wtorek, 27 grudnia 2016

Świąteczny Unboxing - Grudniowa Paczka od Ranalcusa + Człowiek Witruwiański

Kolędy odśpiewane, pasterki zaliczone i ostatni goście się porozjeżdżali. Nadeszła zatem dobra chwila, by pochwalić się swoimi prezentami. Tym bardziej, że lwia ich część idealnie wpisuje się w tematykę mojego bloga. Zaczniemy najpierw od kolejnej wielkiej paczki od mojego dobrego przyjaciela Ranalcusa. 




Pełen i szczegółowy opis zawartości poniżej: 


1.Elektronika



- GB Boy Colour - Słynna podróbka kultowego Nintendowskiego handhelda, lepsza od niego pod prawie każdym względem. Bardzo solidnie wykonana, z o wiele lepszym ekranem i wbudowanymi 66 grami. Ran dorzucił dodatkowo jeszcze niesamowicie bogaty zestaw gier na prawdziwych kartridżach, o którym więcej za chwilę.


Zabawka cholernie zaciekawiła jednego z najsłynniejszych namefagów z 4chanowego /m/ - dorkly'ego. Gdy zobaczył na jednym z moich zdjęć kolorowe pudełko z chin, zaczął z ciekawością wypytywać, czy jest to zwykły bootlegowy Game Boy, czy też może jakiś nieznany mu wariant "Famiclona".




- Pocket Sakura - Moja kolekcja związana z najlepszą Segową franczyzą - "Sakura Taisen" - rozrasta się o kolejne fanty. Jakiś czas temu dostałem dwie Drama CD, niedawno dotarła do mnie przecudowna statuetka głównej bohaterki (której recenzji możecie się spodziewać lada dzień), a teraz jeszcze taka bardzo nietypowa ciekawostka. "Pocket Sakura" to swoiste połączenie krokomierza z kultowym Tamagotchi, z tą różnicą, że miast cyfrowego zwierzątka zamieszkuje je najlepsza Segowa dziewczynka - Shinguji Sakura. Bohaterka towarzyszy nam podczas podróży, odwiedza różne lokacje i opowiada o swoich wrażeniach, czy też gra z nami w prostą minigierkę w kości. Zabaweczka ma też możliwość połączenia się z Gameboyem Color z uruchomionym "Sakura Taisen GB", celem odblokowania dodatkowych bonusów.





- Gyro Commander - ciekawa zabawka z serii anime "Gyrozetter", za którą odpowiadał Takamatsu Shinji - reżyser takich serii jak m.in "After War Gundam X", czy też najlepsze odsłony "Brave Series", czyli "Goldran" albo "J-Decker". Bajki jeszcze nie oglądałem, więc nie bardzo wiem do czego to cacuszko służy, ale sugerując się zdjęciami z opakowania wygląda mi to na czytnik specjalnych kart z wbudowanymi specjalnymi minigrami.

2. Gry Wideo

Game Boy/Game Boy Colour:




- Donkey Kong GB Diddy Kong and Dixie Kong - kieszonkowa odsłona kultowej serii platformówek, której bohaterami są goryl Donkey Kong i jego przyjaciele. Gra wyróżnia się fenomenalną animacją spritów, świetnie zbalansowanym poziomem trudności i licznymi, barwnymi lokacjami.

- MegaMan Xtreme 2 - Kieszkonkowy spin-off słynnej serii gier platformowych od CAPCOM. Tym razem Zero i X muszą stawić czoła duetowi Mavericków - Królowej Berkanie oraz jej rycerzowi Garethowi - którzy wskrzeszają dawnych rywali bohaterów. Brzmi może jak odgrzewany kotlet, będący uboższą wersją tytułow wydanych na SNES-a czy PSX-a, ale wbrew pozorom broni się bardzo dobrze. Gra jest świetnie zbalansowana i niesamowicie grywalna, punktuje bardzo płynną animacją spritów, dość rozbudowanym systemem upgrade'ów oraz możliwością grania dwoma różnymi bohaterami.

- Koro Koro Kirby - zdecydowanie najciekawsza pozycja z całego zestawienia. Kolejna odsłona przygód uroczego Kirbiego, od poprzednich różniąca się jednak stylem gry jak i samym sterowaniem. Mamy tu do czynienia bowiem z czymś na wzór kultowych labiryntów z kulką. Bohaterem kierujemy nie za pomocą strzałek a... odpowiednio obracając konsolką, bowiem kartridż ma wbudowany żyroskop. Zabawa przednia.

- Warioland 3 - kolejna odsłona przygód szurniętego kuzyna włoskiego hydraulika. Równie wciągająca i wymagająca, co gry poprzednie, oraz wypełniona równie absurdalnym humorem. Ku mojemu zaskoczeniu, mimo że to wersja japońska, ma również opcję wyboru języka angielskiego. Świetna sprawa.

- Bomberman MAX Red Challenger - kolejna odsłona słynnej franczyzy o podstawianiu bomb. Za dzieciaka tłukłem nieustannie w kultowego "Dynablastera" na Amidze oraz japońskie Bombermany na emulatorach SNES-a, więc strasznie się z tego tytułu cieszę. Miłym uatrakcyjnieniem jest tutaj to, że nie wcielamy się w charakterystycznego ludzika w białym kombinezonie, a całkiem nową postać.

- SD Gundam Sengokuden - bardzo nietypowe połączenie strategii czasu rzeczywistego z grą planszową i zręcznościówką. Zadaniem gracza jest zbudowanie armii i zajęcie całej mapy, zanim zrobi to przeciwnik. Kiedy dwie jednostki spotkają się na jednym polu, rozpoczyna się między nimi szalona potyczka, w której ostrzeliwują się nawzajem z różnych Gundamowych broni oraz krzyżują laserowe miecze. Całkiem fajne i zaskakująco nie wymaga wcale wybitnej znajomości "run księżycowych".

- Mini-Yonku GB: Let's & Go!! All-Star Battle MAX - biorąc pod uwagę, jak wielkiego fioła Ran ma na punkcie Mini4WD (którym mnie skutecznie zaraża) było do przewidzenia, że coś takiego się w tym zestawieniu znajdzie. Na podstawie serii anime, nad której translacją Ran też zresztą pracuje - gra polegająca na tuningowaniu miniaturowych samochodzików i ściganiu się nimi. Wymaga nieco większej znajomości run księżycowych, niż wcześniej opisywane tytuły, ale jednak wciąż nie na tyle, by być niegrywalną dla ludzi spoza nihonu.

- Super Marioland 2: 6 Golden Coins - jedna z najsłynniejszych gier w serii o skaczącym hydrauliku oraz pierwszy tytuł, w którym pojawia się jego wredny kuzyn Wario. Który potem kradnie Marianowi serię i staje się jej głównym bohaterem. Niesamowicie wciągająca i wymagająca refleksu produkcja, pełna zwariowanych power-upów i poziomów, okraszona śliczną oprawą.

- Ranma 1/2 Netsuretsu Kakutouhen - bardzo nietypowy miks beat'em upa z grą przygodową, na podstawie słynnej mangi od Rumiko Takahashi. Wymaga zdecydowanie największej znajomości japońskiego ze wszystkich gier, które dostałem. 

- Tetris Plus - tego opisywać chyba nikomu nie trzeba. Kolejna inkarncja kultowego ruskiego klasyka polegającego na ustawianiu spadających z góry ekranu klocków. Proste i wszystkim bardzo dobrze znane.

- Dragon Quest Monsters: Terry's Wonderland (w oryginalnym, kartonowym pudełku!) - spin-off świetnej serii gier RPG, polegający na hodowaniu występujących weń potworków. Bardzo wciągająca, okraszona uroczą oprawą graficzną produkcja, w sam raz na długie podróże pociągiem.



PlayStation 2:

- Gundam SEED Destiny Rengou vs Zaft II Plus - jak bardzo gardzę SEED-em, a w szczególności Destiny, tak przyznać muszę, że gry z tą serią związane są z reguły zaskakująco fajne (zwłaszcza wszystkie "Super Robot Taisen", w których tytuł ten gości). Nie inaczej jest w przypadku tej gry. Mamy tutaj do czynienia z wciągającym i dynamicznym symulatorem mecha, w którym zasiadamy za sterami jednej z wielu występujących w anime (oraz jego spin-offach) maszyn i klepiemy blachę robotom przeciwników. Bardzo mi to przypomina moje ukochane "Another Century's Episode".


- Hajime no Ippo The Fighting! Victorious Boxers - o tym tytule nie wiem niestety prawie nic, bo jeszcze go nie uruchamiałem a i żadnych gejmplejów w sieci nie oglądałem.

3. Muzyka/Drama CD



- BlazBlue Continuum Shift Drama CD - Drama CD dorzucane do limitowanej edycji "BlazBlue Continuum Shift". Koncentruje się głównie na postaci Tsubaki i dopowiada niedługą historię, osadzoną na krótko przed rozpoczęciem wydarzeń z gry.



- R25 Speed Anime Trance BEST i R25 2 Speed Anime Trance Best - Albumy zawierające zremiksowane piosenki z wielu kultowych chińskich bajek. Na liście utworów znajdują się takie kawałki jak m.in: "You Get to Burning!" z "Nadesico", "Pegasus Fantasy" z "Saint Seiya", "Yatterman no Uta" z "Yattamana", "Dunbine Tobu!" z "Aura Battler Dunbine", "Dream Shift" z "Zettai Muteki Raijin-Oh" czy też "Just Communication" z "Gundam Wing".



4. Karcianki


- 3x Booster do "Danball Senki LBX Battle Card Game". Zdjęć zawartości nie mam, bo nie zrobiłem, ale trafiła mi sie jedna cholernie rzadka karta

5. Figurki


- Bandai LBX Minverva z "Danball Senki" - Model kit przedstawiający bardzo uroczego robota z serii "Danball Senki". Do tej pory miałem okazję składać tylko jednego LBX-a, ale muszę przyznać że są to modele nie tylko bardzo proste do zmontowania, ale też naprawdę dobrze wyglądające. Model już poskładany, poniżej kilka zdjęć, acz najlepsze zostawiam do recenzji.





- Tamiya Mini 4WD Hurricane Sonic - kolejna wyścigówka Mini4WD od Tamiya. To już trzeci wariant Sonica w mojej kolekcji.

-Tamiya Mini 4WD Vanguard Sonic - Kolejna wariacja Sonica, tym razem jednak ze specjalnym podwoziem wzmacnianym włóknem węglowym.

6. Prasówka


- Nintendo Dream numer 5 z Maja 2012 roku - Kolejny archiwalny numer największego japońskiego magazynu poświęconego stricte konsolom Nintendo i grom na nie wydawanym. W tym numerze znajdziemy obszerne artykuły na temat Pokemonów B&W2, Kid Icarusa, Fire Emblem Awakening, inazuma Eleven,Kingdom Hearts 3D czy też gier z serii Danball Senki.

- Nintendo Dream numer 12 z Grudnia 2013 - Ten numer z kolei koncentruje się przede wszystkim na Pokemonach X oraz Y. Poza tym znajdziemy tu tradycyjnie kącik listów i fanartów oraz liczne porady dotyczące sprzętu oraz gier. Dodatkowo jest tu sporo o kultowych grach na Famicoma, na podstawie słynnych tasiemców (Saint Seiya, Dragon Ball etc.)



Krótko przed świętami dotarła do mnie także jedna z figm z linii "Table Museum", przedstawiająca słynnego "Człowieka Witruwiańskiego" Leonarda da Vinciego. Pierwsza figurka z gołym siusiakiem w mojej kolekcji *śmiech*. Normalnie bym ocenzurował, albo kazał nieletnim zamknąć oczy, ale to w końcu sztuka, więc wszystko jest OK. Niesamowicie podoba mi się fantastyczna dbałość o każdy, najdrobniejszy nawet szczegół i rewelacyjne malowanie. Bardziej szczegółowa recenzja z pewnością kiedyś na bloga trafi, a póki co kilka śmiesznych zdjęć z rozpakowania:









ゴゴゴ

Gotta Go Fast


Człowiek Witruwiański oglądający swój ulubiony serial

Mam nadzieję, że wasze prezenty świąteczne były równie pozytywnie odjechane, co moje.

sobota, 24 grudnia 2016

Wesołych Świąt!!


Kochani Czytelnicy! 

Z okazji świąt Bożego Narodzenia chciałbym wam złożyć najserdeczniejsze życzenia. Zdrowia, spokoju, rodzinnego ciepła. Góry prezentów i choinki aż do nieba. Byście mogli w tym szczególnym czasie odpocząć od całorocznego zapierniczu, wszelkich trosk i problemów. I byście po całym tym chaosie i zamieszaniu związanym z przygotowaniami, mogli wraz z najbliższymi, życzliwymi wam ludźmi zasiąść przy wigilijnym stole i spędzić wspólnie cudowne chwile.

Wesołych Świąt!!

Nie byłbym sobą, gdybym nie zawarł tu nawiązania do najlepszej bajki lat 90-tych~

niedziela, 18 grudnia 2016

Kilka animowanych shortów, o których istnieniu nie mieliście pojęcia... (Część I?)

Również i w tym roku brałem udział w zorganizowanym przez znajomka "czelendżu", polegającym na obejrzeniu jak największej liczby chińskich bajek z backlogu w ciągu roku. No i jak moglibyście się po mnie spodziewać, większość mojej listy stanowią mniej lub bardziej znane tytuły z ubiegłego wieku. Ba, w tym roku zahaczyłem nawet o parę okropnie obscure animowanych shortów, których nie widział prawie nikt. I mówiąc "prawie nikt" wcale nie przesadzam, bo niektórych z tych animacji nie ma nawet w bazie "My Anime List", czy innych tego typu witryn. 

I tak oglądając sobie te shorty naszło mnie, by napisać o nich coś więcej. Jest tylko pewien szkopuł - jak sklecić sensownej długości recenzję czegoś, co trwa najczęściej ledwo 5 minut, nie ma jakiejś rozbudowanej (a czasem nie ma nawet w ogóle) fabuły, często nawet pozbawione jest jakiejkolwiek gry aktorskiej i jest generalnie animacją dla samej animacji?
No więc wpadłem na pomysł, by zebrać kilka spośród tych znanych mi shortów w jeden post zbiorczy i w ten sposób je wam przedstawić. Czy zrobię z tego jakiś bardziej regularny cykl jeszcze nie wiem (z moim lenistwem i  zabieganiem na studiach może być ciężko) ale zobaczymy, co z tego wyniknie. Póki co, na próbę, przedstawiam wam cztery mniej lub bardziej warte uwagi tytuły, o których prawdopodobnie nigdy nie słyszeliście. Nie samym Daiconem mangozjeb wszakże żyje, o.

1. Cosmic Chase: Rami-chan's Close Call (Prawdopodobnie 1983)



Urocza królikodziewczynka Rami-chan podczas lotu przez kosmos zostaje zaatakowana przez wrednych kosmitów. Uciekając przed nimi rozbija się na nieznanej planecie. Jej prześladowcy jednak nie odpuszczają i nasza bohaterka musi stawić im czoła w bezpośredniej walce.

Pierwsze anime stworzone przez niezależne studio "Rami", które działało również m.in przy animacji otwierającej konwent Azicon1. Strasznie ciężko było znaleźć w sieci jakiekolwiek informacje na temat tego dzieła, co nie dziwi, bo niestety mało kto dziś interesuje się starymi animacjami otwierającymi konwenty, a co dopiero dziełami malutkich studiów niezależnych.

Krótka, kolorowa i całkiem ładnie zanimowana kreskówka. Szczególnie zachwyciła mnie płynność ruchów, widoczna najbardziej w scenach pościgów. Okraszone są one jeszcze dodatkowo bardzo ładną animacją płomieni i wybuchów. Później trochę rzucają się jednak w oczy lekkie spadki w liczbie klatek na sekundę, a także pewne uproszczenia. Najbardziej widoczne są chyba słynne cięcia ostrza na czarnym ekranie, miast faktycznej animacji ciosu. No ale to produkt w stu procentach fanowski i zrobiony z własnej kieszeni, więc można przymknąć na to nieco oko. Pochwalić warto niezwykle urocze projekty postaci i całkiem niezłe pojazdy (marchewkorakieta najlepsza!) oraz mechy. Bardzo podobało mi się też, ile różnych emocji potrafiła wyrazić tytułowa Rami bez słów, za pomocą samej mimiki. I mowa tu nie tylko o tych bardzo widocznych grymasach, jak radość czy gniew, ale również delikatnych, subtelnych zmianach na twarzy, kiedy to bohaterka odzyskuje powoli przytomność po kraksie.

Muzyka wypada już niestety tak sobie. Wszystkie kawałki to bardzo krótkie, generyczne utwory, odpowiednio po prostu zapętlone. Poprawnie spełniają swoje zadanie, ale w pamięć raczej nie zapadają. Efekty dźwiękowe zaś to głównie dobrze znane miłośnikom staroszkolnych S-F anime odgłosy promieni laserowych, chrzęsty stawów w mechach czy też odgłosy "Gundamowych Vulcanów". Czyli jest okej, choć bez rewelacji.
Co do gry aktorskiej to w trakcie całej kreskówki pada tylko jeden okrzyk bojowy, kiedy to jeden z wrogich mechów, widząc jak Rami bez trudu pokonuje jego towarzyszy, postanawia powiększyć swoje rozmiary. Brzmi bardziej śmiesznie niż przerażająco, ale chyba taki właśnie był zamysł twórców.

Oczywiście, tak jak inne obscure shorty i animacje otwierające konwenty, dostępne jest to tylko w ziemniaczanej jakości VHS. 

2. Super Lolicon Fortress Range (Prawdopodobnie 1982)



W dalekiej przyszłości "loliludzkość" wyrusza na podbój kosmosu, na pokładach olbrzymich kolonii. Niestety, eksploracja kosmosu zostaje gwałtowanie zahamowana w momencie gdy moe kolonistki zostają zaatakowane przez kosmitów nazywanych "Wielkimi Zboczeńcami"! Do walki z nimi stworzona zostaje specjalna seria myśliwców "RF" ("R" od "Roricon", oczywiście), zdolnych transformować się w... wielkie, urocze dziewczęta. Czy nowa lolicia broń będzie w stanie przeciwstawić się olbrzymim, mechanicznym pingwinom sterowanym przez wrednych kosmitów?

Brzmi znajomo? Jasne, że brzmi! Bo "Range" to krótka i cholernie zabawna parodia kultowego "Super Dimensional Fortress Macross", wykonana w latach 80-tych przez grupkę zagorzałych fanów z Uniwersytetu Tokai. Gościnnie pojawia się również kilka postaci z innych popularnych w tamtym okresie produkcji, jak m.in Momo z "Minky Momo", czy też Angie z "Joou Heika no Petite Angie", na bazie której zaprojektowany jest nawet jeden z robotów.
Całkiem nieźle zanimowane, jak na produkt w 100% fanowski i amatorski, ale tła pozostawiają bardzo dużo do życzenia. Są bardzo proste i wykonane strasznie na odwal się. Na plus jednak genialne sparodiowanie wielu kultowych scen, póz, czy też nawet "eyecatchy" z "Macrossa". Pojawia się nawet słynna scena z openingu, gdzie Valkyria leci przez miasto, transformując się co chwila i ostrzeliwując wroga. Głośno rykłem też z tego, jak przedstawiono tutaj tzw. "Pinpoint Barrier", którego maszyny w Macrossie używały do obrony. Jest ona generowana przez... groszki, znajdujące się na spódniczce robota. Bardzo podobało mi się także to, że twórcy zawarli w animacji słynne podziękowania dla sponsorów, a nawet zapowiedź kolejnego (oczywiście nigdy nie powstałego) odcinka.

Muzyka (z openingiem i endingiem włącznie!!) i efekty dźwiękowe też są żywcem wyciągnięte z Macrossa, co tylko dodaje kreskówce śmieszności. Gra aktorska jednak pozostawia baaaaaardzo dużo do życzenia. Wyraźnie słychać, że to totalna amatorszczyzna, bo poza "qt" dziewczynkowymi piskami, pokroju "Kya~" etc. wszystko brzmi sztucznie i bez wyrazu. 

Szczególnie warte pochwały jest jednak to, że twórcy byli nawet na tyle ambitni i pomysłowi, że zrobili specjalne figurki i lalki (!!!) które potem pokazane zostały w sztucznej reklamie, rzekomo promującej zabawki z serii. Kurde, kiedyś to fanom się chciało w takie fajne rzeczy bawić.

Niestety, podobnie jak Rami-chan i wiele animacji otwierających konwenty z tamtych czasów, nie da się tego znaleźć nigdzie w jakości lepszej, niż bardzo podniszczone ripy z VHS.

3. Uracon III Opening Animation (1984)



Naszą planetę najeżdżają kosmici! Nie robią tego jednak (przynajmniej tym razem) celem jej podbicia i sprzedania jakimś kosmicznym magnatom. Tym razem chodzi im jedynie o... waifu. Jak się bowiem okazuje, kosmici to tylko i wyłącznie piękni bishouneni, którym do szczęścia potrzebna jest wybranka serca. No ale jako że my facety jesteśmy gupie i złaknione krwi bestie, to nie możemy po prostu ładnie poprosić, tylko wysyłamy do walki olbrzymie roboty. Inwazję powstrzymać może tylko wojownicza, zielonowłosa piękność wspierana przez zaprzyjaźnione różowe potworki.

W latach 80-tych animacje otwierające konwenty były czymś, bez czego nie mogła się obyć żadna szanująca się impreza. Nie inaczej było więc i w przypadku trzeciej edycji popularnego Uraconu. Warto nadmienić, iż animacja ta powstała zaledwie rok po słynnym openingu Daiconu IV. Brak jej jednak zaskakującej płynności i doszlifowania znanych z produkcji (wtedy dopiero mającego powstać) Gainaxu. Postacie ruszają się dużo sztywniej i toporniej, a i niektóre przejścia są bardzo dziwne i nagłe, co wprowadzić może widza w zakłopotanie. Mimo wszystko jednak, Uracon III to wciąż bardzo imponujące dzieło, zwłaszcza jak na coś wykonane przez niewielką grupkę amatorów zapaleńców. Szczególnie sceny akcji z wielkimi robotami i myśliwcami wyglądają świetnie.
Nie mogło oczywiście zabraknąć również nawiązań do popularnych w tamtym okresie produkcji. Wprawne oko dostrzeże zapewne m.in Scopedogi z "Armored Trooper VOTOMS", a w innej scenie zaobserwować można także słynne "AREA 88" wyświetlające się na jednym z monitorów.

Bardzo podobało mi się jak rozwiązano kwestię głosów postaci. Choć nie usłyszymy tutaj żadnych seiyuu, to za każdym razem kiedy jakiś bohater powinien się wypowiedzieć, podłożony zostaje pod niego inny dźwięk. I tak, przykładowo, gdy jeden z kosmitów wrzeszczy wniebogłosy bo poparzył się herbatą to słychać wysokie, rozstrojone nieco tony; a kiedy bohaterka zasadza innemu najeźdźcy kopniaka w klejonty, ten zaczyna ryczeć jak rozgniewany lew.
Na plus również bardzo przyjemna dla ucha, ładnie zaśpiewana piosenka kończąca animację - "Violet Zone" - okraszona dodatkowo bardzo ciekawą animacją, pokazującą szkice konceptowe oraz jak wyglądały prace nad poszczególnymi scenami. Co ciekawe! Została ona nawet wydana na specjalnym singlu, wraz z pozostałymi piosenkami pojawiającymi się w animacji!



Generalnie jeśli zawsze chcieliście zobaczyć animację "Girls vs Boys", gdzie bohaterka wkurzona że robot zajrzał jej pod spódniczkę, zaczyna ciskać we wszystko wieżowcami, to coś idealnie dla was. Całkiem toto sympatyczne i zabawne. Warto poświęcić chwilkę czasu, by obejrzeć.

4. Awake (1984)



Pewne miasto w Japonii zostaje zaatakowane przez olbrzymie potwo- em, to znaczy, olbrzymie dziewczynki przebrane za potwory! Moe monstra sieją zniszczenie i spustoszenie, wojsko jest całkowicie bezradne! W tej sytuacji jedna z bohaterek bierze sprawy w swoje ręce, wsiada do wielkiego robota i spuszcza manto słodkim kreaturom. Pozbawiając je przy okazji odzienia. Zaraz potem jednak na naszą planetę napada wielki pomarańczowy potwór. Po zderzeniu z nią doprowadza do totalnej anihilacji. Na całe szczęście jednak, mieszkańcy ziemi znajdują nowe miejsce do życia na cielsku wielkiego potwora, na którym kwitnie zaskakująco rozwinięty, zdatny do egzystencji ekosystem. Jakby tego było mało, znajdują tam również... śpiącego Godzillę, który wyczuwając ich obecność wybudza się ze snu.

No! Nareszcie coś, co jest na MAL-u. Krótka animacja stworzona jako opening konwentu "Uru Matsuri III" z 1984 roku. Zdecydowanie najładniej zanimowana z opisywanych dzisiaj produkcji. I też chyba najbardziej zboczona. Praktycznie wszystkie bohaterki zostają bowiem pozbawione odzienia i biegają nagusieńkie, jak je Pan Bóg stworzył. Dobrze, że twórcy mieli chociaż na tyle godności, że nie pokazali sutków i miejsc intymnych...
Warto wspomnieć, że swą płynną, fenomenalną animację "Awake" zawdzięcza w dużej mierze temu, że prócz zapaleńców, pracowało nad nim także kilku prawdziwych, utalentowanych animatorów i rysowników. W tym m.in Asari Yoshitoh ("Uchuu Kazoku Carlvinson", "LuCu LuCu") czy też Kenichi Sonoda ("Gunsmith Cats", "Bubblegum Crisis", "Gall Force")

Animacja usiana jest odniesieniami do starych filmów z wielkimi potworami oraz innych Tokusatsu (seriali aktorskich o odzianych w spandex super bohaterach). Praktycznie każda z dziewczynek ma na sobie strój jakiegoś słynnego monstrum pojawiającego się w filmach o Godzilli, czy też Ultramanie. A jakby tego było mało, muzyka z początku to opening pierwszej serii Ultraman, a główny motyw przewodni całej kreskówki zaś to marsz militarny autorstwa słynnego Akiry Ifukube. Z mniej japońskich rzeczy jest tutaj także fragment utworu z kultowego filmu fantasy "Dark Crystal".

Co ciekawe, animacja doczekała się nawet specjalnej książeczki wypełnionej ilustracjami, szkicami konceptowymi oraz samymi plakatami reklamującymi konwent, na którego potrzeby ją stworzono. Jakby tego było mało, doczekała się także podobno drugiego epizodu, jednak nie wiadomo o nim nic poza tym, że ukazał się gdzieś w roku 1987.





Warto jako ciekawostkę wspomnieć też, że twórcy pieprznęli się w translacji angielskiego "Awake" na japoński. Napis pojawiający się po angielskim tytule czyta się bowiem jak "Ałoku". Obligatoryjny Engrish odhaczony.


Wszystkie te animacje możecie spokojnie obejrzeć nawet na Youtube. Ostrzegam jednak, że są raczej w bardzo słabej, ziemniaczanej wręcz jakości. Kurczę, kiedy ktoś się kopsnie i powydaje te wszystkie  kultowe animowane shorty na jakimś Blu-reju, czy coś...

Gliniarz z Nowego Jorku - "Mad★Bull 34" (1990)

"Mad★Bull 34" znajdował się na mojej liście do obejrzenia od bardzo długiego czasu. Besztany bez końca przez wszystkich "Bardzo Poważnych i Cynicznych Krytyków" na Youtube, MAL-u czy innych portalach; wyśmiewany za sprawą słynnych gifów i zrzutów ekranu, na których główny bohater odrywa sobie granaty z łonowców i ciska nimi w terrorystów;  forsowany na kunwentowych panelach poświęconych najgorszym OVA z dawnych lat. Wszystko wskazywało na to, że będzie to tytuł okropny, albo co najwyżej "tak zły, że aż dobry". Jakże wielkie było więc moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że jest to... autentycznie wciągająca i zabawna komedia policyjna.

Młody gliniarz Daizaburo Edi-Ban zostaje przydzielony do oddziału policji zajmującego się niesławną dzielnicą 34 - najniebezpieczniejszym rejonem Nowego Jorku, gdzie najgorsze przestępstwa są na porządku dziennym. Zostaje partnerem doświadczonego, acz nieokrzesanego osiłka którego wszyscy koledzy nazywają "Mad Bull". Przydomek ten zawdzięcza swoim szalonym metodom działania - z przestępcami się nie pierniczy i najpierw strzela, potem zadaje pytania. Młody Daizaburo jest przez to na początku niezbyt przychylnie nastawiony do swojego nowego towarzysza. Po kilku wspólnych akcjach szybko odkrywa jednak, że w tym olbrzymim, przerażającym cielsku kryje się prawdziwe serce ze złota.

"Mad Bull" utrzymany jest w formacie epizodycznym. Każdy z czterech odcinków serii koncentruje się na innej, niezwiązanej bezpośrednio z pozostałymi sprawie. I choć żadna z nich nie jest jakoś wybitnie skomplikowana, to są na tyle różnorodne i naładowane wartką akcją, że potrafią zaintrygować i trzymać w napięciu. Naszym bohaterom przyjdzie stawić czoła m.in ojcu chrzestnemu cyborgowi, nieustraszonym Chińskim asasynom o bardzo rygorystycznym kodeksie, czy też nawet samemu Predatorowi, odzianemu w futurystyczną zbroję. Pomysłowość scenarzystów naprawdę nie miała końca. Byłem serio pod wrażeniem, bo za każdym razem gdy myślałem, że nic bardziej szalonego twórcy już nie wymyślą, pokazywali mi, że jednak wymyślą. 
Na plus serii działa też niesamowicie absurdalny, cudownie kiczowaty humor. Wspomniałem już o ciskaniu granatami z łonowców, a to zaledwie jedna z wielu komicznych i absurdalnych akcji, jakie odwalają Daizaburo i jego partner. Oprócz tego przyjdzie nam zobaczyć m.in: jak depczą po piętach seryjnego mordercy odziani we wcale nie rzucające się w oczy habity zakonnic; jak przebrani za prostytutki ratują dziennikarkę przed gwałcicielami; jak "Mad Bull" zostaje postrzelony w pupę, która zaczyna krwawić strużkami jak fontanna, przypominając coś żywcem wyciągniętego z odcinka "Toma i Jerry'ego" lub "Zwariowanych Melodii"; jak nieokrzesany osiłek próbując uwolnić się z przykuwających go do łóżka łańcuchów, zabiera cały mebel ze sobą i rusza w pogoń za przestępcą; czy też jak ciska czołgami, by pokonać Chińskich asasynów. Komediowość produkcji nie bierze się jednak tylko z absurdalności sytuacji, czy też typowo slap-stickowych gagów. Niesamowicie potrafią rozbawić także dialogi, w szczególności te które prowadzą ze sobą Daizaburo i "Mad Bull". Słuchając ich wzajemnych przekomarzanek ciężko jest nie parsknąć szczerym śmiechem.
Niestety, "Mad Bull" ma też pewien dość poważny problem. Wielu widzów bardzo gorszyć będą zapewne sceny gwałtów, pojawiające się często w zwłaszcza pierwszych dwóch epizodach. Rozumiem, że twórcy chcieli w ten sposób pokazać bezwzględność i okrucieństwo bandziorów, z którymi bohaterowie walczą, ale jednak trzeba przyznać, że momentami trochę z tym przesadzają.

Zaskakująco silną stroną tego tytułu są jego postacie. Nie należą może do wybitnie skomplikowanych, jednak nakreślone są na tyle wyraziście i mają na tyle zróżnicowane osobowości, że nie w sposób ich nie polubić. Świetnie przedstawiono także ich wzajemne interakcje i relacje. W szczególności dynamika między Daizaburo a "Mad Bullem" jest bardzo fajna i stanowi jeden z głównych motorów napędowych całej kreskówki. Chłopak jest z początku dość niepewny i nie potrafi odnaleźć się w nowym miejscu pracy. Tym bardziej, że zawsze stara trzymać się sztywno zasad, jakie wpojono mu w szkole policyjnej, przez co jest absolutnie zdegustowany zachowaniem swojego nowego partnera. Widząc jak ten bezwzględnie morduje bandziorów, czy też bez wyrzutów sumienia korzysta z usług prostytutek, dodatkowo odbierając im połowę zapłaty, młody Daizaburo coraz bardziej zastanawia się, czy nie zgłosić go przełożonym. Z biegiem czasu jednak, kiedy dowiaduje się więcej o jego motywacjach oraz przeszłości zaczyna darzyć go coraz większą sympatią i wkrótce między parą gliniarzy powstaje bardzo silna, braterska wręcz więź. Potem do duetu dołącza jeszcze piękna, silna i odważna pani detektyw - Perrine Valley. W walce z bandziorami radzi sobie ona nie gorzej, niż Daizaburo i "Mad Bull", i "damulką w opresji" staje się w trakcie serii tylko raz, kiedy bandyci mają nad nią zdecydowaną przewagę liczebną. Przeciwników tego typu zagrywek uspokajam jednak zawczasu, że w podobnej sytuacji znajduje się wtedy także "Rycerz w Lśniącej Zbroi" - Daizaburo dostaje od przestępców tęgie lanie i dopiero gdy na scenę przybywa "Mad Bull", bohaterowie wspólnymi siłami odnoszą zwycięstwo.
Z czarnymi charakterami sprawa wygląda już niestety gorzej. Większość z nich to stereotypowo źli, zepsuci do szpiku kości bandyci, bez żadnych zasad moralnych czy też bardziej rozbudowanych osobowości. Wyjątek stanowią członkowie Chińskiej mafii oraz pojawiający się w ostatnim odcinku Predator. Choć co do niego akurat też mam trochę mieszane odczucia. Wspomnienie dlaczego byłoby jednak spoilerem, więc więcej napisać nie mogę.

Bardzo spodobały mi się szczegółowe i w miarę realistyczne projekty postaci. Poza karykaturalnie napakowanym, ogromnym "Mad Bullem" wszyscy narysowani są sensownie i z zachowaniem naturalnych proporcji ciała. Nie mamy tutaj zatem do czynienia z typowymi dla chińskich bajek biustami rozmiarów piłek do koszykówki, czy też zniewieściałymi, wychudzonymi do przesady chłoptasiami. Trochę gorzej wygląda jednak sprawa z tłami, które są chyba po prostu potraktowanymi filtrem fotografiami. Jeśli idzie o animację zaś, to jest ona poprawna, acz dość rozczarowująca jak na OVA. Wybitnej tragedii nie ma, widziałem już o wiele brzydziej zanimowane bajki, ale też ciężko tutaj o jakąś ciekawszą, zapierającą dech w piersiach sekwencję.
Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie jednak muzyka. Nie są to brzmienia typowe dla chińskich bajek. Ścieżka dźwiękowa "Mad Bulla" bardziej przypomina coś z kultowych amerykańskich seriali policyjnych z lat 80-tych i 90-tych. W szczególności fenomenalne, zaśpiewane w pełni po angielsku piosenki kończące każdy z odcinków, w wykonaniu utalentowanej Maizurah. Najbardziej do gustu przypadło mi zdecydowanie "We Can Make It" - świetna, rytmiczna, zapadająca w pamięć i nie chcąca jej potem opuścić piosenka.
Obsada "Mad Bulla" również jest wcale nie najgorsza, zwłaszcza dla widzów siedzących troszkę w przemyśle seiyuu. Występują tutaj m.in Akio Ootsuka (Benares z "3x3 Eyes", Hazama Kuroo z "Black Jack", Batou z "Ghost in the Shell"), świetnie odnajdujący się w rolach "złodupców" i skurczybyków; jedna z moich ukochanych seiyuu kobiecych - Matsui Naoko (Rem z "Dream Hunter Rem", Pai z "Haja Taisei Dangaioh") uwielbiająca wcielać się w silne, pewne siebie babki, ale potrafiąca również bardzo dobrze odegrać te bardziej moe, urocze dziewczynki; czy też Yasunori Matsumoto, który powinien być znany w szczególności z roli Gourriego z kultowego "Slayers", ale oprócz tego wcielił się także w tak świetne postacie jak Gai z "Change!! Shin Getter Robo: Sekai Saigo no Hi", Dick Saucer z "Dragon Half"czy też Wataru Akiyama z "Initial D". Młodsi fani kojarzyć go mogą także z "Fullmetal Alchemist", gdzie użyczał głosu Jeanowi Havocowi, albo "Gravitation", gdzie wcielił się w Nakano Hiroshiego.

Podobnie jak niesławny "M.D. Geist", "Mad Bull 34" jest moim zdaniem bardzo niesłusznie besztaną serią OVA. Wbrew wszystkim prześmiewczym obrazkom i nieprzychylnym opiniom jest to naprawdę kawał dobrego kina akcji ze świetnym humorem, przesympatycznymi bohaterami, niezłą obsadą i fantastyczną muzyką. I choć tytuł swoje za uszami ma, zwłaszcza jeśli idzie o zbytnie nadużywanie scen o charakterze erotycznym, to wciąż jak najbardziej jest wart polecenia. Najlepiej zdecydowanie oglądać go w gronie znajomych, bowiem wtedy bawi jeszcze bardziej.

- Warta wspomnienia jest swoją drogą ciekawostka, że reżyserem "Mad Bulla" jest niejaki Satoshi Dezaki - brat słynnego Dezakiego Osamu, będącego jednym z największych pionierów jeśli idzie o reżyserię w chińskich bajkach.

Typ Anime - Seria OVA
Rok produkcji - 1990
Pełny Tytuł: „Mad★Bull 34”
 Reżyseria: Satoshi Dezaki
Scenariusz: Toshiaki Imazumi
Muzyka: Shimizu Katsunori
Gatunek: Komedia, Akcja, Sensacyjny
Liczba Odcinków: 4
Studio: Magic Bus
Ocena Recenzenta: 7/10

Screeny:






piątek, 16 grudnia 2016

"Saint Seiya: Saintia Sho" otrzyma animowaną adaptację!



Darujcie, że ostatnio więcej tutaj "njusów", aniżeli recenzji, ale zapowiadają tyle interesujących mnie rzeczy że ciężko mi się tym nie podzielić. 

W każdym razie - kultowa franczyza o pięknych chłopcach w pięknych pancerzach otrzyma kolejną serię anime. Tym razem będzie to adaptacja mangowego spin-offu, rozgrywającego się między sagą Sanktuarium a sagą Poseidon - "Saint Seiya: Saintia Sho". Od innych części wieloletniej naparzanki "Saintia Sho" różni się jednak tym, że jej bohaterami nie jest banda błyszczących bishounenów a... piękne, wojownicze dziewczęta. Komiks zadebiutował w roku 2013 w magazynie "Champion RED" i od tamtej pory doczekał się już ośmiu tomów, a wkrótce zostanie wydany także dziewiąty.

Mango jeszcze nie czytałem, bo szczerze mówiąc po tym jakim badziewiem było "Saint Seiya Omega" i jak nierówne okazało się być "Soul of Gold" podchodzę do nowych odsłon serii bardzo ostrożnie. Ale z tego co slyszałem, "Saintia Sho" jest podobno zaskakująco dobre i w fajny sposób rozwija znane z poprzednich części wątki. Podobno jest nawet lepsze, niż bardzo udane "Lost Canvas". Może się w końcu skuszę? Tym bardziej, że styl rysunku mi się bardzo podoba.

Nie wiadomo jeszcze konkretnie, czy adaptacja "Saintia Sho" będzie serią telewizyjną, filmem, czy też OVA. Za animację będzie najprawdopodobniej odpowiadać Toei, co bardzo mnie martwi, bo wspomniane "Soul of Gold" wyglądało nad wyraz paskudnie...

poniedziałek, 12 grudnia 2016

"Cenatur no Nayami" dostaje anime!



Nareszcie nadszedł ten cudowny dzień! Gdy rok temu "Monster Musume" doczekało się animowanej adaptacji było mi strasznie smutno, że nie spotkało to o wiele lepszego "Centaur no Nayami" - niesamowicie ciepłej, wzruszającej, świetnie narysowanej i przemyślanej mangi opowiadającej o tym, jak wyglądałby nasz świat, gdyby miast ludzi zamieszkiwały go fantastyczne stworzenia.
Dziś moje modły zostały w końcu wysłuchane - na obwolucie najnowszego tomu komiksu pojawiła się bowiem wspaniała wieść, iż doczeka się on bajki! Nie wiadomo jeszcze póki co nic na temat formatu, obsady, czy też studia, które tym się zajmie, ale i tak jaram się mocno. Jedna z moich najukochańszych mang dostanie w końcu zasłużoną adaptację! Będę mógł w końcu posłuchać głosów Himeno i jej koleżanek! Mam szczere nadzieje, że ktokolwiek się za to anime weźmie, spisze się na medal i sprawi że będzie równie cudowne, co oryginalny komiks.

Naprawdę, jeśli jeszcze nie czytaliście "Centaur no Nayami" to gorąco polecam! Zdecydowana perełka gatunku, wyróżniająca się spośród wszystkich tych "hehe śmiesznych" komedyjek erotycznych o Potworodziewczynkach.

Cholera, aż chyba zaimportuję sobie wszystkie wydane do tej pory tomiki...