piątek, 21 marca 2025
Waleczny wygnaniec w obronie Błękitnej Planety - "Uchuu Senshi Baldios" (1980)
sobota, 1 marca 2025
Ku chwale imperium, dla nowych pokoleń! - Romancing SaGa 2: Revenge of The Seven (2024)
W roku 1993 na konsolę Super Famicom ukazała się kolejna gra Akitoshiego Kawazu i jego małego oddziału ze Square – Romancing SaGa 2. Gra niesamowicie rewolucyjna, wywracająca do góry nogami niemal wszystkie konwencje i reguły jrpg, zarówno mechaniczne jak i narracyjne, oferując tym samym do dziś niepowtarzalne doświadczenie. Błyskawicznie zyskała uznanie zarówno graczy jak i krytyków i stała się jednym z najbardziej kultowych tytułów w Japonii. Na zachodzie jednak, podobnie jak większość serii SaGa, za prędko się nie ukazała i bardzo długo pozostawała produkcją kojarzoną jedynie przez małą grupkę zagorzałych fanów. Po raz pierwszy z oficjalnym angielskim tłumaczeniem wyszła dopiero w roku 2017, kiedy to na prośby zagranicznych fanów Square Enix zdecydowało się wydać jej remaster również poza Japonią. W ten oto sposób po raz pierwszy mogłem sięgnąć po grę… i natychmiast się w niej zakochać. Z miejsca stała się ona moją ulubioną odsłoną serii i jedną z najlepszych gier w jakie w życiu było mi dane zagrać.
Dlatego też kiedy na jednym z Nintendowskich Directów zostało oficjalnie ogłoszone, że gra otrzyma kompletnie nowy remake, bardzo się ucieszyłem. A przynajmniej w pierwszej chwili, bo w trailerze pojawiło się też sporo rzeczy które wywołały we mnie niepokój. Po pierwsze, natychmiast rzucająca się w oczy zmiana bardzo baśniowego i magicznego stylu Tomomi Kobayashi na urocze, acz bardzo bezpieczne i stereotypowe moe. Nie zachwyciły mnie też względnie rozległe, ale wiejące pustką lokacje czy zauważalne mechaniczne uproszczenia. Mój niepokój pogłębiały również publikowane na poświęconych grom portalach informacje, objaśniające systemy i zmiany wprowadzone w nowej wersji. Raz że sporo zmian zdawało mi się zbędnych, a dwa że same teksty rzucały masywnymi spoilerami, co mogło znacząco zmniejszyć frajdę z obcowania z tytułem szczególnie dla graczy, którzy nie mieli do czynienia z pierwowzorem.
Nic dziwnego więc, że miałem dość mieszane odczucia co do gry. Mimo wszystko postanowiłem i tak dać jej jednak szansę, bo to wciąż SaGa. No i to nie pierwszy raz jak ludzie piszący o tej serii w internecie sieją dezinformację i publikują steki bzdur, bo nie rozumieją jak to wszystko działa. I muszę przyznać, że choć było parę zgrzytów, to w ostatecznym rozrachunku bawiłem się naprawdę świetnie.
poniedziałek, 7 maja 2018
Pyrkon 2018
1. Czy istnieją udane adaptacje gier wideo?
2. Nocni Wojownicy - Panel o serii "Darkstalkers"
Na panelu - by nie przestraszyć ludzi nieumiejących w bijatykowy żargon - postaram się bardziej skupić na niesamowicie interesującej historii powstawania serii oraz jej lore i postaciach, a także opowiem sporo o jej fenomenalnej animacji. Ludzi bawiących się jednak w fajtery uspokajam, że o dark force, invincibility frames, czy też rewolucjonizującym gatunek trybie turbo także postaram się wspomnieć.
3. Zrozumieć Pop Team Epic
4. Różne wcielenia Devilmana na przestrzenii lat
Dodatkowo, jeśli wszystko pójdzie dobrze, to do startu konwentu powinien dotrzeć do mnie mój pierwszy diabłoczłekowy omnibus od Seven Seas, więc nie omieszkam również i o nim trochę opowiedzieć.
środa, 21 lutego 2018
Kanadowski Down Load nareszcie w wysokiej jakości!
Długo oczekiwana przeze mnie chwila w końcu nadeszła! Jakaś dobra dusza dorwała i dostarczyła jedną z najładniejszych rzeczy od Yoshinoriego Kanady - "Down Load: Namu Amida Butsu wa Ai no Uta" - w wysokiej jakości, ripowane prosto z Laser Dysku! Dodatkowo rip ów został przezeń bardzo ładnie podrasowany, przez co można się cieszyć tym fantastycznym animacyjnym widowiskiem w jeszcze większej chwale! Link do wideo na YT, w którego opisie można znaleźć również bezpośredni link do pobrania zamieszczam poniżej:
Warto wspomnieć także, że przy OVA tej, oprócz legendarnego Kanady, pracowały także takie osobistości jak Rintaro, Tatsuyuki Tanaka czy też Masafumi Mima. Więcej na temat tej świetnej animacji możecie przeczytać o tutaj.
niedziela, 31 grudnia 2017
Szczęśliwego Nowego Roku!!
![]() |
| Ilustracja autorstwa Yoshitakiego Hatakeyamy ilustratora serii "Azure Striker Gunvot" |
I miejmy też nadzieję, że zarówno nasze wydawnictwa, jak i zachodni giganci tacy jak Discotek czy Seven Seas nie przestaną licencjonować pieniężnych staroszkolnych tytułów, by docierały one do coraz szerszego grona odbiorców!
piątek, 29 grudnia 2017
Magiczny powrót do lat 90-tych - "Mahoujin Guru Guru" (2017)
Czasem jednak znajdzie się taka utalentowana grupa ludzi, którym uda się znaleźć ten słynny złoty środek i stworzyć remake niemal idealny. Taką grupą okazała się ekipa odpowiedzialna za nową wersję kultowej komedii dla dzieci z lat 90-tych - "Mahoujin Guru Guru". Udało się im nie tylko wiernie oddać czar bajek z tamtej dekady, ale jednocześnie stworzyć show przyjemny i przystępny również dla widzów współczesnych.
Sama historia to oczywista parodia wszystkich tych patetycznych opowieści o ratowaniu świata znanych z kultowych skośnych RPG pokroju "Dragon Quest", "Final Fantasy" czy innego "Phantasy Star". Rozwija się w dokładnie taki sam sposób - bohaterowie w trakcie swej podróży odwiedzają kolejne lokacje, dostają do wykonania różne zadania, rekrutują nowych członków drużyny, uczą się nowych zaklęć i zdobywają lepszy ekwipunek etc. Wszystko to jednak - jak na komedię przystało - podane jest w absurdalny i prześmiewczy sposób. Przykładowo, w genialny sposób uzasadnione zostaje, dlaczego w komnatach bossów i podczas starcia z nimi często gra inna BGM-ka (śpiewana przez chórek ich podwładnych); wyśmiane zostają pojawiające się na minimapie, ułatwiające progres, nazwy lokacji; bajka otwarcie robi sobie także jaja z typowych dla tego typu gier questów "Przynieś, podaj, pozamiataj" czy "Udaj się z punktu A do punktu B i z powrotem". Warto nadmienić jednak, że choć fabuła jest głównie pretekstem do zaserwowania widzowi całej masy gagów i śmieszków, to ciągle potrafi oczarować także w inny sposób. W "Guru Guru" bowiem czuć ten magiczny klimat dziecięcej przygody, jaki miało wiele bajek z okresu lat 90-tych, a którego tak mocno mi brakuje w wielu dzisiejszych tytułach. Wojaże Nike i Kukuri na przemian bawią i wzruszają, dostarczając dużo rozrywki nie tylko widzom młodszym, ale także tym "starym koniom", w których skutecznie rozbudzają drzemiące dziecko.
Bajka punktuje także dużo większą wiernością oryginalnemu komiksowi Hiroyukiego Etou. Jest dwukrotnie krótsza, niż stary show, dzięki czemu nie tylko nie odstrasza liczbą epizodów mniej cierpliwych widzów, ale też udało jej się pozbyć większości fillerów znanych z pierwszej adaptacji. Z drugiej strony jednak, tu pojawia się mój jedyny zarzut pod adresem nowego "Guru Guru" - kreskówka miała przez to dużo mniej czasu na pokazanie wszystkich wydarzeń, co odbiło się dość widocznie na pacingu. Akcja pędzi momentami na złamanie karku, byleby tylko wyrobić się z opowiedzeniem całej historii. Mocno zauważalne jest to zwłaszcza pod koniec, gdy jedna z bohaterek sama zauważa nawet, że tempo akcji gwałtownie przyspieszyło i większość eventów jest szybko skipowana, aby jak najszybciej dotrzeć do finałowej potyczki zakończenia opowieści.
Dużo swojego humoru Guru Guru zawdzięcza także - a może nawet przede wszystkim - swoim bohaterom. To naprawdę postrzelona, prześmieszna gromadka, która swoimi interakcjami nie raz rozbawi do łez i przyprawi o ból brzucha. Tak jak i sama fabuła, wyśmiewają oni najbardziej ograne schematy znane z japońskich gier fabularnych. Nasz główny bohater - Nike - to nie tylko heros z przymusu, ale też dość tchórzliwy, chciwy i leniwy chłopaczek, co jest kompletnym przeciwieństwem heroicznych altruistów, z jakimi z reguły mamy w takich grach do czynienia. Często próbuje chodzić na łatwiznę i migać się od swoich obowiązków, pierwsze co robi po odwiedzeniu każdej nowej lokacji, to plądrowanie jej w poszukiwaniu łupów, a z pomocą dużo chętniej pospieszy ładnym dziewczynkom, aniżeli starym dziadom z jakiejś wioski. W walkach często też zachowuje się jak kompletny dupek, próbując wyprowadzić swych wrogów z równowagi oraz oszukuje, wykorzystując ułomność mechanik gier RPG na swoją korzyść. Mimo tego wszystkiego jednak, kiedy sytuacja naprawdę tego wymaga, staje na wysokości zadania i potrafi pokazać że serce ma na właściwym miejscu. Kukuri zaś to kompletnie inny obraz "potężnego czarnoksiężnika" niż ten znany nam z gier wideo. Miast sędziwego, doświadczonego starca, albo też ponętnej, krągłej uwodzicielki dostajemy małą, nieśmiała i niewinną dziewczynkę o złotym serduszku, czerwieniącą się już na samą tylko myśl o złapaniu się za rączki z bohaterem. Jak każda dziewczynka w jej wieku jest też bardzo wyczulona na punkcie swojego wyglądu. Kiedy dowiaduje się, że jej domyślne ubranko jest strasznie nijakie, natychmiast postanawia zakupić jakieś ładniejsze. W końcu, jako główna bohaterka tej opowieści, nie może nosić tak nudnych szmaciuchów! Ku jej rozpaczy okazuje się jednak, że żaden ze sklepów nie ma jej do zaoferowania niczego lepszego, bo nosi już najlepszy możliwy ekwipunek dla swojej klasy. Ma też tendencję do brania wypowiedzi innych bohaterów zbyt dosłownie - gdy w pewnym momencie dostają wraz z Nike od króla kilka złotych monet, by użyć ich do wyekwipowania się na podróż, Kukuri natychmiast zakłada sobie wszystkie monety na twarz i jest szczerze zdziwiona, że nie to władca miał na myśli. No i jako że dopiero uczy się władać potężnym Guru Guru, to często używa czarów kompletnie niezgodnie z ich przeznaczeniem, a oprócz tego przywołuje postrzelone, czasem bardzo przydatne, a innym razem kompletnie bezużyteczne dziwadła. Bardzo podobało mi się również, że z biegiem czasu mała Kukuri coraz bardziej dojrzewa i jej charakter naprawdę świetnie się rozwija, prawdopodobnie najbardziej spośród wszystkich występujących w bajce barwnych postaci.
Do tej głównej parki z biegiem czasu dołączają kolejni zwariowani bohaterowie. Wśród nich m.in: ostatni użytkownik legendarnego tańca, ubrany w samą tylko liściastą spódniczkę starzec Kita Kita, będący parodią charakterystycznej klasy barda/tancerza podbudowującej morale ekipy; cyniczna kapłanka Juju, potrafiąca w jednej chwili zmienić się w totalnego berserkera i z szerokim uśmiechem na twarzy masakrować legiony potworów potężnymi zaklęciami i świętym uzbrojeniem; pomocny duszek Gipple, dysponujący ogromną wiedzą i potrafiący zmieścić cały obszerny ekwipunek drużyny w swojej "magicznej skrytce", ale za to reagujący atakami irytacji i niestrawności na każdy możliwy cheesy tekst o miłości, sprawiedliwości i tego typu "bzdetach"; młody wynalazca Toma, parający się montowaniem coraz to ciekawszych (i dziwaczniejszych) narzędzi i broni, pomagających ekipie w dalszej podróży; czy też team cool i walecznych dziaduniów, sypiących patetycznymi, cheesy cytatami, przyjmujących "kakkoii" pozy i nawiązujących na potęgę do innych bajek (m.in "Sexy Commando Gaiden", "Brave Series", "Sword Art Online", "Dragon Ball Z", "JoJo's Bizzare Adventure").
Równie fajnie prezentują się ważniejsi antagoniści, z którymi Nike i Kukuri przyjdzie walczyć. W szczególności zakochany bez pamięci w małej czarodziejce książę Raid. Niesamowicie chuuni i narcystyczny cudak, nadający wszystkim swoim rywalom okropnie głupkowate przydomki. W walce posługuje się absurdalnym rodzajem magii, który wymaga nieustannego przyjmowania komicznych i debilnych póz, dzięki czemu dostajemy pokaz naprawdę fenomenalnego character actingu. Raid bardzo szybko okazuje się jednak być nie tylko tzw. "gag relief" antagonistą, ale całkiem sensownie wykreowanym bohaterem z własnymi motywacjami, wewnętrznym konfliktem i nie najgorszym rozwojem.
Dźwiękowo też jest pysznie. Soundtrack "Guru Guru" w umiejętny sposób łączy ze sobą brzmienia podobne do tych z bajek dla dzieci z lat 90-tych z 8-bitowymi chiptunami i bardziej współczesnymi piosenkami. Świetnym tego przykładem jest już sam pierwszy, fenomenalny opening - "Trip, Trip, Trip" w wykonaniu Oresama. Gdy usłyszałem go po raz pierwszy, poczułem się znowu jak mały dzieciak, siedzący wczesnym rankiem przed telewizorem i oglądający nowy odcinek swojej ulubionej kreskówki. Wywołaniu tego efektu pomaga fantastycznie wyreżyserowana, mocno oldschoolowa animacja, odhaczająca po kolei najpopularniejsze ujęcia z dawnych przygodowych bajek. Widok na mapę świata? Jest! Para bohaterów na wzgórzu, przygotowująca się do wyruszenia w pełną przygód podróż? Oczywiście! Cała obsada wykonująca dziwaczny taniec? Tak! I jeszcze potem wyskakują po kolei na ekran, prezentując swoje charakterystyczne ataki i zdolności! O i są też nawet krótkie urywki odcinka, pojawiające się w tle, gdy opening przedstawia nam kolejnych głównych bohaterów! Szkoda trochu, że drugi opening już tak dobry nie jest. Znaczy, animacyjnie dalej ma ten staroszkolny feel, ale jednak pod względem muzycznym wypada nieco gorzej niż pierwszy i nie gra na nostalgii już tak mocno. Za to oba endingi są równie super! Pierwszy to bardzo przyjemna, rytmiczna piosenka z fajną animacją Kukuri oraz Nike, idących po podskakującej do rytmu fali, z kręcącym się w koło (Guru guru~) tłem. Bajkowa nutka z drugiego endingu zaś ubarwiona została śliczną, kolorową animacją, pełną barwnych scen wyjętych jakby z książeczki dla dzieci. Miłą niespodzianką dla fanów oryginalnej bajki z lat 90-tych będzie także fakt, że pojawia się tu jej pierwszy ending, w nowej aranżacji, ale zaśpiewany ponownie przez tę samą wokalistkę!
Równie fajnie wypadają retro efekty dźwiękowe, jakby żywcem wyciągnięte z jakiejś Zeldy czy innego Dragon Questa. Krótki dżingiel po zwycięstwie, fanfary obwieszczające zdobycie kluczowego przedmiotu, syntezowane buczenie i burczenie symulujące dźwięk płomieni czy eksplozji - wszystko to tu jest!
No i obsada też jest fenomenalna! W rolach głównych Shizuka Ikigami jako Nike i Konomi Kohara jako Kukuri. Ta druga to nowy, bardzo obiecujący talent! Jestem pod ogromnym wrażeniem jej umiejętności. Jej Kukuri brzmi tak świetnie, że chwilami brzmiała łudząco podobnie do jednej z moich ukochanych seiyuu - Megumi Hayashibary. Oprócz tej dwójki, usłyszymy tutaj także tak sławne osobistości jak Takehito Koyasu (Dio z "JoJo", Gamlin z "Macross 7"), Nobuhiko Okamoto (Rin z "Ao no Exorcist", Accelerator z "Indexa"), czy też Akira Ishida (Kaworu Nagisa z "Neon Genesis Evangelion", Athrun Zala z "Gundam SEED").
Nowa wersja "Mahoujin Guru Guru" to zdecydowanie jedna z najlepszych pozycji tego roku i strasznie jest mi szkoda, że umknęła uwadze tak wielu ludzi. Punktuje idealnym oddaniem magii serii dla dzieci z lat 90-tych i jeszcze podaje ją w sposób tak fajny, że powinna przypaść do gustu również widzom, którzy z tytułami z tamtego okresu nie mieli styczności. Oczarowuje przesympatycznymi, śmiesznymi bohaterami, genialnym humorem, fenomenalną oprawą audiowizualną i pomysłową reżyserią. Jedyny mój problem to wspomniany pacing, który mógłby być trochę lepszy. Wciąż z całego serca polecam! Nie dajcie się zmylić niepozornej grafice promocyjnej!
niedziela, 24 grudnia 2017
Wesołych Świąt!!
![]() |
| Ilustracja autorstwa Yoshitakiego Hatakeyamy, ilustratora serii "Azure Striker Gunvolt" |
czwartek, 21 grudnia 2017
Nowa "Cutie Honey" w 2018!
środa, 20 grudnia 2017
Zagrzmij, lazurowy gromie! - "Azure Striker Gunvolt" (2017)
"Gunvolty" są też serią o tyle ciekawą, że nigdy nie były jakoś hucznie reklamowane, a mimo to sprzedały się niesamowicie dobrze i podbiły serca tysięcy fanów na całym świecie. Zyskały sobie tak wielką popularność, że doczekały się audio dram rozszerzających uniwersum, growych spin-offów, live koncertów na których wspomniane Muzy wykonują piosenki z gier, mnóstwa merchandisu w postaci koszulek, przypinek i płyt z muzyką, czy też nawet własnego setu naklejek na Line. Mało tego - ich bohaterowie bardzo często pojawiają się gościnnie w innych grach wideo, jak choćby "Blaster Master Zero", "Indie Pogo", czy też "Runbow". Tylko, kurde, do figurek jakoś nie mają do tej pory szczęścia, nad czym ubolewam niezwykle.
Wszystko to sprawia, że "Gunvolty", w przeciwieństwie do niesławnego "Mighty No.9", dużo bardziej zasługują moim zdaniem na miano następcy "MegaMana", którego CAPCOM przez tak długi czas zaniedbywał. Stąd też niesamowicie ucieszył mnie fakt, gdy zapowiedziano że otrzymają w końcu adaptację anime! Gdy tylko OVA trafiła na nintendowskiego eshopa, natychmiast ją pobrałem i obejrzałem. Czy animowany Gunvolt zachwycił mnie w takim samym stopniu jak gry?
OVA otwiera się szybką ekspozycją zaserwowaną nam w postaci tekstu na tłach przedstawiających futurystyczną metropolię nocą. W niedalekiej przyszłości coraz większym zagrożeniem dla statusu quo zaczynają być "adepci" - ludzie obdarzeni tzw. "Septimą", dającą im nadnaturalne zdolności. Na całe szczęście, olbrzymi konglomerat nazywany "Sumeragi" czuwa nad tym, aby adepci owi nie nadużywali swego cudownego daru, by szkodzić ludzkości. Społeczeństwo nie zdaje sobie jednak sprawy z tego, że ci rzekomi strażnicy prawa i porządku wcale nie są tacy cudowni i wspaniali, na jakich się kreują. Jak się bowiem okazuje, regularnie porywają użytkowników Septimy i przeprowadzają na nich nielegalne, okrutne eksperymenty. Występkom tym kres położyć stara się niewielki ruch oporu nazywany "Quill" oraz sprzymierzony z nim adept Gunvolt. Obdarzony jest on wyjątkowo potężną i rzadką septimą "Azure Thunderclap", umożliwiającą mu swobodne generowanie i kontrolowanie elektryczności. Naszego bohatera poznajemy, gdy jest w trakcie misji, której celem jest zlokalizowanie i zlikwidowanie rdzenia generującego wirtualną idolkę Lumen, której potężnej Septimy Sumeragi chce użyć do kontrolowania całego społeczeństwa. Sytuacja komplikuje się jednak, gdy rdzeń ów okazuje się być... małą, niewinną dziewczynką.
Animowana wersja "Azure Striker Gunvolt" adaptuje z niewielkimi zmianami pierwszą misję z oryginalnej gry i poszerza ją o parę smaczków z wydanych później audio dram. W zrozumiały dla nowego widza sposób przedstawia growe uniwersum i jego podstawowe założenia, pokazuje jak doszło do brzemiennego w skutki spotkania Gunvolta i Joule oraz zapowiada, z kim w niedalekiej przyszłości nasz bohater będzie musiał się zmierzyć. Nie wchodzi co prawda w jakieś głębsze szczegóły, jeśli chodzi o poboczne postacie takie jak Moniqa czy Zeno, ale serwuje na ich temat wystarczającą ilość informacji, by odbiorca mógł zrozumieć jaką pełnią rolę. Całkiem dobrze zatem spełnia moim zdaniem swoją rolę, jaką jest zachęcenie do zapoznania się z growymi pierwowzorami. Czy jednak znajdzie się tu coś interesującego dla tych, którzy w Gunvolty okazję już zagrać mieli? Jak najbardziej, szczególnie jeśli nie mieli okazji przedtem sięgnąć po audio dramy. W grze ciężko było pogodzić szybki, wymagający dużej zręczności gameplay z bardziej rozbudowanymi dialogami. Na dole ekranu pojawiały się co prawda, komentarze poszczególnych bohaterów, ale w zależności od tego jak szybko gracz pokonywał kolejne korytarze poziomu, mogły zostać przewinięte zanim jeszcze miał on okazję w pełni je przeczytać. Nie wspominając już o tym, że wielu graczy z mniej podzielną uwagą je po prostu wyłączało, bo przeszkadzały im w skupieniu się na grze. W kreskówce zmieścić rozmowy między postaciami czy flashbacki przedstawiające ich przeszłość było o wiele prościej, nie tracąc przy tym w tak drastyczny sposób na tempie rozwoju akcji. Dodatkowo pojawiają się tu dosłownie wszystkie sceny znane z adaptowanego fragmentu gry, łącznie z rozmowami, jakie pomiędzy misjami prowadzą ze sobą Gunvolt i Joule czy też komicznym (i jednocześnie całkiem creepy) lalusiem z elektrycznym biczem, próbującym zastraszyć Gunvolta... nie zdając sobie sprawy, że nasz bohater jest odporny zarówno na jego creepy factor jak i piorunujące akcesorium, doładowujące mu jedynie baterie. Wspomniana scena z lalusiem swoją drogą jest tu przedstawiona w sposób o wiele bardziej sensowny, niż była w oryginalnej grze, dzięki czemu faktycznie bawi a nie obrzydza seans widzom, którzy wcześniej z Gunvoltem styczności nie mieli.
Tak więc mi, jako wielkiemu fanowi, sposób przedstawienia historii z gier w OVA spodobał się bardzo i w sumie jedyny problem jaki pod tym względem z bajkowym Gunvoltem mam to fakt, że nie ma go więcej.
Bardzo spodobało mi się również, jak wiernie bajka przedstawiła najważniejsze postacie. Główni bohaterowie, na których koncentruje się animowana adaptacja to Gunvolt, Joule oraz Asimov. Ich charaktery z gier zostały nie tylko idealnie oddane, ale dodatkowo jeszcze bardziej rozwinięte za sprawą nowych dialogów czy też wspomnianych wyżej flashbacków. Mamy okazję m.in lepiej poznać przeszłość i motywacje Gunvolta, czy też dowiedzieć się, jak doszło do jego spotkania z Asimovem i nawiązania współpracy z QUILL. Asimov jest też dużo bardziej prominentny w kreskówkowej wersji pierwszej misji, niż tej znanej z gry. Nie wydaje jedynie kolejnych rozkazów i nie komentuje tylko poczynań Gunvolta, ale bierze czynny udział w misji, osłaniając np. elektrycznego adepta przed atakami wrogich robotów, gdy infiltruje pociąg. Joule również dostaje więcej czasu ekranowego, niż w trakcie growej misji, gdzie pojawiła się tylko na moment na samym końcu i miała do powiedzenia dwa, trzy zdania. Dodatkowo pełni również rolę narratorki i wprowadza widza w całą opowieść, a potem także ją podsumowuje.
W OVA swoje pięć minut dostaje także jeden z późniejszych przeciwników Gunvolta - leniwy otaku Merak. Jego charakter również został wiernie oddany, łącznie z tym, jak otwarcie przyznaje się, że pomaga Sumeragi głównie by zarobić na gry wideo oraz jak irytuje go Gunvoltowe - jak to nazywa - "zgrywanie bohatera". Swoją chwilę spotlightu otrzymują także wspomniani Moniqa oraz Zeno, współpracujący blisko z Asimovem, czy też rywal Gunvolta - Copen - i jego pokojówka Nori. Ci ostatni pojawiają się jednak tylko jako drobny teaser i mrugnięcie do fanów gier.
Oprawa audiowizualna jest niezła. Jestem co prawda trochę rozczarowany, że cudowne, oryginalne projekty postaci autorstwa Yoshitakiego Hatakeyamy nie zostały w 100% zachowane, ale ich kreskówkowe odpowiedniki wyglądają na tyle dobrze, że mogę to przeboleć. Animcowe charadesigny prezentują się ładnie i schludnie, zachowują najbardziej charakterystyczne elementy ubioru czy uczesania poszczególnych bohaterów, a dodatkowo niektóre z nich punktują wcale nie najgorszą mimiką. Mam jednak spory problem z tłami. Lokacje w growym Gunvolcie to bardzo szczegółowe, zróżnicowane miejscówki a w OVA mamy do czynienia w większości z bardzo pustymi i nudnawymi korytarzami lub uproszczonymi wieżowcami. Dość blado wypada również kolorystyka. Można to co prawda tłumaczyć faktem, że akcja większej części OVA rozgrywa się w nocy, ale w grach mimo to kolory były dużo bardziej wyraziste i przyciągające uwagę.
Miłym zaskoczeniem było jednak dla mnie to, jak wiernie oddano efekty znane z gier. Pod nogami Gunvolta regularnie pojawiają się wyładowania elektryczne, gdy operuje on swym polem siłowym wylatują z niego pioruny, a jakby tego było mało, gdy taguje swoich przeciwników za pomocą specjalnych naboi z pistoletu, to pojawiają się na nich identyczne znaczniki, co w grach. I zanim zapytacie - tak, ich widoczność jest uzasadniona tak samo w grach jak i w OVA. Gunvolt bowiem ze względu na swą wadę wzroku nosi specjalne soczewki kontaktowe, które nie tylko poprawiają jego widzenie, ale też właśnie umożliwiają mu dostrzeganie tych znaczników.
Niestety jednak, pod względem animacji, adaptacja Gunvolta dość mocno mnie rozczarowała. Nie ma tu co prawda żadnych przypadków brzydkiego spadku jakości czy też koślawego rysunku i projekty postaci są konsystentne przez cały czas trwania kreskówki, ale bajce zdecydowanie brakuje efekciarstwa i dynamizmu znanego z gier. Poza nielicznymi wyjątkami jak choćby transformacja Meraka, dwie sceny wyciągnięte bezpośrednio z PV-ek czy Gunvolt używający jednego ze swych sztandarowych specjalnych ataków z gier - Luxcalibura - nie ma co tutaj liczyć na jakieś efekciarskie sceny sakugi. Tu i ówdzie pojawi się dobre użycie wspomnianych efektów, fajne smearsy czy też rozmycie, ale nic zasługującego na specjalne wyróżnienie. Bardzo zabolała mnie też okropnie leniwa choreografia koncertów Lumen. To przecież niezwykle atrakcyjna idolka, która swym śpiewem i tańcem oczarowuje miliony i pozwala Sumeragi sprawować nad nimi kontrolę. A w bajce to co najwyżej leci przed siebie po scenie, podnosi powoli ręce i trzyma je w górze śpiewając, czasem przyjmie jedną pozę w której przez dłuższy czas postoi. No nie prezentuje się to zbyt zjawiskowo niestety. Więcej ruchów wykonywała już w oryginalnych grach, gdy latała za biegającym po planszach Gunvoltem.
A jak to jest z muzyką, która jest tak istotnym elementem pierwowzoru? Cóż - ogółem OST jest taki sobie. Bardzo mnie cieszy, że twórcy nie poszli na łatwiznę i mimo że muzyka z oryginalnych gier jest fantastyczna, to spróbowali skomponować coś nowego, zamiast po prostu ją przeklejać, no ale te nowe kompozycje do pięt growym nie dorastają. Na liście płac jest co prawda wspomniany kompozytor muzyki z pierwowzoru - Ippo Yamada - ale kompletnie nie słychać tu jego stylu. Mam więc poważne podejrzenie, że dużo więcej działał tu Yamajet, niż on. Na całe szczęście, problem przeciętności tyczy się tylko bazowych BGM-ek, bo piosenki śpiewane przez Lumen to już kompletnie inna sprawa. Megu Sakuragawa po raz kolejny dała fenomenalny pokaz swoich umiejętności. Wszystkie piosenki pojawiające się w OVA są rytmiczne, wpadające natychmiast w ucho i świetnie się ich słucha, zwłaszcza w pełnych wersjach. Moim absolutnym faworytem jest insert song - "Azure Sky" - wcale bym się nie obraził, gdyby pojawił się jako DLC w wydanych juz grach, albo jako nowy utwór w kolejnej odsłonie. Fanów gier - takich jak ja - ucieszy pewnie także fakt, że efekty dźwiękowe użyte w OVA to dokładnie te same efekty znane z gier, więc wszystko brzmi równie fajnie i wyraziście.
Gra aktorska jest bardzo dobra i łączy ze sobą zarówno sporo znanych nazwisk jak i obiecujących nowicjuszy. W tytułowego bohatera wciela się przykładowo Kaito Ishikawa, świetnie odnajdujący się w rolach walecznych herosów i obrońcow sprawiedliwości, takich jak choćby Jiro z "Concrete Revolutio", Genos z "One Punch Man", czy Kaki z "Pokemon Sun&Moon". Szczególnie fajnie słucha się wykrzykiwanych przez niego inkantacji ataków specjalnych. Oprócz Ishikawy będziemy tu mieli okazję usłyszeć także takich ludzi jak wspomniana już Megu Sakuragawa (Tsubasa z "Love Live", Ashe z "Wagamama High Spec"), Ayumu Murase (Yumihiko z "Concrete Revolutio", Rui z "Gatchaman Crowds", Hinata z "Haikyuu!!"), czy też Haruki Ishiya (Shuiichi z "Hibike Euphonium", Pyunma z "Cyborg 009 Call of Justice").
Podsumowując - animowana adaptacja Gunvolta, choć nie jest pozbawiona wad, prezentuje się nad wyraz przyzwoicie. Zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę fakt, że jest to adaptacja gry wideo, a wszyscy wiemy, jak to z adaptacjami gier wygląda. Historia i bohaterowie zostali pokazani w taki sposób, że usatysfakcjonują zarówno fanów pierwowzoru jak i ludzi, dla których będzie to pierwsza styczność z franczyzą, a piosenki Lumen po raz kolejny nie zawodzą i słucha się ich z dużą przyjemnością. Szkoda tylko trochę, że nie pokuszono się o więcej tak fajnych ujęć jak transformacje czy ataki specjalne i muzyka jest taka sobie. Generalnie pozycją obowiązkową bym tego nie nazwał, ale jak najbardziej można rzucić okiem, zwłaszcza że jest już dostępne do obejrzenia dla każdego, w ludzkiej jakości, a nie na niewielkim ekranie 3DS-a.
Pełny Tytuł: „Azure Striker Gunvolt” ("Armed Blue Gunvolt")
Scenariusz: Shigeru Murakoshi
Muzyka: Ippo Yamada, Ryo Kawakami, Yamajet
Liczba Odcinków: 1
Studio: LandQ Studios
Ocena Recenzenta: 6.5/10
Screeny:
Tak na marginiesie się też pochwalę, że całkiem niedawno na Twitterze, Inti Creates doceniło mój speedrun z tzw. "Boss Rush" z drugiej części gry, za który otrzymałem najwyższą możliwą rangę - "S+". Czuję dobrze speedrunner~
niedziela, 10 grudnia 2017
Kosmici, pluszowe misie i szurnięci czarodzieje - "Mahoutsukai Tai!" OVA (1996)
Bardzo podobało mi się też, że seria stosuje kilka różnych, fajnych zabiegów, by lepiej przedstawić widzowi opowiadaną historię. Przykładowo, na początkach i końcach odcinków pojawiają się kartki z pamiętniczka głównej bohaterki, na których kolorowymi kredkami narysowane są kluczowe sceny danego epizodu. Na twarzy jednego z bohaterów często zaobserwować można typografię, zastępującą niektóre jego dialogi. Generalnie bardzo dużo tu operowania obrazem, stosowania umownych dla serii symboli celem uwypuklania istotności wydarzeń i charakterów postaci. Często w tle pojawia się na przykład pluszowy miś, czy też motyw spirali, co okazuje się nie być wcale przypadkowe. Jeśli oglądaliście "Princess Tutu", to wszystkie te zabiegi z pewnością wydadzą się wam nad wyraz znajome.
Na tym podobieństw między obiema bajkami jednak nie koniec. Jeszcze więcej wychwycić ich można obserwując bohaterów. Tak jak w "Princess Tutu", gromadka z "Mahoutsukai Tai!" na pierwszy rzut oka nie wygląda na zbyt pomysłową. Praktycznie każda z postaci bazuje na konkretnym archetypie - Sae to nie wierząca w swoje umiejętności ciamajda o złotym serduszku, Takeo to zgrywający herosa głuptak, który pod wpływem buzujących hormonów często fantazjuje o swoich ślicznych koleżankach, Nanaka to twardo stąpająca po ziemi chłopczyca, skrycie podkochująca się w swoim - homoseksualnym, jak się okazuje - senpaiu i tak dalej. Podobnie jak w "Princess Tutu" jednak, te wszystkie klisze szybko zaczynają być rozwijane w dużo bardziej złożone osobowości. Dochodzą do tego świetnie napisane dialogi i interakcje między postaciami, które nie tylko jeszcze bardziej je rozwijają i pozwalają widzowi lepiej poznać każdą z nich, ale też pokazują na jak wiele sposobów bohaterowie "Mahoutsukai Tai" potrafią się ze sobą komunikować. Strasznie podobała mi się zwłaszcza scena przy ognisku, gdzie Nanaka i Aburatsubo rozmawiają ze sobą wyczarowując tańczące w kółku ludziki z ognia. Było to o tyle fajniejsze, że w tym samym czasie w oddali bardzo fajną rozmowę odbyła ze sobą także inna para bohaterów, w pewnym momencie w niespostrzeżony sposób wchodząc też w interakcję z siedzącą przy ognisku dwójką. Genialna była także inna scena z tego samego epizodu, gdzie podczas wieczornego pokazu magii, pozornie głupkowaty gag z wykrywającymi kłamstwa różdżkami został sprytnie przemieniony w pośredni dialog między bohaterami, wyrażający to, co w otwarty sposób wstydziliby się wyznać. Właśnie tego typu interakcji i sposobów kreacji postaci jest w "Mahoutsukai Tai!" na pęczki!
Muzykę do serii skomponowała niesamowicie utalentowana Michiru Oshima. Utwory jej autorstwa usłyszeć można było m.in w takich produkcjach jak "Fullmetal Alchemist", "So Ra No Wo To", "Little Witch Academia", czy też "Lord of Lords Ryu Knight". Bardzo dużo skomponowała także na potrzeby filmów z Godzillą. Jej ścieżki z "Mahoutsukai Tai!" w niczym nie ustępują tym znanym z innych tytułów, wyśmienicie podkreślają atmosferę rozgrywających się na ekranie wydarzeń i z dużą przyjemnością słucha się ich również poza samą bajką. Na sporą pochwałę zasługują także opening oraz ending. Ten pierwszy to bardzo przyjemna, rytmiczna piosenka, okraszona równie radosną i kolorową animacją. Fantastycznie spełnia swoją rolę, zachęcając widza do obejrzenia kolejnego odcinka i obiecując mu wciągający, zabawny seans. Ending zaś to prześliczna, zaczynająca się od wstępu a capella piosenka, przypominająca coś, co grało w dawnych telewizyjnych wieczorynkach. Pada w niej nawet - również charakterystyczne dla wieczorynek - pożegnanie i zaproszenie do spotkania po raz kolejny, przy okazji następnego odcinka. Komplementowane jest to przez uroczą, wyciszającą animację, przypominającą kolorowy dziecięcy sen, pomalowany kredkami. Po prostu cudo!
Słówko o grze aktorskiej jeszcze. W obsadzie "Mahoutsukai Tai!" zebrała się najprawdziwsza śmietanka japońskiego przemysłu seiyuu, więc nie ma absolutnej mowy o fuszerce. Wśród występujących w bajce aktorów pojawiają się m.in potrafiący natychmiast przejść z poważnego, czarującego męskiego tonu w komiczne skrzeczenie Masaya Onosaka (Leeron z "Gurren Lagana", Shirou z "Soul Takera") oraz Takehito Koyasu (Dio z "JoJo's Bizzare Adventure", Mosquiton z "Master of Mosquiton"), znana z ról pięknych dziewcząt o uroczym głosie Junko Iwao (Tomoyo z "Card Captor Sakura", Lefina z "Super Robot Taisen"), czy też Mayumi Iizuka, kojarzona z chłopczycami czy upartymi dziewczętami takimi jak Misty z "Pokemon" albo Cleao z "Majutsushi Orphen".
"Mahoutsukai Tai!" to niesamowicie zabawna i przyjemna seria, w której każdy znajdzie coś dla siebie. Ma do zaoferowania trochę nie przedramatyzowanego romansu, dużo humoru, opowieść o pokonywaniu swoich słabości, barwne postaci ze świetnymi interakcjami, prześliczną oprawę audiowizualną i dużo, dużo więcej. Zdecydowanie jest to jedna z moich ulubionych produkcji zahaczających o czarodziejki. Serdecznie polecam każdemu, a w szczególności miłośnikom "Princess Tutu", którzy z pewnością wychwycą tutaj multum podobieństw do tej bajki. Junichi Satou i jego ekipa po raz kolejny dostarczyli wysokiej jakości produkt.
Warto swoją drogą wspomnieć, że bajka ta powstała jako projekt rywalizujący z inną, nad wyraz udaną serią o czarodziejkach - "Shamanic Princess". Oba tytuły dostały nawet wspólny cross-over, który niestety jednak nigdy do sieci nie trafił i zaginął chyba już na zawsze...
sobota, 18 listopada 2017
Seven Seas wydaje kolejne kultowe tytuły!
Yamato
poniedziałek, 30 października 2017
Spotkania i rozstania na moście marzeń - "Minky Momo in Yume ni Kakeru Hashi" (1993)
Pewnego dnia mała Momo poznaje na nim chłopczyka, który niezbyt wierzy w związaną z budowlą opowieść. By udowodnić mu jej prawdziwość, nasza bohaterka obiecuje, że każdego dnia będzie na niego czekać. W ten sposób na pewno spotkają się ponownie, prawda?
Pełny Tytuł: „Minky Momo in Yume ni Kakeru Hashi” ("Minky Momo in the Bridge Over Dreams"
Scenariusz: Akemi Omode
Muzyka: Tomoki Hasekawa
Liczba Odcinków: 1
Studio: Ashi Production
Ocena Recenzenta: 9/10
Screeny:



































