czwartek, 5 maja 2016

ARTBOOK - "Lemon People 1986-01 Zoukangou Vol. 52 Tatakae!! Iczer-1"

Wiecie, czego tutaj dawno nie było? Recenzji książeczki! Jeśli śledzicie mojego bloga od dłuższego czasu (albo też bardzo dobrze mnie znacie) to wiecie zapewne, że uwielbiam nie tylko oglądać stare bajki, ale też skrzętnie gromadzić wszelki stuff z nimi związany. Breloczki, figurki, przypinki, naklejki i wszelkie inne bibeloty. No i oczywiście archiwalne magazyny, doujinshi i artbooki z lat 80-tych i 90-tych, których mam po prostu mnóstwo. Dziś przyjrzymy się jednemu z moich niedawnych nabytków - specjalnemu wydaniu magazynu "Lemon People", poświęconemu w pełni najsłynniejszej serii wywodzącej się z tego periodyka - "Tatakae!! Iczer-1!". O samej serii oraz wspomnianym magazynie możecie przeczytać więcej w krótkim artykule, o tutaj.
Będzie trochę cycków, więc nieletni proszę zamknąć oczy. ALE JUŻ!!

Tytuł: "Lemon People 1986-01 Zoukangou Vol. 52 Tatakae!! Iczer-1"
Typ Książki: Artbook
Serie, którym książka jest poświęcona: "Tatakae!! Iczer-1!"
Liczba stron: 98
Wydawnictwo: Kubo Shoten
Data Wydania: 15 stycznia 1986 roku
Cena: około 18zł
Sklep: Mandarake

Opisywane specjalne wydanie magazynu zostało wydane niedługo po tym, jak do sprzedaży trafił pierwszy epizod serii OVA. Była to pierwsza książeczka poświęcona "Iczer-1". Jej zawartość to w dużej mierze kolorowe ilustracje oraz kadry z OVA, streszczające historię opowiedzianą w animacji. Oprócz tego sporo w niej smaczków na temat świata przedstawionego oraz bohaterów.


Książeczka jest bardzo ładnie wydana, obłożona kolorową, błyszczącą obwolutą. Strony kolorowe drukowane są na wysokiej jakości papierze kredowym. Na wewnętrznej stronie obwoluty znajdują się spis treści oraz spis ludzi za wydanie książeczki odpowiedzialnych. Pod obwolutą, na obu stronach okładki, nadrukowane są czarno-białe ilustracje przedstawiające Iczer-1 oraz dwa wielkie roboty, występujące w pierwszym epizodzie serii - Iczer-Robo oraz Delos Theta. Na pierwszych stronach książeczki znajdziemy także piękną, rozkładaną ilustrację, przedstawiającą dwie główne bohaterki serii - Iczer-1 oraz Nagisę



Rozkładana ilustracja



Na tyle okładki znajdziemy dwie klatki animacji w formie szkicu



Już na samym początku książeczka robi bardzo pozytywne wrażenie. A dalej jest tylko lepiej. Pierwsze strony poświęcone są krótkiemu streszczeniu fabuły pierwszego epizodu. Znajdziemy na nich więc mnóstwo pięknych kadrów, ciekawostki na temat bohaterów i poszczególnych scen, oraz cytaty.


Cobalt oraz Sepia - dwie kochanki z planety Cthuwulf


Nagisa Kano - urocza i roztrzepana uczennica liceum

Podczas drogi do szkoły napotyka tytułową Iczer-1, którą uważa za cosplayerkę

Potem w szkole zaczynają się dziać dziwne rzeczy

W wyniku których nasza bohaterka m.in wpada w inny wymiar, znajdujący się na pobliskim placu budowy



Iczer-1 walcząca w obronie Nagisy

Dalej znajdziemy pojedynczą stronę, poświęconą gadżetom związanym z serią. Soundtrack, figurki, karteczki i inne duperele. Zaraz potem zaś krótki dział poświęcony maszynom pojawiającym się w serii. Znalazło się tam miejsce zarówno dla statków kosmicznych, jak i wielkich robotów. Zobaczyć tam możemy zarówno wyjęte z OVA kadry, jak i ekskluzywne dla książeczki ilustracje oraz rysunki konceptowe.



Garage Kity przedstawiające Iczer-1 i Nagisę. Dziś już praktycznie nie do zdobycia
Płyta ze ścieżką dźwiękową



Okręt wojenny, którym ludzkość próbowała zwalczyć wrednych kosmitów

Z mizernym skutkiem

Dokładniejszy opis okrętu

Pilotowany przez Iczer-1 oraz Nagisę Iczer-Robo

Wnętrze kokpitu oraz kilka szkiców konceptowych samego Iczer-Robo

Delos Theta - maszyna pilotowana przez Cobalt
 

Odcisk stopy Delosa

Następne kilka stron zawiera przepiękne kolorowe ilustracje, wykonane przez animatorów pracujących nad OVA.

Sepia

Iczer-1 walcząca z jednym z bojowych androidów

Zainfekowany przez obcych człowiek

Iczer-1 oraz Nagisa w wersji bardziej przypominającej komiksowe pierwowzory

Iczer-1 oraz Iczer-Robo
Następne kilka stron jest czarno-białych. Znajdziemy na nich głównie rysunki konceptowe bohaterów oraz lokacji, a także szkice klatek animacji. Na samym końcu znajduje się też króciutki wywiad z ekipą pracującą nad OVA, ale niestety nie znam jeszcze "run księżycowych" na tyle dobrze, aby go w pełni zrozumieć.

Rysunki konceptowe oraz klatki animacji Nagisy




Lata 80-te były pięknym okresem, w którym chińskobajkowe dziewczynki nie były przesadnie wychudzone, a piersi nie przypominały przesadnie napompowanych balonów.


Nagisa z rodzicami


Rysunki konceptowe oraz klatki animacji Iczer-1

Niesamowicie podobają mi się oczy rysowane przez Hirano



Popatrzcie na tę uroczą, zdziwioną Iczer-1 i spróbujcie zaprzeczyć, że lata 80-te miały najlepsze dziewczynki



Główni antagoniści pierwszego epizodu - Sir Violet, Cobalt, Big Gold oraz Sepia

Klatki animacji Cobalt

Szkice konceptowe Cobalt

Sepia

Sir Violet

Główny zły całej serii - Big Gold

Służące obcym androidy i potworki




Szkice lokacji

Forteca Big Gold

"Sala Tronowa"


Cobalt przybywa do Sir Violet po rozkazy

Sypialnia Cobalt i Sepii

Zamknięty wymiar, w którym Iczer-1 walczyła z jednym z wrogich androidów

Wywiad z obsadą

Okraszony bardzo ładnym szkicem, przedstawiającym Sepię

Następny dział koncentruje się na drugiej połowie OVA. Pojawiają się w nim kadry głównie ze starcia Iczer-1 z wrogim androidem oraz finałowego pojedynku Iczer-Robo kontra Delos Theta.







Rodzice Nagisy okazują się być zakażonymi przez kosmitów

Co doprowadza naszą bohaterkę do histerii

Iczer-1 niestety nie może jej od razu pospieszyć na pomoc, bowiem najpierw uporać się musi z wrogim androidem




Na całe szczęście przybywa jednak na czas


Choć rozhisteryzowana Nagisa nie jest w stanie docenić jej pomocy i obarcza ją winą za wszystko, co do tej pory zaszło

Tymczasem w mieście pojawia się Delos Theta


Fajna ciekawostka - w jednej ze scen możemy zaobserwować bohaterów "Mobile Suit Zeta Gundam" - Kamille oraz Fa. W tle są także bohaterowie "Heavy Metal L-Gaim", acz ze zmienionymi kolorami włosów.

Cobalt żegna się ze swą ukochaną



Ludzkość przygotowuje swój okręt do bitwy



Wynik tej batalii jest prosty do przewidzenia

Cobalt wyśmiewa ziemskie maszyny bojowe


Iczer-1 postanawia wezwać swego robota

Iczer-Robo wkracza do akcji 

Nagisa w kokpicie


Iczer-Robo przygotowuje swój atak końcowy


I celnym strzałem powala Delosa na ziemię


Po czym zabija jego pilota

Sepia jest pogrążona w rozpaczy po utracie Cobalt

I poprzysięga zemstę

Przerażona wszystkim co się wydarzyło Nagisa szuka ukojenia w ramionach Iczer-1


Na samym końcu tego działu znajdziemy także zapowiedź drugiego epizodu OVA, w którym pojawi się nowa maszyna pilotowana przez dziwnie podobną do Iczer-1 kosmitkę

Ostatni dział książeczki to bardzo miła niespodzianka - oryginalny komiks Rena Arai, od którego wszystko się zaczęło. Świetny smaczek dla fanów. W dodatku nie jest szczególnie trudny do zrozumienia, mimo że jest w pełni po japońsku. Tak więc nawet Ci, którzy nie znają dobrze "run księżycowych" ze spokojem dadzą radę go przeczytać.


Cobalt na audiencji u Sir Violet


Nagisa wracająca do domu z Nya (pierwowzór Iczer-1)

Wspominałem już, że lata 80-te miały najśliczniejsze dziewczynki?

Cobalt szykująca się do startu

Jegomość ze szpiczastymi uszami jest bardzo podobny do Dr.Tarsana z innej OVA, przy której pracował Hirano - "Haja Taisei Dangaioh"

Nagisa podczas rozmowy z Nya natrafiają w telewizji na wiadomości, w których jest mowa o ataku obcych na ziemię


Iczer-0 przybywa na ziemię



Poirytowana Nagisa wyładowuje swoją złość na Nya. Po czym ją przeprasza

I wspólnie ruszają do walki z Iczer-0

Design Iczer-Robo w oryginalnej mandze bardzo różni się od tego z serii OVA





Naszym bohaterkom udaje się zwyciężyć, jednak Nya nie wychodzi z tego bez szwanku

Książeczka podoba mi się niesamowicie. Nie tylko jest ślicznie wydana, ale zawiera też mnóstwo pięknych ilustracji, ciekawostek na temat maszyn i bohaterów oraz - co cieszy mnie najbardziej - oryginalny komiksowy pierwowzór. Jest też na swój sposób "wehikułem czasu" pozwalającym poczuć się jak fan Iczera w latach 80-tych, z niecierpliwością wyczekujący na ciąg dalszy historii. Co więcej - jest to chyba najłatwiej dostępne wydanie kultowego magazynu Lemon People. Dorwanie jakichkolwiek innych jest dziś praktycznie niewykonalne. Tak więc jeśli chcecie mieć u siebie na półce istotny fragment historii skośnej popkultury, to warto się zainteresować. Zdecydowanie polecam, tym bardziej że obecnie kosztuje grosze.

sobota, 30 kwietnia 2016

Mangozjebcza Zaraza - "Otaku no Seiza" (1994)

Jak zapewne wiecie, obok "normalnych" miłośników animu  pełno jest także w naszym fandomie dziwacznych osobników, tytułujących się dumnie "Otaku". Rozwrzeszczani, ubrani w kocie uszka i uzbrojeni po zęby w przypinki, paradują po mieście wywrzaskując dziwaczne chińskie słowa. To właśnie przez nich "mangozjeby" postrzegani są jako podludzie. I powiecie pewnie, że "przecież z tego się wyrasta". NIEKONIECZNIE! Jak pokazuje recenzowany dziś tytuł, jeśli szybko jakoś tego problemu nie rozwiążemy, to w przyszłości ta zaraza wszystkich nas pochłonie i będziemy zgubieni!

W dalekiej przyszłości wszechświat zaczyna toczyć straszliwa choroba! Wszyscy mężczyźni zaczynają zamieniać się w obrzydliwych otaku! Tylko jeden człowiek może nas ocalić - "Mężczyzna pośród mężczyzn", który swą męskością rozkochać musi w sobie pięć wojowniczek, szerzących paskudną zarazę!

"Otaku no Seiza" to króciutka, dwuodcinkowa OVA, bazowana na grach wydanych na PC Engine oraz Nintendo Entertaiment System. Tłumaczenia doczekała się dopiero niedawno, za sprawą grupy OnDeed, lubującej się w niszowych, zapomnianych bajkach. Jako że też takowe uwielbiam, to natychmiast ją zassałem i obejrzałem... i ryczałem po prostu ze śmiechu. Od czasów "Otaku no Video", czy też "Martian Successor Nadesico" nie widziałem bowiem tak dobrej, samoświadomej komedii. Więcej! Dawno już nie zetknąłem się z produkcją, która w tak trafny i cholernie złośliwy sposób wytykałaby otaku ich najgorsze zachowania. Mangozjebstwo w "Otaku no Seiza" jest przedstawione jako straszliwa choroba, a cierpiący na nią ludzie to nie potrafiący o siebie zadbać, wyalienowani przez społeczeństwo dziwacy. Żerujący na zasiłkach i bez pamięci przeznaczający wszelkie swoje pieniądze na badziewne produkty sygnowane nazwiskami popularnych idolek. Mało który z nich kwapi się, by w ogóle znaleźć sobie robotę, zatem cała gospodarka bardzo szybko upada. Każdy z nich ma też harem waifu - coś absolutnie nie dopuszczalnego! Mamy tutaj więc do czynienia z bardzo czarnym, ironicznym humorem, który nawet momentami może sprawić, że zatrzymacie się by pomyśleć, czy za bardzo nie popadliście w animangowe szaleństwo. Naśmiewanie się z otaku nie jest jednak jedynym, co w "Otaku no Seiza" potrafi rozbawić. Jak wspomniałem, seria jest bardzo samoświadoma. Oznacza to, że bohaterowie zdają sobie świetnie sprawę z tego, że znajdują się w filmie animowanym i nieustannie komentują, jaki to ten narrator jest głupi, jak to scenarzyści powinni się bardziej postarać, albo nawet idą o krok dalej i przewijają nudne sceny, aby od razu przejść do najciekawszych akcji. Nie ma tutaj zatem mowy o nudzie i schematach - to szalona i radosna głupawka, która przyprawi was o napady histerycznego śmiechu. Tym bardziej, że i postacie są strasznie absurdalne. Wspomniany "Mężczyzna pośród mężczyzn" to... niepozorny kurdupelek w dresiku, kapelutku i okularach przeciwsłonecznych. Jego pomagierzy są równie komiczni - jeden to stereotypowy hipis transwestyta (cieszący się sporym zainteresowaniem muskularnych kulturystów), drugi zaś to bardzo kulturalny, acz okropnie głupi studenciak. No, ale przynajmniej bardzo się stara, na co wskazuje nawet jego imię "Nekketsu" (z jap. "żarliwy", "zaciekły"). Antagonistki zaś to grupa pięknych idolek - idealnych kobiet, istniejących tylko w marzeniach otaku. Każda z nich jest też parodią innego stereotypu postaci kobiecej w chińskich bajkach. No i każda stawia bohatera przed innym, często bardzo absurdalnym wyzwaniem. Raz będzie to zagadka polegająca na grze słownej, innym razem maltretowanie sztampowymi scenkami z chińskich bajek, jeszcze inne wyzwanie będzie przypominać kosmiczną bitwę.

Oprawa audiowizualna jest świetna. Projekty postaci są kolorowe i karykaturalne, co dodaje całości jeszcze więcej absurdu. Na pochwałę zasługują także barwne i bardzo zróżnicowane tła. Jako że bohaterowie nieustannie podróżują, to zobaczymy tutaj dosłownie wszystko - góry, lasy, jaskinie, teatry, przestrzeń kosmiczną, ogromne okręty bojowe i wiele, wiele więcej. Świetna jest także animacja - płynna, dynamiczna, pełna ciekawych ujęć pod rozmaitymi kątami, upiększana licznym efekciarstwem w postaci błysków, laserów, pocisków, wybuchów. No cud miód po prostu.
Muzycznie też jest bardzo dobrze. Utwory są szurnięte tak samo, jak cała reszta i bardzo dobrze podkreślają durnowatość wydarzeń na ekranie. Szkoda mi jedynie, że ending to straszne pójście na łatwiznę. Ot, pod fajną, acz banalną piosenkę, podłożono kilka statycznych kadrów wyciągniętych bezpośrednio z samej bajki.
Nie rozczarowuje gra aktorska. Seiyuu świetnie wczuli się w swoje role i wypowiadane przez nich kwestie brzmią bardzo przekonująco. Co jest warte pochwały tym bardziej, gdy przypomnimy sobie, z jak popieprzoną produkcją mamy do czynienia. Naprawdę podziwiam aktorów, że czytając swoje kwestie zachowali śmiertelną powagę i nie wybuchli histerycznym śmiechem. Pełen profesjonalizm, proszę państwa!

"Otaku no Seiza" to genialna komedia. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak bardzo krztusiłem się ze śmiechu, oglądając chińską bajkę. Praktycznie wszystko jest tutaj idealne. Czarny, ironiczny humor, popieprzeni bohaterowie, będący w pełni świadomi, że grają w chińskiej bajce, szurnięta muzyka, świetna oprawa graficzna. Tytuł niemal idealny. Jedyne, co mogę mu zarzucić, to wykonany trochę na odwal się ending.

Typ Anime - Seria OVA
Rok produkcji - 1994
Pełny Tytuł: „Otaku no Seiza” ("An Adventure in the Otaku Galaxy")
 Reżyseria: Akira Nishimori
Scenariusz: Masashi Sogo
Gatunek: Science-Fiction, Przygodowy, Komedia, Parodia, Ecchi
Liczba Odcinków: 2
Studio: Bee Media
Ocena Recenzenta: 9.5/10

Screeny:





Ko(t)media Policyjna - "Hyper Police" (1997)

Mam olbrzymią słabość do komedii z lat 90-tych. Jako dziecko tego okresu, za sprawą emitowanych wówczas w telewizji bajek i filmów przyzwyczaiłem się do specyficznego dlań rodzaju humoru. Trochę co prawda durnowatego i  dziecinnego, jednak wciąż dużo zabawniejszego niż ten znany wielu dzisiejszych "zabawnych" komedyjek erotycznych.  Dlatego też z dużą nostalgią oraz radością sięgam po jeszcze mi nieznane tytuły z tego okresu. Tym razem padło na szurniętą komedię policyjną, w której dwie urocze łowczynie nagród żyją ze sobą jak pies z kotem... choć, może właściwie powinienem napisać "jak kitsune z nekomatą"?

W dalekiej przyszłości, w wyniku tajemniczego incydentu, dochodzi do połączenia świata ludzi i potworów. Wywołuje to, oczywiście, na początku straszny chaos. Z biegiem czasu jednak zarówno ludzie, jak i monstra, zaczynają się do nowego stanu rzeczy przyzwyczajać i postanawiają żyć ze sobą w zgodzie i harmonii. No, nie do końca. Niektórym kreaturom dalej się ten nowy stan rzeczy nie podoba i postanawiają wykorzystać swoje nadnaturalne zdolności do terroryzowania ludzi. Zwalczaniem takich delikwentów zajmuje się specjalnie powołana jednostka policji oraz współpracujący z nią łowcy nagród.

Sasahara Natsuki to młoda i śliczna nekomata, zarabiająca na życie jako łowczyni nagród. Wraz ze swym partnerem - doświadczonym wilkołakiem Batanenem - każdego dnia zwalczają zagrażających bezpieczeństwu obywateli bandziorów. Nie jest to oczywiście praca łatwa, tym bardziej, że nasza urocza bohaterka jest strasznie roztrzepana, przez co często ładuje się w tarapaty. Podczas jednej z akcji doprowadza do wypadku, w wyniku którego jej partner zostaje ranny. Przydzielona jej wtedy zostaje nowa towarzyszka - piękna i zmysłowa lisica imieniem Sakura. Jak się bardzo szybko okazuje, ma ona wobec naszej małej bohaterki własne, przerażające plany... Których Natsuki nie dostrzega, bo ma dobre serduszko i jest niesamowicie naiwna. Na tym jednak kłopotów nie koniec! Wkrótce agencja, w której pracuje Natsuki, zostaje zamknięta z powodu ogromnego zadłużenia. Pozbawiona swego głównego źródła dochodu kotka musi się bardzo namęczyć, żeby zarobić na chleb. Choć może w tym wypadku trafniej byłoby powiedzieć rybkę? A Sakura zbytnio się do pomocy nie kwapi. Wręcz przeciwnie - żeruje nawet na nieszczęsnej Natsuki, zmuszając ją do wykonywania całej czarnej roboty. 

"Hyper Police" jest komedią mocno epizodyczną. Większość odcinków to oddzielne, zamknięte historie, nie mające większego związku z resztą opowiastek. Z jednej strony jest to mocna strona produkcji, ponieważ można ją sobie spokojnie dawkować wedle uznania. Z drugiej jednak jest to coś, co jej bardzo szkodzi. Poziom serii jest bowiem niesamowicie nierówny. Zdarzają się odcinki zarówno fantastyczne, jak i okropnie nudne. W jednym epizodzie będziemy śmiać się do rozpuku, podczas kolejnego z kolei będziemy co rusz spoglądać na pasek odtwarzania, odliczając minuty do końca. Zwłaszcza początkowe epizody cierpią na ten problem. Pod koniec jeszcze, z nie wiadomo jakiego powodu, twórcy postanowili dorzucić dużo dramy oraz na szybko sklecony wątek z "Wielkim Złym", które pasują do reszty bajki jak pięść do nosa.
Trzeba jednak przyznać, że kiedy "Hyper Police" bawi,  to robi to naprawdę dobrze. Twórcy dobrze wiedzieli kiedy i jak zastosować żart. Seria nie polega tylko i wyłącznie na typowych slap-stickowych gagach, ale umiejętnie posługuje się także humorem sytuacyjnym, świetnie napisanymi dialogami oraz komicznymi grami słów. Nie boi się też sypać żartami przeznaczonymi dla widzów dorosłych, jednak robi to w taki sposób, że nigdy nie przekracza granicy dobrego smaku. 
W rozśmieszaniu widza bardzo pomagają też przesympatyczni bohaterowie. Nie ma chyba w "Hyper Police" postaci, której nie dałoby się polubić. Każda z nich ma swój własny charakter, a interakcje i dialogi, jakie ze sobą prowadzą, potrafią naprawdę rozbawić. Zdecydowanie najlepiej prezentuje się duet Natsuki oraz Sakura. Podczas gdy dobroduszna kotka stara się ze wszystkich sił jej dogodzić, podstępna lisica tylko szuka kolejnych okazji, by ją wykiwać i posiąść jej niesamowite moce. I zawsze, kiedy jest już o krok od osiągnięcia swojego celu, coś krzyżuje jej plany, prowadząc do kolejnej komicznej sytuacji. Z biegiem czasu jednak, pod wpływem swojej małej przyjaciółki, Sakura zaczyna coraz bardziej się zmieniać. Coraz bardziej lubi swoją pracę, a nawet Natsuki i ostatecznie zaczyna ją nawet traktować jak najbliższą przyjaciółkę. Strasznie podobał mi się także stopniowy rozwój związku Natsuki i Batanena. Odcinek w którym osiąga on punkt kulminacyjny to chyba mój ulubiony epizod całej serii - bardzo ciepły i zabawny, a przy tym naprawdę mądrze napisany.
Niestety, również w przypadku bohaterów jest coś, do czego muszę się przyczepić. Bardzo szybko można zauważyć, że twórcy nie zawsze wiedzieli, co z niektórymi z nich zrobić. W efekcie, po prostu usuwali ich na jakiś czas z historii, a potem znajdowali jakiś - często dość naciągany - sposób, by pojawili się jeszcze w serialu.

Oprawa audiowizualna jest przeciętna. O ile projekty postaci - zwłaszcza kobiecych - i tła są szczegółowe i prześliczne, tak bardzo rzuca się w oczy oszczędność animacji. Ujęcia bardzo często koncentrują się na jednym szczególe - z reguły twarzach - sceny potyczek i pościgów raczej nie zachwycają, a i często pojawiają się statyczne plansze, na których przejazd kamery próbuje wywołać złudzenie ruchu. Na całe szczęście, żadnych poważniejszych błędów animacyjnych tutaj nie dostrzegłem. Jest zatem poprawnie, acz mogło być zdecydowanie lepiej. Muzyka też raczej nie powala. Opening jest co prawda cholernie fajny, rytmiczny i natychmiast wpada w ucho ale... cała reszta ścieżki dźwiękowej w ogóle nie zapada w pamięć. Jest chyba tylko jedna piosenka, którą jakoś lepiej zapamiętałem i to głównie dlatego, że była bardzo często powtarzana. Bardzo dziwi mnie ta nijakość muzyki, bowiem odpowiada za nią nie byle random, a cholernie utalentowany gość - Kenji Kawai. Skomponował on multum fenomenalnych ścieżek dźwiękowych do takich świetnych bajek, jak choćby: "Blue Seed", "Dai-Guard", "Devilman OVA", "Patlabor", czy też "Maison Ikkoku". Może miał gorszy dzień, czy coś? Ending zaś to byle jaka piosenka w wykonaniu duetu głównych bohaterek. I ja wiem, że to specjalnie, żeby było śmiesznie, ale jakoś nieszczególnie mnie to bawiło, a i sprawiło, że za każdym razem przewijałem ending, co zdarza mi się bardzo rzadko...
Złego słowa nie powiem jednak o grze aktorskiej. Jest po prostu świetna. Każdy z bohaterów brzmi przekonująco a w jego głosie czuć multum emocji. Bardzo podobało mi się zwłaszcza to, jak wcielająca się w rolę Sakury, Shibahara Chiyako modulowała głosem i przeciągała niektóre głoski, by lepiej zaakcentować nastrój swojej bohaterki. Brzmi to rewelacyjnie i często przyprawia o wybuchy szczerego śmiechu.

"Hyper Police" nie jest hitową ani też przełomową serią. Komedia z niej bardzo nierówna, a i wykonanie jest nieszczególnie powalające. Nie oznacza to jednak, że jest to produkcja zła. Kiedy śmieszy, to robi to naprawdę dobrze a i posiada menażerię naprawdę fajnych bohaterów, których po prostu nie w sposób nie pokochać. Jest to przyjemny średniaczek, w sam raz na obejrzenie po czymś cięższym. Jeśli obejrzeliście już większość znanych komedii z lat 90-tych i ciągle wam mało, to jak najbardziej warto po tytuł ten sięgnąć.

Typ Anime - Seria Telewizyjna
Rok produkcji - 1997
Pełny Tytuł: „Hyper Police”
 Reżyseria: Takahiro Oomori
Scenariusz: Sukehiro Tomita
Muzyka: Kenji Kawai
Gatunek: Science-Fiction, Komedia, Fantasy, Romans
Liczba Odcinków: 25
Studio: Pierrot
Ocena Recenzenta: 6/10

Screeny:






czwartek, 21 kwietnia 2016

Wojny Bestii po raz drugi! - Beast Wars Second Chou Seimeitai Transformers (1998)

Dawno, dawno temu, na kanale Polsat emitowana była jedna z wielu serii Transformers - "Beast Wars". Nowatorska pod tym względem, że wykonana w pełni w CGI oraz ze względu na to, że tym razem wszystkie roboty zmieniały się w zwierzaki. Fabularnie była też o wiele dojrzalsza i bardziej rozbudowana, niż większość poprzednich serii Transformers, dzięki czemu zaskarbiła sobie fanów również wśród starszych widzów. Serial przyjęty bardzo ciepło, doczekał się miana kultowego i do dziś cieszy się sporą popularnością. Mało kto jednak wie, że doczekał się on kontynuacji. Ciężko się temu dziwić - nigdy nie opuściła ona Japonii, a żadna grupa fansuberska przez wiele lat nie kwapiła się, by ją przetłumaczyć. Co prawda kilku ludzi skrzyknęło się i próbowało wykonać (swoją drogą całkiem niezły) fandubbing całości, jednak ich zapał bardzo szybko wygasł.
Dnia pierwszego kwietnia grupa Karyuudo fansubs zrobiła wszystkim jednak niespodziankę. Nie tylko w pełni przetłumaczyli całą serię, ale do swojego wydania dorzucili także grafiki promocyjne, skany artbooków, czy też kompletny OST.  Jako że na translację serii od dawna bardzo czekałem (już od czasów wczesnego gimnazjum!) to z wielką radością wydanie pobrałem i rozpocząłem seans. 

Planeta Gaia, ze względu na swe ogromne pokłady energii Angolmois, staje się celem ataku niecnych Predaconów. Odpowiadając na sygnał SOS, przywódca Maximali - Convoy - oraz jego prawa ręka - porucznik Apache - wyruszają przeprowadzić rekonesans. Niestety, w jego trakcie dochodzi do wypadku, w wyniku którego Lio Convoy przepada bez śladu. Jego oddział nie poddaje się jednak i wyrusza na planetę Gaia, by kontynuować swą misję. W trakcie lądowania Maximale zostają zaatakowani przez Predaconów, w wyniku czego ich statek rozbija się, a członkowie oddziału ulegają rozdzieleniu. Jakby tego było mało, atmosfera planety jest szkodliwa dla Transformerów, co zmusza ich do przybrania całkiem nowych, zwierzęcych form i przystosowania się do nowego otoczenia. A na tym problemów nie koniec - gdy naszym bohaterom udaje się w końcu odnaleźć, wpadają w pułapkę zastawioną przez Predaconów. I marnie by pewnie skończyli, gdyby na ratunek nie przybył im tajemniczy biały lew, który okazuje się być... ich zaginionym przywódcą. Ponownie w komplecie, Maximale są gotowi do działania i zrobią wszystko, by pokrzyżować niecne plany Predaconów.

Pierwsze, co rzuca się w oczy przy oglądaniu "Beast Wars II" to fakt, że jest to tytuł kierowany do całkiem innej grupy wiekowej, niż pierwsza część. Fabuła jest dużo prostsza, klimat o wiele lżejszy a humor bardzo dziecinny. Przeżywane przez bohaterów przygody poruszają często bliskie dzieciom problemy (np. chęć bycia traktowanym jak dorosły, walka z lenistwem, czy też to jaka kara może spotkać pyszałków) i kończą się z reguły charakterystycznymi dla bajek dla najmłodszych morałami. Nie jest to nic złego, biorąc pod uwagę kto jest docelowym odbiorcą tytułu, jednak starszych widzów z pewnością fakt ten nie zachwyci. Końcówki każdego odcinka zajmuje także mini talk-show - "Second Transmission" - prowadzony przez urocze małe robociki - Artemis oraz Moona - komentujące także wydarzenia w trakcie głównej fabuły. Zapraszają one do "studia" bohaterów serii i w "zabawny" sposób starają się przybliżyć dzieciakom tajemnice świata bajki. Problem w tym, że segment ten nie jest ani ciekawy, ani też jakoś specjalnie zabawny i tylko zjada czas, który można było przeznaczyć na coś lepszego. Albo to ja jestem już za stary i tego typu zagrywki do mnie nie przemawiają. Bajka cierpi też na zbyt dużą ilość odcinków powtórzeniowych. Ja rozumiem, że docelowymi odbiorcami są tutaj małe dzieci, no ale nie przesadzajmy - historia nie jest wcale skomplikowana i z pewnością poradziłyby sobie one ze śledzeniem jej przebiegu, bez tak częstych przypominajek. O wiele wyraźniej widać też, że jest to tytuł nastawiony głównie na reklamowanie zabawek dla milusińskich. Żaden z bohaterów bowiem nie ginie - twórcy nie mogliby sobie przecież pozwolić, by sprzedaż zabawek spadła - najwięcej kasy poszło na efekciarskie i często powtarzane sceny ich transformacji i kombinacji, a jakby tego było mało, większość z nich dostaje nowe formy, aby zbić więcej kasy na nowych figurkach.
Bardzo polubiłem jednak bohaterów. Ze strony Maximali spodobał mi się zwłaszcza Lio Convoy. Doświadczony, waleczny i rozważny przywódca, potrafiący wyjść obronną ręką nawet z najcięższej sytuacji i stawiający na pierwszym miejscu dobro swych żołnierzy. Całkiem dobrze nakreśloną postacią jest też pojawiający się w późniejszych odcinkach Lio Junior, za pomocą którego zgrabnie pokazano problemy, z jakimi borykają się na co dzień dzieciaki. Moją sympatię najbardziej zaskarbili sobie chyba jednak Predaconi. Dlaczego, spytacie, przecież to Ci źli. A no dlatego, że w przeciwieństwie do wielu innych serii TF, pokazano tutaj, że mają oni także pozytywne cechy. Świetnie wypadają zwłaszcza Galvatron oraz Starscream. Ten pierwszy jest wbrew pozorom bardzo honorowym i rozsądnym przywódcą, szanującym swych podwładnych do tego stopnia, że jest skłonny przebaczyć im ich liczne niepowodzenia. Starscream natomiast zapunktował u mnie niesamowicie tym, że w przeciwieństwie do wielu innych serii TF, w których gra rolę typowego głuptaka, tutaj jest cwanym i przebiegłym mastermindem. Ma też fantastyczne interakcje i dialogi ze swym partnerem - BB - którymi wprowadza do serii mnóstwo humoru. Bardzo bawili mnie też Jointrons - trio niesamowicie rasistowskich Transformerów, zachowujących się jak stereotypowi Meksykanie. Co drugie słowo rzucają "Muchas" czy też "Senoritas", a jakby tego było mało, nieustannie chleją i tańcują. Jak nietrudno się domyślić, ich zachowanie przysparza obu stronom konfliktu mnóstwa problemów, co prowadzi do wielu komicznych sytuacji.

Graficznie tytuł wypada średnio. Projekty robotów są bardzo fajne i pomysłowe (choć taki Megastorm jest na dobrą sprawę recolorem Megatrona z "G1") a sceny ich transformacji w większości dynamiczne i pełne efekciarstwa. Lio Convoy to chyba moja ulubiona wersja Optimusa i z miłą chęcią postawiłbym sobie jego figurkę na półce, gdyby nie była tak cholernie droga... Świetnie prezentują się też zróżnicowane tła - obfitujące w bogatą faunę i florę dżungle, rozległe pustkowia i kaniony, olbrzymie i tajemnicze ruiny - wszystko to w BWII znajdziecie. Problemem jest niestety cała reszta. Animacja jest bardzo często ograniczana do absolutnego minimum, co razi szczególnie w scenach potyczek, które przecież powinny być jak najbardziej efekciarskie, aby nakręcać sprzedaż zabawek. Mnóstwo tutaj też powtarzanych ujęć, wstawianych czasami w takich momentach, że kompletnie nie pasują do reszty. Zdarza się też bardzo wiele wpadek - bohaterowie zmieniają czasem kolory i - co gorsza - kształty, a jakby tego było mało, w jednym z epizodów doszło nawet do takich absurdów, że kilku z nich mówiło nie swoimi głosami.
Sytuacje ratuje tutaj oprawa dźwiękowa. Muzyka jest naprawdę fajna i dobrze dopasowana do wydarzeń na ekranie, choć niektóre utwory są używane zbyt często. Świetnie wypadają openingi oraz endingi - rytmiczne i melodyjne, błyskawicznie wpadają w ucho i zdecydowanie zachęcają do oglądania bajki. Ba! "Get My Future" spodobało mi się tak bardzo, że jest chyba moim ulubionym openingiem Transformerów ogólnie i bardzo często słucham go poza samą bajką. Gra aktorska również zasługuje na pochwałę. Głosy bohaterów są bardzo dobrze dopasowane i świetnie oddają charakter każdego z nich. Dodatkowo aktorzy potrafią świetnie modulować głosem, by lepiej oddać emocje każdego z nich. Bardzo miłą niespodzianką było dla mnie to, że w rolę Lio Convoya wciela się Hozumi Gouda, którego bardzo lubię za rolę Chirico z kultowego "Armored Trooper VOTOMS".

Nie ukrywam, że "Beast Wars II" trochę mnie rozczarowało, zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak długo czekałem aż ktoś je przetłumaczy. Jest to bajka kierowana zdecydowanie do najmłodszych fanów Transformerów i starsi miłośnicy tych robotów raczej nie będą nią oczarowani. Sporym problemem jest też niezbyt zachwycająca oprawa graficzna. Sytuację ratują jednak fajne roboty całkiem sympatyczni bohaterowie, świetna muzyka oraz bardzo dobra gra aktorska.
Czy polecam? Młodszym fanom TF jak najbardziej. BWII ma w sobie wszystko to, co bajka dla dzieci z lat 90-tych mieć powinna. Tym starszym jednak, którzy liczą na to, iż kontynuacja Beast Wars jest równie dobra co podstawka, już nieszczególnie. Raczej się rozczarują.

Typ Anime - Seria Telewizyjna
Rok produkcji - 1998
Pełny Tytuł: „Beast Wars Second Chou Seimeitai Transformers” ("Beast Wars II")
 Reżyseria: Osamu Sekita
Scenariusz: Junki Takegami, Kazuhiko Godo
Muzyka: Hayashi Juzo
Gatunek: Science-Fiction, Przygodowy, Komedia, Super Robot
Liczba Odcinków: 43
Studio: Production Reed
Ocena Recenzenta: 5.5/10

Screeny:





niedziela, 27 marca 2016

Szaleństwo Animacji - "Birth" (1984)

Lata 80-te to zdecydowanie mój ulubiony okres w historii anime. Nie tylko dlatego, że większość powstających w tym okresie produkcji wyglądała naprawdę bardzo ładnie. Również dlatego, że twórcy nie bali się eksperymentować, a sponsorzy dużo chętniej wykładali kasę nawet na te najbardziej popieprzone i ryzykowne pomysły. W efekcie powstało w tym okresie multum szalonych, nietuzinkowych produkcji, którym podobnych dziś próżno szukać. Jednym z takich tytułów jest zdecydowanie "Birth" - zwariowana i zjawiskowa animacja eksperymentalna, bijąca wykonaniem na łeb większość współczesnych anime.

Pewnego dnia piękna planeta Aqualoid zostaje zaatakowana przez tajemnicze mechaniczne istoty nazywane "Inorganic". Robotyczne kreatury bardzo szybko zmieniają ją w nieprzyjazne jakimkolwiek organicznym formom życia pustkowie. Istoty żywe nie dają jednak za wygraną i dzielnie opierają się wrednym kosmitom.
Podczas jednej ze swych wypraw, młody Nam znajduje tajemniczy miecz i natychmiast staje się celem ataku wszystkich Inorganic. Dlaczego maszynom tak bardzo zależy na tej broni? Czy to możliwe, że skrywa ona sekret, który umożliwi ich pokonanie?

Zacznijmy może od tego, że fabuła nie jest tym, dla czego powinno się "Birth" oglądać. Jest ona raczej szczątkowa i poprowadzona w sposób bardzo chaotyczny, przez co wielu wydawać się może pozbawiona sensu. Podobnie wygląda sprawa z postaciami - są to głównie zabawne karykatury, które mają śmieszyć swoimi dialogami i interakcjami i tyle. Nie przechodzą żadnego rozwoju, nie nawiązują żadnych głębszych relacji, ani też nie prowadzą ze sobą żadnych skomplikowanych dialogów. Dlaczego zatem powinniście się w ogóle "Birth" zainteresować, spytacie? Bo to fantastycznie wyreżyserowany i zanimowany film akcji! Pracowała przy nim ekipa cholernie utalentowanych animatorów, którym przewodniczył, wówczas jeszcze bardzo młody, Yoshinori Kanada, którego dzieła inspirują wielu animatorów po dziś dzień. Czym się wsławił, spytacie? Otóż to właśnie on swym dynamicznym i szalonym stylem animacji (który bardzo często odbiegał od tego, co było w oryginalnych storyboardach) sprawił, że chińskobajkowi animatorzy dostają tyle swobody w animowaniu i mogą przemycać do każdego niemal dzieła charakterystyczny dla siebie styl. Do zostania animatorem młodego Kanadę zainspirował sam Hayao Miyazaki, w szczególności jego praca przy kultowym shorcie eksperymentalnym - "Soratobu Yuureisen" z 1969 roku. Sam Kanada zainspirował zaś tak słynne w świecie animacji osobistości, jak choćby Imaishi Hiroyuki, który pracował m.in przy takich fenomenalnie animowanych hitach jak: "Change!! Shin Getter Robo - Sekai Saigo no Hi", "Dead Leaves", "Rebuild of Evangelion", "FLCL" czy też "Tengen Toppa Gurren Lagann".

Wróćmy jednak do samego "Birth". Jak na początku tekstu wspomniałem, pod względem wykonania bije ono na łeb lwią część dzisiejszych produkcji. Ktoś określił kiedyś "Birth" jako jedną długą scenę emocjonującego pościgu. Cholernie trafne! Geniusz Kanady widać tutaj w praktycznie każdej scenie. Liczne zabawy z perspektywą, eksperymentowanie z ilością klatek na sekundę, dynamiczna praca kamery, fenomenalne efekty eksplozji oraz gra świateł. Tego typu sekwencje byłoby strasznie ciężko zanimować przy użyciu współczesnej technologii, a pomyślcie sobie, że to wszystko było robione ręcznie, praktycznie bez udziału komputerów! Bomba!  OVA ta to jeden z najpiękniej, najpłynniej i najdynamiczniej zanimowanych filmów animowanych, jakie miałem okazję obejrzeć. Wszystko rusza się tak ślicznie i naturalnie, że ciężko jest oderwać wzrok od ekranu i zebrać szczękę z podłogi. Jedyne zastrzeżenie, jakie mam do animacji, to fakt że momentami jest ona nie do końca zsynchronizowana z dialogami postaci. Zdarzają się krótkie ujęcia, w których bohaterowie ruszają ustami, ale nie słychać nic lub ich wypowiedź zostaje puszczona z opóźnieniem, albo odwrotnie - postać ustami nie rusza, ale słychać wyraźnie jak gada.
Same projekty postaci są bardzo proste, można rzec wręcz karykaturalne, jednak wcale a wcale to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie - dodaje to całej bajce jeszcze więcej uroku. Zaskakujące jest też to, jak wiele ekspresji widać w mimice bohaterów. Ich twarze nigdy nie są statyczne, nieustannie rysują się na nich różnorakie miny, świetnie oddające ich nastroje. Bardzo spodobała mi się zwłaszcza Rasa - dziewczyna jest po prostu przepiękna, z czego sprawę zdawali sobie również sami twórcy - wiele ujęć bowiem koncentruje się na jej ślicznej buzi, czy też kształtnej pupie, która zresztą jest nawet tematem niektórych dialogów. I zanim powiecie, że znowu twórcy żerują na prymitywnych instynktach facetowskiej widowni - większość tych ujęć jest tu wstawiona w celach humorystycznych i parodystycznych, a i żadne z nich nie jest tak wulgarne, jak te spotykane w dzisiejszych głupawych erotycznych komedyjkach. Bardzo ładnie wyglądają też wszelkiej maści maszyny. Zarówno futurystyczne motocykle, jak i wielkie roboty czy okręty w "Birth" są wykonane z niezwykłą wprost dbałością o detale i cieszą oko. Zwłaszcza miłośnicy paneli kontrolnych będą wniebowzięci - jest tu ich istne zatrzęsienie, a dodatkowo odbijają się w nich nawet stojący nad nimi bohaterowie. No i nieźle prezentują się tła, zaskakujące pozytywnie swą różnorodnością. Mamy tu zarówno pustkowia, drobne osady, czeluście kosmosu, wnętrza ogromnych statków kosmicznych, czy też zdewastowane metropolie. Wszystkie utrzymane są w klimatycznych barwach i z odpowiednią dbałością o szczegóły.
Fantastyczna jest także muzyka, czemu ciężko się dziwić. Odpowiada za nią bowiem genialny Joe Hisaishi, który skomponował wiele fenomenalnych ścieżek dźwiękowych do masy kultowych anime. Kawałki takie jak "Inorganic Tower", "Shade - The Sacred Sword", "Kaze o Atsumete", czy też "Izunai" są niesamowicie klimatyczne i natychmiast wpadają w ucho, dzięki czemu bardzo fajnie słucha się ich również poza samym filmem. Świetny jest także ending - "Soldiers of Zachs". Rytmiczny i bardzo fajnie zaśpiewany, z pewnością sprawi, że mimowolnie będziecie wystukiwać palcem jego rytm.
Wypadałoby wspomnieć jeszcze słowem o grze aktorskiej. Ta jest całkiem dobra. Nie jakaś zjawiskowa, ale solidna. Każdy z bohaterów brzmi przekonująco, a seiyuu tych bardziej zwariowanych bawią się też odpowiednio swoim głosem, aby wydobyć z nich całe ich dziwactwo. Z bardziej znanych nazwisk usłyszymy tutaj Kazukiego Yao (Judau z "Mobile Suit ZZ Gundam", Shinobu z "Dancougi") czy też Miinę Tominaga (Noa z "Patlabora", Yahiko z "Kenshina")

"Birth" to film kierowany głównie do koneserów dobrej i szalonej animacji. Fabularnie nie powala, jednak oczarowuje pięknym wykonaniem oraz rytmiczną muzyką. Jest to produkcja idealna, jeśli chcecie pokazać głuptakom uważającym, że stare anime były brzydkie, że są w błędzie. Wielka szkoda, że w dzisiejszych czasach takie produkcje już raczej nie powstają.

Typ Anime - OVA
Rok produkcji - 1984
Pełny Tytuł: „Birth”
 Reżyseria: Shinya Sadamitsu
Scenariusz: Junki Takegami
Muzyka: Joe Hisaishi
Gatunek: Science-Fiction, Przygodowy, Komedia, Akcja
Liczba Odcinków: 1
Studio: Kaname Productions
Ocena Recenzenta: 7/10

-"Birth" było jedną z pierwszych OVA, jakie pojawiły się na rynku. Swymi wizualiami postawił zatem bardzo wysoko poprzeczkę innym tytułom kierowanym na rynek domowy.

-Wspomniana śliczna Rasa bazowana jest na... żonie Kanady. Pracę nad "Birth" rozpoczął on niedługo po tym, jak ją poślubił, i chciał w ten sposób pokazać jak bardzo ją kocha.

-"Birth" trafiło także do Polski. Wydane u nas zostało pod tytułem "Świat Talizmanu".

Screeny:






Wielka przygoda w dystopijnej przyszłości - "DT Eightron" (1998)

Sesja w końcu za mną, dzięki świętom Zmartwychwstania Pańskiego mam w końcu trochę wolnego, a zaległe modele poskładane. Można zatem w końcu poświęcić trochę czasu kochanemu blogowi, który pewnie zaczynał się już czuć samotny i porzucony. Na warsztat weźmiemy dziś prawdziwy "ukryty klejnot", o którego istnieniu nie ma pojęcia 99% chińskobajkowego fandomu. Zaskakująco fajną i wciągającą, choć niepozbawioną wad serię przygodową osadzoną w dalekiej, post-apokaliptycznej przyszłości - "DT Eightron"

Daleka przyszłość. W wyniku licznych wojen oraz klęsk żywiołowych, ziemia została totalnie zniszczona i jej powierzchnia absolutnie nie nadaje się do zamieszkiwania. W związku z tym ludzkość buduje olbrzymie podziemne miasta, będące perfekcyjnymi utopiami. Niestety, w wyniku pogarszającego się stanu planety, miasta te bardzo szybko zaczynają tracić ze sobą kontakt, aż w końcu każde z nich zostaje pozostawione samemu sobie i stopniowo popada w ruinę...
Jednym z ostatnich ocalałych miast jest Datania - zamieszkana wyłącznie przez dzieci, perfekcyjnie zorganizowana utopia, której "zrobotyzowani" mieszkańcy zmuszani są do pracy nad tajemniczym urządzeniem. Każde odstępstwo od normy w Datanii jest karane i natychmiast naprawiane za pomocą tzw. "Reset System", który całkowicie wymazuje uczucia i wspomnienia człowieka, czyniąc z niego perfekcyjnego pracownika.
Pewnego dnia nastoletni Shu wraz z kilkoma kolegami wyrywają się spod kontroli systemu i postanawiają uciec na powierzchnię. Są bowiem pewni, że władze Datanii nie mówią im całej prawdy i na zewnątrz musi coś być. Bardzo szybko zostają jednak pochwyceni. Wszyscy, poza Shu, któremu cudem udaje się uciec. Niedługo potem chłopiec spotyka grupkę rebeliantów z powierzchni - "Returners" - wspieranych przez tajemniczą istotę nazywaną "Eightron". Wyjaśniają mu oni, że Datania w istocie ukrywa prawdę przed mieszkańcami i że na powierzchni, mimo nieprzyjaznych warunków, ciągle jeszcze żyją ludzie. Ludzie, którzy nie godzą się na to, by ich wolność była ograniczana przez system.  
Niedługo potem "Returners" dowiadują się o istnieniu jeszcze jednego miasta utopii - Amaroute - będącego podobno prawdziwym rajem, w którym ludzkość żyje bez żadnych zmartwień i ograniczeń. Postanawiają się tam udać, a Shu postanawia wyruszyć wraz z nimi. Tak oto rozpoczyna się wielka podróż, w trakcie której nasi bohaterowie przeżyją wiele przygód, stawią czoła licznym niebezpieczeństwom oraz odkryją wiele szokujących tajemnic.

O "DT Eightron" przeczytałem po raz pierwszy kilka lat temu, w jednym z tematów na 4chanie, poświęconych niszowym i zapomnianym tytułom. Anony nie wypowiadały się o serii jednak zbyt pochlebnie, nazywając ją nudnawą kopią NGE, której fabuła prowadzi do nikąd. Nauczony jednak przez doświadczenie, że zawsze najlepiej przekonać się o jakości danego dzieła samemu, postanowiłem mimo wszystko po tytuł ten sięgnąć. Jakież było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że "Eightron" jest naprawdę fajną serią. Historia rozkręca się bardzo powoli, ale potrafi cholernie wciągnąć, a przeżywane przez bohaterów przygody są ciekawe i zróżnicowane. Twórcy mieli mnóstwo naprawdę fajnych pomysłów i nie raz, nie dwa byłem zaskoczony tym, jak kreatywne potrafiły być poszczególne odcinki. Cholernie podobał mi się zwłaszcza epizod z miastem śpiewaków. Bardzo fajnie został w nim poruszony temat stopniowego upadku kultury człowieka. Zdarzały się, oczywiście, też i gorsze epizody, ale całość oglądało mi się naprawdę przyjemnie. Dużą siłą serii jest także świat przedstawiony - pogrążona w ruinie, wyniszczona przez człowieka przyszłość wygląda ponuro i przerażająco. Przemierzane przez bohaterów pustkowia oraz ruiny cywilizacji zgrabnie budują aurę tajemniczości oraz niepokoju. Bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie również to, jak trafnie show pokazuje wizję dystopijnej przyszłości. Sama Datania zaś niezwykle zaintrygowała mnie tym, że pod wieloma względami cholernie przypomina "Wyspę" Aldousa Huxleya. Zwłaszcza pod względem tego, jak duży nacisk kładzie na kontrolę swych mieszkańców.
"DT Eightron" nie jest jednak serialem idealnym. Tu i ówdzie pojawiają się drobniejsze dziury fabularne, które co prawda nie psują jakoś szczególnie całokształtu bajki, ale jednak są. Strasznie rozczarowujące jest samo zakończenie - chaotyczne, pospieszane i praktycznie nic nie wyjaśniające. Kolejnym, sporym problemem, jest tytułowy Eightron. Nie dość, że dowiadujemy się o nim bardzo niewiele, to jeszcze bardzo często jest wykorzystywany przez twórców jako Deus Ex Machina i za pomocą swych - chwilami naprawdę przegiętych - mocy, wyciąga bohaterów z praktycznie każdych tarapatów. W wyniku tego, show nie trzyma nigdy w zbytnim napięciu, bowiem z góry wiemy, że co by się nie stało, Eightron i tak wszystkich ocali. Dopiero w późniejszej części serii jego ingerencja zostaje trochę ograniczona i bohaterowie muszą sobie radzić sami.
Skoro już przy bohaterach jesteśmy - wypadają oni naprawdę fajnie i są chyba najlepszym, co show ten ma do zaoferowania. Każdy z nich ma własną, wyraziście zarysowaną osobowość oraz charakter, a i interakcje pomiędzy nimi ogląda się naprawdę fajnie. Każdy z bohaterów przechodzi też całkiem spory rozwój. Bardzo podobał mi się pod tym względem zwłaszcza Shu. Mimo że z reguły nie przepadam za wyzbytymi z emocji, miałkimi bohaterami, to akurat on zapunktował u mnie cholernie. Świetnie pokazano jego zagubienie w nowej rzeczywistości, to jak stopniowo uczy się coraz więcej o otaczającym go świecie i relacjach międzyludzkich, i jak w końcu zaczyna podejmować własne decyzje, i kierować swoim losem. Shu nie jest też człowiekiem głupim. Choć z początku wydaje się naiwnym nieogarem, tak bardzo szybko pokazuje, że jest cholernie bystry i potrafi wyjść obronną ręką nawet z najtrudniejszej sytuacji.
Antagoniści też są całkiem ciekawi, może za wyłączeniem głównego złego. Nie są oni tylko i wyłącznie bezwzględnymi niemiluchami, a faktycznymi ludźmi, oszukiwanymi po prostu przez okrutny system. Zwłaszcza Nines prezentuje się bardzo fajnie. Człowiek z niego niezwykle inteligentny, więc bardzo szybko zaczyna dostrzegać, że Datania nie mówi swym mieszkańcom wszystkiego i rozpoczyna własne poszukiwania prawdy. Szkoda mi jedynie, że nie poznajemy trochę lepiej jego przeszłości. Zostaje ona nam jedynie pobieżnie przybliżona za sprawą kilku flashbacków.

Oprawa graficzna bajki jest, niestety, strasznie słaba. Wyraźnie widać, że twórcy nie dysponowali zbyt wielkim budżetem i musieli oszczędzać tak bardzo, jak to tylko możliwe. Animacja nie zachywca - ruchy postaci są trzeszczące i momentami dość nienaturalne, choreografia walk jest strasznie byle jaka, powtarzanych oraz statycznych ujęć jest tu istne zatrzęsienie, a jakby tego było mało, sporo tu naprawdę oczywistych wpadek - bohaterowie odwracają się w nie w tą stronę, co trzeba, momentami z niewiadomych przyczyn się teleportują, innym razem znowuż zmieniają się im kolory. Projekty postaci również nie zachwycają - są strasznie proste i niedbałe, zdarza się, że ze sceny na scenę rysowane zupełnie inaczej, a ich twarze często są wykrzywiane przez tak dziwaczne grymasy, że ciężko nie parsknąć śmiechem. Bardzo ładnie prezentują się jednak tła. Utrzymane w brudnych i ponurych barwach, pełne zrujnowanych budynków oraz innych pozostałości cywilizacji, tworzą świetny klimat i bardzo dobrze wyraźnie pokazują, jak nieprzyjazna dla ludzkości jest Eightronowa przyszłość.
Muzyka też raczej nie zachwyca. Znajdzie się kilka niezwykle klimatycznych utworów oraz jedna naprawdę świetna piosenka, ale ogółem nie powiedziałbym, żeby ścieżka dźwiękowa Eightrona była jakimś arcydziełem. Czasami też niektóre kawałki używane są w niezbyt odpowiednich sytuacjach, przez co skutecznie rujnują klimat. Bardzo dobrze wypada jednak gra aktorska. Postacie brzmią świetnie i przekonująco, a w ich głosach wyraźnie słychać każdą z emocji. Sporo tutaj też całkiem znanych nazwisk - usłyszeć tu można takich seiyuu jak m.in Nobutoshi Canna (Axel Almer z "Super Robot Taisen", Lancer z serii "Fate"), Hoshi Soichiro (Kira Yamato z "Gundam SEED", Arrow Rygart z "Break Blade") Junichi Suwabe (Omega Zero z "MegaMan Zero", Advent z "Dai-3-ji Super Robot Taisen Z"), czy też Natsuki Rio (Sion Eltnam Atlasia z "Melty Blood", Yamazaki Linna z "Bubblegum Crisis").

"DT Eightron" to prawdziwy szlachetny kamyczek, który zaginął gdzieś w pomroce dziejów. Trochę nieociosany, ale jednak nadal zdecydowanie wart uwagi. Choć nie zachwyca pod względem graficznym, to jednak mocno punktuje ciekawą historią, intrygującym światem przedstawionym oraz świetnymi bohaterami. Jak najbardziej polecam, zwłaszcza jeśli lubicie dystopijne klimaty oraz serie osadzone w post-apokaliptycznym świecie.

Typ Anime - Seria Telewizyjna
Rok produkcji - 1998
Pełny Tytuł: „DT Eightron”
 Reżyseria: Masami Hata
Scenariusz: Kishima Nobuaki
Muzyka: Hiroyuki Nanba
Gatunek: Science-Fiction, Przygodowy,
Liczba Odcinków: 26
Studio: Sunrise
Ocena Recenzenta: 6/10

Screeny: