardziej ruchliwa figurka w mojej kolekcji. Punktów artykulacji ma istne zatrzęsienie i to nie tylko na kończynach, ale także i w korpusie! Dzięki temu, wyginać się może dosłownie w każdą stronę i jedyne, co ogranicza sposoby na jakie można go sobie ustawić to nasza wyobraźnia. Chcecie, żeby Sein latał? Żaden problem. A może wolicie, aby stał heroicznie dzierżąc oburącz Luger Lancę? Da się zrobić! Podobała wam się strasznie scena w której robot przygotowywał do wystrzału obie Lance? To też można odtworzyć! Jedyne, co sprawia nieco problemu, to wymiana rączek. Siedzą one w swoich szczelinach tak mocno, że momentami boję się, że coś urwę/połamię, nawet mimo faktu, że wykonane są z odpornego na uszkodzenia gumowatego plastiku. Dla bezpieczeństwa zatem zawsze najpierw podważam je delikatnie jakimś cienkim przedmiotem, a potem powolutku wykręcam z zawiasów.



Z Karabinem Garm-44


Z Luger Lancą





Strasznie lubię ustawiać figurki w dynamicznych powietrznych pozach


Z obiema lancami w rękach figurka zajmuje naprawdę dużo miejsca



Och, cześć Maron!

Chciałbym podziękować za użyczenie mi stojaczka-

ŁO JEZUS MARYJA ZAPOMNIAŁEM O ASYMILACJI!


FUCK FUCK FUCK FUCK

Spokojnie, Maron! Ja to naprawię!

I gotowe! Nie ma takiej rzeczy, której moja odwrócona asymilacja by nie wyleczyła!

U-uh, Maron?

Prepare ur Anus, desu-no.

Shiet.

I żeby to był ostatni raz, desu-no.


Mark Sein w locie



Próba odtworzenia pozy w locie z openingu


Kryształy asymilacyjne to fantastyczny effect part. Zdecydowanie mój ulubiony


Więcej dynamicznych póz
Oczywiście żadna porządna sesja zdjęciowa nie może się obyć bez fotek na świeżym powietrzu. Ponownie zatem przetuptałem się do pobliskiego Parku Wilsona, który posiada kilka lokacji do złudzenia przypominających wyspę Tatsumiya, na której dzieje się akcja serii i cyknąłem Seinowi kilka zdjęć.








Ponownie na tle mojego ulubionego wodospadu


Sein kontempluje sens swojej egzystencji


W locie





W trakcie ładowania Luger Lancy



Karabin można także rozczepić na dwie osobne części i lufę zamontować wewnątrz kryształów asymilacyjnych


Słynna scena z dwiema lancami




Pudełko i instrukcja

Z reguły w przypadku zwykłych figurek nie piszę o instrukcji, ale jednak tutaj warto o niej wspomnieć, bowiem znacznie rozjaśnia kilka spraw. Jako że Sein ma w zestawie pierdylion dodatków i kombinowanie co gdzie konkretnie wchodzi może chwilę zająć, Bandai dorzuciło doń przejrzystą instrukcję, która bardzo prosto rozpisuje, który element pasuje do jakiej szczeliny. Znajduje się tam także rozpiska z wszystkimi częściami, zatem możemy się upewnić, że niczego w pudle nie brakuje.



Samo pudełko jest nieduże, schludnie wykonane i ozdobione ze wszystkich stron zdjęciami figurki. Przez znajdujące się na jego froncie okienko można także podziwiać robota jeszcze przed wyciągnięciem go z opakowania.
Burdel w środku, bo nie chciało mi się wkładać wszystkich części zamiennych w odpowiednie szczeliny. Biorąc pod uwagę, że blister i tak jest zamknięty raczej się nie wysypią

Pudełeczko jest bardzo cieniutkie


Przykładowe pozy, jakie może przyjąć Fafner

Podsumowanie

Fafner Mark Sein to fantastyczna figurka i nie żałuję ani złotówki, nawet mimo faktu że trochę mnie kosztował. Nie dość, że robot jest naprawdę solidnie wykonany, to jeszcze dzięki świetnej pozowalności i mnogości akcesoriów ustawianie go w pozach znanych (i nieznanych) z bajki sprawia mnóstwo frajdy. Zdecydowanie polecam go wszystkim fanom Fafnera, problem jedynie taki, że biorąc pod uwagę jego kosmiczne ceny na rynku wtórnym, może być ciężko go dorwać w taki sposób, by nie nadszarpnąć zbytnio stanu swojego portfela. Ale kto wie, być może z racji tego, że Exodus świetnie się sprzedaje i Japończycy serię kochają doczekamy się wkrótce jakieś nowszej wersji lub też re-release wszystkich Fafnerów? Nie pogardziłbym, bowiem nadal czaję się na pozostałe roboty z tej serii, zwłaszcza takie piękności jak Mark Elf, Sieben oraz Nicht.

OCENA KOŃCOWA:
Rzeźba9/10
Malowanie: 10/10
Pozowalność: 10/10
Cena/Jakość: 10/10 (jeśli brać pod uwagę cenę pierwotną)

Przypominam, że już w tę sobotę startuje także drugi cour wyśmienitego "Fafner Exodus". Nie mogę się doczekać, by ponownie zobaczyć Seina w akcji!


Następna figurka to ponownie tajemnica. Powiem tylko tyle, że pochodzi z tej samej serii, co jedna ze zrecenzowanych już na tym blogu figurek.

Gotta go fast - "Battle Athletess Daiundoukai" (1997)

Nie, nie, dzisiejszy tekst nie będzie o szybko chodzącym niebieskim jeżu, zbierającym biżuterię. Nim zajmiemy się kiedy indziej. Dziś na warsztat bierzemy kolejną bajkę z lat 90-tych - tym razem serię sportową o uroczych dziewczynkach robiących uro... to znaczy, sportowe rzeczy. Tak.


Jest rok 4999. Po wielu konfliktach zbrojnych ludzkość w końcu zmądrzała i stwierdziła, że przydałby się lepszy sposób, aby rozwiązywać spory między sobą oraz obcymi cywilizacjami. Zamiast zatem bezmyślnie rozlewać krew, postanawia stworzyć coś na wzór międzygalaktycznej olimpiady, w której za pomocą różnorakich dyscyplin sportowych ustalane będzie kto jest najlepszy we wszechświecie.
Zawody odbywają się w różnych kategoriach wagowych, wiekowych a także płciowych. Najpopularniejsze są (jakżeby inaczej) zawody dla kobiet,w których piękne młode sportsmenki rywalizują ze sobą o tytuł "Kosmicznej Piękności". O ten zaszczyt będzie właśnie walczyć główna bohaterka naszej opowieści - urocza Akari Kanzaki, córka poprzedniej zwyciężczyni tego wielkiego turnieju. W trakcie swych zmagań nawiąże ona wiele nowych przyjaźni oraz stawi czoła licznym przeciwnościom.

"Battle Athletess" to całkiem sympatyczna seria. Historia w niej ukazana nie jest może jakaś wybitnie odkrywcza czy skomplikowana, ale jednak na tyle ciekawa, że każdy kolejny epizod ogląda się przyjemnie i nie trzeba się przymuszać. Zmagania sportowe i różnorakie konkurencje, w jakich biorą udział bohaterki, pokazane są całkiem fajnie i w miarę realistycznie, o ile można użyć takiego określenia odnośnie futurystycznych zawodów w stanie nieważkości. Seria serwuje też kilka całkiem niezłych i zabawnych zwrotów akcji, dzięki czemu nie robi się nigdy nudna. Bardzo fajnie wypada także zakończenie, które bardzo dobrze domyka serię i nie jest tak do końca standardowym finiszem dla sportówek.
Seria umiejętnie dawkuje też fanserwis, dzięki czemu choć występuje tu kilka scen nagości, to nie są one jakoś strasznie drażniące. Problemem może być jednak to, że... bohaterki nie mają sutków, przez co rozebrane wyglądają jak lalki Barbie. 
Bohaterowie wypadają dość różnie. Znajdzie się kilka naprawdę nieźle napisanych charakterów, jednak również sporo płaskich i niezbyt ciekawych person. Najlepiej wypadają zdecydowanie Akari oraz Kris. Ta pierwsza, choć z początku jest typową animowaną dziewczynką, tak bardzo szybko zyskuje sobie sympatię widza swoją determinacją i upartym dążeniem do celu. Kris zaś dzięki temu, że pochodzi plemienia wciąż kultywującego staroświeckie tradycje, potrafi zaskoczyć (lub w niektórych wypadkach ogromnie rozbawić) swoją unikalnością. Nie jest także postacią jednowymiarową, obdarzona jest bowiem silną, rozbudowaną osobowością, która przechodzi dość widoczny rozwój w miarę trwania serii. Pozostałe postacie to już niestety menażeria chodzących stereotypów, które choć całkiem sympatyczne, to jednak raczej niczym specjalnym nie zaskakują.

Oprawa graficzna jest całkiem dobra, jednak jak na serię OVA momentami zbyt uboga. Projekty postaci na ogół wyglądają bardzo ładnie, jednak zdarzają się sceny w których zaliczają dość znaczne deformacje. Tła też wypadają tak sobie. Nie są może ubogie, ale jednak brak im różnorodności, co wywołane jest prawdopodobnie tym, że przez większość serii akcja dzieje się na jednej wielkiej stacji kosmicznej. Złego słowa nie można powiedzieć jednak o animacji, która jest bardzo płynna, a w niektórych kluczowych momentach wygląda wręcz fantastycznie i zdecydowanie wyróżnia się na tle wielu innych produkcji z okresu lat 90-tych. Całkiem dobrze wypada także muzyka. Nie dość, że brzmi świetnie, to jeszcze bardzo trafnie podkreśla ogrywające się na ekranie wydarzenia. Najlepsze są zdecydowanie utwory grające podczas zmagań sportowych. Świetnej muzyce nie ma się co dziwić, bowiem odpowiada zań słynny Takayuki Hattori. Z bardziej znanych serii, przy których pan ten pracował, wspomnieć można "Martian Successor Nadesico", czy też "Nodame Cantabile". Opening nie jest jednak jakiś specjalnie dobry - ot, prosta rytmiczna nutka dobrze wpasowująca się w sportowy klimat serii i nic poza tym. Podobnie wygląda sprawa z grą aktorską - postacie niby brzmią dobrze, ale momentami niezbyt naturalnie, przez co odnosiłem chwilami wrażenie wymuszenia.

Ogółem ciężko napisać coś więcej o "Battle Athletess". Jest to bowiem seria dość krótka i niezbyt oryginalna. Ma też ten, hm, problem, że jest bajką po prostu przeciętną. Nie jest ani przesadnie zła, ani też wybitnie dobra, przez co ciężko jest rozpisać się jakoś bardziej o jej zaletach czy też wadach. Można ten show obejrzeć, jednak nie jest to coś, z czym obowiązkowo powinien zapoznać się każdy miłośnik anime. Może to być gratka dla fanów sportówek, ale również i dla nich powstało multum o wiele ciekawszych tytułów. Z tego co mi wiadomo istnieje jeszcze alternatywna seria telewizyjna, opowiadająca inną wersję tej historii. Być może jest lepsza, kiedyś się przekonam.


Typ Anime - Seria OVA
Rok produkcji - 1997
Pełny Tytuł: „Battle Athletess Daiundoukai” ("Battle Athletess Victory")
 Reżyseria: Kazuhiro Ozawa
Scenariusz: Kazuhiro Ozawa
Muzyka: Takayuki Hattori
Gatunek: Komedia, Ecchi, Sportówka
Liczba Odcinków: 6
Studio: AIC
Ocena Recenzenta: 5.5/10

Screeny:







piątek, 25 września 2015

KULTOWE CHIŃSKIE BAJKI WRACAJĄ DO RAMÓWKI POLONII 1!!

Recenzja starej bajki zaraz, najpierw muszę to napisać, bo w poście o Daimosie mało kto zauważy:

KULTOWE TYTUŁY ANIME, NA KTÓRYCH WYCHOWAŁA SIĘ MASA POLSKICH OLDFAGÓW WRACAJĄ DO RAMÓWKI POLONII 1~!

Od 19-tego września emitowane są codziennie o 6-tej rano. Na chwilę obecną obejrzeć można "Generała Daimosa", "Sally Czarodziejkę" oraz "Yattamana". Mam szczere nadzieje, że wkrótce przyjdzie nam ponownie zobaczyć także takie serie jak "Yattodetaman", "Bia - Czarodziejskie Wyzwanie" czy też "Czarodziejskie Zwierciadełko".
A teraz przepraszam, idę poszukać czystych kaset VHS...


środa, 16 września 2015

Robot Karateka kontra skrzydlaci najeźdźcy - "Toushou Daimos" (1978)

Czy naprawdę jest ktoś, komu Daimosa trzeba przedstawiać? Ten kultowy serial mecha, emitowany niegdyś na Polonii 1, obrósł w Polsce taką legendą, że nie ma chyba osoby, która by o nim choćby nie słyszała. Jeśli jednak nie opuszczacie swej bezpiecznej piwnicy i nie byliście nigdy na żadnym konwencie, nie obcujecie w żaden sposób z polskim chińskobajkowym fandomem lub też podłączyliście się do internetu dopiero wczoraj to ten tekst jest specjalnie dla was! Jest także dla tych, którzy bajkę tę darzą równie olbrzymią nostalgią co ja i nie mają nic przeciwko przeczytaniu kolejnej opinii kolejnego chińskobajkowego "znawcy" *śmiech*.

Planeta Baam, będąca domem dla rasy skrzydlatych ludzi ulega zniszczeniu. W związku z tym jej mieszkańcy wyruszają na kosmiczną tułaczkę, w poszukiwaniu nowego terenu, na którym mogliby się osiedlić. No i jak to zwykle w bajkach tego typu bywa, upatrują sobie nasza ukochaną Ziemię. Nie mają jednak zamiaru, o dziwo, przejąć jej w sposób typowy dla kosmitów, czyli inwazję. Zamiast tego wysyłają na ziemię swoich przedstawicieli, aby drogą negocjacji ustalić jak duży obszar mogą zamieszkać. Niestety jednak, pokojowe negocjacje kończą się całkowitą katastrofą, bowiem przywódca skrzydlatych ludzi zostaje zamordowany przez swoją prawą rękę, a w całe zajście wrobiony zostaje jeden z ziemskich senatorów. W wyniku takiego obrotu spraw pomiędzy ludźmi a Baamisjanami wybucha wojna. Z początku, ze względu na swą o wiele bardziej zaawansowaną technologię, kosmiczni najeźdźcy mają zdecydowaną przewagę. Wtedy do walki wkracza jednak ostatnia nadzieja ludzkości - potężny robot zasilany nowo odkrytym źródłem energii - Generał Daimos, pilotowany przez młodego astronautę - Kazuyę Ryuzakiego. Dzięki wsparciu wspaniałej maszyny ludzkość w końcu ma szansę przeciwstawić się agresorowi. Jak się jednak szybko okazuje, Kazuya oraz księżniczka Baamisjan- Erika - są w sobie zakochani, przez co nasz bohater nieustannie zmaga się z własnym wewnętrznym konfliktem - z jednej strony chce walczyć w obronie swojej planety, z drugiej jednak nieszczególnie podoba mu się zabijanie pobratymców swojej ukochanej. Zdecydowanie wolałby znaleźć sposób, by pogodzić ze sobą obie strony konfliktu.

Choć dziś "Generał Daimos" nie wydaje się być serią nader odkrywczą, to jak na swoje czasy prezentował naprawdę zaskakująco nietypową historię. Owszem, ostatecznie wszystko rozbijało się o wielkie tłukące się ze sobą roboty, jednak w przeciwieństwie do wielu innych Super Robotów z lat 70-tych, takich jak "Mazinger Z", "Getter Robo" czy też "Ginguiser" nie było to jedyne, co tytuł ten miał do zaoferowania. Historia dwóch skłóconych ze sobą ras pełna była najróżniejszych zwrotów akcji oraz intryg, które sprawiały, że z zaciekawieniem oglądało się każdy kolejny epizod. Ba, już sam fakt, że kosmici najpierw próbują pokojowo z ludźmi pertraktować, miast od razu przypuścić atak, był czymś nietuzinkowym. Co więcej - bohaterowie nie byli czysto źli czy też dobrzy. Zarówno po stronie ludzi jak i Baamisjan znajdowały się osoby, które ciężko było jednoznacznie zaszufladkować. Sprawiało to, że widz mógł sympatyzować z bohaterami znajdującymi się po obu stronach barykady. No i jest jeszcze nasza główna para - Kazuya oraz Erika, będący na dobrą sprawę daimosowymi wersjami Romea i Julii. Przez cały czas trwania serii oboje będą próbowali znaleźć sposób, aby zażegnać konflikt pomiędzy swoimi rasami, i nie raz, nie dwa przekonają się, że wojny nie da się zakończyć tylko szczerymi chęciami i samym uczuciem miłości.
Nie oznacza to jednak, że seria jest tylko śmiertelnie poważną historią i nie ma w niej miejsca na chwilę wytchnienia. Sceny humorystyczne również się tu znajdują, serwowane w taki sposób, aby faktycznie rozładować napięcie, nie przesłaniając równocześnie głównego wątku.
Niestety jednak, z racji tego, że seria została skrócona do zaledwie 44 odcinków, Nagahama nie dał rady poprowadzić historii dokładnie tak jak chciał oraz zakończyć jej w taki sposób, w jaki na początku planował. Co momentami dość mocno widać. Niektóre epizody są upchane po brzegi najróżniejszymi wydarzeniami, podczas gdy inne zdają się wiać pustkami, a samo zakończenie sprawia wrażenie urwanego i pozostawia dość wiele do życzenia.

Oprawa audiowizualna jest naprawdę zaskakująco dobra, gdy porównać ją z innymi przedstawicielami gatunku Super Robot z lat 70-tych. Pierwsze co rzuca się w oczy to umiejętne operowanie kreską. Ważniejsze elementy oraz postacie w danej scenie podkreślone są poprzez grubsze oraz ciemniejsze linie, wyraźnie wyróżniające je na tłach i nadające im o wiele więcej charakteru i dynamizmu. To świetne wrażenie potęguje dodatkowo umiejętnie, choć oszczędnie stosowany światłocień. Same projekty postaci również wypadają fantastycznie, choć dzisiejszym widzom mogą się wydać nieco archaiczne. Faceci są wysocy i dobrze zbudowani, dzięki czemu wyglądają naprawdę jak faceci, a nie chuderlawe popierdółki, jakich pełno w dzisiejszych tytułach; kobiety natomiast są piękne i pełne wdzięku, nie będąc równocześnie nadmiernie przesłodzonymi. Również projekty maszyn wyglądają świetnie i są bardzo zróznicowane. Zwłaszcza tytułowy Daimos prezentuje się wyśmienicie - nie dość, że potrafi się transformować, to jeszcze jest prawdziwym cudem techniki wyposażonym w liczne rodzaje uzbrojenia oraz ciosy karate, których używać może dzięki wysoce zaawansowanemu sposobowi pilotażu, imitującemu ruchy znajdującego się w kokpicie pilota. Bardzo fajnie prezentują się także wszelkiego rodzaju efekty specjalne - eksplozje, płomienie, efekty świetlne, błyski w oku etc. Ładne i zróżnicowane są także tła - zwłaszcza wnętrza statków, pałaców i laboratoriów potrafią zachwycić swą szczegółowością. Świetnie wypada także animacja - z reguły płynna, pozbawiona częstego zabiegu nadmiernego używania statycznych scen i obfitująca w ciekawe ujęcia cieszy oko. Jedyne co może razić to bardzo częste powtarzanie sekwencji transformacji i specjalnych ataków, ale powiedzmy sobie szczerze - nie jest to przypadłość jedynie Daimosa.
Fantastycznie wypada także muzyka. Poza legendarnym openingiem, który jest dla polskiego fandomu (a nawet ludzi spoza niego) piosenką kultową ścieżka dźwiękowa Daimosa obfituje jeszcze w wiele innych świetnych, zapadających w pamięć utworów, które świetnie podkreślają atmosferę wydarzeń na ekranie. Na uwagę zasługują zwłaszcza kawałki grające podczas starć maszyn - rytmiczne, zagrzewające do walki nuty bardzo dobrze oddają dynamizm i wagę potyczek.
Pochwalić wypada także grę aktorską. Seiyuu świetnie wczuli się w swoje role, dzięki czemu kwestii wypowiadanych przez bohaterów słucha się z prawdziwą przyjemnością i nie można narzekać na sztuczność. Bardzo podobały mi się zwłaszcza okrzyki bojowe i wywrzaskiwane nazwy ataków podczas starć, które w przypadku anime z gatunku Super Robot są rzeczą niezwykle istotną. Ich fantastyczności ciężko się jednak dziwić, skoro odpowiada za nie istna legenda Supa Robo - Kamiya Akira. Człowiek ten znany jest z wielu wyśmienitych ról w mecha bajkach. Wcielał się w takie postacie jak m.in Roll Kuran z "Haja Taisei Dangaioh", Ryoma Nagare z "Getter Robo", Tsuwabuki Sanshirou z "Daiku Maryuu Gaiking", czy też Hibiki Akira z "Yuusha Raideen".

Być może jestem trochę zaślepiony przez nostalgię, ale uważam że "Generał Daimos" to naprawdę solidna seria. Ma wszystko to, czego potrzeba rasowemu Supa Robo i jeszcze więcej - dobrą historię, sympatycznych bohaterów, świetne maszyny i ich potyczki, rewelacyjną muzykę oraz naprawdę dobrą oprawę graficzną. Naprawdę wielka szkoda, że została skrócona, bowiem myślę, że gdyby Nagahama mógł zrealizować wszystkie swoje pierwotne zamierzenia, to Daimos okazałby się produkcją jeszcze lepszą, niż inne wyborne dzieło tego pana - Voltes V.
Jeśli jeszcze nie mieliście okazji obejrzeć tego świetnego klasyka, to zdecydowanie polecam nadrobić zaległości. Nie wiem jednak, jak wygląda sprawa z jego dostępnością w sieci. Na pewno nie znajdziecie wersji z napisami, o tym zapomnijcie - jesteśmy jednym z niewielu krajów poza Japonią, do których bajka ta przywędrowała. Angielskie napisy istnieją jedynie do pierwszych 16 epizodów. Musicie zatem szukać polskiej wersji z lektorem, która myślę gdzieś tam na jakimś chomiku pewnie się znajdzie.

Z OSTATNIEJ CHWILI - DAIMOS ORAZ YATTAMAN SĄ PONOWNIE EMITOWANE PRZEZ POLONIĘ 1, TAK WIĘC JEŚLI JESZCZE NIE MIELIŚCIE OKAZJI ICH OBEJRZEĆ, ALBO MACIE CHĘĆ WRÓCIĆ DO CZASÓW DZIECIŃSTWA TO MACIE OKAZJĘ!!
A TERAZ PRZEPRASZAM, IDĘ ODKOPAĆ VHS-Y~

Typ Anime - Seria Telewizyjna
Rok produkcji - 1978
Pełny Tytuł: „Toushou Daimos” ("Generał Daimos")
 Reżyseria: Tadao Nagahama
Scenariusz: Saboru Yatsude
Muzyka: Kikuchi Shunsuke
Gatunek: Super Robot, Dramat, Romans
Liczba Odcinków: 44
Studio: Sunrise, Toei Animation
Ocena Recenzenta: 7/10

-Daimos miał okazję wystąpić wiele razy w słynnej serii gier "Super Robot Taisen". Bardzo często pojawia się tam ze swoimi starszymi braćmi z tzw. "Robot Romance Trilogy" pana Nagahamy - Voltesem oraz Combattlerem. Cała trójka bardzo często otrzymuje różnej maści ataki kombinacyjne, które może wspólnie wykonać.

-Całkiem niedawno w przeglądarkowej grze "Robot Girls Z Online", bazującej na anime którego bohaterkami są personifikacje klasycznych wielkich robotów, pojawiła się dziewczynka Daimos. Swoim designem przypomina ona Erikę ubraną w zbroję Daimosa i wykonać może wszystkie najważniejsze ataki tego wielkiego robota.

Screeny:






wtorek, 15 września 2015

Budyniowa księżniczka Magicznym Zmazikiem władająca - "Detatoko Princess" (1997)

Ło Jezus, ale bloga zaniedbałem. Jak tak dalej pójdzie to nie wyrobię normy i nie napiszę w tym roku tych 50 postów. O nie, tak być nie może! Pora spiąć moje leniwe cztery litery i wrócić do pisania. Na rozruch weźmiemy dzisiaj coś, co swoją pozytywną głupawką pomoże mi nabrać chęci i przełamać pisarską blokadę - kolejną przesympatyczną komedię z lat 90-tych.

W magicznej krainie "Sorcerland" żyje sobie księżniczka Lapis. Panienka z niej niezwykle urodziwa i w sztukach magicznych obyta, jednak wyraźnie brak jej piątej klepki. No bo kto przy zdrowych zmysłach używa najpotężniejszego na świecie zaklęcia, by ocalić małego ptaszka, demolując przy okazji połowę królestwa? Nasza bohaterka jest także wielką miłośniczką budyniu, który pochłania w olbrzymich ilościach i dla którego gotowa jest zrobić dosłownie wszystko.
Dziecinność i nieodpowiedzialność młodej księżniczki zaczyna się dawać wszystkim powoli we znaki. W związku z tym matka Lapis - królowa Sorcerland - wręcza jej czarodziejską różdżkę... po czym z impetem jej przywala, wrzucając ją do znajdującego się w magicznym lustrze portalu. Władczyni szybko wyjaśnia zdziwionym całym zajściem poddanym, że postanowiła wysłać swoją córkę w podróż, w trakcie której nauczy się samodzielności i wydorośleje. Niestety, szybko się okazuje, że królowej popierniczyły się lokacje i miast wysłać córkę w okolice pobliskiego jeziora, wypierniczyła ją na drugi koniec krainy. W wyniku takiego obrotu spraw trójka najbliższych służących młodej księżniczki natychmiastowo wskakuje w portal, aby pospieszyć jej z pomocą. Tak oto zaczyna się ich szalona i pełna niebezpieczeństw przygoda.

Nie oszukujmy się, "Detatoko Princess" nie jest tworem wybitnie oryginalnym. Niemal wszystko w produkcji tej przedstawione było już w innych podobnych bajkach. Czy oznacza to, że jest to produkcja zła? Skądże znowu! Choć mamy tu do czynienia z typową dla lat 90-tych komedią fantasy, to  nadal idzie się przy niej dobrze bawić. Tym bardziej, że choć dominują tutaj charakterystyczne dla tego typu produkcji gagi, to pojawia się kilka całkiem pomysłowych i nietuzinkowych. Przykładowo - jeden z bohaterów jest nieśmiertelny. Zgadnijcie, w jaki sposób zostaje wykorzystana jego cudowna zdolność? Tak, jest nieustannie używany jako żywa tarcza przez wszystkich uczestników wyprawy. Jakby tego było mało, w jednym z epizodów pojawiają się także bogowie... fitnessu, którzy chcą sprawić by wszyscy na świecie prowadzili zdrowy tryb życia... mimo że sami są okropnie chorowici i chuderlawi. No i są jeszcze niesamowicie głupkowate nazwy zaklęć, jak używany przez główną bohaterkę "Magiczny Zmazik" usuwający działanie zaklęć. Wszystko to sprawia, że oglądając "Detatoko Princess" nieustannie niemal zanosiłem się głośnym śmiechem, obserwując w jakie to, coraz dziwaczniejsze sytuacje ładują się bohaterowie. Właśnie, bohaterowie, wypadałoby powiedzieć o nich coś więcej - choć żaden z nich nie jest jakąś wybitnie skomplikowaną postacią, tak wszyscy są cholernie sympatyczni i nie w sposób ich nie polubić. Mamy tu wszystko czego trzeba - uroczą, acz obdarzoną nieco ograniczonym rozumkiem księżniczkę, zakochanego w niej osiłka, jedynego trzeźwo myślącego sędziwego nauczyciela oraz knującą diaboliczne (i niezbyt skuteczne) plany antagonistkę.

Oprawa audiowizualna jest solidna i kolorowa. Bardzo przypadły mi do gustu niezwykle urocze projekty postaci, zwłaszcza kobiecych, o świetnej, idealnie dopasowanej do absurdalnego klimatu produkcji mimice. Tła, choć dość mało zróżnicowane, również wykonane są schludnie i z dbałością o szczegóły. Animacja również wypada całkiem dobrze - płynna, pełna fajnych ujęć i bez większych spadków jakości, acz momentami bardziej spostrzegawczemu widzowi mogą w oczy rzucić się oszczędności w postaci ujęć na twarze bohaterów, czy też nader statycznych ujęć. Nie są to jednak jakieś częste zabiegi.
Muzyka, jak na głupkowatą produkcję przystało, pełna jest szurniętych i skocznych kawałków. Prawdę powiedziawszy jednak, poza wesołym i rytmicznym openingiem (również będącym żartem, tak swoją drogą) niezbyt zapada w pamięć. No, może jeszcze ending idzie zapamiętać, jednak bynajmniej nie dlatego, że jest jakiś szczególnie dobry, a dlatego, że jest... pokraczny. I choć w przypadku innego rodzaju produkcji mogłoby to być wadą, tak tutaj można przymknąć na to oko.
Gra aktorska wypada naprawdę dobrze, co nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę z jakimi nazwiskami mamy tutaj do czynienia. W "Detatoko Princess" przyjdzie nam usłyszeć głosy takich sław jak choćby Miyamura Yoko (Asuka z "NGE", Ushio z "Neo Ranga"), Tomokazu Seki (Domon z "Mobile Fighter G Gundam", Gai Daigouji z "Martian Successor Nadesico"), czy też Aya Hisakawa (Minamo z "Azumanga Daioh", Sailor Mercury z "Sailor Moon"). Nie trzeba zatem przekonywać, że każda z postaci brzmi świetnie i przekonująco.

"Detatoko Princess" to sympatyczna i całkiem zabawna historyjka. Choć nie jest jakaś wybitnie oryginalna to nadal potrafi naprawdę rozśmieszyć i zapewnić dużo dobrej rozrywki. Punktuje również całkiem solidnym wykonaniem. Jeśli chcecie odpocząć od śmiertelnie poważnych chińskich bajek o ratowaniu świata i lubicie się zdrowo pośmiać, to jak najbardziej warto dać jej szansę. Tym bardziej, jeśli tak jak ja, jesteście miłośnikami szalonego humoru lat 90-tych. Zdecydowanie polecam!

Typ Anime - Seria OVA
Rok produkcji - 1997
Pełny Tytuł: „Detatoko Princess” ("Suddenly Princess")
 Reżyseria: Shinbou Akiyuki
Scenariusz: Masashi Kubota, Mayori Sekijima
Muzyka: Takeo Miratsu
Gatunek: Komedia, Parodia, Fantasy
Liczba Odcinków: 3
Studio: J.C. Staff
Ocena Recenzenta: 6.5/10

Screeny: