środa, 25 listopada 2015

Bostońskie Wojaże Hrabiego Drakuli - "Dracula: Sovereign of the Damned" (1980)

Wampiry niemal od zawsze były popularnym tematem w kinematografii. Pierwszy poświęcony im film - "The Secrets of House No. 5" - nakręcony został już w roku 1912. Już 8 lat później powstała pierwsza filmowa adaptacja słynnej książki Brama Stokera - "Dracula's Guest". Niestety jednak, nie zachowała się jej żadna kopia. W roku 1922 nakręcony został jeden z najsłynniejszych wampirzych filmów w historii - "Nosferatu: Symfonia Grozy". Oprócz niego powstało jeszcze później wiele produkcji poświęconych krwiopijcom, z których warto wspomnieć takie tytuły jak "Wywiad z Wampirem", "Dracula", czy też "Nieustraszeni Pogromcy Wampirów", z tych zabawniejszych. Z bardziej znanych mang oraz anime o tej tematyce wyróżnić wypada zaś "Vampire Hunter D" oraz "Hellsing".
To nie im jednak poświęcony będzie dzisiejszy tekst. O nie. My przyjrzymy się produkcji podchodzącej do opowieści o legendarnym krwiopijcy z Transylwanii w sposób bardzo... specyficzny. Produkcji, która u nas jest jeszcze dość obskurna, ale za granicą dorobiła się już na dobrą sprawę miana kultowej i bardzo często wyświetlana jest na konwentach. Na warsztat bierzemy dziś jedną z najbardziej (nie)sławnych adaptacji marvelowskich komiksów - "Dracula: Sovereign of the Damned".

Nasza historia zaczyna się w momencie, gdy legendarny wampir - Hrabia Drakula - wparowuje do opuszczonego, bostońskiego kościoła, w którym odbywa się satanistyczny rytuał. Krwiopijca robi wielki ambaras, po czym porywa dziewicę, która miała być ofiarą dla samego księcia ciemności i odlatuje w siną dal. Nasz bohater chce z początku oczywiście zatopić kły w jej bladej szyi i pożywić się jej świeżą krwią, jednak ku swemu własnemu zdumieniu... zakochuje się w niej i postanawia uczynić ją swoją wieczną małżonką. Niedługo potem na świat przychodzi owoc ich miłości - mały Janus. Wampirze małżeństwo nie będzie mogło jednak w spokoju wychować swojego potomka. Zdrowo wkurzony Lucyfer bowiem dopomina się o swoje i nieustannie nasyła na hrabiego swoich popleczników, a jakby tego było mało, wkrótce okazuje się też, że na tropie naszego bohatera jest cała drużyna pogromców wampirów. Drakula będzie musiał zatem nieustannie stawiać czoła kolejnym, coraz potężniejszym przeciwnikom, starając się w tym samym czasie chronić swoją nową rodzinę. Czy podoła?

Na podstawie tego krótkiego streszczenia wydawać by się mogło, że będziemy mieli do czynienia z ciekawą i emocjonującą opowieścią, w której to dla odmiany to transylwański hrabia jest tym dobrym. Niestety (a może "stety"?), ze względu na to, jak nieumiejętnie jest to wszystko przedstawione, robi się z tego raczej niezamierzona, durnowata komedia, która nieustannie wywołuje u widza uśmiech politowania, albo też nawet przyprawia go o napady histerycznego śmiechu. Przykładowo, już na samym początku filmu dostajemy sceny, w których Drakula wysysając ludzi zamienia ich w... Smerfy. Potem znowuż uraczeni zostajemy sceną, w której sędziwy pogromca wampirów na wózku inwalidzkim, popychany przez swoją pielęgniarkę, wywija szpadą, usiłując pogonić pewnego młodziana. A czy wspomniałem już, że nikt jakoś nie wydaje się przejmować tym, że Drakula, ze szpiczastymi uszami i ubrany w swój charakterystyczny płaszcz (podobnie jak i jego małżonka), wbijają na obiad do najpopularniejszej w mieście restauracji? A to jeszcze małe piwo! Potem mamy jeszcze okazje zobaczyć, jak pozbawiony swoich mocy Drakula, zmuszony jest okradać losowych przechodniów i przeznaczać ich ciężko zarobione pieniądze na... hamburgery. Nie, serio! To prawdopodobnie jedyny film, w którym widziałem jak wampir wpieprza ze smakiem burgera. Całej historii absurdu dodaje jeszcze fakt, że osadzona jest nie w strasznej  mrocznej Transylwanii, a żywym, kolorowym Bostonie. No i są jeszcze wybornie kretyńskie, pozbawione sensu dialogi, które swoją głupotą sprawiają, że te z "Elfen Lied" brzmią jak faktycznie sensowne i inteligentne wywody. Wszystko to sprawia, że Dracula jest filmem wręcz idealnym na głupawkowe popijawy z kumplami. Pamiętam, że miałem przyjemność oglądać go po raz pierwszy, wraz ze społecznością popularnej satyrycznej strony - "Encyclopedia Dramatica" - podczas jednego z ich wieczorków z najgorszymi anime. Dzięki komentarzom innych widzów oraz samej ogromnej głupocie filmu, ryczałem ze śmiechu tak mocno, że ledwo łapałem oddech, a żebra i brzuch bolały mnie potem przez kilka dobrych dni.
Jak nietrudno się domyślić, postacie są równie durne, co sama historia. Zwłaszcza Dracula, starający się udawać śmiertelnie poważną i tragiczną postać, serwując przy tym pokaz ostro przejaskrawionych emocji sprawiał, że płakałem ze śmiechu. Podobnież jego niekompetentni przeciwnicy, których nieudolne plany i ataki wywoływały u mnie tak histeryczny śmiech, że aż z sąsiedniego pokoju przyszedł współlokator, by zobaczyć czy wszystko w porządku.

Oprawa graficzna jest okropnie tania i brzydka, co jeszcze bardziej potęguje niezamierzoną śmieszność tej produkcji. Pokraczne ruchy bohaterów w połączeniu ze zbyt sztywną, albo przesadzoną mimiką potrafią sprawić, że napój który pijecie, bardzo szybko trafi na ekran waszego komputera. Podobne działanie mają także same projekty postaci, które są albo do przesady paskudne i groteskowe, albo do przesady wyidealizowane, tak że przypominają kilkukrotnie przepakowanych bohaterów amerykańskich komiksów. Tła są z reguły utrzymane w nudnych, ciemnych barwach. Do tego stopnia, że momentami na ekranie kompletnie nic nie widać. Zdarza się jednak kilka takich, na które miło jest popatrzeć.
Muzyka zaś? Szczerze mówiąc jest tak niezauważalna, że natychmiast ginie gdzieś tam w tle i nie jestem w stanie przypomnieć sobie brzmienia nawet jednej piosenki. Prawdziwą gratką jest tu jednak gra aktorska, zwłaszcza ta ze ścieżki anglojęzycznej. Aktorzy wczuli się w swoje postacie aż do przesady i każdą swoją wypowiedź akcentują z tak wielkimi impetem i dramaturgią, że słuchając ich ciężko nie parsknąć szczerym śmiechem. Zwłaszcza pełne patosu przemowy głównego bohatera potrafią przyprawić o ból brzucha. Przekomicznie brzmią też wszystkie wampirze ryki i syki, czy inne onomatopeje. Z reguły jestem zwolennikiem oryginalnych ścieżek dźwiękowych, ale Dracula jest jednym z tych nielicznych przypadków, gdzie całym sercem opowiadam się po stronie angielskiego dubbingu. Jest po prostu tak cudownie zły, że aż dobry.

Widziałem wiele okropnie złych anime, ale "Dracula" bez większego problemu deklasuje je wszystkie i od długiego czasu zajmuje "chwalebne" miejsce mojego ulubionego guilty pleasure. Ten film jest po prostu tak cudownie głupi i niezamierzenie zabawny, że dostarcza mi mnóstwa głupawki i rozrywki za każdym razem, gdy go oglądam. I nie ważne, że widziałem go już tyle razy, że znam go już na pamięć. Zawsze bawię się na nim równie dobrze, co za pierwszym razem. Ba! Pałam do tego filmu taką miłością, że zabieram go ze sobą na praktycznie każdy konwent i często przejmuję nudne, nocne panele, i puszczam go znudzonym uczestnikom. Ożywiają się niemal natychmiast i rżą jak durni. Zwłaszcza gdy odpalę specjalnie spreparowane polskie napisy, wykonane przez autotłumacza YouTube, które czynią dialogi jeszcze bardziej absurdalnymi. Film ten stał się już na dobrą sprawę ulubioną bajką aktywniejszej części poznańskiego fandomu. Kto wie, czy za parę lat, dzięki naszemu forsowaniu, nie stanie się równie lubiany w pozostałych rejonach kraju. Wypatrujcie nas na konwentach!

Typ Anime - OVA
Rok produkcji - 1980
Pełny Tytuł: „Yami no Teio: Kyuuketsuki Dracula” ("Dracula: Sovereign of the Damned")
 Reżyseria: Minoru Okazaki
Scenariusz: Tadaaki Yamazaki
Muzyka: Seiji Yokoyama
Gatunek: Horror, Dramat, Komedia
Liczba Odcinków: 1
Studio: Toei Animation
Ocena Recenzenta: 2/10

Screeny:






piątek, 13 listopada 2015

Wielkie roboty i idolki z Biedastanu - "Venus Project: Climax" (2015)

Kim są idolki wie chyba każdy, kto popkulturą Kraju Kwitnącej Wiśni interesuje się dłużej, niż te kilka miesięcy "inicjacji". Śliczne, wystrojone w najróżniejsze fikuśne kreacje gwiazdki, swym urokiem oraz głosami zdobywają całe rzesze fanów, nie tylko nihońskich i można powiedzieć, że są prawdziwym fenomenem popkulturowym. Ba, ciapońskie idolki pojawiają się już nawet nie tylko na japońskich eventach, ale jeżdżą także po całym świecie. Jedna przyjechała nawet ostatnio do Polski i dała popis na tegorocznym Japaniconie.
Nic dziwnego zatem, że o idolkach powstało mnóstwo bajek. Trochę lepszych, trochę gorszych oraz kilka takich, które są tak złe i głupie, że jakimś cudem człowiek świetnie się przy nich bawi. Taką właśnie produkcją jest "Venus Project Climax" z poprzedniego sezonu. Seria którą podniosłem przez całkowity przypadek, a która dostarczyła mi mnóstwa rozrywki.

Formula Venus to popularny show, w którym idolki z całego świata rywalizują ze sobą o tytuł najlepszej na świecie. Za pomocą specjalnego oprzyrządowania ich umiejętności, mierzone za pomocą wykonywanych piosenek, przyjmują formy wielkich wirtualnych robotów i ścierają się ze sobą na cyfrowych arenach.
Wielką fanką show jest główna bohaterka serialu - Hara Eriko. Po tym, jak zostaje oczarowana przez finałowy występ dwóch najsłynniejszych w branży idolek, sama postanawia spróbować swoich sił w tym biznesie. Zaczyna zatem ciężko trenować, by pewnego dnia, podobnie jak jej idolki, stanąć na scenie. Jej umiejętności i determinacja szybko zostają dostrzeżone przez profesjonalną agencję, która postanawia spełnić jej marzenie i uczynić z niej prawdziwą gwiazdę. Droga do sławy nie będzie jednak prosta - Eriko szybko przekona się, jak wiele trudu i poświęceń potrzeba, by osiągnąć sukces w tym biznesie.

Zacznijmy może od tego, że Venus Project Climax było chyba tą serią, która w sezonie letnim zaskoczyła mnie najbardziej. Nie dlatego, że jest jakaś specjalnie dobra (och, wręcz przeciwnie), ale dlatego że okazała się być czymś całkiem innym niż się spodziewałem. Odpalając serial liczyłem na kolejną typową serię o wystrojonych w pstrokate sukienki, tańczących dziewczątkach, a tu nagle w pierwszych sekundach odcinka dostaję... wielkie roboty. I to nie byle jakie wielkie roboty, a całkiem fajnie zaprojektowane, ruszające się jak coś co wyszło spod rąk samego Obariego maszyny! Rakietowe pięści latały, wszystko wkoło eksplodowało, a feria barw zalewała ekran. A to wszystko okraszone jeszcze całkiem ładnymi, fajnie ruszającymi się dziewczątkami. I mimo że wyraźnie było widać, że produkcja nie ma zbyt wielkiego budżetu, tak pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne.
Jako że część animowana (bo jest też z aktorami, więcej za chwilę) VPC składa się z zaledwie 6 epizodów, ciężko mówić tutaj o jakiejś bardziej rozbudowanej historii. Otrzymujemy dość typową, trywialną i króciutką opowiastkę o rywalizacji, przyjaźni i pokonywaniu własnych słabości. Praktycznie wszystkie wątki i pomysły pojawiające się w bajce zostały już przedstawione (często w dużo lepszy sposób) w innych produkcjach. I choć samo zakończenie nie jest tak do końca stereotypowe, to sam "morał" z niego płynący już jak najbardziej.
Same bohaterki też jakoś specjalnie nie powalają. Wszystkie występujące w serii dziewczątka to bardzo jednowymiarowe postacie, będące prostymi kalkami najbardziej typowych dla chińskich bajek charakterów. Na plus jednak można zaliczyć ich różnorodność. I tak Eriko to energiczna, acz dość głupiutka nastolatka o złotym sercu i żołądku bez dna; Miu to ułożona i spokojna dziewczyna z dobrego domu, mocno wyczulona na punkcie swojej wagi; Horusu znowuż to typowa cycata, dojrzała kobita, celująca w spodnie miłośników krągłych kobiet, a Ruka to sztandardowy przykład cichej i zamkniętej w sobie Goth Lolity, mającej przyciągnąć do ekranu loliconów. Właściwie nie będzie przesadą stwierdzenie, że każda z bohaterek jest przykładem innego fetyszu i powstała głównie po to, aby pobudzać fantazje dojrzewających chłopców. Tym bardziej, że show nie ukrywa, że celuje właśnie w tą grupę odbiorców i serwuje bardzo duże ilości fanserwisu. W praktycznie każdym epizodzie mamy podskakujące piersi, odsłonięte brzuchy, niewybredne żarty, czy też sceny pod prysznicem. I o ile z reguły nadmierne używanie tego typu zagrywek mnie mocno żenuje, tak tutaj niezmiernie mnie bawiło. Głównie dlatego, że było to tak kretyńskie i wymuszone, że ciężko było mi nie prychać co chwilę, widząc jak twórcy nieustannie próbują bombardować widza cycami i pupami, wywołując skutek całkowicie odwrotny do zamierzonego. Ale wiecie co? To tam jeszcze pół biedy! Jeszcze bardziej skisłem z tego, jak w bajce tej przedstawiono Rosję. Brudny, biedny, wyniszczony gospodarczo kraj, w którym jedyną nadzieją na lepsze jutro dla mieszkańców są piosenki i wywijanie tyłkiem roznegliżowanej nastolatki. Jeszcze większego absurdu temu obrazkowi dodaje fakt, że Rosję nazwano tutaj "Pooristan". Nie, nie żartuję. Nie powinno was dziwić zatem, że dostawałem ataków histerycznego śmiechu, za każdym razem gdy menedżer Ruki, ze śmiertelną powagą przypominał jej nieustannie, że musi wygrać by ratować Biedastan, albo gdy też ona sama w swych monologach wspominała, że musi to zrobić dla swoich kochanych pobratymców.

Oprawa audiowizualna to straszna bieda. Choć same projekty dziewcząt całkiem mi się podobały - głównie dlatego że nie dominują tu wychudzone płaskie lolity, a krągłe, dobrze zbudowane dojrzałe kobiety - tak już to, jak często były one przez animatorów zniekształcane, niekoniecznie. Cycki i pupy rosną i maleją, twarze przyjmują dziwne grymasy, wzrost postaci nieustannie się zmienia, a jakby tego było mało, nawet na tzw. "panning shots" (pojedynczy duży obrazek, pokazywany przez przemieszczającą się wertykalnie lub horyzontalnie kamerę) można było dopatrzeć się wpadek w postaci źle sklejonego obrazu, przez co dochodziło do delikatnych przesunięć i dalszy ciąg ręki czy uda nie zawsze był tam, gdzie być powinien. Animatorzy nie wiedzą też chyba, jak działają ubrania, bowiem gdy jedna z idolek - cheerleaderka - podnosiła giry wysoko do góry, to jej spódniczka jakimś cudem nie podnosiła się i nie pokazywała bielizny. No, chyba że to kwestia tego, że technologia poszła w tej bajce tak bardzo do przodu, że powstały już spódnice na tyle sztywne, ale jednak wygodne, że dziewczyny nie muszą się martwić przy machaniu girami, że nie daj Bóg ktoś zobaczy ich ulubione pasiaste majteczki.
Roboty cierpią na dokładnie ten sam problem. Choć ich projekty są całkiem fajne, tak znowuż bardo często zostają spieprzone przez animatorów. A to zmienią im się nagle kolory, a to ktoś zapomni im narysować jednej nogi, a to nagle się przeteleportują, mimo że takiej zdolności nie mają, etc.
Tła jako jedyne dają radę. Strasznie biedne są jednak tzw. "eyecatche" (pojawiające się w połowie odcinka plansze, występujące najczęściej przed przerwą na reklamę). Ograniczone zostały do kilku prostych plansz, na których znajduje się średniej jakości ilustracja z jedną idolek, oraz niedbale wklejone logo serii.
Muzyka? Bardzo typowe j-pop i elektronika. Żaden z kawałków nie zapadł mi raczej zbytnio w pamięć. Nawet opening jest mocno taki se i chyba tylko jeden jego moment jakoś bardziej mi się spodobał. Poza pierwszym starciem robotów ma jednak zdecydowanie najlepszą animację w całej bajce.
Głosy postaci? Raczej okej, nic specjalnego. Jednak Eriko koszmarnie mnie swoim głosem drażniła. Uderza on momentami w tak nieprzyjemne dla ucha tony, że aż się krzywiłem. Jak ktoś z takim głosem mógł zostać idolką, nie wiem, ale to przecież nie największy absurd w VPC.

VPC jest produkcją okropnie durną i słabą. Wygląda strasznie tanio, mimo bycia bajką o idolkach nie zachwyca muzyką a i trudno doszukiwać się weń głębszej fabuły, lub też ciekawiej skonstruowanych postaci. A jednak mimo wszystko bawiłem się nań całkiem dobrze. Jest to seria tak masakrycznie tania i głupia, że aż zabawna. Podobnie jak "Krzyż Endżu", czy też Ginguiser jest to seria idelna na głupawkową popijawę z kumplami. Na chwilę obecną zdecydowanie moje ulubione Guilty Pleasure tego roku.

Typ Anime - Seria Telewizyjna
Rok produkcji - 2015
Pełny Tytuł: „Venus Project: Climax”
 Reżyseria: Takehiro Nakayama
Scenariusz: Gou Zappa
Gatunek: Komedia, Ecchi, Dramat, Super Robot
Liczba Odcinków: 6
Studio: Nomad
Ocena Recenzenta: 4/10

-Jak wspomniałem, zaledwie 6 odcinków serii to faktyczna bajka. Reszta epizodów to reality show z prawdziwymi japońskimi idolkami. Jest on jednak jeszcze słabszy, niż odcinki animowane, dlatego zapoznanie się z nim polecam tylko wielkim miłośnikom idolek

-Serial powstał jako reklama dla gry wideo pod tym samym tytułem. Gościnnie pojawiają się weń nawet jej bohaterki.

Screeny:







wtorek, 27 października 2015

WANEKO WYDAJE "ADOLF NI TSUGU"!!

O mój Boże, nie wierzę że to się dzieje. Kilka dni temu cieszyłem się jak głupi, bo JPF zapowiedziało że wyda jedną z moich ulubionych mang z 70's - fantastyczą "Różę Wersalu". A dziś, po powrocie z zajęć na uczelni czytam, że Waneko również szykuje świetny staroszkolny tytuł, w dodatku od samego Boga Mangi Osamu Tezuki - genialne "Adolf ni Tsugu", które uważane jest za najwspanialsze dzieło tego mangaki. Jest to również zdecydowanie mój ulubiony tezukowski komiks, co tym bardziej sprawia, że raduję się jak głupi. "Adolf ni Tsugu" opowiada historie 3 różnych Adolfów, których losy zostają splecione za sprawą pewnego incydentu w trakcie Igrzysk Olimpijskich w Berlinie, w sierpniu 1936 roku. Trzej Adolfowie to pół-niemiec pół-japończyk - Adolf Kauffman; żyd niemieckiego pochodzenia - Adolf Kamil; oraz najbardziej znany historii nosiciel tego imienia, który wkrótce doprowadzi do wybuchu wielkiego konfliktu znanego jako druga Wojna Światowa - Adolf Hitler. Komiks zostanie wydany jak dwa olbrzymie zbiorcze tomiszcza w grubej oprawie. Każde z nich kosztowało będzie 60zł. Ponownie zatem dostajemy fantastyczne wydanie, w bardzo uczciwej cenie. Pierwszy tom ukazać ma się w kwietniu przyszłego roku. Pre-ordery już ruszyły.
Nie mam pojęcia, czemu polskie wydawnictwa zaczęły nam nagle na potęgę wydawać fenomenalne staroszkolne komiksy, ale nie narzekam. Lepsze to, niż masa syfu jakim raczyły nas w ostatnich latach. Zwłaszcza Waneko wychodzi w końcu na prostą i po latach posuchy wydaje już trzeci, naprawdę godny polecenia tytuł.

środa, 21 października 2015

"RÓŻA WERSALU" W POLSCE!

Kolejna dawka starociotowych newsów - dosłownie przed chwilą JPF oficjalnie potwierdziło, że wyda nam fantastyczną mangę z lat 70-tych - słynną na całym świecie "Różę Wersalu" Riyoko Ikedy, uważaną za najwspanialszy klasyk gatunku oraz swoistego protoplastę wielu późniejszych serii. Historia przedstawiona w komiksie rozgrywa się w czasach Rewolucji Francuskiej i opowiada o losach Oscar François de Jarjayes, córki sławnego francuskiego generała, która od najmłodszych lat wychowywana była jak chłopiec, gdyż w rodzinie brakowało męskiego potomka. Gdy Francja i Austria zawierają przymierze, naszej bohaterce zostaje powierzone zadanie ochrony Marii Antoniny, która przybyła do Francji by poślubić księcia Ludwika XVI. Komiks jest mocno oparty na faktach historycznych i z powodzeniem może służyć jako lektura uzupełniająca, jeśli jesteście zainteresowani okresem Rewolucji Francuskiej.
Manga zostanie wydana u nas w przyszłym roku jako "Mega Manga". Wszystkie 10 tomów zebranych zostanie w 3 olbrzymie zbiorcze tomiszcza, w formacie A5 z kolorowymi stronami. JPF zapowiada także liczne inne dodatki. Cena pierwszego tomu wynosić będzie 63zł, co jest naprawdę świetną ceną za tak duże, piękne wydanie.

Zdecydowanie polecam! Ja już chomikuję kasę~ W międzyczasie zachęcam was także do obejrzenia serii anime, która jest niemal równie dobra, co komiksowy pierwowzór.


piątek, 16 października 2015

Czarnoksiężnik awanturnik na tropie straszliwego smoka - "Majutsushi Orphen" (1998)


Jak wyobrażacie sobie postać czarnoksiężnika? Zapewne jest to sędziwy starzec w okolicach 80-tki, z dłuuuugaśną brodą i twarzą pokrytą licznymi zmarszczkami i kurzajkami. Jego nos jest szpiczasty, a ręce powinny mieć jak najdłuższe palce, zakończone równie długimi paznokciami. Ubiór jego składa się z długiej, brunatnej (lub granatowej przystrojonej w gwiazdki) togi oraz szpiczastej czapki. Bonusowe dodatki to gruba księga zaklęć w jednej ręce, oraz różdżka/kostur w drugiej. Czarnoksiężnik idealny!
Japończycy stwierdzili jednak, i całkiem słusznie, że taki wizerunek mistrza magii jest już zdrowo przereklamowany i postanowili go zmienić. Bohater omawianej dziś bajki nie jest sędziwym staruchem, ale młodym i przystojnym mężczyzną. Co więcej, od typowego czarnoksiężnika różni się także charakterem i podejściem do życia.

Poznajcie Orphena - młodego, utalentowanego, acz nieco leniwego czarnoksiężnika awanturnika. Nasz bohater podróżuje po świecie ścigając straszliwą bestię znaną jako "Bloody August". Ten olbrzymi smok terroryzuje każdą krainę w jakiej się pojawi i nikt nie jest w stanie go powstrzymać. Jedyną bronią zdolną go pokonać jest legendarny Miecz Baltanders. W poszukiwaniu tego potężnego artefaktu Orphen przybywa do miasta Totokanta, gdzie poznaje niejakiego Majica - młodego chłopca, który od zawsze marzył o zostaniu potężnym czarnoksiężnikiem. W zamian za możliwość zatrzymania się w należącej do jego ojca tawernie, nasz bohater zgadza się zostać jego mistrzem. Niedługo potem udaje im się zlokalizować legendarny Miecz Baltanders. Okazuje się być on w posiadaniu ślicznej, acz niezwykle rozkapryszonej dziewczyny - Cleao - która otrzymała go jako prezent od swojego ojca. Zanim Orphen zdąży jednak w ogóle spróbować przekonać dziewczę, by pozwoliło mu pożyczyć czarodziejski miecz, na mieścinę napada "Bloody August" i cała sytuacja się komplikuje. Jak się bowiem okazuje, monstrum jest tak naprawdę ukochaną Orphena, która przybrała tę szkaradną postać w wyniku nieudanego rytuału, a jedynym, co może przywrócić jej normalną postać, jest właśnie Miecz Baltanders...

"Majutsushi Orphen" nie jest jakimś niezwykle świeżym, czy też przełomowym anime. Serwuje raczej dość typową opowieść, jednak zaskakuje tym, w jak umiejętny robi to sposób. Twórcy bardzo zręcznie operują sztandarowymi dla gatunku wątkami oraz schematami, od czasu do czasu próbując nawet podejść do nich od nieco innej strony, dzięki czemu całość ogląda się naprawdę przyjemnie. Tak, seria jest przewidywalna i zdarzają się słabsze epizody, jednak nie są to tak straszne problemy, by całkowicie zniwelować to, co bajka robi dobrze. Przygody bohaterów są bowiem naprawdę fajne i wciągające. Samo zakończenie również wypada całkiem nieźle i zgrabnie domyka praktycznie wszystkie wątki, nie będąc równocześnie aż tak kliszowym, jak w wielu innych seriach. Humor i żarty zaś są faktycznie zabawne i polegają głównie na żartach sytuacyjnych oraz umiejętnie stosowanej grze słów. Dla miłośników bardziej typowego, slapstickowego humoru także coś się znajdzie.
Co do bohaterów - najlepiej wykreowaną postacią jest zdecydowanie Orphen, który nie dość że jak na czarnoksiężnika jest dość nietypowy, to jeszcze wyróżnia się całkiem fajną osobowością, która nie ogranicza się do jednej przerysowanej cechy. Dzięki temu bardzo szybko zyskuje sobie sympatię widza i sporo przyjemności sprawia obserwowanie, jak wchodzi w interakcję z innymi bohaterami. Całkiem fajnie prezentuje się również były mistrz bohatera - niejaki Childman - który okazuje się być całkiem innym człowiekiem, niż na początku jest nam sugerowane. Niestety jednak, pozostali bohaterowie to już raczej mocno stereotypowe ludziki. Majic to niewinny, niezdarny chłoptaś; Cleao to zakochana w głównym bohaterze złośnica; Dortin i Volkan zaś to typowy duet głuptaków, mający rozładowywać napięcie, coby seria nie zrobiła się za ciężka. Da się ich lubić, ale nikt z nich nie przechodzi żadnego poważniejszego rozwoju, co najwyżej pojawiają się u nich drobne zmiany w charakterze pod sam koniec serii.

Oprawa wizualna jest strasznie oszczędna, zwłaszcza gdy porównamy ją z innymi bajkami z tego okresu. Choć projekty postaci, zwłaszcza kobiecych, są bardzo szczegółowe i miłe dla oka (Cleao to jedna z najładniejszych 90's dziewczynek) tak już cała reszta wypada co najwyżej przeciętnie. W oczy rażą zwłaszcza kiepsko zanimowane walki - zaklęcia są słabo przedstawione i brak im efekciarstwa znanego choćby ze "Slayers" - oraz liczne statyczne ujęcia, w których poruszają się jedynie usta bohaterów. Bardzo często dochodzi też do sytuacji, gdzie przez dłuższy czas cały kadr zajmują twarze bohaterów, a tła zastępowane są przez całkowicie czarne plansze. Wszystko to kłuje w oczy tym bardziej, gdy człowiek przypomni sobie, jak dużo ładnych bajek pochodzi z tego roku - "All Purpose Cultural Cat Girl Nuku Nuku", "Initial D The First Stage", "Jin-Rou", "Outlaw Star", czy też "Serial Experiments Lain". Jedynym epizodem, który wykonany został na poziomie i do którego nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń to ostatni. Świetnie wyreżyserowany, cudnie zanimowany i obfitujący w wiele fajnych ujęć i efektów. Widać, że pochłonął większość budżetu bajki.
Bardzo dobrze prezentuje się jednak muzyka. Choć nie są to raczej utwory zapadające na długo w pamięć, to bardzo dobrze spełniają swoje zadanie, jakim jest budowanie klimatu oraz podkreślanie atmosfery rozgrywających się na ekranie wydarzeń. Pochwalić należy też fantastyczne openingi i endingi - skoczne, rytmiczne i niesamowicie wpadające w ucho. Zwłaszcza pierwszy opening - "Ai Just on my Love" - oraz drugi ending - "Doushiyo" - wryły mi się na stałe w pamięć i bardzo często przyłapuję się na nuceniu ich w drodze na uczelnię.
Gra aktorska wypada niestety dość średniawo. Jest kilka postaci, które brzmią świetnie i przekonująco, jak na przykład Orphen czy Cleao, ale znajdą się też takie, których głosy są po prostu okropne. Majic najlepszym przykładem - strasznie lubię wcielającą się w niego Minami Omi (Hoshino Ruri z "Martian Successor Nadesico", Yumizuka Satsuki z "Melty Blood") ale tutaj brzmi ona po prostu okropnie i masakrycznie kaleczy swym głosem uszy.

"Majutsushi Orphen" nie jest anime pozbawionym wad. Graficznie nie powala, a i większość postaci nie należy do specjalnie odkrywczych. Nadal jest to jednak całkiem sympatyczna bajka, którą przyjemnie ogląda się w odskoczni od czegoś ambitniejszego. Jeśli nie jesteście wybitnymi bajko-oglądaczami o niesamowicie wygórowanych wymaganiach i nie popadliście jeszcze w przesadny elityzm, to powinniście się na "Orphenie" całkiem dobrze bawić. Nie oczekujcie po nim tylko jakiejś super opowieści. Potraktujcie go po prostu jako fajną przygodówkę.


Typ Anime - Seria Telewizyjna
Rok produkcji - 1998
Pełny Tytuł: „Majutsushi Orphen” ("Sorcerous Stabber Orphen")
 Reżyseria: Hiroshi Watanabe
Scenariusz: Masashi Kubota, Mayori Sekijima
Muzyka: Hatake
Gatunek: Fantasy, Komedia, Dramat
Liczba Odcinków: 24
Studio: J.C. Staff
Ocena Recenzenta: 6/10

-Warto wspomnieć, że pomiędzy "Orphenem" a "Slayers" powstał cross-over w formie radiowego słuchowiska. Niestety, do tej pory nie został on przetłumaczony, a szkoda, bowiem spotkanie Orphena z Liną z pewnością musi być bombowe.

Screeny:








środa, 7 października 2015

Wierz w sprawiedliwość i miej determinację do pięści! - "Senki Zesshou Symphogear GX" (2015)

Symphogear to zdecydowanie jedna z moich ulubionych, bardziej współczesnych serii. Choć pod względem fabularnym jest masakrycznie głupkowata i dziurawa, tak dzięki przesympatycznym postaciom, świetnym piosenkom, fantastycznie wyreżyserowanym potyczkom i licznym nawiązaniom do robobajek, filmów akcji oraz gier z serii "Wild Arms" rozkochała mnie w sobie całkowicie i nie żałuję ani jednej sekundy, jaką przeznaczyłem na jej oglądanie. Nic zatem dziwnego, że kiedy oficjalnie potwierdzono że doczeka się trzeciego sezonu, nie byłem w stanie opanować swojego podekscytowania. Wraz z resztą zio/m/eczków dostawaliśmy, kolokwialnie mówiąc, jednego wielkiego pierdolca, snując coraz to kolejne domysły na temat tego, co w sezonie trzecim się wydarzy, z jakimi nowymi przeciwnikami dziewczyny będą musiały się zmierzyć oraz do jakich robobajek tym razem twórcy będą puszczać oko. Nasza ekscytacja wzrosła jeszcze bardziej, kiedy dostaliśmy oficjalną datę emisji - lato 2015. Wszyscy wspólnie zaczęliśmy wtedy szykować wszystkie nasze symphogadżety i odliczać dni do premiery... No i w końcu nadszedł ten tak bardzo wyczekiwany dzień - czy GX sprostało naszym oczekiwaniom? Czy dostarczyło tyle samo frajdy co poprzednie serie? No cóż...

Po tym jak nasze "Śpiewające Gundamy" pokonały szalonego Dr.Vera i jego Nephilim oraz raz na zawsze pozbyły się Noise, wszyscy sądzili że to koniec kłopotów i że Ziemi nic poważnego już nie zagraża. Symphogear nie byłby jednak Symphogearem, gdyby nagle nie pojawił się jakiś kolejny maniak chcący zrzucić nieszczęsny Księżyc na naszą błękitną planetę. Po krótkim okresie spokoju centrum dowodzenia S.O.N.G. wykrywa w okolicach Yokohamy energię podejrzanie podobną do tej emitowanej przez Noise. Okazuje się ona  należeć do niejakiej Carol - potężnej, choć wyglądającej jak dziewięciolatka alchemiczki -oraz jej trzech wiernych lalek. Dziewczę nie pierniczy się z naszymi bohaterkami i od razu powala Hibiki na ziemię, obwieszczając równocześnie, że jej celem jest zniszczenie świata wraz ze wszystkimi jego cudami, tak jak przykazał jej ojciec, zanim został spalony na stosie za zabawy z alchemią. Nasze waleczne trio ma zatem znowu pełne ręce roboty. Tym razem mogą jednak liczyć na wsparcie trójki antagonistek z poprzedniej serii - Marii, Kiriki oraz Shirabe. Czy wspólnymi siłami uda im się pokrzyżować maniakalne plany Carol i po raz kolejny ocalić świat? 

Tak, historia jest mocno sztampowa i naciągana, ale to w przypadku Symphogeara zawsze było normą. Siła tej serii, jak wspomniałem, leży w postaciach, piosenkach i bataliach. I pod tym względem pierwsze 6 odcinków GX wypada fantastycznie - na sam początek dostajemy emocjonującą scenę przechwycenia wahadłowca, zakończoną wykonanym na nim przez Hibiki suplexem; zaraz potem Hibiki w widowiskowy sposób ratuje ludzi z płonącego budynku, śpiewając przy tym utwór do złudzenia przypominający jedną z piosenek z "Wild Arms"; jeszcze później dochodzi do pełnego efekciarstwa i emocji pierwszego starcia z lalkami, zakończonego świetnym plot twistem; a wszystko to zwieńczone świetną sceną pierwszej poważnej potyczki z Carol, podczas której bohaterki aktywują nowy specjalny tryb i przezwyciężają ostatecznie swoje problemy z poprzedniej serii. A to wszystko przeplatane jeszcze fajnymi scenami obyczajowymi, podczas których dziewczęta razem bawią się na pidżama party oraz gotują. Ogółem dostajemy wszystko to, co czyni Symphogeara Symphogearem... a potem, od siódmego odcinka wszystko zaczyna się sypać. Najpierw, miast obowiązkowego training montage, dostajemy strasznie słaby odcinek plażowy, do którego ktoś jeszcze postanowił wepchnąć byle jaką walkę oraz wyzerować charaktery dziewcząt, przez co znowu zaczynają one zmagać się z dokładnie takimi samymi problemami, z którymi przed chwilą się uporały, a na dokładkę dorzuca im się jeszcze nowe, napisane na kolanie. Dalej jest już tylko gorzej - głupot i kretynizmów zaczyna się robić za dużo nawet jak na Symphogeara, a fakt, że twórcy starają się wcisnąć do serii, która nigdy nie brała siebie na serio, śmiertelnie poważne dramaty rodzinne pogrąża tylko wszystko jeszcze bardziej. Sytuację ratują trochę niektóre naprawdę fajne twisty, jednak nadal bardzo mocno czuć, że druga połowa serii robiona była mocno na siłę i brak jej tego, co sprawiało że ta pierwsza była taka fajna. Nawet finał jest strasznie rozczarowujący.
Jak wspomniałem, sytuacja z postaciami nie wygląda najlepiej. Nie dość, że twórcy dokładają im coraz to kolejne, całkowicie debilne i z dupy wyciągnięte problemy, to jeszcze główne trio zostaje strasznie zepchnięte na ubocze, na rzecz trójki z FIS. I nie byłoby to może jakimś wielkim problemem - wszakże Kirika, Shirabe i Maria to równie fajne dziewczynki - gdyby nie to że potem również i one przestają być jakieś bardziej istotne dla historii, a wszystko zaczyna się skupiać na Hibiki i jej problemach z ojcem dupkiem, który po wielu latach w końcu wrócił i chce naprawić swoje grzechy... zachowując się dalej jak kompletny dupek. Dopiero w odcinku jedenastym faktycznie zaczyna wykazywać szczere chęci poprawy i bierze się do roboty - i choć przyznam, że jest wtedy fantastyczny, to jednak nadal było mi bardzo ciężko uwierzyć w to, że to wystarczyło by Hibiki ot tak mu wszystko przebaczyła. Ja wiem, że to głupiutka dziewczynka o naprawdę wielkim serduszku, no ale bez przesady - przecież ten człowiek zrobił jej ogromną krzywdę, zostawiając ją samą z mamą w momencie, gdy był im najbardziej potrzebny. Oliwy do ognia dolewa jeszcze ostatnia scena po napisach końcowych...
Strasznie nie podobało mi się też, jak potraktowano Miku, Genjuro, Ogawę i całą resztę sympatycznych postaci pobocznych. O ile w pierwszych epizodach jeszcze na coś tam się przydają, to bardzo szybko zostają całkowicie wymazani z historii, albo na stałe zapuszczają korzenie w należącej do S.O.N.G. łodzi podwodnej i nie opuszczają jej aż do samego końca bajki. Wielka szkoda, zwłaszcza gdy człowiek przypomni sobie tak fantastyczne sceny jak Genjuro walczący jak równy z równym z wyposażoną w kompletny relikt Fine, czy też Miku zamykającą na dobre Noise w ich własnym wymiarze pod koniec serii G.
A jak sprawa ma się z tymi złymi? O dziwo całkiem dobrze. Lalki to naprawdę świetne postacie i zaryzykuję nawet stwierdzenie, że są najlepszymi antagonistkami ze wszystkich 3 sezonów. Pochwalić wypada zwłaszcza Garie oraz Michę, które wraz z jeszcze jednym, pojawiającym się w drugiej połowie serii bohaterem, są chyba najlepiej wykreowanymi w tym sezonie postaciami. Garie, nie dość że śliczna, to jeszcze potrafi naprawdę rozbawić swoimi złośliwymi docinkami oraz świetnymi minami (które momentami są lepsze niż te Vera!). Jest także niezwykle sprytna i przebiegła, dzięki czemu bez większych problemów potrafi wyprowadzić przeciwnika w pole i zastawić nań niebezpieczną pułapkę. Micha zaś to radosna, nieco przygłupia lalka obdarzona największą siłą i różnorodnością ataków spośród nich wszystkich. Jest tak silna, że bez problemu daje sobie radę z walczącymi z nią jednocześnie Kiriką oraz Shirabe. Co więcej, dzięki umieszczonym we włosach dopalaczom może także fruwać, co czyni z niej jeszcze bardziej niebezpieczną przeciwniczkę. Trochę gorzej wypada niestety sama główna antagonistka - Carol. Jej charakter jest strasznie typowy i miałki - stanowi swoiste połączenie złej i okrutnej, chłodno kalkulującej zdziry z córeczką tatusia. W braniu jej na poważnie nie pomaga fakt, że jej plan jest cholernie przewidywalny - na dobrą sprawę działa on tylko dlatego, że bohaterki zostają przymusowo ogłupione przez fabułę. Złego słowa nie mogę jednak powiedzieć o jej designie - połączenie Touhou, Gettera-2 oraz Gundama Epyona dało fantastyczny efekt - Carol jest śliczna a jej strój pomysłowy i nietuzinkowy.

Oprawa audiowizualna jest dość nierówna. Choć sama grafika i animacja trzymają ten sam poziom, co G, tak już choreografia starć pozostawia sporo do życzenia. Poza nielicznymi wyjątkami, potyczki są dość nudne i przewidywalne. Bardzo podobały mi się za to sceny transformacji, zwłaszcza Krysi, Hibiki oraz Kiriki. Wszystkie nie dość, że efekciarskie i uwodzicielskie, to jeszcze obfitują w liczne nawiązania do mecha anime oraz kina akcji. Strasznie podobało mi się zwłaszcza to, jak pod koniec swej przemiany, Hibiki zaczęła stosować ruchy pijanego mistrza.
Jedną z najważniejszych rzeczy w Symphogearze są oczywiście piosenki. Zarówno pierwszy sezon jak i G dały nam mnóstwo fantastycznych utworów, które zajmują sporą część mojego folderu z muzyką. Czy i piosenki z GX są równie dobre? I tak, i nie. Jest sporo nowych kawałków, które naprawdę bardzo mi się spodobały - zwłaszcza piosenki Marii, Shirabe oraz Kiriki, "G-Beat" Hibiki, czy też słynne "GENOCIDE EN GENOCIDE" z końcowych epizodów, ochrzczone tak przez anonów po tym jak spowodowało swoją fantastycznością masowe wariactwo we wszystkich trzech równoległych Symphogearowych tematach. Jest też jednak dużo takich piosenek, które były strasznie słabe - "Little Miracle", choć słowami dobrze wpisuje się w scenę w której gra, tak melodycznie jest już mocno takie se, podobnież jak obie piosenki Tsubasy, czy też Krysiowe "Trust Heart", które jest chyba ogółem najsłabszą piosenką w całej bajce. Co jest strasznie dziwne, bowiem do tej pory to zdecydowanie Krysiowe piosenki były najlepsze. Nie za dobrze brzmi też nowy duet Kiriki i Shirabe - bardziej przypomina niedbale sklejone ze sobą obie ich piosenki, aniżeli jedną, faktycznie wspólnie zaśpiewaną. Ogromnie boli też fakt, że nie dostaliśmy żadnej nowej piosenki dla całej szóstki w finale. Miast tego, użyto znowu "Hajimari no Babel". Wpadkę tą rekompensują trochę całkiem niezłe "Radiant Force" dla głównej trójki oraz przyjemna piosenka dla FIS trio, jednak to nie to samo.
Opening i ending są jednak, jak zawsze, bez zarzutu. "Exterminate" pod względem melodycznym jest chyba moim ulubionym openingiem, nawet mimo faktu że nie komponuje się z animacją aż tak dobrze, jak robiło to "Vitalization". "Rebirth Day" zaś to bardzo przyjemny i rytmiczny ending, szybko wpadający w ucho i będący najlepszą Krysiową piosenką w tym sezonie.
Co do samych kwesti mówionych - są jak zawsze na wysokim poziomie, acz momentami, zwłaszcza w feralnej drugiej połowie, czuć w głosach aktorów jakby wymuszenie. Z tego co słyszałem, użyczająca Marii głosu Yoko Hikasa wspomniała podczas jednego z radio show, że nagrywanie kwestii do GX-a dawało im dużo mniej frajdy, niż do poprzednich sezonów - słychać...

Co mogę ogólnie powiedzieć - GX niestety mnie rozczarowało. Fantastyczny początek był jakby spełnieniem wszystkich marzeń, bowiem dostarczał wszystko to, co w serii tej najlepsze. A potem po epizodzie siódmym wszystko zostało koncertowo spieprzone. Z tego co słyszałem jednak, jest to wina nie tyle samego Kaneko i jego ekipy, co King Records naciskającego na nich, by zmieniali serię wedle ich wytycznych, a także licznych problemów w trakcie produkcji. Podobno oryginalne zakończenie miało być zgoła odmienne i zmienione zostało właśnie po feralnym siódmym epizodzie. Cóż, nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli. Mam nadzieję, że jeśli Kaneko zdecyduje się kontynuować serię, to dostanie więcej swobody i da nam takiego Symphogeara, na jakiego wszyscy czekamy. Prawdę powiedziawszy wolałbym, by zrobił to w postaci pełnometrażowego filmu, miast kolejnego sezonu. Raz, że budżet większy, dwa, że mniejsze ryzyko wystąpienia nieoczekiwanych problemów, kończących się pisaniem na kolanie alternatywnego zakończenia.

Typ Anime - Seria Telewizyjna
Rok produkcji - 2015
Pełny Tytuł: „Senki Zesshou Symphogear GX - Believe In Justice And Hold a Determination to Fist”
 Reżyseria: Katsumi Ono
Scenariusz: Akifumi Kaneko
Muzyka: Elements Garden
Gatunek: Powered Armor, Magical Girls, Ecchi, Science-Fiction
Liczba Odcinków: 13
Studio: Satelight
Ocena Recenzenta: 6/10

Screeny:






wtorek, 29 września 2015

Recenzja Figurki - Bandai Robot Damashii Side FFN - "Fafner Mark Sein" z "Soukyuu no Fafner"


Wiecie, jakie to fantastyczne uczucie dopaść swój Najświętszy Graal? Tę jedną, jedyną figurkę, na której zależy wam tak bardzo, że zrobilibyście wszystko by ją zdobyć? Figurkę, która osiąga na rynku wtórnym tak zawrotne ceny, że żeby sobie na nią pozwolić musielibyście chyba sprzedać nerkę i parę innych organów?
Ja wiem. Bowiem całkiem niedawno udało mi się w końcu dorwać swój najbardziej upragniony kawałek plastiku, za którym tłukłem się po aukcjach od nie wiem jak dawna. W dodatku udało mi się go dorwać za cenę o wiele niższą niż ta, którą obecnie życzy sobie za niego większość sklepów. Oto przed wami jeden z najpotężniejszych robotów w historii mechabajek - Fafner Mark Sein.

Bandai Robot Damashii - "Fafner Mark Sein"
Tradycyjnie zacznijmy od garści technikaliów oraz przybliżenia postaci, którą przedstawia figurka:

TYP FIGURKI: Figurka Ruchoma
SERIA FIGUREK: Robot Damashii, Side FFN
SERIA: Soukyuu no Fafner
POSTAĆ: Fafner Mark Sein
PRODUCENT: Bandai
MATERIAŁY: ABS, PVC
WYSOKOŚĆ: Ok.14 cm
CENA: W dniu premiery 90zł, obecnie 300-600zł. Mi udało się dopaść za ok. 280zł
DATA WYDANIA: Lipiec 2011
NAKŁAD: Standardowy
SKLEP: Surugaya

Mark Sein należy do silniejszej serii eksperymentalnych Fafnerów - "Salvator Model". Jest to drugi Fafner, za którego sterami siada główny bohater serii - Kazuki Makabe. W posiadanie maszyny wchodzi on w momencie, gdy zostaje porwany przez organizację New U.N. Gdy jest przez nich przetrzymywany, dochodzi do ataku Festum, w wyniku którego Kazuki ląduje za sterami robota. Kazuki jest w stanie bez przeszkód pilotować Seina, bowiem główny rdzeń robota to dokładnie ten sam, który znajdował się w jego poprzedniej maszynie - Fafnerze Mark Elf. Podczas swojej pierwszej potyczki z Festum, Mark Sein zostaje przez jednego z nich pochłonięty. W wyniku tego, jednostka przechodzi swoistą ewolucję i po tym, jak wydostaje się ze środka istoty, jej wygląd zmienia się drastycznie, zyskuje ona nowe umiejętności a jej siła ulega znacznemu zwiększeniu. Dodatkowo sprawia to, że Kazuki staje się jedyną osobą zdolną pilotować robota.
Mark Sein jest pierwszą w historii serii jednostką zdolną używać charakterystycznej dla Festum mocy asymilacji. Dzięki temu nie tylko staje się odporny na większość ataków tych istot, ale może także przyłączać do swojego ciała wszelkie uzbrojenie, ogromnie wzmacniając tym samym jego siłę. Co więcej - może także asymilować elementy maszyn swoich towarzyszy, udzielając im w ten sposób swojej mocy i znacznie zwiększając ich umiejętności. Zaobserwować to możemy m.in w filmie kinowym, kiedy to Kazuki pomaga pilotowanemu przez Hiroto Fafnerowi Mark Funf odeprzeć atak Mir Festum, zwiększając siłę jego tarczy. Za pomocą procesu odwrotnej asymilacji Kazuki może także ratować życia tych, którzy zostaliby inaczej pochłonięci przez Festum.
Niestety jednak, używanie tej cudownej mocy ma ogromną cenę. Fafnery to maszyny stopniowo zabijające swojego pilota, poprzez syndrom asymilacji. Jako że Mark Sein to maszyna używająca asymilacji jako swej naturalnej broni, to jeszcze bardziej przyspiesza ten proces w wyniku czego ze wszystkich występujących w serii pilotów, Kazuki jest zdecydowanie najbliżej śmierci. Pod koniec serii TV zaczyna tracić nawet wzrok oraz ma coraz większe problemy ze zdrowiem. Według prognoz z kinówki oraz Exodusa, jeśli będzie dalej pilotował Seina, to zostało mu bardzo niewiele życia...
Najczęściej używaną przez Mark Sein bronią jest Luger Lanca. Za pomocą procesu asymilacji robot może zwiększyć jej siłę tak bardzo, że wystrzał z niej przyjmuje formę nie zwykłego pocisku, a olbrzymiego lasera niszczącego wszystko na swojej drodze. 
Mark Sein jest także jednym z 4 Fafnerów potrafiących latać. Oprócz niego potrafią to jeszcze tylko modele Sieben, Nicht oraz Sechs/Sechs Amaterasu
Wraz z Mark Nicht są jedynymi Fafnerami, których nazwy nie pochodzą od niemieckich liczb. Zamiast tego, "Sein" oznacza "Istnienie".

Mark Sein miał okazję wystąpić dwukrotnie w serii Super Robot Taisen. Po raz pierwszy pojawił się w "Super Robot Taisen K", gdzie seria "Soukyuu no Fafner" miała swój debiut. Obok Dann of Thursday z "Gun x Sword" był zdecydowanie najpotężniejszą jednostką w grze, zdolną bez większych problemów niszczyć całe zastępy wrogów. Podobnie potężny jest w "Super Robot Taisen UX", gdzie siłą dorównuje takiemu olbrzymowi jak Demonbane.

Tyle słowem wstępu, przejdźmy teraz do właściwej części recenzji.

Rzeźba i malowanie

Mark Sein został wykonany wyśmienicie. Wyciągając robota z pudełka i oglądając go cieszyłem się dosłownie jak małe dziecko otwierające gwiazdkowy prezent. Wszystko, każdy najdrobniejszy detal wygląda dokładnie tak jak w serialu. Bez względu na to czy jest to ręka, głowa albo też ogon pełniący funkcję stabilizatora nie ma mowy o fuszerce. Jedyne, co niektórych może trochę razić to pojawiające się w kilku miejscach linie łączeń. Poza jedną, znajdującą się na napierśniku robota, nie są one jednak aż tak widoczne. Również malowanie prezentuje się bardzo dobrze. Żadnych wyjazdów poza określony obszar nie ma, nie dopatrzyłem się także odprysków czy innych brzydkich defektów. Fantastyczna robota, Bandai!





Bardzo wiernie odwzorowano także cały arsenał maszyny, jak i kryształy asymilacyjne. Przyjrzyjmy się im nieco bliżej.

Akcesoria i pozowalność

W pudełku oprócz figurki znajdziemy także mnóstwo akcesoriów.
Dużo masz tego stuffu, Sein


W skład zestawu wchodzą:
-Luger Lanca x2
-Uchwyty na Luger Lancę x8 (2 długie otwarte, 2 długie zamknięte, 2 krótkie otwarte, 2 krótkie zamknięte)
-Ogon Stabilizator x2 - zwykły oraz przezroczysty, mający symulować energię otaczającą stabilizator kiedy Sein fruwa
-Karabin Garm-44
-Kryształy asymilacyjne x5
-Efekt ładowania Luger Lancy x2
-Wymienne rączki x10
-Uchwyt do stojaka (stojak sprzedawany oddzielnie)
-Haczyki sczepiające połówki Luger Lancy x2 (niewidoczne na zdjęciu, bo są tak drobne że bałem się je zgubić i nie wyjąłem z pudła)

Dostajemy zatem praktycznie wszystko, co Sein miał w obu seriach TV i filmie kinowym, i co potrzebne jest do odtworzenia każdej sceny z udziałem tego wielkiego robota. Pomaga w tym także fantastyczna pozowalność - Fafner Mark Sein to chyba najbardziej ruchliwa figurka w mojej kolekcji. Punktów artykulacji ma istne zatrzęsienie i to nie tylko na kończynach, ale także i w korpusie! Dzięki temu, wyginać się może dosłownie w każdą stronę i jedyne, co ogranicza sposoby na jakie można go sobie ustawić to nasza wyobraźnia. Chcecie, żeby Sein latał? Żaden problem. A może wolicie, aby stał heroicznie dzierżąc oburącz Luger Lancę? Da się zrobić! Podobała wam się strasznie scena w której robot przygotowywał do wystrzału obie Lance? To też można odtworzyć! Jedyne, co sprawia nieco problemu, to wymiana rączek. Siedzą one w swoich szczelinach tak mocno, że momentami boję się, że coś urwę/połamię, nawet mimo faktu, że wykonane są z odpornego na uszkodzenia gumowatego plastiku. Dla bezpieczeństwa zatem zawsze najpierw podważam je delikatnie jakimś cienkim przedmiotem, a potem powolutku wykręcam z zawiasów.



Z Karabinem Garm-44


Z Luger Lancą





Strasznie lubię ustawiać figurki w dynamicznych powietrznych pozach


Z obiema lancami w rękach figurka zajmuje naprawdę dużo miejsca



Och, cześć Maron!

Chciałbym podziękować za użyczenie mi stojaczka-

ŁO JEZUS MARYJA ZAPOMNIAŁEM O ASYMILACJI!


FUCK FUCK FUCK FUCK

Spokojnie, Maron! Ja to naprawię!

I gotowe! Nie ma takiej rzeczy, której moja odwrócona asymilacja by nie wyleczyła!

U-uh, Maron?

Prepare ur Anus, desu-no.

Shiet.

I żeby to był ostatni raz, desu-no.


Mark Sein w locie



Próba odtworzenia pozy w locie z openingu


Kryształy asymilacyjne to fantastyczny effect part. Zdecydowanie mój ulubiony


Więcej dynamicznych póz
Oczywiście żadna porządna sesja zdjęciowa nie może się obyć bez fotek na świeżym powietrzu. Ponownie zatem przetuptałem się do pobliskiego Parku Wilsona, który posiada kilka lokacji do złudzenia przypominających wyspę Tatsumiya, na której dzieje się akcja serii i cyknąłem Seinowi kilka zdjęć.








Ponownie na tle mojego ulubionego wodospadu


Sein kontempluje sens swojej egzystencji


W locie





W trakcie ładowania Luger Lancy



Karabin można także rozczepić na dwie osobne części i lufę zamontować wewnątrz kryształów asymilacyjnych


Słynna scena z dwiema lancami




Pudełko i instrukcja

Z reguły w przypadku zwykłych figurek nie piszę o instrukcji, ale jednak tutaj warto o niej wspomnieć, bowiem znacznie rozjaśnia kilka spraw. Jako że Sein ma w zestawie pierdylion dodatków i kombinowanie co gdzie konkretnie wchodzi może chwilę zająć, Bandai dorzuciło doń przejrzystą instrukcję, która bardzo prosto rozpisuje, który element pasuje do jakiej szczeliny. Znajduje się tam także rozpiska z wszystkimi częściami, zatem możemy się upewnić, że niczego w pudle nie brakuje.



Samo pudełko jest nieduże, schludnie wykonane i ozdobione ze wszystkich stron zdjęciami figurki. Przez znajdujące się na jego froncie okienko można także podziwiać robota jeszcze przed wyciągnięciem go z opakowania.
Burdel w środku, bo nie chciało mi się wkładać wszystkich części zamiennych w odpowiednie szczeliny. Biorąc pod uwagę, że blister i tak jest zamknięty raczej się nie wysypią

Pudełeczko jest bardzo cieniutkie


Przykładowe pozy, jakie może przyjąć Fafner

Podsumowanie

Fafner Mark Sein to fantastyczna figurka i nie żałuję ani złotówki, nawet mimo faktu że trochę mnie kosztował. Nie dość, że robot jest naprawdę solidnie wykonany, to jeszcze dzięki świetnej pozowalności i mnogości akcesoriów ustawianie go w pozach znanych (i nieznanych) z bajki sprawia mnóstwo frajdy. Zdecydowanie polecam go wszystkim fanom Fafnera, problem jedynie taki, że biorąc pod uwagę jego kosmiczne ceny na rynku wtórnym, może być ciężko go dorwać w taki sposób, by nie nadszarpnąć zbytnio stanu swojego portfela. Ale kto wie, być może z racji tego, że Exodus świetnie się sprzedaje i Japończycy serię kochają doczekamy się wkrótce jakieś nowszej wersji lub też re-release wszystkich Fafnerów? Nie pogardziłbym, bowiem nadal czaję się na pozostałe roboty z tej serii, zwłaszcza takie piękności jak Mark Elf, Sieben oraz Nicht.

OCENA KOŃCOWA:
Rzeźba9/10
Malowanie: 10/10
Pozowalność: 10/10
Cena/Jakość: 10/10 (jeśli brać pod uwagę cenę pierwotną)

Przypominam, że już w tę sobotę startuje także drugi cour wyśmienitego "Fafner Exodus". Nie mogę się doczekać, by ponownie zobaczyć Seina w akcji!


Następna figurka to ponownie tajemnica. Powiem tylko tyle, że pochodzi z tej samej serii, co jedna ze zrecenzowanych już na tym blogu figurek.