czwartek, 21 kwietnia 2016

Wojny Bestii po raz drugi! - Beast Wars Second Chou Seimeitai Transformers (1998)

Dawno, dawno temu, na kanale Polsat emitowana była jedna z wielu serii Transformers - "Beast Wars". Nowatorska pod tym względem, że wykonana w pełni w CGI oraz ze względu na to, że tym razem wszystkie roboty zmieniały się w zwierzaki. Fabularnie była też o wiele dojrzalsza i bardziej rozbudowana, niż większość poprzednich serii Transformers, dzięki czemu zaskarbiła sobie fanów również wśród starszych widzów. Serial przyjęty bardzo ciepło, doczekał się miana kultowego i do dziś cieszy się sporą popularnością. Mało kto jednak wie, że doczekał się on kontynuacji. Ciężko się temu dziwić - nigdy nie opuściła ona Japonii, a żadna grupa fansuberska przez wiele lat nie kwapiła się, by ją przetłumaczyć. Co prawda kilku ludzi skrzyknęło się i próbowało wykonać (swoją drogą całkiem niezły) fandubbing całości, jednak ich zapał bardzo szybko wygasł.
Dnia pierwszego kwietnia grupa Karyuudo fansubs zrobiła wszystkim jednak niespodziankę. Nie tylko w pełni przetłumaczyli całą serię, ale do swojego wydania dorzucili także grafiki promocyjne, skany artbooków, czy też kompletny OST.  Jako że na translację serii od dawna bardzo czekałem (już od czasów wczesnego gimnazjum!) to z wielką radością wydanie pobrałem i rozpocząłem seans. 

Planeta Gaia, ze względu na swe ogromne pokłady energii Angolmois, staje się celem ataku niecnych Predaconów. Odpowiadając na sygnał SOS, przywódca Maximali - Convoy - oraz jego prawa ręka - porucznik Apache - wyruszają przeprowadzić rekonesans. Niestety, w jego trakcie dochodzi do wypadku, w wyniku którego Lio Convoy przepada bez śladu. Jego oddział nie poddaje się jednak i wyrusza na planetę Gaia, by kontynuować swą misję. W trakcie lądowania Maximale zostają zaatakowani przez Predaconów, w wyniku czego ich statek rozbija się, a członkowie oddziału ulegają rozdzieleniu. Jakby tego było mało, atmosfera planety jest szkodliwa dla Transformerów, co zmusza ich do przybrania całkiem nowych, zwierzęcych form i przystosowania się do nowego otoczenia. A na tym problemów nie koniec - gdy naszym bohaterom udaje się w końcu odnaleźć, wpadają w pułapkę zastawioną przez Predaconów. I marnie by pewnie skończyli, gdyby na ratunek nie przybył im tajemniczy biały lew, który okazuje się być... ich zaginionym przywódcą. Ponownie w komplecie, Maximale są gotowi do działania i zrobią wszystko, by pokrzyżować niecne plany Predaconów.

Pierwsze, co rzuca się w oczy przy oglądaniu "Beast Wars II" to fakt, że jest to tytuł kierowany do całkiem innej grupy wiekowej, niż pierwsza część. Fabuła jest dużo prostsza, klimat o wiele lżejszy a humor bardzo dziecinny. Przeżywane przez bohaterów przygody poruszają często bliskie dzieciom problemy (np. chęć bycia traktowanym jak dorosły, walka z lenistwem, czy też to jaka kara może spotkać pyszałków) i kończą się z reguły charakterystycznymi dla bajek dla najmłodszych morałami. Nie jest to nic złego, biorąc pod uwagę kto jest docelowym odbiorcą tytułu, jednak starszych widzów z pewnością fakt ten nie zachwyci. Końcówki każdego odcinka zajmuje także mini talk-show - "Second Transmission" - prowadzony przez urocze małe robociki - Artemis oraz Moona - komentujące także wydarzenia w trakcie głównej fabuły. Zapraszają one do "studia" bohaterów serii i w "zabawny" sposób starają się przybliżyć dzieciakom tajemnice świata bajki. Problem w tym, że segment ten nie jest ani ciekawy, ani też jakoś specjalnie zabawny i tylko zjada czas, który można było przeznaczyć na coś lepszego. Albo to ja jestem już za stary i tego typu zagrywki do mnie nie przemawiają. Bajka cierpi też na zbyt dużą ilość odcinków powtórzeniowych. Ja rozumiem, że docelowymi odbiorcami są tutaj małe dzieci, no ale nie przesadzajmy - historia nie jest wcale skomplikowana i z pewnością poradziłyby sobie one ze śledzeniem jej przebiegu, bez tak częstych przypominajek. O wiele wyraźniej widać też, że jest to tytuł nastawiony głównie na reklamowanie zabawek dla milusińskich. Żaden z bohaterów bowiem nie ginie - twórcy nie mogliby sobie przecież pozwolić, by sprzedaż zabawek spadła - najwięcej kasy poszło na efekciarskie i często powtarzane sceny ich transformacji i kombinacji, a jakby tego było mało, większość z nich dostaje nowe formy, aby zbić więcej kasy na nowych figurkach.
Bardzo polubiłem jednak bohaterów. Ze strony Maximali spodobał mi się zwłaszcza Lio Convoy. Doświadczony, waleczny i rozważny przywódca, potrafiący wyjść obronną ręką nawet z najcięższej sytuacji i stawiający na pierwszym miejscu dobro swych żołnierzy. Całkiem dobrze nakreśloną postacią jest też pojawiający się w późniejszych odcinkach Lio Junior, za pomocą którego zgrabnie pokazano problemy, z jakimi borykają się na co dzień dzieciaki. Moją sympatię najbardziej zaskarbili sobie chyba jednak Predaconi. Dlaczego, spytacie, przecież to Ci źli. A no dlatego, że w przeciwieństwie do wielu innych serii TF, pokazano tutaj, że mają oni także pozytywne cechy. Świetnie wypadają zwłaszcza Galvatron oraz Starscream. Ten pierwszy jest wbrew pozorom bardzo honorowym i rozsądnym przywódcą, szanującym swych podwładnych do tego stopnia, że jest skłonny przebaczyć im ich liczne niepowodzenia. Starscream natomiast zapunktował u mnie niesamowicie tym, że w przeciwieństwie do wielu innych serii TF, w których gra rolę typowego głuptaka, tutaj jest cwanym i przebiegłym mastermindem. Ma też fantastyczne interakcje i dialogi ze swym partnerem - BB - którymi wprowadza do serii mnóstwo humoru. Bardzo bawili mnie też Jointrons - trio niesamowicie rasistowskich Transformerów, zachowujących się jak stereotypowi Meksykanie. Co drugie słowo rzucają "Muchas" czy też "Senoritas", a jakby tego było mało, nieustannie chleją i tańcują. Jak nietrudno się domyślić, ich zachowanie przysparza obu stronom konfliktu mnóstwa problemów, co prowadzi do wielu komicznych sytuacji.

Graficznie tytuł wypada średnio. Projekty robotów są bardzo fajne i pomysłowe (choć taki Megastorm jest na dobrą sprawę recolorem Megatrona z "G1") a sceny ich transformacji w większości dynamiczne i pełne efekciarstwa. Lio Convoy to chyba moja ulubiona wersja Optimusa i z miłą chęcią postawiłbym sobie jego figurkę na półce, gdyby nie była tak cholernie droga... Świetnie prezentują się też zróżnicowane tła - obfitujące w bogatą faunę i florę dżungle, rozległe pustkowia i kaniony, olbrzymie i tajemnicze ruiny - wszystko to w BWII znajdziecie. Problemem jest niestety cała reszta. Animacja jest bardzo często ograniczana do absolutnego minimum, co razi szczególnie w scenach potyczek, które przecież powinny być jak najbardziej efekciarskie, aby nakręcać sprzedaż zabawek. Mnóstwo tutaj też powtarzanych ujęć, wstawianych czasami w takich momentach, że kompletnie nie pasują do reszty. Zdarza się też bardzo wiele wpadek - bohaterowie zmieniają czasem kolory i - co gorsza - kształty, a jakby tego było mało, w jednym z epizodów doszło nawet do takich absurdów, że kilku z nich mówiło nie swoimi głosami.
Sytuacje ratuje tutaj oprawa dźwiękowa. Muzyka jest naprawdę fajna i dobrze dopasowana do wydarzeń na ekranie, choć niektóre utwory są używane zbyt często. Świetnie wypadają openingi oraz endingi - rytmiczne i melodyjne, błyskawicznie wpadają w ucho i zdecydowanie zachęcają do oglądania bajki. Ba! "Get My Future" spodobało mi się tak bardzo, że jest chyba moim ulubionym openingiem Transformerów ogólnie i bardzo często słucham go poza samą bajką. Gra aktorska również zasługuje na pochwałę. Głosy bohaterów są bardzo dobrze dopasowane i świetnie oddają charakter każdego z nich. Dodatkowo aktorzy potrafią świetnie modulować głosem, by lepiej oddać emocje każdego z nich. Bardzo miłą niespodzianką było dla mnie to, że w rolę Lio Convoya wciela się Hozumi Gouda, którego bardzo lubię za rolę Chirico z kultowego "Armored Trooper VOTOMS".

Nie ukrywam, że "Beast Wars II" trochę mnie rozczarowało, zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak długo czekałem aż ktoś je przetłumaczy. Jest to bajka kierowana zdecydowanie do najmłodszych fanów Transformerów i starsi miłośnicy tych robotów raczej nie będą nią oczarowani. Sporym problemem jest też niezbyt zachwycająca oprawa graficzna. Sytuację ratują jednak fajne roboty całkiem sympatyczni bohaterowie, świetna muzyka oraz bardzo dobra gra aktorska.
Czy polecam? Młodszym fanom TF jak najbardziej. BWII ma w sobie wszystko to, co bajka dla dzieci z lat 90-tych mieć powinna. Tym starszym jednak, którzy liczą na to, iż kontynuacja Beast Wars jest równie dobra co podstawka, już nieszczególnie. Raczej się rozczarują.

Typ Anime - Seria Telewizyjna
Rok produkcji - 1998
Pełny Tytuł: „Beast Wars Second Chou Seimeitai Transformers” ("Beast Wars II")
 Reżyseria: Osamu Sekita
Scenariusz: Junki Takegami, Kazuhiko Godo
Muzyka: Hayashi Juzo
Gatunek: Science-Fiction, Przygodowy, Komedia, Super Robot
Liczba Odcinków: 43
Studio: Production Reed
Ocena Recenzenta: 5.5/10

Screeny:





niedziela, 27 marca 2016

Szaleństwo Animacji - "Birth" (1984)

Lata 80-te to zdecydowanie mój ulubiony okres w historii anime. Nie tylko dlatego, że większość powstających w tym okresie produkcji wyglądała naprawdę bardzo ładnie. Również dlatego, że twórcy nie bali się eksperymentować, a sponsorzy dużo chętniej wykładali kasę nawet na te najbardziej popieprzone i ryzykowne pomysły. W efekcie powstało w tym okresie multum szalonych, nietuzinkowych produkcji, którym podobnych dziś próżno szukać. Jednym z takich tytułów jest zdecydowanie "Birth" - zwariowana i zjawiskowa animacja eksperymentalna, bijąca wykonaniem na łeb większość współczesnych anime.

Pewnego dnia piękna planeta Aqualoid zostaje zaatakowana przez tajemnicze mechaniczne istoty nazywane "Inorganic". Robotyczne kreatury bardzo szybko zmieniają ją w nieprzyjazne jakimkolwiek organicznym formom życia pustkowie. Istoty żywe nie dają jednak za wygraną i dzielnie opierają się wrednym kosmitom.
Podczas jednej ze swych wypraw, młody Nam znajduje tajemniczy miecz i natychmiast staje się celem ataku wszystkich Inorganic. Dlaczego maszynom tak bardzo zależy na tej broni? Czy to możliwe, że skrywa ona sekret, który umożliwi ich pokonanie?

Zacznijmy może od tego, że fabuła nie jest tym, dla czego powinno się "Birth" oglądać. Jest ona raczej szczątkowa i poprowadzona w sposób bardzo chaotyczny, przez co wielu wydawać się może pozbawiona sensu. Podobnie wygląda sprawa z postaciami - są to głównie zabawne karykatury, które mają śmieszyć swoimi dialogami i interakcjami i tyle. Nie przechodzą żadnego rozwoju, nie nawiązują żadnych głębszych relacji, ani też nie prowadzą ze sobą żadnych skomplikowanych dialogów. Dlaczego zatem powinniście się w ogóle "Birth" zainteresować, spytacie? Bo to fantastycznie wyreżyserowany i zanimowany film akcji! Pracowała przy nim ekipa cholernie utalentowanych animatorów, którym przewodniczył, wówczas jeszcze bardzo młody, Yoshinori Kanada, którego dzieła inspirują wielu animatorów po dziś dzień. Czym się wsławił, spytacie? Otóż to właśnie on swym dynamicznym i szalonym stylem animacji (który bardzo często odbiegał od tego, co było w oryginalnych storyboardach) sprawił, że chińskobajkowi animatorzy dostają tyle swobody w animowaniu i mogą przemycać do każdego niemal dzieła charakterystyczny dla siebie styl. Do zostania animatorem młodego Kanadę zainspirował sam Hayao Miyazaki, w szczególności jego praca przy kultowym shorcie eksperymentalnym - "Soratobu Yuureisen" z 1969 roku. Sam Kanada zainspirował zaś tak słynne w świecie animacji osobistości, jak choćby Imaishi Hiroyuki, który pracował m.in przy takich fenomenalnie animowanych hitach jak: "Change!! Shin Getter Robo - Sekai Saigo no Hi", "Dead Leaves", "Rebuild of Evangelion", "FLCL" czy też "Tengen Toppa Gurren Lagann".

Wróćmy jednak do samego "Birth". Jak na początku tekstu wspomniałem, pod względem wykonania bije ono na łeb lwią część dzisiejszych produkcji. Ktoś określił kiedyś "Birth" jako jedną długą scenę emocjonującego pościgu. Cholernie trafne! Geniusz Kanady widać tutaj w praktycznie każdej scenie. Liczne zabawy z perspektywą, eksperymentowanie z ilością klatek na sekundę, dynamiczna praca kamery, fenomenalne efekty eksplozji oraz gra świateł. Tego typu sekwencje byłoby strasznie ciężko zanimować przy użyciu współczesnej technologii, a pomyślcie sobie, że to wszystko było robione ręcznie, praktycznie bez udziału komputerów! Bomba!  OVA ta to jeden z najpiękniej, najpłynniej i najdynamiczniej zanimowanych filmów animowanych, jakie miałem okazję obejrzeć. Wszystko rusza się tak ślicznie i naturalnie, że ciężko jest oderwać wzrok od ekranu i zebrać szczękę z podłogi. Jedyne zastrzeżenie, jakie mam do animacji, to fakt że momentami jest ona nie do końca zsynchronizowana z dialogami postaci. Zdarzają się krótkie ujęcia, w których bohaterowie ruszają ustami, ale nie słychać nic lub ich wypowiedź zostaje puszczona z opóźnieniem, albo odwrotnie - postać ustami nie rusza, ale słychać wyraźnie jak gada.
Same projekty postaci są bardzo proste, można rzec wręcz karykaturalne, jednak wcale a wcale to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie - dodaje to całej bajce jeszcze więcej uroku. Zaskakujące jest też to, jak wiele ekspresji widać w mimice bohaterów. Ich twarze nigdy nie są statyczne, nieustannie rysują się na nich różnorakie miny, świetnie oddające ich nastroje. Bardzo spodobała mi się zwłaszcza Rasa - dziewczyna jest po prostu przepiękna, z czego sprawę zdawali sobie również sami twórcy - wiele ujęć bowiem koncentruje się na jej ślicznej buzi, czy też kształtnej pupie, która zresztą jest nawet tematem niektórych dialogów. I zanim powiecie, że znowu twórcy żerują na prymitywnych instynktach facetowskiej widowni - większość tych ujęć jest tu wstawiona w celach humorystycznych i parodystycznych, a i żadne z nich nie jest tak wulgarne, jak te spotykane w dzisiejszych głupawych erotycznych komedyjkach. Bardzo ładnie wyglądają też wszelkiej maści maszyny. Zarówno futurystyczne motocykle, jak i wielkie roboty czy okręty w "Birth" są wykonane z niezwykłą wprost dbałością o detale i cieszą oko. Zwłaszcza miłośnicy paneli kontrolnych będą wniebowzięci - jest tu ich istne zatrzęsienie, a dodatkowo odbijają się w nich nawet stojący nad nimi bohaterowie. No i nieźle prezentują się tła, zaskakujące pozytywnie swą różnorodnością. Mamy tu zarówno pustkowia, drobne osady, czeluście kosmosu, wnętrza ogromnych statków kosmicznych, czy też zdewastowane metropolie. Wszystkie utrzymane są w klimatycznych barwach i z odpowiednią dbałością o szczegóły.
Fantastyczna jest także muzyka, czemu ciężko się dziwić. Odpowiada za nią bowiem genialny Joe Hisaishi, który skomponował wiele fenomenalnych ścieżek dźwiękowych do masy kultowych anime. Kawałki takie jak "Inorganic Tower", "Shade - The Sacred Sword", "Kaze o Atsumete", czy też "Izunai" są niesamowicie klimatyczne i natychmiast wpadają w ucho, dzięki czemu bardzo fajnie słucha się ich również poza samym filmem. Świetny jest także ending - "Soldiers of Zachs". Rytmiczny i bardzo fajnie zaśpiewany, z pewnością sprawi, że mimowolnie będziecie wystukiwać palcem jego rytm.
Wypadałoby wspomnieć jeszcze słowem o grze aktorskiej. Ta jest całkiem dobra. Nie jakaś zjawiskowa, ale solidna. Każdy z bohaterów brzmi przekonująco, a seiyuu tych bardziej zwariowanych bawią się też odpowiednio swoim głosem, aby wydobyć z nich całe ich dziwactwo. Z bardziej znanych nazwisk usłyszymy tutaj Kazukiego Yao (Judau z "Mobile Suit ZZ Gundam", Shinobu z "Dancougi") czy też Miinę Tominaga (Noa z "Patlabora", Yahiko z "Kenshina")

"Birth" to film kierowany głównie do koneserów dobrej i szalonej animacji. Fabularnie nie powala, jednak oczarowuje pięknym wykonaniem oraz rytmiczną muzyką. Jest to produkcja idealna, jeśli chcecie pokazać głuptakom uważającym, że stare anime były brzydkie, że są w błędzie. Wielka szkoda, że w dzisiejszych czasach takie produkcje już raczej nie powstają.

Typ Anime - OVA
Rok produkcji - 1984
Pełny Tytuł: „Birth”
 Reżyseria: Shinya Sadamitsu
Scenariusz: Junki Takegami
Muzyka: Joe Hisaishi
Gatunek: Science-Fiction, Przygodowy, Komedia, Akcja
Liczba Odcinków: 1
Studio: Kaname Productions
Ocena Recenzenta: 7/10

-"Birth" było jedną z pierwszych OVA, jakie pojawiły się na rynku. Swymi wizualiami postawił zatem bardzo wysoko poprzeczkę innym tytułom kierowanym na rynek domowy.

-Wspomniana śliczna Rasa bazowana jest na... żonie Kanady. Pracę nad "Birth" rozpoczął on niedługo po tym, jak ją poślubił, i chciał w ten sposób pokazać jak bardzo ją kocha.

-"Birth" trafiło także do Polski. Wydane u nas zostało pod tytułem "Świat Talizmanu".

Screeny:






Wielka przygoda w dystopijnej przyszłości - "DT Eightron" (1998)

Sesja w końcu za mną, dzięki świętom Zmartwychwstania Pańskiego mam w końcu trochę wolnego, a zaległe modele poskładane. Można zatem w końcu poświęcić trochę czasu kochanemu blogowi, który pewnie zaczynał się już czuć samotny i porzucony. Na warsztat weźmiemy dziś prawdziwy "ukryty klejnot", o którego istnieniu nie ma pojęcia 99% chińskobajkowego fandomu. Zaskakująco fajną i wciągającą, choć niepozbawioną wad serię przygodową osadzoną w dalekiej, post-apokaliptycznej przyszłości - "DT Eightron"

Daleka przyszłość. W wyniku licznych wojen oraz klęsk żywiołowych, ziemia została totalnie zniszczona i jej powierzchnia absolutnie nie nadaje się do zamieszkiwania. W związku z tym ludzkość buduje olbrzymie podziemne miasta, będące perfekcyjnymi utopiami. Niestety, w wyniku pogarszającego się stanu planety, miasta te bardzo szybko zaczynają tracić ze sobą kontakt, aż w końcu każde z nich zostaje pozostawione samemu sobie i stopniowo popada w ruinę...
Jednym z ostatnich ocalałych miast jest Datania - zamieszkana wyłącznie przez dzieci, perfekcyjnie zorganizowana utopia, której "zrobotyzowani" mieszkańcy zmuszani są do pracy nad tajemniczym urządzeniem. Każde odstępstwo od normy w Datanii jest karane i natychmiast naprawiane za pomocą tzw. "Reset System", który całkowicie wymazuje uczucia i wspomnienia człowieka, czyniąc z niego perfekcyjnego pracownika.
Pewnego dnia nastoletni Shu wraz z kilkoma kolegami wyrywają się spod kontroli systemu i postanawiają uciec na powierzchnię. Są bowiem pewni, że władze Datanii nie mówią im całej prawdy i na zewnątrz musi coś być. Bardzo szybko zostają jednak pochwyceni. Wszyscy, poza Shu, któremu cudem udaje się uciec. Niedługo potem chłopiec spotyka grupkę rebeliantów z powierzchni - "Returners" - wspieranych przez tajemniczą istotę nazywaną "Eightron". Wyjaśniają mu oni, że Datania w istocie ukrywa prawdę przed mieszkańcami i że na powierzchni, mimo nieprzyjaznych warunków, ciągle jeszcze żyją ludzie. Ludzie, którzy nie godzą się na to, by ich wolność była ograniczana przez system.  
Niedługo potem "Returners" dowiadują się o istnieniu jeszcze jednego miasta utopii - Amaroute - będącego podobno prawdziwym rajem, w którym ludzkość żyje bez żadnych zmartwień i ograniczeń. Postanawiają się tam udać, a Shu postanawia wyruszyć wraz z nimi. Tak oto rozpoczyna się wielka podróż, w trakcie której nasi bohaterowie przeżyją wiele przygód, stawią czoła licznym niebezpieczeństwom oraz odkryją wiele szokujących tajemnic.

O "DT Eightron" przeczytałem po raz pierwszy kilka lat temu, w jednym z tematów na 4chanie, poświęconych niszowym i zapomnianym tytułom. Anony nie wypowiadały się o serii jednak zbyt pochlebnie, nazywając ją nudnawą kopią NGE, której fabuła prowadzi do nikąd. Nauczony jednak przez doświadczenie, że zawsze najlepiej przekonać się o jakości danego dzieła samemu, postanowiłem mimo wszystko po tytuł ten sięgnąć. Jakież było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że "Eightron" jest naprawdę fajną serią. Historia rozkręca się bardzo powoli, ale potrafi cholernie wciągnąć, a przeżywane przez bohaterów przygody są ciekawe i zróżnicowane. Twórcy mieli mnóstwo naprawdę fajnych pomysłów i nie raz, nie dwa byłem zaskoczony tym, jak kreatywne potrafiły być poszczególne odcinki. Cholernie podobał mi się zwłaszcza epizod z miastem śpiewaków. Bardzo fajnie został w nim poruszony temat stopniowego upadku kultury człowieka. Zdarzały się, oczywiście, też i gorsze epizody, ale całość oglądało mi się naprawdę przyjemnie. Dużą siłą serii jest także świat przedstawiony - pogrążona w ruinie, wyniszczona przez człowieka przyszłość wygląda ponuro i przerażająco. Przemierzane przez bohaterów pustkowia oraz ruiny cywilizacji zgrabnie budują aurę tajemniczości oraz niepokoju. Bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie również to, jak trafnie show pokazuje wizję dystopijnej przyszłości. Sama Datania zaś niezwykle zaintrygowała mnie tym, że pod wieloma względami cholernie przypomina "Wyspę" Aldousa Huxleya. Zwłaszcza pod względem tego, jak duży nacisk kładzie na kontrolę swych mieszkańców.
"DT Eightron" nie jest jednak serialem idealnym. Tu i ówdzie pojawiają się drobniejsze dziury fabularne, które co prawda nie psują jakoś szczególnie całokształtu bajki, ale jednak są. Strasznie rozczarowujące jest samo zakończenie - chaotyczne, pospieszane i praktycznie nic nie wyjaśniające. Kolejnym, sporym problemem, jest tytułowy Eightron. Nie dość, że dowiadujemy się o nim bardzo niewiele, to jeszcze bardzo często jest wykorzystywany przez twórców jako Deus Ex Machina i za pomocą swych - chwilami naprawdę przegiętych - mocy, wyciąga bohaterów z praktycznie każdych tarapatów. W wyniku tego, show nie trzyma nigdy w zbytnim napięciu, bowiem z góry wiemy, że co by się nie stało, Eightron i tak wszystkich ocali. Dopiero w późniejszej części serii jego ingerencja zostaje trochę ograniczona i bohaterowie muszą sobie radzić sami.
Skoro już przy bohaterach jesteśmy - wypadają oni naprawdę fajnie i są chyba najlepszym, co show ten ma do zaoferowania. Każdy z nich ma własną, wyraziście zarysowaną osobowość oraz charakter, a i interakcje pomiędzy nimi ogląda się naprawdę fajnie. Każdy z bohaterów przechodzi też całkiem spory rozwój. Bardzo podobał mi się pod tym względem zwłaszcza Shu. Mimo że z reguły nie przepadam za wyzbytymi z emocji, miałkimi bohaterami, to akurat on zapunktował u mnie cholernie. Świetnie pokazano jego zagubienie w nowej rzeczywistości, to jak stopniowo uczy się coraz więcej o otaczającym go świecie i relacjach międzyludzkich, i jak w końcu zaczyna podejmować własne decyzje, i kierować swoim losem. Shu nie jest też człowiekiem głupim. Choć z początku wydaje się naiwnym nieogarem, tak bardzo szybko pokazuje, że jest cholernie bystry i potrafi wyjść obronną ręką nawet z najtrudniejszej sytuacji.
Antagoniści też są całkiem ciekawi, może za wyłączeniem głównego złego. Nie są oni tylko i wyłącznie bezwzględnymi niemiluchami, a faktycznymi ludźmi, oszukiwanymi po prostu przez okrutny system. Zwłaszcza Nines prezentuje się bardzo fajnie. Człowiek z niego niezwykle inteligentny, więc bardzo szybko zaczyna dostrzegać, że Datania nie mówi swym mieszkańcom wszystkiego i rozpoczyna własne poszukiwania prawdy. Szkoda mi jedynie, że nie poznajemy trochę lepiej jego przeszłości. Zostaje ona nam jedynie pobieżnie przybliżona za sprawą kilku flashbacków.

Oprawa graficzna bajki jest, niestety, strasznie słaba. Wyraźnie widać, że twórcy nie dysponowali zbyt wielkim budżetem i musieli oszczędzać tak bardzo, jak to tylko możliwe. Animacja nie zachywca - ruchy postaci są trzeszczące i momentami dość nienaturalne, choreografia walk jest strasznie byle jaka, powtarzanych oraz statycznych ujęć jest tu istne zatrzęsienie, a jakby tego było mało, sporo tu naprawdę oczywistych wpadek - bohaterowie odwracają się w nie w tą stronę, co trzeba, momentami z niewiadomych przyczyn się teleportują, innym razem znowuż zmieniają się im kolory. Projekty postaci również nie zachwycają - są strasznie proste i niedbałe, zdarza się, że ze sceny na scenę rysowane zupełnie inaczej, a ich twarze często są wykrzywiane przez tak dziwaczne grymasy, że ciężko nie parsknąć śmiechem. Bardzo ładnie prezentują się jednak tła. Utrzymane w brudnych i ponurych barwach, pełne zrujnowanych budynków oraz innych pozostałości cywilizacji, tworzą świetny klimat i bardzo dobrze wyraźnie pokazują, jak nieprzyjazna dla ludzkości jest Eightronowa przyszłość.
Muzyka też raczej nie zachwyca. Znajdzie się kilka niezwykle klimatycznych utworów oraz jedna naprawdę świetna piosenka, ale ogółem nie powiedziałbym, żeby ścieżka dźwiękowa Eightrona była jakimś arcydziełem. Czasami też niektóre kawałki używane są w niezbyt odpowiednich sytuacjach, przez co skutecznie rujnują klimat. Bardzo dobrze wypada jednak gra aktorska. Postacie brzmią świetnie i przekonująco, a w ich głosach wyraźnie słychać każdą z emocji. Sporo tutaj też całkiem znanych nazwisk - usłyszeć tu można takich seiyuu jak m.in Nobutoshi Canna (Axel Almer z "Super Robot Taisen", Lancer z serii "Fate"), Hoshi Soichiro (Kira Yamato z "Gundam SEED", Arrow Rygart z "Break Blade") Junichi Suwabe (Omega Zero z "MegaMan Zero", Advent z "Dai-3-ji Super Robot Taisen Z"), czy też Natsuki Rio (Sion Eltnam Atlasia z "Melty Blood", Yamazaki Linna z "Bubblegum Crisis").

"DT Eightron" to prawdziwy szlachetny kamyczek, który zaginął gdzieś w pomroce dziejów. Trochę nieociosany, ale jednak nadal zdecydowanie wart uwagi. Choć nie zachwyca pod względem graficznym, to jednak mocno punktuje ciekawą historią, intrygującym światem przedstawionym oraz świetnymi bohaterami. Jak najbardziej polecam, zwłaszcza jeśli lubicie dystopijne klimaty oraz serie osadzone w post-apokaliptycznym świecie.

Typ Anime - Seria Telewizyjna
Rok produkcji - 1998
Pełny Tytuł: „DT Eightron”
 Reżyseria: Masami Hata
Scenariusz: Kishima Nobuaki
Muzyka: Hiroyuki Nanba
Gatunek: Science-Fiction, Przygodowy,
Liczba Odcinków: 26
Studio: Sunrise
Ocena Recenzenta: 6/10

Screeny:






środa, 24 lutego 2016

Recenzja Figurki - SEGA High Grade Figure - Nishiki Nakajima ze "Strike Witches"


Jako że dawno nie było na blogu żadnej zabawki, dzisiaj przyjrzymy się bliżej kolejnej "Samolodupie" z mojej kolekcji. Poznajcie Nakajimę Nishiki, członkinię oddziału 504th Joint Fighter Wing - "Ardor Witches".


Zacznijmy standardowo od ceny, wysokości i innych tego typu pierdół:

TYP FIGURKI: Prize Figure
SERIA FIGUREK: High Grade Figure
SERIA: Strike Witches
POSTAĆ: Nishiki Nakajima
PRODUCENT: SEGA
RZEŹBIARZ: Me-n
MATERIAŁY: ABS, PVC
WYSOKOŚĆ: Ok.17 cm
SKALA: Brak Danych
CENA: ok. 65zł
DATA WYDANIA: 28 Marca 2014 roku
NAKŁAD: Standardowy
SKLEP: -

Figurkę otrzymałem w prezencie od swojego dobrego przyjaciela - Ranalcusa - razem z całą masą innych fantów, na których opisanie również wkrótce przyjdzie pora. Jest to druga Prize Figure oraz druga figurka ze "Strike Witches" w mojej kolekcji. Dla ludzi nieobeznanych w zabawkowej terminologii - "Prize Figure" są to figurki, które można wygrać w loterii albo też wyciągnąć z popularnego automatu z "łapką". Z tego też powodu są to z reguły zabawki dużo tańsze i nieco gorszej jakości, niż typowe statuetki. Nie oznacza to jednak, że są jakieś okropnie brzydkie - och, skądże znowu! Wiele "Prize Figure" nadal prezentuje się naprawdę bardzo ładnie, a niektóre z nich są nawet uznawane przez kolekcjonerów za najprawdziwsze "Święte Graale". A jak jest w przypadku naszej dzisiejszej bohaterki? Zaraz się przekonamy.

Oficer Nishiki Nakajima jest jedną z mniej znanych bohaterek uniwersum "Strike Witches", zwłaszcza dla tych, którzy mieli styczność jedynie z serialem animowanym. Pojawia się ona w nim bowiem tylko przez krótką chwilkę, w epizodzie 12-tym drugiego sezonu. Większą rolę miała okazję odegrać w komiksach "Sōkū no Otome-tachi" i "Strike Witches Kurenai no Majo Tachi" oraz grze wideo "Strike Witches: What I Can Do Along With You - A Little Peaceful Days", wydanej na Sony PSP. 

Mimo że należy do mniej popularnych postaci, Nishiki odgrywa w uniwersum "Strike Witches" bardzo ważną rolę. Z racji tego, że jej rodzice są silnie powiązani z "Nagashima Flight Legs", nasza bohaterka zajmuje się testowaniem produkowanych przez nich "Striker Units" (samoloto-podobnych urządzeń zakładanych na nogi, które umożliwiają bohaterkom latanie). To właśnie dzięki niej możliwe stało się używanie takich modeli jak Ki-44 oraz Ki-44-III, wyposażonego w potężny silnik z Liberion. Oprócz testowania nowych modeli "Striker Units", Nishiki zajmuje się także szkoleniem nowych rekrutów w ich używaniu. Dlatego też bardzo często podróżuje pomiędzy Fuso oraz Europą. Nishiki miała też okazję walczyć u boku tak słynnych wiedźm jak Gertrud Barkhorn, czy też Erica Hartmann. Niestety jednak, zupełnie one o niej potem zapomniały...

W walce Nishiki polega na czystej mocy, dlatego też stosuje głównie dużego kalibru giwery o wielkiej sile ognia. Z powodu swych częstych wizyt w Europie zaadaptowała też nietypową dla innych wiedźm z regionu Fuso taktykę "zanurkuj i wzbij się".
Z charakteru Nishiki jest bardzo bezpośrednia i niektóre rzeczy bierze zbytnio na serio. Ma jednak naturalny talent do opiekowania się młodszymi koleżankami, przez co często postrzegana jest przez nie jako starsza siostra. W wolnych chwilach zajmuje się zamiataniem bazy oraz konserwacją pasu startowego. Jej familiar (zwierzak przypisany każdej wiedźmie) to Ocelot.
Postać Nishiki bazowana jest na japońskim myśliwcu Nakajima Ki-44, nazywanym też "nishiki tanza sentouki", stąd jej imię i nazwisko.


Tyle o samej postaci, przyjrzyjmy się teraz bliżej figurce.

RZEŹBA I MALOWANIE


Jak na figurkę ze "Strike Witches" przystało, Nishiki została wyrzeźbiona w bojowej, zawieszonej w powietrzu pozie. Groźna mina, wygięty ogon oraz przygotowane do wystrzału działo Ho-301 zdecydowanie dodają jej dynamizmu i sprawiają, że wydaje się ona być w ruchu. Wrażenie to psują jednak trochę śmigła na "Striker Units". Dużo lepiej wyglądałyby w ruchu, aniżeli w stanie spoczynku. Poza tym jednak do pozy żadnych zastrzeżeń nie mam.






Patrząc na figurkę z daleka nie dostrzega się raczej żadnych większych wad w malowaniu czy łączeniu części. Kiedy jednak przyjrzymy jej się z bliska, dopatrzymy się niestety kilku drobnych niedoskonałości. 


Na początek okolice uszu i grzywka. O ile same uszy wyglądają uroczo, tak już sposób, w jaki zostały przytwierdzone do głowy, pozostawia trochę do życzenia. Z grzywką z kolei jest taki problem, że w niektórych miejscach jest nierówno odlana, oraz dostrzec można pojedyncze cieniutkie linie plastiku między kosmykami. Nie jest to co prawda coś okropnie widocznego, ale przy oglądaniu figurki z bliska trochę psuje całokształt.


Kolejną, acz już zdecydowanie mniej zauważalną niedoskonałością są drobne grudki plastiku w okolicach ust oraz na górze munduru, przy guzikach. Przyznam szczerze, że dopóki nie zacząlem robić figurce zdjęć do recenzji, w ogóle ich nie zauważyłem. Myślę, że jest to wpadka dosyć łatwa do usunięcia - delikatna operacja pilniczkiem, tudzież papierem ściernym powinna załatwić sprawę.



Najbardziej rażącą niedoskonałością w figurce jest jednak sposób, w jaki połączono ręce z korpusem. Szczeliny są okropnie szerokie i widoczne gołym okiem nawet z większej odległości. Na całe szczęście, znajdują się one na plecach, dzięki czemu wystarczy postawić figurkę tak, by nie było ich widać.


O ile sama rzeźba pupy bohaterki jest bardzo w porządku, tak już malowanie na majtkach pozostawia sporo do życzenia. Wygląda dość nieestetycznie i skutecznie psuje "charm point" Nishiki.


Dłoniom też przydałoby się trochę więcej detali


Patrząc na te wszystkie wady trzeba jednak pamiętać, że jest to po prostu Prize Figure, a nie kosmicznie droga statuetka. W takim wypadku można przymknąć nieco oko.

Pochwalić muszę jednak "Striker Units". Wykonane zostały z pieczołowitością i dbałością o każdy detal, a metaliczna farba sprawia, że wyglądają jak prawdziwe






Bardzo ładnie prezentuje się także ogonek.

PODSTAWKA

Przeglądając w internecie zdjęcia różnych "Prize Figure" zauważyłem, że większość z nich ma bardzo proste i nijakie podstawki. Jakież było zatem moje zaskoczenie, kiedy ta od Nishiki okazała się być pomysłowa i bardzo ładna. Na przezroczystym kawałku plastiku namalowano magiczny krąg, pojawiający się pod nogami wiedźmy gdy używa ona swej magii. Przy odpowiednim oświetleniu podstawka bardzo fajnie odbija też światło, sprawiając że magiczny symbol jakby świeci. Dodatkowo "zaczepkę" na figurkę umiejscowiono w takim miejscu, że przestaje być widoczna w momencie ustawienia zabawki na swoim miejscu. Wszystko to zdecydowanie na plus.





Na spodzie podstawki umieszczono też tradycyjnie nazwę firmy odpowiedzialnej za zabawkę i inne pierdoły.

PUDEŁKO

Pudełeczko jest bardzo proste. Nie ma na nim nawet okienka, przez które możemy podziwiać figurkę przed wyciągnięciem jej. Ot, kartonowy prostopadłościan, na którym wymalowano niebo i logo oddziału, z którego pochodzi bohaterka. Dobrze spełnia funkcję przechowawczą, ale raczej nie cieszy zbytnio oczu.





Na jednej ze ścian pudełka znajduje się także instrukcja, jak poskładać figurkę



Logo oddziału 504th Joint Fighter Wing - "Ardor Witches", do którego należy Oficer Nakajima.

PODSUMOWANIE

Nishiki jest całkiem ładną, choć niepozbawioną wad figurką. Punktuje dynamiczną pozą, świetnie odwzorowanymi "Striker Units" oraz podstawką, jednak kuje w oczy trochę byle jakie wykonanie niektórych szczegółów samej postaci. Trzeba jednak pamiętać, że jest to Prize Figure, zatem kupując zabawkę tego typu, musimy być na takie wpadki po prostu przygotowani. 
Jeśli jesteście fanami Nishiki i potraficie przymknąć oko na drobne niedoskonałości, to figurkę możecie śmiało kupić. Jeśli jednak drażni wasz każda wtopa przy odwzorowywaniu waszej waifu, to lepiej poczekajcie. Może kiedyś Alter czy inna firma zacznie robić figurki innych samolodupowych dziewczynek, niż najpopularniejsza ekipa z 501st. Na koniec jeszcze kilka bonusowych fotek z Eilą.







OCENA KOŃCOWA:
Rzeźba7/10
Malowanie: 8/10
Poza: 8/10
Podstawka: 7/10
Pudełko: 5/10
Cena/Jakość: 7/10

Kto będzie bohaterem następnej figurkowej recenzji? Tym razem już bez zagadek - pozostajemy w samolotowych klimatach, acz bierzemy pod lupę postać spoza Samolodupowego uniwersum. Następnym razem przyjrzymy się pięknej Stiletto z linii "Frame Arms: Girls" od Kotobukii. Do zobaczenia!