sobota, 7 grudnia 2013

W poszukiwaniu Płonącego Ptaka - "Space Firebird" (1980)

Osamu Tezuka to człowiek, którego raczej nie trzeba nikomu przedstawiać. Każdy szanujący się fan mangi i anime powinien go kojarzyć, bowiem człowiek ten uznawany jest za swoistego "ojca" japońskiej animacji. Stworzył on tak wspaniałe produkcje jak "Tetsuwan Atom" (znany także jako "Astroboy"), "Black Jack", czy też "Metropolis".
Większość jego produkcji trafiła swoją drogą nawet do Polski. Można było je obejrzeć zarówno w naszej telewizji, jak i kupić na kasetach VHS i DVD.
Ostatnio przechadzając się z tatą po głogowskim Carrefourze trafiłem właśnie na wyprzedaży na jeden z filmów Tezuki, o którym do tej pory nie słyszałem - "Space Firebird". Jakoże okazja, by za symboliczne 2zł dopaść film jednego z najwybitniejszych twórców nie zdarza się zbyt często, to bez dłuższego namysłu zabrałem pudełko z półeczki i udałem się do kasy.
W domu zasiadłem wygodnie na wersalce, umieściłem płytkę w swoim PS2 i uruchomiłem film. Czy "Bóg Mangi" i tym razem spisał się wyśmienicie?

Anime zaczyna się krótką, niemą scenką, w trakcie której przedstawiony jest rozwój głównego bohatera. Obserwujemy jak przychodzi na świat, spędza swoje dzieciństwo, otrzymuje androida opiekunkę, oraz jak w końcu wyrasta na prężnego młodziana, który to jak się okazuje jest przeznaczony, by zostać pilotem. W tym celu udaje się do specjalnej akademii, gdzie ma odbyć się jego szkolenie. Już pierwszego dnia jednak naraża się tępemu osiłkowi, który jak się okazuje jest jego instruktorem. Jak nietrudno się domyślić, od tej pory instruktor ten będzie nieustannie nękał naszego bohatera, starając się upokorzyć go na każdym kroku.
Mimo konfliktu ze swoim przełożonym, Godo (bo tak na imię naszemu bohaterowi) osiąga świetne wyniki i zostaje wyznaczony, by wziąć udział w poszukiwaniach legendarnej bestii znanej jako "2772". Gdy jednak dowiaduje się, iż nie ma prawa zabrać ze sobą swojego androida, który wiele dla niego znaczy, postanawia zrezygnować. Nie podoba to się oczywiście zbytnio jego przełożonym. Co więcej, to nie koniec zmartwień naszego bohatera. Zakochuje się bowiem w kobiecie pochodzącej z wyższych sfer, w wyniku czego wplątuje się w niezłe tarapaty i zostaje zesłany do obozu pracy. Tam dowiaduje się, iż stan ziemi pogarsza się z każdym kolejnym dniem. Co więcej, odkrywa czemu rządowi tak bardzo zależy na tajemniczej bestii - jest ona podobnym jedynym ratunkiem dla ginącej planety. Jak się również okazuje, rząd wcale nie chce wykorzystać tej cudownej właściwości, celem ratowania ziemii. Zamiast tego chce ją wykorzystać dla własnych korzyści. Nasz bohater oczywiście nie ma zamiaru siedzieć z założonymi rękami i patrzeć, jak ziemia powoli zmierza ku zagładzie. Problem tylko taki, że nie bardzo ma jak ruszyć jej na ratunek, zważywszy na to, iż znajduje się w więzieniu. Postanawia zatem wydostać się z niego jak najszybciej i wyruszyć na poszukiwania "2772"...

Bardzo cenię sobie produkcje pana Tezuki, stąd nie ukrywam, iż miałem naprawdę spore nadzieje, że "Space Firebird" okaże się filmem równie dobrym, jak jego pozostałe dzieła. Niestety, trochę się jednak rozczarowałem. O ile bowiem główny wątek fabularny jest ciekawy (choć niezbyt oryginalny), tak poprowadzony jest w sposób tak chaotyczny, że bardzo szybko idzie się w tym filmie pogubić. Początek jeszcze w miarę trzyma się kupy, jednak wydarzenia bardzo szybko zaczynają nabierać tempa i środek filmu jest tak zagmatwany, że chwilami nie nadążałem i nie byłem w stanie ogarnąć co właściwie się dzieje. Pościg, walka, wątek romansowy, znowu pościg, jakieś randomowe nowe postacie, których obecność w filmie uzasadniona zostaje argumentem "Bo tak", potem znowu walka, musical, rozkminy na temat czy roboty mogą kochać, znowu walka... i dopiero pod koniec filmu akcja spowalnia na tyle, że widz może się połapać "O co kaman".

Bohaterowie też jakoś specjalnie mnie nie zainteresowali. Przez lwią część filmu są to płaskie, dość nudnawe charaktery, których co rusz przybywa. Dopiero pod koniec łaskawie postanowiono dać im szansę na drobny rozwój, i nabierają one jakiejś ciekawej głębi. Co więcej - większość postaci jest tak infantylna, że chwilami zastanawiałem się, kto miał być docelowym odbiorcą tego filmu. Biorąc pod uwagę dość poważną tematykę wydawać by się mogło, że kierowany on był do widza dojrzałego, jednak ze względu na te zdziecinniałe postacie właśnie zacząłem w to powątpiewać. Podejrzewam że Tezuka ponownie chciał stworzyć film łatwy w odbiorze zarówno dla młodszego jak i starszego widza, jednak tym razem, z całym szacunkiem, średnio mu to wyszło.

Oprawa audiowizualna jest dobra, jednak nie pozbawiona wad. Projekty postaci są narysowane typowym dla Tezuki stylem. Są schludne, przyjemne dla oka i bardzo podobne do bohaterów znanych z bajek Walta Disneya.
Animacja już niestety tak dobra nie jest. O ile chwilami jest cudowna, niezwykle płynna i iście "wgniatająca w fotel", tak w innych scenach już postacie poruszają się nienaturalnie, ruch ust nie zawsze jest dopasowany do wypowiadanych kwestii, a obraz trzeszczy. Powiem szczerze, że dość mocno rzuca się to w oczy nie tylko widzom zaprawionym w doszukiwaniu się wpadek w animacji. Ja rozumiem, iż film ten liczy już sobie ponad 30 lat, ale nie jest to żadnym usprawiedliwieniem, biorąc pod uwagę fakt, że w okresie, z którego pochodzi, pojawiło się mnóstwo serii, które popisać się mogły naprawdę wyśmienitą animacją. Wystarczy wspomnieć takie tytuły jak "The Five Star Stories", "Haja Taisei Dangaioh", czy też "Megazone 23".
Muzyka jest piękna i świetnie dopasowana do sytuacji. Yasuo Higuchi spisał się na medal i udało mu się stworzyć taką ścieżkę dźwiękową, która bardzo dobrze potrafi wydobyć emocje z każdej sceny.
Głosy postaci brzmią przekonująco i bardzo dobrze oddają ich charaktery. Tutaj akurat spore brawa należą się aktorom, bowiem menażeria występująca w tym filmie jest niezwykle zróżnicowana i oddanie interakcji między bohaterami z pewnością było nie lada wyzwaniem.

Cóż ogólnie mogę rzec o "Space Firebird". Niechętnie to mówię, ale niestety film mnie rozczarował. Biorąc pod uwagę fakt, że odpowiada za niego taka legenda jak Osamu Tezuka, to oczekiwałem naprawdę świetnego animowanego kina, przy którym przyjemnie spędzę czas. Zamiast tego, przesiedziałem te 2 godziny znudzony i chwilami nieźle skołowany. Akcja jest chwilami niezwykle chaotyczna, spora doza bohaterów pojawia się w filmie bez żadnego logicznego uzasadnienia, animacja jest strasznie nierówna a relacje między bohaterami chwilami niezwykle naciągane, bądź nie istniejące w ogóle. Na zdecydowaną pochwałę zasługują jednak muzyka i głosy postaci.
Czy film polecam? Tylko zatwardziałym fanom twórczości pana Tezuki. Ci, którzy z jego twórczością styczności jeszcze nie mieli (są tacy?!)  lepiej niech obejrzą jego inne dzieła, takie jak "Metropolis" lub "Astro Boy". Są one zdecydowanie lepsze od "Space Firebird".

Typ Anime - Film Kinowy
Rok produkcji - 1980
Pełny Tytuł: „Space Firebird”
 Reżyseria: Taku Sugiyama
Scenariusz: Osamu Tezuka
Muzyka:
 Yasuo Higuchi
Gatunek: Dramat, Space Opera
Liczba Odcinków: 1
Studio: TOHO/Tezuka Production
Ocena Recenzenta: 5/10

-W filmie gościnnie pojawia się kilku bohaterów z innych produkcji pana Tezuki. Najbardziej w oczy rzuca się główny zarządca obozu pracy, do którego trafia Godo. Jest to nikt inny, jak słynny Black Jack.

-Wart uwagi jest fakt, że film pomogło stworzyć studio TOHO, znane na całym świecie ze względu na słynną sagę o wielkim potworze - Godzilli.

Screeny:







piątek, 6 grudnia 2013

O "fapiącym monstrum", które pomocy w agencji towarzyskiej szukało - "Call me tonight" (1986)

Hm... dawno już nie recenzowałem tu jakiejś dziwacznej, głupiej, aczkolwiek śmiesznej produkcji z lamusa. Jak się zatem domyślacie, dzisiejszy tekst takowej serii poświęcony będzie. Za co się dziś zatem zabierzemy? Za jednoodcinkową OVA z roku 86go, która to pokazuje nam, jakże zgubne może być nader częste "dobywanie swego miecza". I nie, moi drodzy, wbrew pozorom nie jest to hentai. Bez dłuższego przeciągania - bierzemy na warsztat "Call me tonight".

Pewien nastolatek ma dość częsty dla dojrzewających chłopców problem. Nie potrafi kontrolować swoich hormonów, co w rezultacie prowadzi do tego, iż nader często się masturbuje. I nie byłoby w tym może nic dziwnego (wszkaże każdy chłopiec taki okres w swym życiu przechodzi), gdyby nie fakt, że... nasz bohater, po każdorazowym dobyciu swego "miecza" przeistacza się w okropne monstrum, demolujące wszystko dookoła.
Jak więc widać, problem jest dość poważny. W związku z tym nasz bohater postanawia szukać pomocy. A któż inny byłby w stanie pomóc mu lepiej, niż Agencja Towarzyska!... Zaraz... Co?
W każdym razie...
Nasz bohater dodzwania się do agencji towarzyskiej "Madonna". Swoją historią zaciekawia on młodą i piękną dziewczynę imieniem Rumi, która to postanawia pomóc mu w rozwiązaniu tego jakże dziwacznego problemu. W jaki sposób nasza bohaterka ma zamiar to zrobić? A no poprzez oswojenie chłoptasia ze sprośnymi tematami i widokami. Czy ten idiotyczny, wydawać by się mogło, plan zadziała? Aby się tego dowiedzieć, będziecie musieli zapoznać się z tą krótką OVA.

Na wstępie przypominam - To nie jest Hentai. Naprawdę. Sceny kopulacji bowiem nie pojawiają się tu ni razu, a i nagości wcale aż tak dużo nie uświadczymy. "Call me tonight" to rzekłbym nieco pikantniejsze ecchi, które mimo wszystko nadal mieści się jeszcze, moim skromnym zdaniem, w granicach dobrego smaku.
Fabuła nader skomplikowana nie jest. Ot, mamy przedstawiony głupkowaty i śmieszny wątek chłopaczka, który z pomocą uroczej dziewuszki próbuje poradzić sobie z problemem, z którym boryka się 99% dojrzewających chłopców. By jednak historia nie była za nudna, wpleciono doń kilka nadnaturalnych motywów. 
Przedstawiona opowiastka do najwybitniejszych zatem nie należy, jednak poprzez umiejętne prowadzenie oraz zgrabnie wplecione gagi potrafi utrzymać widza przed ekranem. Przy "Call me tonight" naprawdę idzie się chwilami zdrowo pośmiać. Bawi ono moim skromnym zdaniem dużo lepiej, niż większość nowych ecchi, które ostatnimi czasy opierają się na totalnie ogranych schematach i nie potrafią już zaserwować widzowi niczego ciekawego.

Jakoże jest to głupawa komedia, to nie spodziewajcie się nader rozwiniętych charakterów postaci. Bohaterowie to raczej proste, aczkolwiek dość wyraziście nakreślone osobowości, których zadaniem jest prowadzić historię i rozśmieszać widza.  I tak jak w poprzednim akapicie wspomniałem, wychodzi im to całkiem dobrze, bez uciekania się do nader niesmacznych żartów. Bardzo podoba mi się również fakt, że Rumi nie jest typową "moe moe derpy" dziewuszką. Panienka ma charakterek i jej relacja z głównym bohaterem, jak na komediowy wątek romansowy, prezentuje się nader sympatycznie.

Oprawę audiowizualną zdecydowanie trzeba pochwalić. Totalnie czuć w niej klimat lat 80tych. Postacie nie tylko narysowane są charakterystyczną dla tego okresu kreską, ale również noszą ubrania typowe dla tych czasów. Na animację również nie ma co narzekać - jest płynna, bez nadmiernych oszczędności i niezwykle przyjemna dla oka.
Muzyka również daje radę. Czuć w niej ducha staroszkolnych hitów, które można było usłyszeć niegdyś w radiu, czy na dyskotekach. Dominują żywe, rytmiczne motywy, bardzo charakterystyczne dla lat 80tych. Dla fanów muzyki z tego okresu *takich jak ja* będą one smacznym kąskiem.
Bardzo fajnie spisali się również aktorzy użyczający głosów bohaterom. Udało im się umiejętnie oddać charakter każdego z nich i w przekonujący sposób, z odpowiednio dobranymi emocjami wypowiedzieć poszczególne kwestie. Dzięki temu bohaterowie w "Call me tonight" brzmią niezwykle autentycznie i nie w sposób zarzucić im sztuczności.

Nie ukrywajmy tego faktu - "Call me tonight" jest serią głupią. Nie ma ku temu żadnych wątpliwości. Jest to jednak ten nieszkodliwy rodzaj głupoty, który miast żenować, faktycznie potrafi rozśmieszyć. Serię szczególnie warto obejrzeć z kilkoma znajomymi - najlepiej przy piwie i chipsach. Zdecydowanie bardziej się wtedy uśmiejemy.
Czy polecam? Jak najbardziej. Jeśli nużą was "nowoczesne" ecchi, które wydają się być kolejnymi kalkami tego samego schematu, z nieco zmienionymi bohaterami, to zdecydowanie powinniście dać "Call me tonight" szansę. Podobnie jak wiele innych ecchi i hentai z okresu lat 80tych bowiem jest ono na tyle oryginalne i zabawne, że nie w sposób oprzeć się jego głupkowatemu urokowi. Pozycja obowiązkowa to może i nie jest, jednak zdecydowanie jedna z tych godnych uwagi.

Typ Anime - OVA
Rok produkcji - 1986
Pełny Tytuł: „Call me tonight”
 Reżyseria: Tatsuya Okamoto
Scenariusz: Tatsuya Okamoto
Muzyka:
 Norimasa Yomanaka
Gatunek: Komedia, ecchi
Liczba Odcinków: 1
Studio: AIC
Ocena Recenzenta: 7/10

Screeny:









sobota, 30 listopada 2013

WALCZ Z CAŁYCH SIŁ, OTAKING! - "Otaku no Video" (1991)

Termin "Otaku" znany jest chyba już każdemu. Nawet takim osobom, które głębszych powiązań z popkulturą japońską nie mają. W ogólnie przyjętym rozumieniu terminem tym określa się praktycznie każdego fana mangi i anime. Czy jednak słusznie? Moim skromnym zdaniem, nie.
Dlaczego spytacie? A no ponieważ termin ten, w oryginalnym swym znaczeniu, ma zabarwienie negatywne. Oznacza nie tyle "Fana" mangi i anime, co totalnego ich "fanatyka" który świata Bożego poza nimi nie widzi.
Bardzo ładnie prezentuje to omawiana dziś seria - genialny wprost miks satyry oraz swoistego paradokumentu - oto przed państwem jedna z najlepszych animacji studia GAINAX - "Otaku no Video".

Kubo to niczym nie wyróżniający się młodzieniec. Podobnie jak inni jego rówieśnicy prowadzi normalne życie. Trenuje tennisa, studiuje, chodzi z piękną dziewczyną. Tak, typowy nastolatek.
Jego życie zmienia się jednak diametralnie, gdy pewnego dnia napotyka w windzie na swojego dawnego przyjaciela - Tanakę - i jego znajomych. Wszyscy mają totalnego fisia na punkcie mangi, anime, militariów oraz różnorakich innych fandomowych tematów i postanawiają fisiem tym zarazić nieszczęsnego Kubo. Zapraszają zatem naszego bohatera do swojej "tajnej bazy" w której to w swoisty sposób szkolą go na prawdziwego Otaku. Z biegiem czasu Kubo zatraca się coraz bardziej w fandomowym świecie, tracąc jednocześnie kontakt z normalną rzeczywistością... W wyniku tego jego kondycja pogarsza się, jego dziewczyna zrywa z nim, a on sam, rozeźlony na wszystko wokoło postanawia dołożyć wszelkich starań, by spopularyzować mangę i anime na całym świecie, aby nikt już nie miał go za dziwaka. Postanawia uczynić tyle ile tylko się da, by wspiąć się na sam szczyt i stać się nie tylko zwykłym otaku, ale kimś więcej - Otaku nad otaku - wspaniałym OTAKINGiem!

"Otaku no Video" jest serią dość nietuzinkową. Nie tylko bowiem stanowi swoistą satyrę na temat Otaku, ale również serwuje widzowi dość ciekawą i pouczającą dawkę wywiadów z prawdziwymi ludźmi (Aczkolwiek mam wrażenie, że wywiady te były wyreżyserowane), którzy byli (i są do tej pory) otaku. Poprzez zadawanie im serii różnorakich pytań ("Czy miał pan prawdziwych przyjaciół?", "Jak wyglądały pana stosunki seksualne?", "Czy jest pan szczęśliwy?") w zgrabny i wyrazisty sposób podkreśla, że całe to bycie Otaku wcale nie jest takie fajne, jak co poniektórym mogłoby się wydawać. Na przykładzie wywiadów tych widz bardzo szybko zauważy, że termin ten istotnie oznacza coś bardziej negatywnego, niż jak w popularnej opinii się przyjęło, pozytywnego.
Niezmiernie podobał mi się w anime tym również fakt, że by podkreślić "otakowość" produkcji, twórcy sięgnęli po liczne odniesienia i parodie wielu innych popularnych serii. Znajdziemy tutaj zatem liczne nawiązania do takich tytułów jak "Gunbuster", "Macross", "Zambot-3", "Lupin III", "Gundam", "Urusei Yatsura", czy też nawet "Godmars".
Ba, pojawiają się nawet nawiązania do animacji otwierających konwenty "Daicon III" i "Daicon IV", które były pierwszymi animacjami wykonanymi przez studio GAINAX.
Historia prowadzona jest w sposób zgrabny i jest bardzo spójna. Dzięki temu widz ani na chwilę nie czuje się nader zagubiony i może dokładnie przyjrzeć się całej historii oraz wywiadom.
Co więcej - anime daje nam realną szansę zajrzeć "za kulisy" i zobaczyć, jak wygląda cały biznes powiązany z mangą i anime.

Bohaterowie, jak nietrudno się domyślić, również są parodiami. Zarówno animowani, jak i Ci grani przez prawdziwych aktorów stanowią satyrę na temat stereotypowych otaku. W dość dosadny chwilami sposób wytykają oni negatywne cechy tych fanatyków.
Najciekawsza w całym anime jest stanowczo postać Kubo, na przykładzie którego zaobserwować możemy, jak zwyczajny nastolatek, pod wpływem otoczenia w jakim się znalazł, bardzo szybko może zatracić się w niezwykle uzależniającym hobby. Do tego stopnia, iż zaczyna on wiązać z nim nawet swoją przyszłość i karierę zawodową.

Pod względem oprawy audiowizualnej anime również nieźle daje radę. Projekty postaci są ładne i przyjemne dla oka, tła szczegółowe (do tego stopnia, że widz z łatwością wychwyci w nich najdrobniejsze nawet nawiązania do innych produkcji) a animacja raczej nie trzeszczy i trzyma naprawdę dobry poziom. Same części paradokumentalne również są nieźle przemyślane - podobnie jak w prawdziwym dokumencie mamy rozpikselizowane twarze osób, z którymi prowadzony jest wywiad oraz ich głos jest odpowiednio zmieniony, by zachować ich anonimowość.
 Muzyka również jest przyjemna, choć nie są to może jakieś niezwykle zapadające w ucho kawałki... no, może z wyjątkiem openingu "Tatakae!! Otaking!", który zaśpiewany jest z taką pasją, że błyskawicznie powinien się spodobać widzom.
Głosy postaci brzmią świetnie i są bardzo dobrze dobrane. Aktorzy spisali się na medal i rewelacyjnie oddali charakter każdego z bohaterów, dzięki czemu każdy z nich brzmi przekonująco i nie mam im nic do zarzucenia.

"Otaku no Video" jest produkcją rzekłbym OBOWIĄZKOWĄ, nie tylko dla zwykłych fanów anime, ale dla otaku (i tych, którzy z dumą się tak tytułują) w szczególności. W bardzo wyrazisty bowiem sposób wytyka negatywne cechy fanatyków, a co więcej poprzez zgrabnie wyreżyserowane wstawki paradokumentalne uświadamia, że bycie "Otaku" wcale nie jest czymś tak wspaniałym, jak co poniektórym się wydaje. Polecam gorąco, jest to bowiem zdecydowanie jedno z tych anime, które powinno się obejrzeć. Pokochać, niekoniecznie, jednak na pewno obejrzeć.

Typ Anime - OVA
Rok produkcji - 1991
Pełny Tytuł: „Otaku no Video”
 Reżyseria: Takeshi Mori
Scenariusz: Toshio Okada
Muzyka:
 Kouhei Tanaka
Gatunek: Satyra, Komedia, Paradokument
Liczba Odcinków: 2
Studio: GAINAX
Ocena Recenzenta: 9/10

-Anime można było obejrzeć na tegorocznej Bace. Widzom niezwykle się ono podobało. Zwłaszcza doszukiwanie się nawiązań oraz satyr typowych stereotypów sprawiło nam najwięcej frajdy. Pamiętam że ludzie wypytywali mnie np. Do jakiego anime dana scena nawiązuje, czy też czy budowanie tzw. "Garage Kits" (modele postaci z anime) faktycznie było (i jest!) aż tak popularne.

-Dość zabawny swoją drogą jest fakt, że ekipa z GAINAXu tworząca to anime wyśmiała niejako samych siebie, bowiem w ich szeregach zdecydowanie wielu było (i jest!) otaku


Screeny:










piątek, 29 listopada 2013

Jak jednym filmem spieprzyć całą serię - "Martian Successor Nadesico: The Prince of Darkness" (1998)

Kontynuacje to wspaniała rzecz, prawda? Zwłaszcza, jeśli są to kontynuacje naszych ukochanych tytułów. Dają nam one szanse ponownie spotkać się z ukochanymi bohaterami i poznać ich dalsze przygody.
No, ale, nie może być aż tak różowo... gdzie jest haczyk? A no, w przypadku tworzenia kontynuacji trzeba bowiem niezmiernie uważać, bo bardzo łatwo można zrobić coś nie tak i spieprzyć świetną serię.
Taki los spotkał niestety mój ukochany tytuł - "Martian Successor Nadesico" - świetną komedię, która w genialny wprost sposób wyśmiewała wszelkie stereotypy oraz nabijała się z typowych otaku. Zasiadając do seansu z "The Prince of Darkness" oczekiwałem, iż dane mi będzie po raz kolejny ujrzeć, jak zdrowo szurnięta załoga potężnego okrętu robi z siebie idiotów, równocześnie ratując ziemię przed najazdem obcych... no i niestety, bardzo mocno się rozczarowałem... ale po kolei.

Od zakończenia fabuły serii telewizyjnej minęły 3 lata. Ziemianie i Jowiszanie zawiązali pokój i współpracują ze sobą, celem zbudowania nowej, lepszej przyszłości. Okres pokoju umożliwił również w końcu dokładniejsze i skuteczniejsze prowadzenie badań nad skokami bosonowymi, dzięki czemu technologia ta znacznie się rozwinęła.
Co w okresie pokoju stało się z naszymi bohaterami spytacie? A nic poważneee- WRÓĆ! Stało się bardzo wiele, w dodatku niekoniecznie dobrego. Yurika i Akito niedługo po swoim ślubie zginęli w katastrofie lotniczej. Podobny los spotkał także Inez. Reszta załogi zaś uległa rozbiciu i każdy wrócił do swojego "normalnego życia".
No, z wyjątkiem Ruri, bo ta została panią kapitan nowego okrętu - "Nadesico B".
Nasza urocza i cyniczna pani kapitan dostaje właśnie nowe zadanie - ma udać się na stację kosmiczną "Amaterasu", celem przeprowadzenia tam dochodzenia. Jak się bowiem okazuje, wojsko podejrzewa iż ktoś planuje zakłócić dotychczasowy spokój i w ukryciu knuje niecny spisek. Jak się dość szybko okaże, spisek ten jest częścią planu o wiele straszliwszego, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.

Od czego by tu zacząć... na pewno po przeczytaniu tego krótkiego streszczenia początku fabuły zauważyliście, iż klimat tego filmu jest dużo bardziej ponury i poważny, niż ten z serii telewizyjnej. Już sam fakt, że Akito i Yurika giną w katastrofie lotniczej sugeruje nam, iż nie będziemy mieli do czynienia z przyjemną i sympatyczną komedią. Moim zdaniem twórcy bardzo głupio zrobili.
 Seria telewizyjna była udanym mixem dramy i komedii, który oglądało się z przyjemnością. Wystarczyło zatem nieco tę formułę usprawnić i wszystko byłoby dobrze. Twórcy stwierdzili jednak, iż "LOL ROBIMY SUPER MROCZNĄ I POWAŻNĄ SERIĘ" i naładowali cały film "mhroczną" atmosferą. Zapomnijcie zatem o znanych z serii TV gagach. Żarty owszem, czasem się tu przewiną, do pięt jednak nie dorastają tym znanym z serialu telewizyjnego i są najzwyczajniej w świecie "suche"
Nie wspomnę już o tym, że między serią TV a filmem jest ogromna dziura fabularna. Nie wyjaśnia się nam co stało się w ciągu tych 3 lat dzielących tę produkcję, stąd widz jest zagubiony już od samego początku. By dowiedzieć się o co właściwie chodzi, trzeba zagrać w grę wideo na Segę Saturn "The Blank of 3 Years". Sprytny chwyt marketingowy, sprytny.
Na domiar złego, zakończenie jest ponownie otwarte i niezwykle antyklimatyczne...
Oczekiwać zatem możecie mnóstwa mrocznych, dziwacznych i przykrych motywów, śmierci, durnych zachowań bohaterów...

O, właśnie, skoro już mowa o bohaterach. Pamiętacie przesympatyczną gromadkę z serii TV? Tak? To miło... bo w filmie totalnie ich wszystkich zniszczono! Ruri zatraciła swój cynizm, Izumi nie jest już sypiącą czarnym humorem bohaterką, a raczej zombie-emo, która chwilami chichra się monotonnie pod nosem, Akito zaś... pomińmy ten temat...
Jedyne postacie, którym nie oberwało się zbytnio od nowej, jakże "genialnej" wizji twórców to bodaj Hikaru i Ryoko. Ich charaktery nie uległy znacznej zmianie i nadal są to te same bohaterki, które fani pokochali w serii TV.
Pojawiają się oczywiście i nowi bohaterowie, jednak niczym nazbyt szczególnym się nie wyróżniają. Harry - nowy pomocnik Ruri na mostku - to typowy ułożony chłoptaś, jakich pełno w innych anime. Grzeczny, nie lubi się zbytnio wychylać i jest totalnie niekumaty w sprawach męsko damskich. Ma również słabość do Ruri.
Drugi nowy cudak to Saburouta - w gorącej wodzie kąpany pilot Aestivalisa i szarmancki jegomość, który uwielbia flirtować z panienkami. Szczerze powiedziawszy jest to chyba najbarwniejsza postać w całym tym filmie.
Antagoniści spytacie? O ile w serii TV byli ciekawi i nietuzinkowi, dzięki czemu widz faktycznie zadawał sobie pytanie, która z frakcji faktycznie jest "Tą dobrą", tak Ci w filmie kinowym to już typowi "Jesteśmy tak źli i to tylko dla zasady" że człowiek załamuje ręce po prostu. W ich postępowaniu nie ma praktycznie żadnego logicznego uzasadnienia, poza tym, że są źli. No, może ktoś zaraz powie, że "No ale to dlatego, że mają ku temu powód". Nawet jeśli, to był on chyba tak głupi i nudny, że umknął mojej uwadze.

Do oprawy audiowizualnej obiektywnie rzecz biorąc nie powinienem się czepiać. Projekty postaci są nadal schludne i przyjemne dla oka, animacja płynna i zjawiskowa (zwłaszcza bitwy kosmiczne robią wielkie wrażenie), designy mechów nadal są wspaniałe a tła pełne detali. Subiektywnie jednak mam lekki "butthurt" o to, iż wygląd postaci zmienił się tak drastycznie. I tak, ja rozumiem że można to usprawiedliwić tym, iż bohaterowie się przez te 3 lata postarzeli, no ale kurde... Ruri zatraciła praktycznie cały swój urok (nowe uczesanie Ci nie służy kochana, oj nie...), podobnie zresztą Ryoko i Izumi... Akito zaś... a tak, miałem o nim nie wspominać...
Muzyka jest nadal przyjemna i bardzo dobrze oddaje to, co dzieje się na ekrane. Z racji tego jednak, iż film jest dużo poważniejszy niż seria TV, nie oczekujcie tu głupawkowych piosenek. Dominują ponure, bądź epickie motywy wpasowujące się dużo lepiej w poważny klimat filmu.
Bardzo podobał mi się również ending. "Dearest" to świetna piosenka.
Głosy postaci w sumie brzmią dobrze i raczej nie mam o co się doń przyczepić. Aktorzy spisali się dobrze, i oddali należycie emocje swych bohaterów. Nawet pomimo faktu, że tak bardzo różnią się oni względem tych z serii TV.

Co ogółem mogę o "The Prince of Darkness" powiedzieć? Obiektywnie: Film jest słaby. Subiektywnie: Film zeszmacił całkowicie serię TV. I tak, ja rozumiem że twórcy chcieli stworzyć oryginalne i poważne dzieło, ale cholera - tak się nie robi, jak podstawką była świetna komedia. Ba, nawet jeśli już, to nie w taki sposób, że wrzuca się widza, bez żadnego wytłumaczenia, w sam środek "mhrocznej" opowieści, która z oryginałem ma chyba tylko wspólnych bohaterów i tytułowy okręt. Pod względem oprawy audiowizualnej nie mam do czego się raczej przyczepić (choć nie ukrywam, że nowy wygląd bohaterów do mnie nie przemawia). Wszystko inne jednak drażni mnie niezmiernie. Postacie praktycznie zniszczono, fabuła jest zawiła, jednak nie tyle dlatego że świetnie napisana, co dziurawa i pozbawiona większego sensu, jeśli nie miało się styczności z grą na Saturna. Nie dziwi mnie wcale a wcale fakt, że film sprzedał się fatalnie. Jest bowiem, zwyczajnie mówiąc, po prostu zły. Odradzam, stanowczo. Fani serii TV rozczarują się ogromnie, a Ci, którzy nie widzieli oryginału tylko się doń zniechęcą.
Chociaaaż... film może się spodobać "Rurifagom", bo na dobrą sprawę jej jest on najbardziej poświęcony.

Typ Anime - Film Kinowy
Rok produkcji - 1998
Pełny Tytuł: „Martian Successor Nadesico - the motion picture - The Prince of Darkness”
 Reżyseria: Tatsuo Satou
Scenariusz: Tatsuo Satou
Muzyka:
 Takayuki Hattori
Gatunek: Real Robot, Dramat, Science Fiction
Liczba Odcinków: 1
Studio: Production I.G., Xebec
Ocena Recenzenta: 3/10

-Film miał być pierwszą częścią nowej trylogii. Sprzedał się jednak tak fatalnie, że nic nowego z Nadesico związanego już potem nie powstało. Tak to jest, jak się przedobrzy...

-W grze "Super Robot Taisen W" na Nintendo DS dostajemy o wiele szczęśliwszą wersję "Prince of Darkness". Film dostaje tam nawet sensowne zakończenie. Co więcej - jest to jedyna gra, w której możemy zobaczyć, jak Gai i jego Aestivalis wyglądaliby, gdyby dotrwali do wydarzeń ukazanych w filmie.

-By zrozumieć o co chodzi w filmie, niezbędne jest zapoznanie się z grą na Segę Saturn "Nadesico - The Blank of Three Years", która dopowiada wydarzenia, które zaszły w ciągu 3 lat dzielących akcję serii TV i filmu. Powstała również gra dziejąca się po wydarzeniach z filmu, zatytułowana "Nadesico - The Mission". Nadal nie domyka ona jednak historii.

-Film jest tak fatalny, że fani jednogłośnie uważają, iż prawdziwe Nadesico skończyło się na "Gekiganger OVA", gdy Yurika i Akito rozdają zaproszenia na swój ślub.







sobota, 23 listopada 2013

Recenzja Artbook'a - "Lord of Lords Ryu Knight" - "Memorial Book"

Jak już zapewne wiecie, jestem ogromnym fanem serii z gatunku "Mecha Fantasy". Do moich ukochanych tytułów z tego gatunku należą "Vision of Escaflowne" oraz "Lord of Lords Ryu Knight". Z racji tego, że tak bardzo lubuję się w tym gatunku, postanowiłem na ostatniej Bace zorganizować o nim panel. Chciałem go również jednak w jakiś sposób uatrakcyjnić, toteż postanowiłem zamówić sobie z "Hobby Link Japan" artbook z serii "Lord of Lords Ryu Knight", by w trakcie mojego wykładu ludzie mogli go sobie obejrzeć. By mieć pewność, że książka dotrze na czas, zamówiłem ją 3 tygodnie przed konwentem... Niestety, przez pewne komplikacje (Sasuga, poczto polska! Nie ma to jak zostawić paczkę na głównym oddziale poczty i nie uprzedzić o tym odbiorcy. BRAWO!) nie dotarła ona do mnie na czas i nie mogłem jej niestety na panelu swoim pokazać. Bywa...
Książka trafiła w moje łapki dopiero wczoraj. I zdecydowanie warto było na nią czekać, bo jest po prostu cudna.  Bez dłuższego przeciągania zatem, ustawmy sobie nastrojowy motyw:


I przejdźmy do recenzji~
*od razu zaznaczam, że po raz pierwszy recenzuję artbook, stąd też przepraszam jeśli przez przypadek ominę coś ważnego*

Na początek garść informacji:

Tytuł: "Lord of Lords Ryu Knight" - "Memorial Book"
Typ Książki: Artbook
Serie, którym książka jest poświęcona: "Lord of Lords Ryu Knight" TV oraz "Adeu's Legend" OVA
Liczba stron: 192
Wydawnictwo: Shinkigensha
Data Wydania: Grudzień 2009
Data Zakupu: Październik 2013
Cena: 90zł (bez wysyłki)
Sklep: Hobby Link Japan

Okładka


Pierwsze, co moja mama stwierdziła po wzięciu książki do ręki, to to że "Jest ona bardzo ładnie wydana". Całkowicie muszę się z tym zgodzić. Książeczka oprawiona jest obwolutą ze śliskiego papieru, na której nadrukowane są dwie piękne ilustracje - ta z przodu przedstawia Adeu, Paffy oraz Ryu Rycerza, druga zaś wszystkich pozostałych bohaterów.


Oprócz tego, na obwolucie znajduje się również srebrny pasek, który zdradza nam, iż w książce tej znajdziemy nie tylko ilustracje i rysunki poglądowe, ale również wywiady z aktorami oraz wzmianki o grze "Super Robot Taisen NEO" na Nintendo WII i figurce Ryu Rycerza.

Na "listkach" okładki znajduje się także spis innych artbooków wydawnictwa, które odpowiada za tę książeczkę. Na liście są książeczki poświęcone "Metal Armor Dragonar", "Zettai Muteki RaijinOh", SPT Blue Comet Layzner", "Hello Vifam" czy też "Super Heavy God Gravion".


Pod obwolutą znajduje się również normalna okładka z ilustracją. Nie jest ona już jednak tak imponująca jak ta z obwoluty:


Strony Kolorowe

Pierwsza część książki składa się ze stron kolorowych. Pokazane na nich są rysunki poglądowe postaci, kadry z anime, na których widać w jaki sposób bohaterowie wzywają swoje mechy itd. Pierwsze kilka stron poświęconych jest serii TV, następne zaś serii OVA "Adeu's Legend". Oprócz tego, kilka ostatnich kolorowych stron poświęcone jest róznorakim ilustracjom, zarówno z serii TV jak i OVA. Ostatnia kolorowa strona poświęcona jest reklamie "Super Robot Taisen NEO", figurki, koncertu oraz Boxa DVD.

Poniżej kilka wybranych ilustracji:

Strona tytułowa

Adeu i Ryu Rycerz Zephyr (wersja TV)

Wzywanie Ryu Rycerza

Złoty Ryu Paladyn Lord Zephyr

Specjalnie dla Xellosa - PAFFY BOOBIES

Jeszcze więcej PAFFY BOOBIES - wersja bez pelerynki

Nie mogło zabraknąć także "uroczego zwierzaczka" - Hagu-Hagu

Rywal Adeu - Galden

Adeu, Paffy i Ryu Mag/Ryu Czarnoksiężnik Magidora w wersji z OVA. Bawi mnie swoją drogą fakt, że do angielskich romanizacji imion wkradło się kilka śmiesznych byków (Engrish~) przez co miast "Paffuricia" nazwisko Paffy przetłumaczono jako "Pahuriscia"

Paffy w wersji z OVA

Ilustracja, która była wykorzystana jako okładka dla Laser Disc z "Adeu's Legend II"

Wszyscy główni piloci z serii TV (brak tylko Galdena)

Ilustracja, która została użyta jako okładka dla Laser Disc z "Adeu's Legend FINAL" OVA

Pora na reklamy~

Reklama "SRW NEO" (Ryu Knight pojawia się także w SRW OE na PSP)

Reklama Figurki, której recenzję również można znaleźć na moim blogu.



STRONY CZARNO-BIAŁE

Na stronach czarnobiałych z kolei znajdziemy rysunki poglądowe nie tylko bohaterów, ale także ich maszyn, przeciwników (plemię HellDragons), broni, czy też pobocznych bohaterów pojawiających się w poszczególnych epizodach serialu/OVA. Warto nadmienić także, że obok praktycznie każdej ilustracji znajdziemy drobny komentarz od rysownika, a także dokładny profil danego bohatera.
 Oprócz samych rysunków, w części czarno białej znajdziemy także dokładny spis odcinków serialu TV i serii OVA, wywiady z aktorami, czy też nieśmiertelny spis treści, na samym końcu.

Poniżej kilka przykładowych stron:

Na stronach czarnobiałych znajdziemy dużo więcej informacji o bohaterach, niż w części kolorowej

Paffy wersja TV - rysunki poglądowe

Profil Paffy - oprócz dokładnej charakterystyki mamy podane także takie dane jak wiek, czy też wzrost w centymetrach

Katze wersja TV - rysunki poglądowe

Galden bez pancerza

Wnętrze kokpitu Ryu Maga Magidory

Emblematy znajdujące się na kartach poszczególnych Ryu

Przed każdą z części książki umieszczona jest taka strona tytułowa, informująca o tym, co zawarte będzie na kilku następnych stronach

W książce opisane są także postacie poboczne, występujące w poszczególnych epizodach

Książka dostarcza także wielu informacji na temat uzbrojenia, którym władają Mechy i bohaterowie

Adeu w wersji z odcinka, w którym skradziono mu jego dobytek

Przedstawiciel plemienia "HellDragons" - głównej antagonistycznej frakcji w serii TV

"Doom" - robot pilotowany przez HellDragons wyższej klasy

Dokładny opis działania mechanizmu, który pozwala Ryu Rycerzowi na poruszanie głową

Ryu Rycerz Zephyr - rysunki poglądowe

Ryu Paladyn Lord Zephyr, z zaznaczonymi wszelkimi runami, które pojawiają się na jego pancerzu podczas tzw. "Class Change"

Dokładny spis odcinków serii telewizyjnej. Przy każdym podana jest data pierwszej emisji, podtytuł i inne ciekawe informacje

Autorzy książki zamieścili także dokładną rozpiskę kto odpowiadał w anime za projekty postaci, muzykę itd. Uwzględniono także listę openingów i endingów.

Zbliżenie na spis odcinków

Adeu Warsam wersja z OVA  - kilka rysunków poglądowych

I kolejne kilka...

Rysunek poglądowy przedstawiający miecz Adeu.

Paffy w wersji z OVA

Mała Paffy

Różne wyrazy twarzy Paffy

Fanservice time~ - tak, dostajemy również dokładne informacje na temat pantsu bohaterki. Miny Sarutobiego i Adeu są bezbłędne

Ciekawy jest swoją drogą fakt, iż Paffy w pierwotnej wersji miała nosić okulary

Młody (14 letni) Izumi - wersja OVA

Dokładne przedstawienie, w jaki sposób Sarutobi ściąga swą maskę

Sarutobi wersja OVA - rysunki poglądowe

Młody Sarutobi - wersja OVA

Ojciec Adeu - Raza Warsam

Raza w pełnym pancerzu

Maria Paffuricia - szkice poglądowe


Ryu Paladyn w wersji z OVA - osobiście preferuję wersję z serii telewizyjnej, podobnie zresztą jak mój młodszy brat

Porównanie rozmiarów poszczególnych mechów występujących w anime

Ryu PlasmaLord

Doom Czarnoskiężnik - Blue Gaunt

Ciekawy swoją drogą jest fakt, że w serii OVA pojawia się więcej fantastycznych stworzeń, niż w serii TV - np. Syreny

Paffy w stroju zimowym

Adeu w stroju zimowym

Kilka wyrazów twarzy Adeu

Kilka wyrazów twarzy Paffy (prychająca jest świetna)

Mechy nie są jedynymi maszynami, które doczekały się rysunków poglądowych

Doom'y należące do wrogiej frakcji w OVA

Bohaterowie w wersji Super Deformed. W takiej formie można ich było zobaczyć w odcinkach powtórzeniowych serii TV oraz w trzeciej OVA - "Adeu's Legend FINAL"

Urocza jak zawsze Paffy

Szczerze mówiąc nie mam do końca pewności co to jest, wygląda mi jednak na swoistą grę planszową...

Kilka kadrów z "Adeu's Legend FINAL"

Bohaterowie w strojach kąpielowych

I szlafroczkach

Ostatnia część książki to wywiady z twórcami i aktorami

Niestety, nie jestem w stanie ich w pełni zrozumieć... mój Japoński nie jest na tyle dobry



Wywiad z aktorami użyczającymi głosu Adeu i Paffy

Pokazane są również ich autografy

Zdecydowanie mój ulubiony pairing z tego anime



Na samym końcu książki znajdziemy oczywiście spis treści

Podsumowanie

Książka jest krótko mówiąc cudna. Nie dość, że jest prześlicznie wydana, pełna atrakcyjnych ilustracji, to jeszcze oferuje czytelnikowi wiele ciekawostek na temat nie tylko samych bohaterów ale również całego uniwersum tego anime. I to zarówno serii telewizyjnej, jak i OVA. Zdecydowanie warto było wydać na nią te 90zł.
Zdecydowanie polecam jej zakup. Dla fanów serii będzie ona nie lada gratką, a tych, którzy z przygodami Adeu nie mieli okazji jeszcze się zapoznać, z pewnością zachęci do obejrzenia anime.
Naprawdę żałuję, że nie udało mi się jej pokazać na konwencie, bowiem zdecydowanie uatrakcyjniłaby mój panel. Cóż, może innym razem (można w sumie na Pyrkonie spróbować...)
Teraz pozostaje mi upolować jeszcze drugi artbook. Jednak jakoże obecnie jadę na bezkasiu, to trochu sobie na to poczekam...

Na koniec, w ramach bonusu, zdjęcia paczki.

Dość spora paczucha, jak na jedną książeczkę...


Celnicy się chyba dobrze bawili... paczka dotarła nieźle pognieciona. Dobrze, że książeczce nic się nie stało.