wtorek, 29 lipca 2014

Piękne panie w służbie prawa - "Gunsmith Cats" (1995)

Jakoże ostatnie kilka postów było głównie poświęconych narzekaniu na słabe bajki, ten dla odmiany poświęcony będzie dobrej, pozytywnie zakręconej produkcji. Nie mogę wszakże wyjść na zrzędę, co to tylko na wszystko kręci nosem i któremu nic się nie podoba *śmiech*. Bierzemy zatem na warsztat jedną z moich ulubionych serii OVA. Serię, która polskim fanom jest zapewne bardzo dobrze znana, bowiem można było ją nie raz obejrzeć na naszych rodzimych konwentach, a i jej komiksowa wersja była u nas wydawana. Oto "Gunsmith Cats".

Rally Vincent oraz mała "Minnie" May Hopkins to dwie, świetne najemniczki, które bez problemu uporają się z każdym powierzonym sobie zadaniem. Nasze bohaterki poznajemy podczas jednej z ich misji właśnie, kiedy to tropią jegomościa znanego jako Jonathan Washington, który to trudni się handlem narkotykami. Piękne najemniczki oczywiście bez większych problemów łapią rzezimieszka.
Niedługo potem, do sklepu z bronią, prowadzonego przez nasze urocze kociaki, przybywa przedstawiciel ATF. Jak się okazuje, bandzior, którego bohaterki niedawno pochwyciły, wcale nie był handlarzem narkotyków - miast tego, handlował bronią. Co więcej, został z więzienia wypuszczony umyślnie, bowiem miał doprowadzić stróżów prawa do całej szajki handlarzy. Poczciwy agencina chce zatem prosić Rally i May, aby to one skontaktowały się z handlarzem i zaoferowały mu transakcję. Uprzedza jednak, że nie dostaną za to żadnych pieniędzy. Nasze bohaterki chcą już oczywiście wyprosić delikwenta za drzwi, ten jednak wyciąga swojego asa z rękawa - jak się okazuje, nasze panienki nie mają pozwolenia na prowadzenie sklepu z bronią. Jest on zatem prowadzony nielegalnie. Tak więc, jeśli Rally i May nie chcą mieć kłopotów z organami ścigania, muszą pójść na współpracę.

Fabuła w "Gunsmith Cats" do jakichś wybitnie skomplikowanych nie należy. Jest to raczej typowe kino akcji, które bardzo mocno bazuje na serialach policyjnych z lat 90-tych. Serial składa się z dwóch, luźno powiązanych spraw, napakowanych pościgami, strzelaninami i typowym dla tego typu produkcji humorem. Formuła ta działa szczerze powiedziawszy bardzo dobrze i podczas seansu nie nudziłem się wcale a wcale. Bardzo podobało mi się też to, że twórcy serii nie starali się udziwniać historii na siłę, a miast tego skupili się na tym, by obie sprawy w niej przedstawione były zrozumiałe i w miarę domknięte, aby nie pozostawiały widzowi zbyt wielu pytań bez odpowiedzi. Szkoda mi jedynie, że serial nie jest dłuższy. Trzy odcinki to, jak dla mnie, zdecydowanie za mało.

Postacie są bardzo wyraziste i niezwykle łatwo je polubić. Zwłaszcza dwie główne bohaterki - Rally to pewna siebie kobita, która nie da sobie w kaszę dmuchać i szybko rozprawia się zarówno z podłymi bandziorami, jak i nader upierdliwymi adoratorami. Dodatkowo bardzo dobrze zna się na broni i doskonale wie, jak należy się nią posługiwać. Minnie May zaś to nieco zadziorna, zawsze uśmiechnięta dusza towarzystwa, której największym hobby jest tworzenie bomb i granatów maści wszelakiej. 
Bardzo fajnie wypadają także dialogi i wszelkie interakcje pomiędzy bohaterami. Nie dość, że są bardzo dobrze przemyślane i nie powiewają sztucznością, to jeszcze wiele z nich jest naprawdę zabawnych.

Oprawa audiowizualna jest prześliczna. Bardzo przypadły mi do gustu zwłaszcza projekty postaci kobiecych. Panie są śliczne i seksowne i zdecydowanie jest na czym zawiesić oko. Trudno się temu jednak dziwić, skoro odpowiada za nie słynny Kenichi Sonoda, który znany jest ze swej smykałki do rysowania atrakcyjnych kobiet. Skoro już o rysowniku tym wspomnieliśmy, to warto zaznaczyć też, że świetnie rysuje on także samochody, motocykle i inne pojazdy maści wszelakiej. Niesamowite jest to, jak wiele na nich detali i jak bardzo przypominają one prawdziwe fury.
Animacja również wypada bardzo dobrze, zwłaszcza w dynamicznych scenach pościgów i strzelanin. Wszystko porusza się płynnie, oszczędności nie ma i chrupnięć żadnych także. 
Muzyka jest rewelacyjna. Rytmiczne, jazzowe kawałki bardzo dobrze wpasowują się w klimat serii i słucha się ich z wielką przyjemnością, nawet poza samym anime. Do gustu przypadł mi najbardziej chyba opening, który podobnie jak ten znany z "Cowboy Bebop", jest świetnym, niezwykle wpadającym w ucho utworem, mimo braku jakiegokolwiek wokalu.
Bardzo dobrze spisali się również aktorzy udzielający głosów postaciom, jednak trudno się temu dziwić, bowiem są to same sławy. W "Gunsmith Cats" usłyszymy takich ludzi jak Araki Kae, Neya Michiko, czy choćby Otsuka Houchuu.

"Gunsmith Cats" polecam bardzo. Jest to zdecydowanie jedna z najlepszych produkcji z lat 90-tych. Miodny klimat, świetna muzyka, seksowne panienki, świetnie narysowane fury, rewelacyjnie zanimowane sceny pościgów oraz dobra, nie nader przekombinowana fabuła. Aż szkoda, że zrobiono tylko trzy odcinki, bo tytuł ten zdecydowanie zasługuje na więcej. Cóż, zawsze pozostaje wersja komiksowa.
Pozycja zdecydowanie warta uwagi, zwłaszcza jeśli uwielbiacie dobre kino akcji.

Typ Anime - Seria OVA
Rok produkcji - 1995
Pełny Tytuł: „Gunsmith Cats: Bulletproof!”
 Reżyseria: Takeshi Mori
Scenariusz: Atsuji Kaneko
Muzyka: Peter Erskine
Gatunek: Sensacyjny, Komedia
Liczba Odcinków: 3
Studio: Oriental Light and Magic
Ocena Recenzenta: 8/10

Screeny:





"Za moich czasów OVA na podstawie gier były... równie gówniane" - Spectral Force (1998)

"Mars of Destruction" nie muszę chyba nikomu przedstawiać. Produkcja ta, podobnie jak "Skelter Heaven" obrosła już wśród fanów chińskich bajek ogromną "sławą" i legendy o jej gównianości krążą w fandomie od wieków. Zanim jednak potworek ten ujrzał światło dzienne, na rynku pojawiła się inna, równie fatalna produkcja...

Dawno, dawno temu, była sobie kraina, której nazwy nawet nie pamiętam. Panował w niej wieczny pokój a jej mieszkańcy żyli w dostatku. W pewnym momencie coś się jednak jebło (zgadnijcie przez kogo? TAK! Głupich ludzi oczywiście) i rozpętała się wojna pomiędzy wszystkimi rasami zamieszkującymi krainę. W trakcie całego tego ambarasu rozpowszechnił się też oczywiście rasizm, demony zaczęły być tępione itede itepe. No i narodziła się też taka półdemonica, która to ma być następczynią demonicznego tronu i jej też ludzie nie lubili... no i był też chyba jakiś bohater, który to tam też miecz znalazł, co to demony jednym ciosem zabija... i jakaś grupka najemników też się tam przewinęła... i chyba mieli jakiejś wojnie zapobiec...

Dobra, nie ma sensu streszczać tego burdelu, przejdźmy od razu do konkretów - "Spectral Force" to chaotyczna, słaba, sztampowa i pozbawiona jakiegokolwiek budżetu OVA, której zadaniem było reklamować grę pod tym samym tytułem, wydaną na PS1. Wiecie zatem, czego można się spodziewać, nie? Ta produkcja jest tak samo zła, ba, gorsza nawet, niż "Mars of Destruction", wspomniane na początku tekstu. Fabuła praktycznie nie istnieje, pacing jest tragiczny, setting niby fajny, ale nic a nic nam o nim nie wiadomo... Właściwie to totalnie nie wiadomo, o co w tym wszystkim chodzi. Jest jakaś wojna, jakieś konflikty na tle rasowym, jakieś zależności polityczne - ale nic praktycznie o nich cholera nie wiadomo. Ja rozumiem, że to krótka OVA mająca być zaledwie reklamą dla gry, ale kurde, jak już coś reklamować to chyba porządnie? To raczej od gry odstrasza aniżeli zachęca do zapoznania się z nią.

Postacie są głupie i jednowymiarowe. Nie wyróżniają się praktycznie niczym, nie przechodzą również praktycznie żadnej przemiany... nic. To po prostu grupka stereotypowych ludzików. Ich dialogi również wołają o pomstę do nieba. Pełne są głupawych, z palca wyssanych morałów, które upchnięte są tu tak bardzo na siłę, że głowa mała. I w sumie, tylko tyle o postaciach da się napisać...

Ej, ale może chociaż oprawa audiowizualna ratuje tego potworka? Nieee, nic z tych rzeczy. Projekty postaci są proste i strasznie niewyraźne, w dodatku koszmarnie zanimowane. Tła zaś? Wszystkie są wykonane przy użyciu grafiki komputerowej, jednak prezentują się koszmarnie i gryzą się niesamowicie z rysowanymi postaciami. Graficznie wypadają gorzej niż to, co można było zobaczyć w bardzo wczesnych grach na PSX-a. No po prostu wstyd!
Muzyka... jakaś tam była. Ale było to tak nudnawe i generyczne plumkanie w tle, że żadnego kawałka nie zapamiętałem. Ending też mnie nie powalił.
A głosy postaci? Nie są może tragiczne, ale powalać także nie powalają. Są najzwyczajniej w świecie przeciętne i raczej nie mogę pochwalić aktorów za to, że się postarali...
A angielski dubbing, spytacie? Jest jeszcze gorszy...

"Kończ waść, wstydu oszczędź" - "Spectral Force" to zdecydowanie jedna z najgorszych bajek, jakie dane mi było obejrzeć. Gorsza nawet od "Genocybera", "Kakugo" czy wspomnianego na początku tekstu "Mars of Destruction". Nie ma w sobie praktycznie nic dobrego. Koszmarny pacing, brak jakiegokolwiek sensu, paskudne tła 3D, okropne i rozmazane projekty postaci... A wyobraźcie sobie, że to ma aż 2 odcinki. Tak! Nie jest to pojedynczy epizod - jak w wypadku wielu innych OVA reklamujących gry - ale aż dwa paskudne koszmarki. Nie mam pojęcia, czy gra jest lepsza czy gorsza, ale ta OVA zdecydowanie nie zachęciła mnie do zapoznania się z nią. Odradzam zdecydowanie. Aż dziw mnie swoją drogą bierze, że ktoś to wydał poza Japonią...


Typ Anime - Seria OVA
Rok produkcji - 1998
Pełny Tytuł: „Spectral Force”
 Reżyseria: Yoshiaki Sato
Scenariusz: Yoshiyaki Sato
Muzyka: Toru Kobayashi
Gatunek: Fantasy
Liczba Odcinków: 2
Studio: Idea Factory
Ocena Recenzenta: 1/10

Screeny:







O nudnawej adaptacji mitologii greckiej słów kilka - "Neo Heroic Fantasia Arion" (1986)

Fakt, że Japończycy fascynują się niezmiernie kulturą europejską jest już raczej dość powszechnie znany. Wiadomym jest również, że bardzo intrygują ich wszelkie zagraniczne wierzenia i mitologie. Bardzo ciekawe podejście skośnoocy mają zwłaszcza do mitologii greckiej - wspomnieć wystarczy takie produkcje jak "Saint Seiya", czy też "Zettai Yareru Greece Shinwa". Niestety jednak, nie wszystkie dżapońskie adaptacje mitologii okazały się być równie dobre. Dziś przyjrzymy się filmowi, który mimo świetnej animacji i przepięknej muzyki, mianem produkcji wybitnej poszczycić się, niestety, nie może.

Starożytna Grecja. W dalekiej Tracji mieszka sobie mały pastuszek imieniem Arion. Jego błogie życie codzienne upływa na zabawach i ganianiu za owieczkami. Wszystko to zmienia się jednak diametralnie, gdy pewnego popołudnia nasz mały bohater napotyka na swej drodze tajemniczego starca. Okazuje się, iż jest to sam Hades, bóg świata umarłych. Nikczemnik wykorzystuje naiwność chłopczyka i, w zamian za obietnicę wyleczenia jego niewidomej matki, zabiera go ze sobą do podziemi.
Tam chłopak poddany zostaje licznym próbom, mającym na celu przygotować go do walki z największym przeciwnikiem Hadesa - Zeusem. Mały Arion co dzień zmagać się musi zatem z okropnymi bestiami i pułapkami różnej maści. Pewnego razu wdaje się w bójkę z ogromnym, gorylopodobnym potworem - Gido - będącym największym postrachem podziemnego królestwa. Ku zaskoczeniu wszystkich mieszkańców krainy, z bogiem umarłych łącznie, Arion pokonuje olbrzyma, zyskując szacunek wuja. Wyjawia mu on wtedy, że żadne lekarstwo nie uzdrowi jego niewidomej matki, bowiem jej choroba spowodowana jest klątwą, rzuconą nań przez Zeusa. W ten oto sposób w Arionie zaczyna się rozwijać nienawiść do tego boga, która w końcu doprowadzi do tego, iż wyruszy on na wojnę przeciwko niemu. Nasz bohater zostanie jednak pojmany przez wojska bogini Ateny i na tym zapewne skończyłaby się jego krucjata przeciwko bogowi piorunów, gdyby nie pomoc pewnej dziewczyny...

Cóż mogę rzec... Arion zapowiadał się całkiem ciekawie. Tak, jest to kolejna opowieść o zemście, jednak biorąc pod uwagę fakt, że osadzona jest w starożytnej Grecji, a w dodatku garściami czerpie z mitologii tegóz kraju, to miałem spore nadzieje, że może będzie mi dane obejrzeć coś nietuzinkowego. No, niestety się przeliczyłem. "Arion" jest bowiem strasznie nudną, w dodatku chwilami mocno nieuporządkowaną opowieścią. Historia rozwija się strasznie powoli a i sposób, w jaki autorzy tego dzieła korzystają z mitów pozostawia wiele do życzenia. I ja się tu nawet nie czepiam tego, że mity zostały tutaj zinterpretowane w bardzo luźny sposób, nie - bardziej idzie mi o to, że zrobiono to strasznie nieumiejętnie. Przypomina to bardziej kiepski fanfic na podstawie kilku zlepionych ze sobą mitów, aniżeli dobry film fantastyczny serwujący nowe spojrzenie na starożytne opowieści. Nie zrobił na mnie też żadnego wrażenia wielki konflikt między Hadesem a Zeusem, będący jednym z najważniejszych elementów tego filmu. Nudny i sztampowy do bólu.

Z postaciami jest jeszcze gorzej. Są płaskie jak karton, nie wyróżniają się niczym nadzwyczajnym a i ich motywy, czy też interakcje, jakie między nimi zachodzą, pozostawiają BARDZO wiele do życzenia. Wielu bohaterów pojawia się też praktycznie tylko na kilka sekund po czym zostają całkowicie zapomniani i nigdy więcej już się w filmie nie pojawiają. Ja rozumiem, że mitologicznych postaci było bardzo wiele i ciężko je może upchnąć w jednej opowieści, no ale serio... film trwa przecież bite 2 godziny, można było nieco lepiej rozwinąć ich charaktery...
Najgorszy jest jednak wątek romansowy. Już pół biedy, jakby był on po prostu totalnie ograny. Problem leży bardziej w tym, że napisany jest on w taki sposób, że wcale a wcale nie czułem żadnej więzi między obojgiem "kochanków".

Złego słowa nie mogę jednak powiedzieć o oprawie audiowizualnej. Strasznie podobały mi się projekty postaci (wart wspomnienia fakt, że odpowiada zań jegomość, który pracował przy świetnym "Giant Gorg"), świetnie wykonane były również tła a i kolorystyka jest bardzo dobrze dobrana. Ślicznie wygląda również animacja - wszystko porusza się niezwykle płynnie, chrupnięć żadnych nie uświadczyłem, a i spadków jakości nigdzie nie dostrzegłem. Spore wrażenie robią zwłaszcza bitwy, w których nie oszczędzano ni grosza i zrealizowano je z odpowiednim rozmachem. Trup ściele się gęsto, okręty płoną a miecze uderzają o siebie z dużą częstotliwością.
Świetna jest także muzyka. Idealnie wpasowuje się ona w klimat starożytnej Grecji i całkiem dobrze podkreśla każdą ze scen. Szkoda jedynie, że praktycznie nie ma co podkreślać...
Niezwykle spodobał mi się zwłaszcza ending. Jest to spokojna, bardzo przyjemna dla ucha piosenka, która zawiera w sobie tę wspaniała, tak charakterystyczną dla piosenek ze starych bajek magię.
Gra aktorska nie powala, ale tragiczna nie jest. Głosy zostały całkiem dobrze dobrane i pasują do bohaterów. Największym problemem jest jednak to, że chwilami aktorzy tak jakoś za mało serca w swoje kwestie wkładają, przez co brzmią strasznie sztywno.

Ogółem rzecz ujmując, Arion jest filmem słabym. Zanimowany jest ślicznie, muzyka również brzmi wspaniale... no ale to trochę za mało. Przez te bite 2 godziny historia nie zaciekawiła mnie ani na chwilę, podobnież postacie, które są chyba jednymi z najgorzej napisanych charakterów, jakie w chińskiej bajce widziałem.Film obejrzeć w sumie można, ale bardzo prawdopodobne jest to, że uśniecie w jego połowie. Ja się jakoś przemęczyłem, czy jednak i wam się będzie chciało - nie wiem.
Aż dziw mnie swoją drogą bierze, że za tak słabą bajkę odpowiada studio Sunrise, które znane jest z tak dobrych produkcji jak Ryu Knight, Mobile Suit Gundam, czy też Escaflowne...

Typ Anime - Film Kinowy
Rok produkcji - 1986
Pełny Tytuł: „Neo Heroic Fantasia Arion”
 Reżyseria: Yoshikazu Yasuhiko
Scenariusz: Yoshikazu Yasuhiko, Akiko Tanaka
Muzyka: Joe Hisashi
Gatunek: Fantasy, Romans, Wojenny
Liczba Odcinków: 1
Studio: Sunrise
Ocena Recenzenta: 4/10

Screeny:







wtorek, 15 lipca 2014

Gimnazjalistki, robozwierzątka, seksowne Divy, kosmiczni książęta... czyli misz-masz totalny pozbawiony ładu i składu wszelkiego - "Cyber Team in Akihabara" (1998)

Lubię produkcje, które próbują być czymś ciekawym, przemycając w sobie elementy wielu różnorakich gatunków. Daje im to szanse na bycie czymś szalonym, niecodziennym a równocześnie trafiającym w gusta dość szerokiego grona odbiorców. Problem z tego typu produkcjami jest jednak taki, że bardzo łatwo w ich przypadku przedobrzyć i miast przyjemnego miksu różnych gatunków stworzyć durnowate dziwadło, w którym poszczególne elementy za cholerę się ze sobą nie kleją. I takiemu dziwadłu się właśnie dziś przyjrzymy. Przedstawiam państwu "Cyberteam in Akihabara".

Główną bohaterką bajki jest świeżo upieczona gimnazjalistka - Hibari Hanakoganei. Jak na typową mangusiową trzynastolatkę przystało, nasza bohaterka jest przesłodzona do bólu, ma złote serduszko i nie grzeszy raczej zbytnio intelektem. Ma też oczywiście niezwykle wyrozumiałych i kochających rodziców, którzy to starają się swojemu słoneczku dawać wszystko, co dlań najlepsze. 
Nasza paniusia ma również słabość, jak wszystkie dziewczynki w jej wieku, do słodkich gadżetów maści wszelakiej. Jej największym marzeniem jest zdobycie własnego "PataPi" - elektronicznego zwierzaka, który to jest takim swoistym ucieleśnieniem tamagotchi - żre, śpi, i ogólnie ma być słodkim towarzyszem zabaw dla dziecka. Jak się zapewne domyślacie, nasza bohaterka bardzo szybko otrzymuje wymarzonego stworka. W dodatku, w niezwykle intrygujących okolicznościach, bowiem wręcza go jej tajemniczy książę, którego często widuje w swoich snach. Hibari nazywa stworka "Densuke" i już następnego dnia zabiera go ze sobą do szkoły, żeby pokazać go swojej najlepszej przyjaciółce - Suzume Sakurajosui. Niestety jednak, jakoże w szkole obowiązuje bezwzględny zakaz przynoszenia swoich PataPi (pominę fakt, że bardzo szybko zakaz ten zostaje zniesiony "Bo tak"), to zostaje on skonfiskowany przez wychowawcę naszej bohaterki. Hibari już ma popaść w czarną rozpacz, kiedy, ku jej wielkiemu zdumieniu, psor zabawkę jednak zwraca, każąc naszej milusińskiej udać się do gabinetu dyrektora. Dziewczynka myśli oczywiście, że coś przeskrobała i ma teraz totalnie przerąbane, jak się okazuje jednak - nic z tych rzeczy. Gdy przychodzi do gabinetu dyrektora, ten jedynie pyta ją, czy kocha ona miasto Akihabara, w którym mieszka. Gdy odpowiada, iż tak, puszcza ją do domu.
Podczas drogi powrotnej, Hibari spieszy się tak bardzo, że postanawia skorzystać z drogi na skróty i wbiega w ciemny zaułek (ŚWIETNY POMYSŁ!). Tam wpada na parę wielkich... cyców... które okazują się należeć do wystrojonej jak stereotypowy czarny charakter pannicy. Obwieszcza ona małej Hibari, iż zaczaiła się tu na nią specjalnie po to, by "skonfiskować" jej ukochanego PataPi. Nasza bohaterka oczywiście rzuca się do ucieczki, szybko jednak zostaje zatrzymana przez tajemnicze potwory, przywołane przez "złe szurnięte babsko". Sytuacja wydaje się być beznadziejna, jednak w tym momencie dzieje się coś niespodziewanego. Densuke zaczyna się świecić, po czym transformuje się w... seksowną, wyglądającą jak doroślejsza Hibari, cyberwojowniczkę, która błyskawicznie rozprawia się z monstrami i zmusza "złe babsko" do ucieczki. Hibari jest oczywiście niezwykle zaskoczona tą nieprzeciętną umiejętnością Densuke. Na tym jednak niespodzianek nie koniec. Bardzo szybko okaże się bowiem, że PataPi o podobnych umiejętnościach jest w Akihabarze dużo wiecej oraz że na wszystkie z nich chrapkę ma pewna tajemnicza organizacja...

Yyych, od czego tu zacząć... może od tego, że nie bardzo wiem, do kogo "Akihabara" miało być kierowane. Znaczy, wydaje mi się, że tak jak na początku wspomniałem, twórcy starali się stworzyć bajkę, która będzie miała w sobie coś dla każdego. Problem jednak w tym, że totalnie im to nie wyszło i w ostatecznym rozrachunku dostaliśmy takiego dziwnego "cosia", w którym upchane jest mnóstwo elementów z różnorakich gatunków, jednak żaden z nich nie jest sensownie wykorzystany. Wygląda to tak, jakby twórcy totalnie losowo co rusz dorzucali do tej produkcji coraz to kolejne i kolejne elementy, zapominając przy tym, że wypadałoby najpierw jakoś ciekawie rozwinąć te, które wmontowali tam uprzednio. Seria zaczyna się jak stereotypowa bajka dla dzieci, zaraz potem przechodzi w pełną niesmacznych żartów głupawą komedyjkę, zaraz potem przeradza się w obfitującą w "Obari as Fuck" sceny walki serię akcji, a krótko potem znowuż serwuje nam dawkę wymuszonej dramy. No istny burdel na kółkach.
Równie chaotycznie i fatalnie wypada prowadzenie historii. Na początku dostajemy schematyczny show, w którym Hibari poznaje kolejne koleżanki i wraz z nimi tworzą tytułowy "Cyberteam, który co odcinek w dokładnie tym samym zaułku zmaga się z kolejnymi stworami nasyłanymi przez złe cycate babsztyle. Następnie fabuła zaczyna gnać na łeb na szyję do przodu, sporadycznie sypiąc szczątkami informacji o jakimś tam planie "tych złych". Potem znowuż gwałtownie hamuje i serwuje nam kilka błogich odcinków, w których to dziewczynki radośnie spędzają czas wolny... a zaraz potem przeradza się w mroczną i pełną dramy i angstu opowieść o zemście, poświęceniu, błędach głupiej ludzkości i Bóg wie czym tam jeszcze. Szczerze powiedziawszy jedynie kilka końcowych odcinków ma jakikolwiek sens i tylko one w jakikolwiek sposób ratują cały ten bajzel.

Nie mogę również zbyt wiele dobrego powiedzieć o bohaterach tej serii. Ich charaktery są strasznie płaskie, nudne i poza kilkoma wyjątkami nie przechodzą żadnego rozwoju przez bite 26 odcinków. Mamy naiwnego moebloba; mamy dystyngowaną, pyszną i niezwykle irytującą chwilami snobkę; mamy też silną chłopczycę, która oczywiście ze snobką się non stop kłóci; nie zapominajmy także o obowiązkowej chciwej mendzie, która non stop szuka tylko okazji do zarobienia pieniędzy oraz generycznej cichej loli, która jest... tak, zgadliście, totalnie aspołeczna i tajemnicza. Interakcje między postaciami też są dość naciągane. Część z nich wypada co prawda całkiem fajnie, jednak ginie w gąszczu totalnie głupkowatych i zmieniających się co rusz "ot tak" innych zależności. Problem ten dotyczy zarówno postaci pozytywnych, jak i czarnych charakterów, zatem po żadnej ze stron nie spodziewajcie się raczej niczego ciekawego. A szkoda.

Oprawa audiowizualna to stuprocentowe lata 90-te. Jeśli o projekty postaci idzie, to mamy sztandadrowo prześliczne dziewuszki o pyzatych, jednak chwilami cholernie zniekształconych mordkach; cycate seksbomby; pięknych i tajemniczych młodzieńców itd. itp. Tła zaś wypadają różnie - część z nich jest niezwykle barwna, ciekawa i pełna drobniutkich detali, część znowuż nudna, wiejąca pustkami i wykonana totalnie "na odwal się". Animacja wypada całkiem miodnie, zwłaszcza w przypadku starć, które są niezwykle dynamiczne i patrzy się na nie całkiem fajnie. Również ruchy postaci nie są jakieś nienaturalne i nie dopatrzyłem się losowych ataków epilepsji, gdy stoją one bez ruchu. Serial cierpi jednak na ogromne wprost ilości stock footage, które powtarzane są uparcie za każdym razem, zwłaszcza gdy PataPi się transformują.
Złego słowa nie można jednak powiedzieć o muzyce, która jest niezwykle klimatyczna i - jakimś cudem - całkiem zgrabnie podkreśla wszelkie wydarzenia, jakie znalazły się w tym bajzlu. Najfajniej prezentują się zdecydowanie wokalne piosenki, zaśpiewane przez takie sławy jak choćby Masami Okui, czy też Megumi Hayashibara.
Gra aktorska wypada jednak... dość słabo. Co dziwi mnie niesamowicie, bo aktorzy użyczający głosów postaciom to nie jakieś kompletne randomy, a całkiem znane w branży nazwiska. Megumi Hayashibara, Tomokazu Seki, Chieko Honda, Asakawa Yuu... Po tak pieniężnej obsadzie spodziewałem się naprawdę wyśmienitej gry aktorskiej, a tymczasem postacie brzmią albo średniawo, albo wręcz tragicznie (Hibari, na przykład) i zdecydowanie nie chce się ich słuchać.

Jak nietrudno się domyślić, Akihabary raczej nie polecam. Jest to podręcznikowy wręcz przykład tego, jak pomimo świetnej obsady i mnóstwa ciekawych pomysłów wszystko kameralnie spieprzyć. Charaktery postaci są słabe i nudne, fabuła chaotyczna i bez sensu (z wyjątkiem kilku ostatnich odcinków), debilnym posunięciem było też upchanie tutaj tak wielu różnych motywów bez podjęcia najmniejszej choćby próby rozwinięcia ich w jakikolwiek ciekawy sposób.Serial ratuje jedynie świetna muzyka i całkiem dobra oprawa graficzna, choć i co do niej mam kilka obiekcji (zwłaszcza krzywe chwilami mordy postaci oraz nadużywanie stock footage). Nie jest to najgorsze anime, jakie widziałem, ale do dobrych bym go też raczej nie zaliczył. Jest to taki dość słaby średniak. Obejrzeć to w sumie można, ale właściwie po co, skoro jest tak dużo o wiele lepszych staroszkolnych tytułów?

Typ Anime - Seria TV
Rok produkcji - 1998
Pełny Tytuł: „Akihabara Dennou Gumi” ("Cyber Team in Akihabara")
 Reżyseria: Fujimoto Yoshitaka
Scenariusz: Kato Takao, Arakawa Naruhisa, Uetake Sumio
Muzyka: Shinkichi Mitsumune
Gatunek: Powered Armor, Science Fiction, Komedia, Ecchi, Fantasy
Liczba Odcinków: 26
Studio: Ashi Productions
Ocena Recenzenta: 4/10

Screeny:






sobota, 21 czerwca 2014

O zboczonym młodzieńcu i jego brzydkim robocie, co z Imperium Pingwinów o frontalnych ogonach walczyli - "Kenzen Robo Daimidaler" (2014)

Dobiegający już końca sezon wiosenny był bardzo dobry. Obfitował w wiele naprawdę pieniężnych bajek, przy których człek mógł naprawdę dobrze się bawić. Mieliśmy multum ciekawych komedii, kontynuacji świetnych serii sprzed lat, czy też nowych, całkiem ciekawie zrealizowanych produkcji. Spośród tych wszystkich świetnych tytułów jednak, mą uwagę najbardziej przykuł ten, który, wydawać by się mogło, zapowiadał się na niesamowity badziew i spektakularną klapę... a miast tego, stał się moją ulubioną wiosenną kreskówką. O czym dziś będzie mowa? O przepięknym i zdrowo szurniętym liście miłosnym, kierowanym do fanów gatunku Super Robot - oto przed państwem "Kenzen Robo Daimidaler"!

W niedalekiej przyszłości nasza kochana planeta najechana zostaje przez złych i okrutnych kosmitów, którzy to mają zamia- Och, nie, zaraz, pomyliłem bajki. 
Zacznijmy od początku - w niedalekiej przyszłości, nasza kochana planeta odwiedzona zostaje przez sympatyczną i niezwykle pokojowo nastawioną rasę Pingwinów. Nie są to jednak takie zwykłe Pingwiny, bowiem na tle swych pobratymców wyróżniają się majestatycznym, długim i sterczącym frontalnym... ogonem.
Dziwaczne istoty, jak się okazuje, przybyły na ziemię celem zdobycia od ludzi tzw. "Promieni Hi-Ero", które to wytwarzamy, kiedy zostanie pobudzone nasze libido. Początkowo Pingwiny chcą pozyskać cenną energię w sposób pokojowy, toteż postanawiają zaprzyjaźnić się z ludźmi i pokazują im swój specjalny "Taniec Frontalnego Ogona", który to jest w kulturze Pingwinów uważany za najwyższą oznakę szacunku dla drugiej osoby. Niestety jednak, jakoże ludzie są głupi i frontalny szpikulec kojarzy im się tylko i wyłącznie z jednym, to odbierają Pingwini taniec jako obrazę majestatu i wybucha wojna. 
By zwalczyć "złe i okrutne" Pingwiny, organizacja znana jako "Salon Prince" tworzy potężnego robota - Daimidalera. Niestety jednak, robot ów początkowo okazuje się być zbyt słaby, by stawić czoła "najeźdźcom".
Niedługo potem poznajemy głównego bohatera naszej opowieści - zbuntowanego licealistę, Kouichiego Madanbashi, którego ulubionym zajęciem, oprócz naginania regulaminu szkoły, jest podziwianie oraz dotykanie kobiecych wdzięków. Jak nietrudno się domyślić, z racji bycia wielkim zboczeńcem, nasz bohater nie cieszy się zbytnią popularnością, czy też sympatią. Jak się szybko okazuje jednak, jego zboczenie odegra bardzo ważną rolę w misji ratowania świata. Pewnego dnia bowiem Kouichi spotyka piękną i inteligentną Sonan Kyoko, która to pracuje dla Salonu Prince. Wyjaśnia ona naszemu bohaterowi, że jest on "Faktorem" - osobą zdolną, przy podnieceniu seksualnym, generować ogromne wprost ilości promieni Hi-Ero, niezbędnych jak się okazuje do kierowania Daimidalerem. Zanim zdąży on jednak dokładnie pojąć o co w tym wszystkim chodzi, zostaje napadnięty przez ptaszyska z frontalnymi ogonami. Przy pomocy swej nowo odkrytej umiejętności (oraz biustu Sonan) bardzo szybko jednak się z nimi rozprawia. Po całym zajściu stwierdza jednak, ku rozczarowaniu Sonan, że nie bardzo rajcuje go takie zgrywanie bohatera i że jeśli Salon Prince chce znaleźć kogoś, do stałego zwalczania Pingwinów, to musi poszukać gdzie indziej.
Nasz bohater bardzo szybko zmienia jednak zdanie, gdy wraca do domu i zastaje tam... cały oddział Pingwinów. Co gorsza! Przeglądających jego ukochane świerszczyki! Tego już za wiele - Kouichi ostatecznie postanawia dołączyć do Salonu Prince i stanąć do walki z Pingwinami. Nie będzie to jednak zadanie łatwe, bowiem Imperium Frontalnych Ogonów ma w zanadrzu nie jednego asa w rękawie...

Na wstępie zaznaczę - tak, to anime jest głupie. Straszliwie głupie. Jest przy tym jednak również niesamowicie śmieszne. Gagi faktycznie bawią i przez praktycznie cały czas trwania serii ryczałem głośno ze śmiechu. Kolejne wybryki Pingwinów, coraz to dziwaczniejsze maszyny przez nie nasyłane, czy też genialne gry słowne wypadają naprawdę rewelacyjnie i rozśmieszają niesamowicie. Jakby tego było mało, anime nie koncentruje się tylko i wyłącznie na głupawym, erotycznym humorze, ale wyśmiewa również każdy, powtórzę, KAŻDY najdrobniejszy choćby schemat, stereotyp czy motyw, znany z klasycznych bajek o robotach. Serial nie pozostawia suchej nitki na niczym - nabija się z typowo debilnych planów antagonistów; z naiwności i niewinności młodocianych pilotek; z przeczących prawom fizyki i jakiejkolwiek logice zasad działań robotów (do tego stopnia, że nawet sam Imperator Pingwinów stwierdza w pewnym momencie "Nie rozumiem o czym do mnie mówisz, ale załóżmy, że to akceptuję"); ze specjalnych ataków robotów, czy też tego, że ich ulepszona wersja zawsze musi być piękniejsza i bardziej mocarna... Czy wspomniałem też już, że w iście genialny sposób wyśmiewa archetyp walecznego bohatera, bezinteresownie chroniącego świat w imię sprawiedliwości? Och, a wspomniałem też może, że Daimidaler jest przez mieszkańców miasta uważany za "robo dupka", który niszczy ich mieszkania i miejsca pracy, podczas każdej swojej akcji "ratowania świata"? Nie zapominajmy także o narratorze, który na modłę starych bajek z robotami zachwala poczynania "ogromnego zboczeńca" i zagrzewa go do walki pod koniec każdego odcinka.
Jakby tego było mało, serial obfituje też w naprawdę udane i bardzo trafione nawiązania do starych (choć nie tylko) bajek z robotami. Mamy tu np. oczywiste nawiązania do Mazingera Z (w gorącej wodzie kąpany heros, z bokobrodami; trzy panie naukowiec noszą nazwiska trzech naukowców z Mazingera; Daimidaler krwawi w jednym z epizodów), Gunbustera (Inazuma Kick, słynna poza), Godannara (Libido napędzające mechy),  Generała Daimosa (robot pilotowany przy użyciu karate, o specjalnym ataku już nie wspominając),  Evangeliona (SEELE, Gendo Poza, Masowo Produkowane Daimidalery).
Takich smaczków jest po prostu MNÓSTWO i większość z nich wyłapią zapewne tylko Ci, którzy gatunek Super Robot znają na wylot.
Niestety, o ile dla mechafagów wszystko to jest ogromną zaletą, tak ktoś, kto widział zaledwie kilka mechobajek na krzyż w życiu nie załapie geniuszu tej kreskówki. I tu na jaw wychodzi największa bolączka Daimidalera - jest to bajka okropnie hermetyczna, kierowana tylko do jednej konkretnej grupy odbiorców.
Jeśli o fabułę zaś chodzi, to nie jest ona jakoś nader skomplikowana. Jakoże jest to list miłosny do fanów Super Robotów, to ogranicza się ona raczej do starego, dobrego schematu "Potwora Tygodnia" - czyli co odcinek kolejny przeciwnik. Nie zmienia to jednak faktu, że w serii uświadczymy kilka iście genialnych i zaskakujących plot twistów. Ba, jeden z nich sprawił nawet, że całe /m/ dostało totalnego kręćka. Ale wiecej nie pisnę.

Bohaterowie, jak na głupawą komedię, są... zaskakująco fajni i ciekawi. Jasne, że nie są to jakieś głębokie i skomplikowane postacie. Nadal są jednak na tyle dobrze wykreowane i posiadają na tyle wyrazistych dla siebie cech, że łatwo je polubić. Kouichi to odbity w krzywym zwierciadle archetyp super bohatera z okresu lat 70-tych; Kiriko to typowa zakochana nastolatka, której charakter szczerze powiedziawszy spodobał mi się bardziej, niż ten spotykany u większości bohaterek typowych romansideł; Shouma to pastisz ułożonego licealisty i heroicznego młodzika, który chce zawsze ratować swą ukochaną księżniczkę; Ritz zaś, to kochająca całym sercem Pingwiny pewna siebie dziewczynka, która dodatkowo jest całkiem inteligentna, zadziorna i nie zgrywa nadmiernego niewiniątka, jak wiele postaci do niej podobnych. Punktuje również nawiązaniami do Człowieka Pingwina z Batmana. Cylindry zawsze na propsie.
Nie ma co jednak ukrywać faktu, że prawdziwymi gwiazdami tej kreskówki są Pingwiny. Bardzo punktują już samym faktem, że nie są czysto złymi antagonistami. One właściwie nie zrobiły nic złego, szczerze powiedziawszy. Co więcej, punktują również tym, że są momentami tak niesamowicie nieporadne i głupiutkie, że po prostu nie w sposób ich nie pokochać. Pojawia się wśród nich również kilka nieco bardziej rozgarniętych i wyrazistych osobników, takich jak choćby Henryk czy też Józef. Ten ostatni jest swoją drogą bardzo oczywistym nawiązaniem do pewnej postaci z JoJo...
Ulubieńcem /m/ jest zdecydowanie Dennis. Jest to tak nieporadny i pechowy głupol, że błyskawicznie zyskał sobie naszą sympatię. Szczerze powiedziawszy, najlepsze komediowe sceny, były właśnie z jego udziałem.
Warto swoją drogą wspomnieć również, że momentami to Pingwiny sprawiają bardziej wrażenie "tych dobrych", aniżeli "herosi" z Salonu Prince. Ba, w jednym epizodzie to Pingwiny starają się obronić miasto, podczas gdy głównodowodzący salonu ma je w głębokim poważaniu i jest gotów zdemolować je doszczętnie, aby tylko zwyciężyć.

Oprawa audiowizualna jest całkiem w porządku. Schludne i ładne projekty postaci bardzo szybko przypadły mi do gustu. Również kolorowe tła wypadają bardzo dobrze, aczkolwiek momentami bywały nieco nazbyt statyczne. Najbardziej wyróżniają się jednak projekty robotów. Daimidaler Typu 2 to... chyba najbrzydszy robot, jakiego w życiu widziałem. Już pomijam fakt, że jego ogromne lewe łapsko to oczywisty żart z masturbacji, ale ogółem chude nóżki, krótka prawa łapka, brzydka morda... najśmieszniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że design ten został sensownie uzasadniony.
Równie powalone są także roboty pingwinów. Większość z nich to po prostu coraz to dziwaczniejsze ogromne mechaniczne ptaszyska, uzbrojone w równie durnowate rodzaje uzbrojenia i specjalne ataki.
Daimidaler ma jednak i seksowne, niezwykle epickie mechy. Typ 6 oraz jeden z późniejszych pingwinich robotów są iście "Obari as Fuck" i cholernie chciałbym, żeby jakaś firma zrobiła ich modele, czy figurki. Swoją drogą, Daimidaler Typu 6 to taki... mechaniczny Jotaro. Ma czapeczkę, ma sparkle, w dodatku pozuje...
Róznie wypada już niestety animacja. O ile starcia maszyn non stop stoją na wysokim poziomie i popisać się mogą świetną choreografią i dynamizmem, tak już w scenach z postaciami ludzkimi chwilami dość dosadnie widać oszczędności. Szkoda. Może zostanie to naprawione na blu-rayu.
Och, skoro już przy oprawie wizualnej jesteśmy - serial emitowany był w 2 wersjach - ocenzurowanej przez błyski światła oraz "Pingwiny" (najśmieszniejszy rodzaj cenzury jaki widziałem chyba...) oraz całkowicie odcenzurowanej, gdzie widać wszystko. Osobiście polecam oglądać wersję niepociętą, zwłaszcza, że odnoszę wrażenie, iż w tej z cenzurą brakowało kilku scen...
Muzyka jest świetna. Same motywy grające w tle wydarzeń dopasowują się idealnie i stanowią wyraziste uzupełnienie dla poszczególnych scen. Jeśli o opening zaś chodzi... z całym szacunkiem, ale jest to zdecydowanie najlepsza piosenka sezonu. Zaśpiewana z niesamowitą energią, pasją, w dodatku skoczna, rytmiczna i cholernie szybka, i gloryfikująca głównego robota na wszelkie możliwe sposoby. Tak powinno być!
Gra aktorska również na wysokim poziomie. Wszystkie kwestie wypowiedziane są przekonująco i z odpowiednio dobranymi emocjami. Bardzo dobrze wypadają zwłaszcza okrzyki pilotów w trakcie walk, co  w przypadku anime z gatunku Super Robot jest niezwykle istotne.
Świetnej grze aktorskiej nie ma co się zresztą dziwić, bowiem obsada Daimidalera obfituje w wiele sław, takich jak choćby Hikasa Yoko (Rias Gremory z "Higschool DxD"), Hori Hideyuki (Baoh z "Baoh the Visitor", Phoenix Ikki z "Saint Seiya"), Takehito Koyasu (Dio z "JoJo's Bizzare Adventure") i wielu więcej.

Czy Daimidalera polecam? Zdecydowanie, jednak problem w tym, że nie każdemu. Jak wspomniałem, bajka jest okrutnie hermetyczna i jej faktyczny geniusz zrozumieją tylko Ci, którzy bardzo dobrze obeznani są w tematyce Super Robot. Jeśli nie posiadacie obszernej wiedzy w tej dziedzinie, to póki co możecie sobie darować. Raczej się do serii zrazicie. O ile bowiem pod względem oprawy audiowizualnej daje radę a gagi erotyczne bywają zabawne, tak nie ma co ukrywać, że najlepsze, co serial ten ma do zaoferowania, to fanserwis dla zatwardziałych mechafagów oraz trafne wyśmianie większości typowych dla gatunku stereotypów.

Typ Anime - Seria TV
Rok produkcji - 2014
Pełny Tytuł: „Kenzen Robo Daimidaler”
 Reżyseria: Tetsuya Yanagisawa
Scenariusz: Takao Yoshiyoka
Muzyka: Milktub, Masaki Endoh
Gatunek: Super Robot, Komedia, Parodia, Ecchi
Liczba Odcinków: 12
Studio: TNK
Ocena Recenzenta: 8/10

-Wart wspomnienia jest fakt, że przy ostatnim epizodzie pracowały istne sławy, które na swoim koncie mają wiele świetnych serii mecha. Mowa tu o takich ludziach jak Munetaka Abe (pracował przy japońskich sezonach Transformers), Masami Obari, Satoshi Shigeta, czy choćby Hamazaki Kenichi.

-Daimidaler przez długi czas dyndał na czwartej pozycji na top liście najpopularniejszych seriali telewizyjnych

-W wielu czasopismach serial otrzymał najwyższe możliwe noty. Co więcej, bardzo pochlebnie wypowiadały się o nim takie sławy, jak Hideo Kojima z KONAMI czy też Terada z Banpresto/Bamco. Ten ostatni stwierdził nawet, że chciałby jak najszybciej uwzględnić ten tytuł w "Super Robot Taisen".

Screeny:








Futurystyczne Wojowniczki na straży sprawiedliwości - "Bubblegum Crisis" (1987)

Jeśli miałbym sporządzić listę najlepszych tytułów, które poznałem dzięki ekipie z /m/, to z całą pewnością pojawiłoby się wśród nich opisywane dziś "Bubblegum Crisis" - 8 odcinkowa seria OVA z lat 80-tych, która przemyca w sobie wiele charakterystycznych dla tego okresu motywów, serwując w ten sposób widzowi wyśmienitą dawkę dobrej zabawy.

Nasza historia osadzona jest w niedalekiej przyszłości, w roku 2032. W wyniku straszliwego trzęsienia ziemi, całe Tokyo zostało doszczętnie zrujnowane. Na całe szczęście, dzięki hojności organizacji "Genom Corp", bardzo szybko zbudowana zostaje nowa, futurystyczna metropolia, nazwana "Mega Tokyo". Dodatkowo, ta sama organizacja tworzy specjalistyczne androidy zwane "Boomers", które mają pomóc w bezpiecznym rozwoju miasta. Niestety, nie wszystko jest tak różowe, jak mogłoby się wydawać.  Boomery bowiem bardzo szybko zaczynają szwankować i stają się agresywne, przez co stanowią poważne zagrożenie dla mieszkańców Mega Tokyo. Początkowo specjalistyczna Policja AD stara się im przeciwstawić, bardzo szybko okazuje się jednak, że nie jest dostatecznie dobra, by sobie z nimi poradzić. Na całe szczęście, bardzo szybko z pomocą przybywa tajemnicza grupa cybernetycznych wojowniczek do wynajęcia, zwanych "Knight Sabers", które bardzo skutecznie radzą sobie z Boomerami. Dzięki ich śmiałym akcjom, kolejne szalone maszyny są szybko eliminowane i ludność miasta może spać spokojnie... tak przynajmniej mogłoby się wydawać, bowiem bardzo szybko wychodzi na jaw, że Boomery nie są jedynym poważnym problemem, z jakim borykać musi się ludność mieszkająca w Mega Tokyo...  bowiem i sama organizacja "Genom Corp" ma swoje za uszami i coraz bardziej widać, że wcale nie jest tak dobroduszna i bezinteresowna, jak z początku mogło się wydawać.

"Bubblegum Crisis" fabularnie nie jest jakieś nader skomplikowane, szczerze powiedziawszy. Składa się raczej z luźno powiązanych spraw, które powolutku układają się w jedną większą, aczkolwiek nie wybitnie intrygującą układankę. Prostota nie przeszkadza jednak tej historii być wciągającą i przyznać muszę, że kolejne przygody bohaterek śledziłem z dość sporym zainteresowaniem.
Sam pacing też jest całkiem okej. Nic nie dzieje się nader szybko, ani nie ciągnie przez wieki. Widz dostaje również odpowiednią porcję informacji, żeby połapać się w tym, co obecnie dzieje się na ekranie.
Bardzo ładnie prezentuje się w sumie sam świat przedstawiony. Mega Tokyo to ogromna metropolia, borykająca się z wieloma różnorakimi problemami. Od problemu biedniejszych obywateli, przez ataki terrorystyczne, na skorumpowanym rządzie kończąc, wszystkie są wyraziście naświetlone i dają bardzo przejrzysty obraz sytuacji w mieście tym panującej.

Całkiem ciekawie prezentują się również postacie. Każda z bohaterek jest całkiem inna, posiada swój własny, niepowtarzalny charakter i cholernie da się lubić. Priss to twarda chłopczyca, uwielbiająca szybką jazdę na motocyklu oraz głośne koncerty; Nene to urocza, uprzejma, aczkolwiek niezwykle roztrzepana policjantka, znająca się bardzo dobrze na komputerach;  Sylia zaś to elegancka i inteligentna kobieta, będąca również znaną businesswoman. A to zaledwie trzy, z wielu barwnych postaci, jakie przewijają się w tym anime.
Fajnie wypadają też interakcje między postaciami. Ich emocje nie są nazbyt przerysowane a i dialogi, jakie między sobą odbywają, nie sprawiają wrażenia wymuszonych.
Bardzo podobał mi się swoją drogą fakt, że nie ma tutaj tak typowego schematu, że nawet jeśli pojawi się już świetna, twarda i dobrze napisana kobieca postać, to i tak w ostatecznym rozrachunku okazuje się, że gdy przyjdzie co do czego, to ratowana musi być przez zainteresowanego nią faceta. Panienki w BGC potrafią same o siebie zadbać i pomocy z zewnątrz potrzebują bardzo rzadko. Zdecydowanie na plus!

Jeśli o oprawę audiowizualną chodzi, to BGC raczej nie wyróżnia się nadmiernie spośród innych produkcji ze swojego gatunku czy okresu, w którym powstało. Nie jest to jednak coś złego, bynajmniej. Projekty postaci autorstwa Kenichiego Sonody są niezwykle przyjemne dla oka i patrzy się na nie  z przyjemnością. Podobnie sprawa ma się z wszelkimi mechanicznymi projektami, za które odpowiada nikt inny, jak słynny Masami Obari. Bardzo dobrze wypadają także tła - utrzymane w odpowiednich kolorach, pełne detali i zdecydowanie nie wiejące nudą. Animacja również daje radę - jest płynna, pełna śmiałych ujęć i zdecydowanie nie da się narzekać na nudę i schematyczność, jeśli idzie o choreografię starć pomiędzy Knight Sabers a Boomerami. Wyraźnie widać, że animatorzy się do swojej roboty przyłożyli.
Rewelacyjnie wypada również muzyka. Mocne lata 80-te - spodziewać się można zatem świetnych, skocznych kawałków podczas pojedynków oraz przyjemnych, wpadających w ucho wolniejszych piosenek, kiedy akcja nieco zwalnia.
Pochwalić należy również grę aktorską. Emocje bohaterów oddane są bardzo naturalnie, dzięki czemu dialogi między nimi brzmią przekonująco i słucha się ich z przyjemnością. Nie znalazłem w tym anime ani jednej postaci, której głos nie byłby odpowiednio dobrany. Również zdecydowany plus tej produkcji.

"Bubblegum Crisis" polecam zdecydowanie. Ma w sobie ten niesamowity urok lat 80-tych, który działa na mnie po prostu jak magnes. Mamy futurystyczne miasto, mamy świetne projekty mechaniczne, mamy typową dla tego okresu kreskę, zjawiskową animację i świetną muzykę. Bardzo fajnie wypada również świat przedstawiony oraz zamieszkujące go postacie. No i bądź co bądź, jest to już istna klasyka cyberpunku, zatem miłośnicy tego gatunku powinni czem prędzej się z tytułem tym zapoznać, jeśli jeszcze tego nie zrobili.

Typ Anime - Seria OVA
Rok produkcji - 1987
Pełny Tytuł: „Bubblegum Crisis”
 Reżyseria: Fumihiko Takayama, Hiroaki Gouda, Hiroki Hayashi, Katsuhito Akiyama, Masami Oobari
Scenariusz: Emu Arii, Hideki Kakinuma, Hidetoshi Yoshida, Shinji Aramaki, Toshimitsu Suzuki
Muzyka: Kouji Makaino
Gatunek: Cyberpunk, Akcja
Liczba Odcinków: 8
Studio: AIC
Ocena Recenzenta: 8/10

Screeny:








czwartek, 22 maja 2014

Prosciutto, przepyszne prosciutto! Moje królestwo, za prosciutto! - "Mogeko Castle"



Dawno nie wrzucałem tu żadnego growego tekstu. Pora braki nadrobić. Na warsztat bierzemy dziś ciekawą i niezwykle pięknie wykonaną przygodów...właściwie to "Prosciuttówkę", jak to sam autor określa, grę indie stworzoną w programie "RPG Maker VX". Gierka zwie się "Mogeko Castle" i zdecydowanie zaliczyć ją mogę do grona swoich ulubionych "indyków". Ale zacznijmy może od początku...



Główną bohaterką gry jest Yonaka Kurai - typowa gimnazjalistka, która niczym nazbyt szczególnym się nie wyróżnia. Czyli jest to typowa protagonistka indie przygodówek.
W każdym razie, naszą bohaterkę poznajemy w momencie, kiedy wraca pociągiem z szkoły do domu. Jest bardzo podekscytowana, bowiem dziś ma w końcu zobaczyć się ze swoim ukochanym starszym bratem, który do domu przyjeżdża raz na ruski rok. W pewnym momencie jednak, znużona podróżą, dziewuszka zasypia... i budzi się na dziwacznej, opustoszałej i zupełnie nie znanej sobie stacji. Przestraszona oczywiście natychmiast postanawia wsiąść do pociągu i wrócić... niestety, okazuje się to być niemożliwe. W wyniku takiego obrotu spraw, bohaterka postanawia rozejrzeć się po okolicy. A nóż, znajdzie się ktoś, kto wskaże jej drogę powrotną. Po drodze rozgląda się oczywiście dokładnie po całej stacji, w poszukiwaniu wskazówek maści wszelakiej. Jedyne co znajduje jednak, to dziwaczne plakaty, gloryfikujące Prosciutto, oraz kilka automatów z napojami.
Bo krótkim tuptaniu, dziewczynka dociera do pobliskiego lasu. Tam napotyka się na dziwaczne, żółte stworzonko. Przedstawia się jej ono jako "Mogeko". Stworek z początku nie wydaje się mieć wrogich zamiarów i jedynie prawi naszej bohaterce komplementy... w pewnym momencie jednak, pokazuje swoje prawdziwe, niezwykle zbereźne oblicze, kiedy to wzywa swoich ziomeczków i razem postanawiają... "Zabawić się" z Yonaką. Nasza bohaterka spieprza oczywiście co sił w nogach.
Po długiej gonitwie dociera ona do tajemniczego zamczyska, jak się okazuje, zamieszkanego przez spotkane poprzednio stworki właśnie. Jakoże nadal jest ścigana przez tłum Mogeko, nasza bohaterka staje przed trudnym wyborem - albo oleje zamek i rozejrzy się za inną drogą ucieczki, narażając się na pochwycenie przez niewyżyte stworzenia, albo wejdzie do środka, unikając co prawda pościgu, ale ryzykując tym, że tam potworków tych spotka jeszcze więcej. Jak dalej potoczą się losy naszej bohaterki? A to już zależeć będzie tylko i wyłącznie od Ciebie i Twoich decyzji, drogi graczu.





Szczerze powiem, że nie do końca wiem, jak można określić przynależność gatunkową "Mogeko Castle". Z jednej strony bowiem, gra zaczyna się jak typowa indie przygodówka, z drugiej strony jednak podchodzi do tematyki horrorowej z jajem i już w pierwszych minutach gry wyśmiewa większość stereotypowych zagrań; z początku stara się budować odpowiedni, "spooky" klimat, tylko po to, by zaraz obrócić wszystko w śmiech. Trzeba w tym momencie zaznaczyć, iż humor w grze tej jest bardzo mocno rozerotyzowany i obfituje w liczne podteksty seksualne. Nie jest to zatem tytuł dla młodszego odbiorcy.
Prócz seksualnych żartów, natkniemy się także na pierdyliard innych, normalniejszych nieco gagów, nawiązujących m.in do wspomnianego w tytule posta pyszniutkiego Prosciutto. Ba, w grze możemy je nawet kolekcjonować... bez żadnego celu.
 Sądzę, że dlatego właśnie do określenia gatunku gry najlepiej sprawdza się termin "Prosciutto Adventure Game" wprowadzony przez samego autora. Bądź też, używając terminologii normalnej, "Horror Komediowy".
Skoro o autorze już mówimy, to warto wspomnieć o nim trochę więcej. Nowszym fanom gierek indie może być nieznany, jednak zatwardziali fani, miłujący zwłaszcza bardziej niszowe produkcje, powinni go dobrze znać. Za "Mogeko Castle" odpowiada bowiem... "Mogeko", znany również pod pseudonimem "Deep-Sea Prisoner". Twórca takich gierek jak "Wadanohara" czy "The Grey Garden". "Mogeko Castle" to jego pierwsza, bardziej nastawiona na rozgrywkę produkcja. Poprzednie tytuły od tego twórcy bowiem koncentrowały się głównie na historii i realnego gameplayu, takiego jak rozwiązywanie łamigłówek, czy też włóczenie się po ogromnych lokacjach było w nich stosunkowo niewiele.
Fabularnie "Mogeko Castle" nie jest szczerze mówiąc nader skomplikowane. Główna, właściwa ścieżka jest dość prosta i wykminienie, w jaki sposób zdobyć "True End" nie jest wybitnie trudne. Gra ma również co prawda sporą dozę "Bad Endów", jednak również i one nie są nazbyt trudne do odkrycia. Z reguły sprowadzają się do wybrania innej opcji dialogowej, zawrócenia z prostej ścieżki, lub też porozmawiania z odpowiednią postacią.
Wszystko to sprawia, że grę, łącznie ze wszystkimi możliwymi zakończeniami, da się ukończyć spokojnie w przeciągu 3-4 godzin. Nie jest to szczerze powiedziawszy zbyt pokaźny wynik, jak na indie przygodówkę.





Jeśli o bohaterów idzie, to o ile nie są jakoś niesamowicie rozbudowani i dość łatwo ich zaszufladkować, to da się ich naprawdę lubić. Yonaka jest niezwykle sympatyczna, podobnie zresztą jak i pozostałe postacie, z którymi w trakcie gry skrzyżują się jej ścieżki. Choć, może to być po prostu kwestia tego, iż niezmiernie adoruję styl rysunku "Mogeko" *śmiech*.
Zdecydowanie nadmienić trzeba jednak, że interakcje między bohaterami, zwłaszcza tymi głównymi, są bardzo zgrabnie napisane i nie sprawiają wrażenia nader wymuszonych. Bardzo fajnie wypadają również dialogi, jakie między sobą przeprowadzają. Nie raz zdarzyło mi się parsknąć szczerym śmiechem czytając, co to Mogeko wygadują oraz obserwując, jak reaguje na to Yonaka.
Warto wspomnieć także, iż w grze epizodyczne role grają bohaterowie znani z innych tytułów autorstwa "Mogeko".



Rozgrywka jest prosta jak budowa cepa i nie sprawi nam raczej większych problemów. Bohaterką kierujemy za pomocą strzałek, w interakcję z przedmiotami wchodzimy za pomocą klawisza enter itd. Jest to bardzo typowe, dla gier wykonanych w RPG Maker, sterowanie i każdy, kto miał styczność z choć jedną produkcją w nim wykonaną, połapie się weń natychmiastowo.
Zagadki wybitnie trudne nie są i z reguły ograniczają się do "pójdź w miejsce x i porozmawiaj z osobą y". Rzadko kiedy uświadczymy coś trudniejszego. Mnóstwo jest za to elementów zręcznościowych, wymagających od gracza niezłego refleksu.



Jeśli idzie o oprawę graficzną, to "Mogeko Castle" to chyba jedna z najładniejszych indie przygodówek, w jakie dane mi było zagrać. Pełne uroku spritey postaci, ciekawe i rozbudowane lokacje oraz śliczne, narysowane bardzo charakterystycznym stylem avatary postaci, działają zdecydowanie na korzyść produkcji. Bardzo fajnie prezentują się też ilustracje, wyświetlające się w trakcie ważniejszych wydarzeń. Gorzej trochę z muzyką. Nie uświadczymy tutaj raczej zbyt wielu utworów wykraczających poza "Sample" z róznych edycji RPG Makera. Pasują one co prawda do klimatu produkcji, ale miałem nadzieję, iż twórca nie pójdzie na totalną łatwiznę i skomponuje coś sam.
Śmieszny i wart wspomnienia jest swoją drogą fakt, iż poza typowymi krzykami (również wyciągniętymi z sampli RPG Makerowych) i głosami postaci, uświadczymy tutaj... lektora z "Nico Nico Douga". Zatrudniony on został do "odgrywania" roli stworków Mogeko. Przygotujcie się zatem na wypowiadane bardzo charakterystycznym głosem "Mogege".

Czy ogółem rzecz ujmując "Mogeko Castle" warte jest uwagi? A no jest. Nie należy ino spodziewać się gry przełomowej. Do "Ib" czy też "Mad Father" to temu daleko, nie zmienia to jednak faktu, iż przy tytule tym można się naprawdę dobrze bawić. Zdecydowanie warto zagrać również dla absurdalnego chwilami humoru oraz ślicznych ilustracji. Gierka jak wspominałem również nie jest długa, więc nie wykradnie wam zbyt wielu godzin z życiorysu. Jeśli przeszliście już większość bardziej znanych tytułów i nadal mało wam indie przygodówek, możecie się jak najbardziej za "Mogeko Castle" łapać.
Swoją drogą, w produkcji jest już "Mogeko Castle Gaiden", osadzone w tym samym uniwersum, koncentrujące się jednak na innych postaciach. Nic tylko czekać~.

OCENA KOŃCOWA:
Grafika: 10/10
Muzyka: 5/10
Grywalność: 8/10
Fabuła: 7/10

Na sam koniec, ilustracja autorstwa "Deep-Sea Prisoner". Polecam poszukać sobie jegomościa na Facebooku, lub też na tumblrze (przetłumaczony na angielski). Ma niezwykle charakterystyczny, sympatyczny styl rysunku, który całkowicie mnie sobie zaskarbił.