sobota, 14 września 2013

RECENZJA FIGURKI - Ryu Rycerz Zephyr z "Lord of Lords Ryu Knight"

Jakiś czas temu recenzowałem tu jedną ze swoich ulubionych serii mecha fantasy, pt. "Lord of Lords Ryu Knight" . Dziś przyjrzymy się figurce postaci, z tej serii właśnie pochodzącej - oto przed państwem słynny "Ryu Rycerz Zephyr" pilotowany przez Adeu.
*w recenzji gościnnie wystąpią także Sayaka Miki i Gundam Griepe*
MegaHouse Variable Action -"Lord of Lords Ryu Knight" - Ryu Rycerz Zephyr
Na początek, kilka tradycyjnych danych:
Typ figurki: Figurka ruchoma, "Variable Action"
Seria: "Lord of Lords Ryu Knight"
Postać: "Ryu Rycerz Zephyr"
Producent: MegaHouse
Materiały: ABS, PVC
Wysokość: Ok.13 cm
Cena: 130zł (bez przesyłki)
Data wydania: Czerwiec 2010 roku
Nakład:Standardowy
Data zakupu: Sierpień 2013
Sklep: AmiAmi




Na Ryu Rycerza polowałem już od dość dawna. Jakoże jest to zdecydowanie mój ulubiony Super Robot, to koniecznie musiałem włączyć go do swojej kolekcji. Problem był jednak w tym, że jakoże jest to cholernie rzadka figurka, to nie mogłem jej dopaść w żadnym sklepie (nawet na Mandarake). Pewnego dnia jednak szczęście się do mnie uśmiechnęło. Przeglądałem sobie z nudów dział "Pre-Owned" na AmiAmi i nagle w oczy rzucił mi się znajomie wyglądający pancerz. Z niedowierzaniem otworzyłem figurkę w nowym oknie i oczom mym ukazał się nikt inny, jak właśnie Zephyr. Stan figurki określany był jako "A" (teoretycznie nówka) pudełko zaś "B" (drobne uszkodzenia). Cena wynosiła 130zł. Po krótkim zastanowieniu i przeliczeniu dostępnych funduszy z radością dodałem Zephyra do koszyka i połączyłem go z zamówionym jako Pre-Order Griepem od Bandai.
Teraz pozostało tylko czekać, aż Griepe zostanie wydany, by moje zamówienie mogło być zrealizowane. I tak czekałem, i czekałem, i czekałem... i w końcu pod koniec sierpnia się doczekałem. Griepe został wydany, e-mail od Ami z prośbą o zapłatę pojawił się w mojej skrzynce pocztowej, więc nie pozostało nic innego, jak tylko zamówienie opłacić i czekać, aż oba roboty do mnie przyjdą.
Nie czekałem co prawda długo (ok. 10 dni) ale jednak ku mojemu zdumieniu paczka ta przeżyła chyba najciekawsze przygody spośród wszystkich moich dotychczasowych zamówień. Wszelkie moje pozostałe figurki szczęśliwie bez dłuższych przetrzymań omijały urząd celny i z Warszawy zasuwały prosto do mnie. Ryu i Griepe zaś najpierw pojechali do Komornik, potem do Poznania, tam przesiedzieli cały dzień, by potem znowu wrócić do Komornik... a dopiero potem ruszyli już prosto do mnie. Na całe szczęście, mimo że na trochu dłużej zatrzymali się w urzędzie celnym, to ni cła, ni vatu mi za nich nie naliczono (dziękuję panom celnikom za wyrozumiałość~).
Dosłownie wczoraj listonosz dostarczył mi papiurek, że mogę się przejść na pocztę, by odebrać swoją paczuszkę. I tak też zrobiłem. Polazłem, zabrałem, przyniosłem.
Powiem szczerze, że trochę się bałem o Zephyra. Pamiętam jeszcze niefortunną sytuację z moim "Star GaoGaiGarem", który również na Ami miał oznaczenie A/B, a jednak po wyjęciu go z pudła okazało się, że miał połamany staw w jednej ręce...
Zephyr na szczęscie dotarł w stanie nieskazitelnym. Dosłownie nówka sztuka, chyba nawet nigdy nie wyciągana z pudełka. Po dokładnej inspekcji, czy wszystkie części są na miejscu i czy niczego nie brakuje, z dumą postawiłem go na półeczce obok reszty figurek, po czym wyszedłem do pracy. Po powrocie poskładałem jeszcze swojego HG 1/144 Griepe'a, ale o tym w innej recenzji...

Przejdźmy teraz do głównej części recenzji~

Rzeźba i Malowanie

Muszę przyznać, że jestem naprawdę pod wrażeniem, jak bardzo MegaHouse się do tej figurki przyłożyło. Zephyr wygląda dokładnie tak, jak w anime, czy też "Super Robot Taisen NEO/OE". Każdy element został odwzorowany z niesamowitą wprost dokładnością. Nawet tak drobne szczegóły, jak dziurki na hełmie, czy też emblemat na tarczy.
Malowanie również oceniam bardzo pozytywnie. Żadnych odprysków, wszystko dokładnie i pieczołowicie zamalowane na odpowiedni kolor, nieważne czy jest to większa część, jak np. naramiennik, czy drobniutki szczegół, jak np. źrenice.
Miecz i  tarcza dołączone do zestawu również bardzo mi się podobają. Odwzorowano je bardzo wiernie i wyglądają dokładnie tak samo jak te, które zaobserwować można było w anime.
Krótko mówiąc zatem, Zephyr został idealnie przeniesiony z ekranu telewizora do świata rzeczywistego.
Bardzo ładnie wygląda też dołączona do zestawu karta "Mist Tarota", której Adeu używał, by wzywać Ryu Rycerza. Sayaka, mogłabyś może pokazać naszym czytelnikom tę kartę?
"Świetnie będzie się nadawać do cosplayu jako Adeu, nie sądzisz Goge?"
Podstawka jakaś super szczegółowa już niestety nie jest. Jest to po prostu czarny okrąg z wymalowanym na biało emblematem serii (dwa miecze skrzyżowane na tarczy). Szczerze jednak mówiąc, kto by się tam przejmował podstawką, skoro daniem głównym jest tutaj rewelacyjnie wykonana figurka?

Akcesoria i Pozowalność


Prócz samej figurki Ryu Rycerza, MegaHouse dorzuciło nam do zestawu kilka całkiem fajnych bajerów. W pudełku, oprócz głównej figurki, znajdziemy także:
-Miecz
-Tarczę
-Kartę "Mist Tarot"
-Wymienne łapki x4
-Podstawkę
-Specjalny uchwyt do tarczy, pozwalający wsunąć za nią miecz

 Pozowalnością Ryu Rycerz bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Jest o wiele bardziej ruchomy niż którakolwiek z moich pozostałych figurek, ba, może nawet odczyniać większe wywijasy, niż Revoltechy. Dodajmy do tego jeszcze wszystkie te akcesoria i z łatwością będziemy mogli odtworzyć niemal każdą znaną nam z serii anime scenę. Ryu Rycerza można ustawić w bojowej pozycji, w heroicznej pozie z uniesionym mieczem, odtworzyć jego atak kończący "Crush Dawn", lub też ustawić go w epickiej pozie kończącej cios, podczas której wsuwa on swój miecz za tarczę. Marzy się wam scena pojedynku między Zephyrem a inną postacią? Pewnie, czemu nie! Możliwości ustawienia figurki jest multum i jedynym ograniczeniem jest tu praktycznie nasza wyobraźnia.

Poniżej kilka przykładowych póz:










Jedyne zażalenie, jakie mam, to fakt że podstawka chwilami nie utrzymuje ciężaru figurki, i nózka się opuszcza...

Pudełko


Pudełko bardzo mi się podoba. Wykonane jest ładnie i z pomysłem. Żeby wyciągnąć figurkę bowiem nie trzeba rozpieczętowywać całego pudła. Plastik, w którym znajduje się figurka, jest wysuwany i po wyjęciu go z kartonowej części bardzo łatwo go otworzyć, by wyciągnąć zeń Ryu Rycerza. Jest to dużo wygodniejsze niż otwieranie górnej klapy od pudła, odchylanie listków i wyciąganie takowego plastiku, jak to z reguły z innymi figurkami bywa.
Podoba mi się też fakt, że pudełko ozdobiono symbolami i napisami znanymi z serii anime, podobnymi do tych, które znajdują się na karcie "Mist Tarot".
Kilka fotek:





Podsumowanie

Ryu Rycerz jest figurką naprawde udaną. MegaHouse naprawdę się przyłożyło i udało im się świetnie przenieść tego robota z ekranów telewizorów do świata rzeczywistego. Rzeźba i malowanie są rewelacyjne, pozowalność pozwala na ustawienie Zephyra na multum różnych sposobów, a dołączone do zestawu akcesoria uatrakcyjniają figurkę. Cenowo również nie wypada źle, bowiem 130zł za naprawdę rewelacyjną i niezwykle rzadką figurkę to moim skromnym zdaniem bardzo dobra cena. Jeżeli lubicie mecha fantasy i napotkacie kiedyś w sklepie tę figurkę, nie wahajcie się, warto ją kupić.


OCENA KOŃCOWA:

Rzeźba: 10/10
Malowanie: 10/10
Pozowalność: 9/10
Cena/Jakość: 9/10



Kilka fotek na koniec:


Sayaka i Ryu Rycerz

Ryu Rycerz i Gundam Griepe

Zaczyna się tu robić tłoczno...

Ryu Rycerz i jego pilot - Adeu

czwartek, 12 września 2013

"Magical Battle Arena" - czyli mordobicie z udziałem Mahou Shoujo wszelakich

Jeżeli marzyliście kiedyś o tym, by jako Lina Inverse ("Slayers") stanąć w szranki z takimi czarodziejkami jak Nanoha ("Mahou Shoujo Lyrical Nanoha") czy też Sakura ("Card Captor Sakura"), to macie ku temu niepowtarzalną okazję, bowiem niezależne studia "Fly-System" i "Area ZERO" wydały całkowicie darmową, crossoverową, niezwykle dynamiczną bijatykę 3D na PC, której bohaterkami są właśnie m.in wspomniane panny.  Oto przed państwem "Magical Battle Arena".
Fabuła gry nie jest jakaś nazbyt skomplikowana. Ot, czarodziejki z róznych światów zostały wezwane do jednego wymiaru, aby poprzez magiczne pojedynki przywrócić porządek we wszechświecie... W jaki sposób napieprzanie się pierdyliardem czarodziejskich pocisków ma pomóc w utrzymaniu równowagi w kosmosie to mnie już nie pytajcie, bowiem ja także nie widzę w tym większego sensu...
W każdym razie...
Wcielamy się w jedną z dostępnych czarodziejek i obserwujemy historię z jej perspektywy, tłukąc po drodze pozostałe postacie. Ot, cała filozofia.
W grze pojawia się wiele znanych serii, w których pojawiały się czarodziejki, np:
-"Magic Knight Rayearth"
-"Slayers"
-"Mahou Shoujo Lyrical Nanoha"
-"Card Captor Sakura"
-"Mahou Shoujo Lyrical Nanoha StrikerS"

I wiele innych. Łącznie do naszej dyspozycji oddanych zostaje ponad 13 różnych postaci, plus bohaterki ukryte.

Graficznie gra prezentuje się prześlicznie. Ładnie zaprojetkowane, cukierkowe projekty postaci cieszą oko i wyglądają naprawdę ładnie nie tylko gdy postać stoi w bezruchu, ale nawet kiedy fruwa po całej planszy napieprzając ogniokulami we wszystko co się rusza. Skoro o ogniokulach itd mowa - ich rodzajów jest mnóstwo. Od podstawowych pocisków magicznych, przez ogromne lasery, aż po legendarnego "Pogromcę Smoków" w wykonaniu Liny. Twórcy zadbali o to, by jak najwierniej odwzorować wygląd ataków i wyszło im to naprawdę nieźle. Fajnym faktem jest również to, że każda czarodziejka ma inny rodzaj tarczy magicznej, więc nie ma co narzekać na brak różnorodności.
Bardzo ładnie prezentuje się również oprawa dźwiękowa gry. Szybkie, epickie, zagrzewające do walki motywy idealnie wpasowują się w dynamiczną rozgrywkę i szybko wpadają w ucho. Co również bardzo miłe - bohaterki nie milczą, a non stop komentują to, co dzieje się podczas walki. Recytują inkantacje, nabijają się z przeciwnika, cieszą się gdy zwyciężą - rewelacja.
Gorzej trochę niestety wypadają lokacje. Ich tekstury najwyższych lotów nie są. Nie kłują co prawda bardzo w oczy, ale w porównaniu z teksturami postaci wypadają dość miernie. Z drugiej jednak strony i tak nie mamy zbytnio czasu na podziwianie widoków, bowiem podczas starć uważać musimy na pierdyliard fruwających wokół nas magicznych szlagów. Chwila nieuwagi i lądujemy na dnie kanionu...

Skoro już o tych pociskach mowa, warto by wspomnieć coś więcej na temat tego, jak wygląda rozgrywka. Mieliście kiedykolwiek styczność z takimi tytułami jak "Another Century's Episode""Armored Core", albo "Cosmic Break""MBA" wygląda dokładnie tak samo - fruwamy po trójwymiarowej planszy i strzelamy magicznymi atakami do naszych przeciwników, bądź przy użyciu miecza, różdżki itd. walczymy w zwarciu. W jednym starciu może maksymalnie brać udział do 4 czarodziejek. Sterowanie jest banalnie proste - pod każdy z przycisków przyporządkowana jest jedna komenda, jak np. przyspieszenie, pocisk magiczny itd. a poruszamy się za pomocą strzałek. By użyć jednego z 3 specjalnych ataków danej postaci wystarczy wcisnąć przycisk odpowiedzialny za ładowanie many i odpowiedni przycisk ataku. Ot i cała filozofia.
Nie znaczy to jednak, że gra jest łatwa. Och, wręcz przeciwnie. "MBA" wymaga od gracza niezłego refleksu i skupienia. Przeciwnicy bowiem, nawet komputerowi, do głupich nie należą i potrafią sprytnie wywieść nas w pole. Potrafią np. szybko zajść nas od tyłu, wklepać kombosa, odrzucić na kilometr i zalać falą pocisków. A jakby tego było mało, zaraz potraktują nas jeszcze zjawiskowym atakiem kończącym. W grze tej wystarczy dosłownie sekunda nieuwagi i już 2/3 paska energii idzie się rąbać. Początkującym w tego typu gry zatem zdecydowanie polecam najpierw dobrze nauczyć się co i jak w menu treningu. Na prawdziwym polu bitwy bowiem zginą niechybnie w przeciągu kilku sekund. Na szczęście poziom trudności można sobie uregulować w opcjach, no ale co to za zabawa, jak gra się na easy?
Jeśli znudzi nam się obijanie ryja komputerowym przeciwnikom, możemy zaprosić do zabawy także znajomego. Gra ma bowiem opcję multiplayer, zarówno lokalnie, jak i przez sieć. W trybie lokalnym jeden gracz grać może na klawiaturze, drugi zaś na padzie.
Warto również wspomnieć, że prócz standardowego "Story Mode" do wyboru mamy jeszcze kilka innych trybów rozgrywki, jak choćby "Versus" czy wspomniane wcześniej "Network" i "Training".

Czy grę polecam? Brać w ciemno. Zwłaszcza, że całkowicie freeware. Z pewnością dostarczy wam wielu godzin emocjonującej rozrywki. Jeżeli nie straszny wam koszmarny poziom trudności i język japoński nie stanowi przeszkody w graniu, to zdecydowanie warto dać "MBA" szansę. Z czystym sumieniem polecam grę każdemu, nie tylko fanom mahou shoujo, czy gier w stylu "Another Century's Episode".

PLUSY:
-Śliczne projekty postaci
-Dynamiczne starcia
-Ponad 13 różnych bohaterek z odmiennym stylem gry do wyboru
-Świetna muzyka
-Różne tryby gry
-Opcja Multiplayer
-Obsługuje Pada

MINUSY:
-Koszmarny chwilami poziom trudności
-Niezbyt szczegółowe lokacje
-Naciągana i nieco głupawa fabuła

Ocena Recenzenta: 7/10

Screeny:







niedziela, 8 września 2013

"Devilman: The Birth" (1987) - Czyli początek opowieści o demonicznym antyherosie

Nie ukrywam, że Go Nagai jest jednym z moich ulubionych twórców. Jegomość ten stworzył wiele serii, do których do tej pory pałam naprawdę sporym sentymentem. Odpowiada m.in za takie produkcje jak "Mazinger Z", "Koutetsu Jeeg", "Mazinkaiser SKL", "Violence Jack" czy też "Cutie Honey" lub znane polskiemu widzowi "Magiczne Igraszki". W dzisiejszej recenzji chciałbym wam jednak, drodzy czytelnicy, przybliżyć ekranizację najlepszego, moim skromnym zdaniem, dzieła tego wizjonera - pierwszą OVA z serii "Devilman" zatytułowaną "The Birth".

Fudou Akira to niczym nie wyróżniający się licealista. Choć może nie do końca, bowiem od przeciętnego licealisty rózni się tym, iż jest aż nadmiernie grzeczny i obdarzony silnym poczuciem sprawiedliwości. Pewnego dnia, kiedy jak zwykle idzie nakarmić szkolne króliki dostrzega, że zostały one przez kogoś brutalnie pozabijane. Na szczęście jeden ocalał. Akira jest zdumiony, kto mógłby dopuścić się tak okrutnego czynu. Szybko ma jednak okazję się tego dowiedzieć, bowiem pada ofiarą ataku trzech dryblasów. Nalegają oni, by Akira oddał im ostatniego królika. On jednak odmawia i uparcie stara się obronić zwierzaka. Po krótkiej bójce szef gangu, widząc odwagę chłopaka, postanawia pozwolić mu zatrzymać królika i odchodzi wraz ze swoimi gorylami.
W tym samym momencie zjawia się koleżanka Akiry - Makimura Miki. Widząc obrażenia chłopaka, zabiera go ona do gabinetu pielęgniarki, by go opatrzyć. Później idą razem na spacer do parku. Napotykają tam dawnego przyjaciela Akiry - Ryou Asukę. Zaprasza on Akirę do swojego domu, bowiem ma mu do pokazania coś niecierpiącego zwłoki. Obaj przyjaciele udają się zatem do rezydencji Ryou. To właśnie tam zajdą wydarzenia, które diametralnie odmienią ich życie. Jak się bowiem okaże, trafią w samo serce konfliktu pomiędzy ludźmi, a pierwotnymi władcami ziemi - Demonami.

Pod względem fabularnym "The Birth" nie zaskakuje może niczym szczególnie oryginalnym. Zdecydowanie zaznaczyć jednak trzeba, że mimo nieco schematycznego początku, historia w tym anime ukazana potrafi wciągnąć, bowiem została bardzo dobrze rozplanowana i nic nie dzieje się tu ani zbyt szybko, ani zbyt wolno. W odpowiednich dawkach serwowane nam są zarówno porcje informacji, jak i sceny akcji. Dzięki takiemu zabiegowi historia nie nuży ani nie sprawia wrażenia nadmiernie spłyconej.
Warto także nadmienić, że chociaż seria ta w miarę wiernie trzyma się mangowego pierwowzoru, to widz, który z komiksową wersją styczność miał, z pewnością wychwyci kilka róznic.

O postaciach zbyt wiele nie można powiedzieć, bowiem na dobrą sprawę istotniejszą rolę odgrywają tutaj dwaj bohaterowie - Akira i Ryou. Co prawda w kilku początkowych scenach przewija się także wspomniana Makimura Miki, jednak jej charakter nie zostaje nam tutaj zbytnio przybliżony.
Nie można jednak zdecydowanie narzekać na sposób, w jaki przedstawiono charaktery Akiry i Ryou. O obu bohaterach dowiadujemy się dostatecznie dużo, by lepiej ich poznać i wyrobić sobie o nich opinię. Ich charaktery do strasznie głębokich może i nie należą, jednak z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że wypadają bardzo dobrze i nie sprawiają wrażenia wyciętych z tektury ludzików, które ktoś wstawił od niechcenia do tej historii. Warto również wspomnieć, że skoro jest to zaledwie początek historii, to i dalszego rozwoju charakterów tych postaci możemy spodziewać się w kolejnych częściach sagi.

Pod względem oprawy audiowizualnej "The Birth" prezentuje się świetnie. Szczegółowe, zgrabnie narysowane projekty postaci są miłe dla oka, a równocześnie zdecydowanie różnią się od typowych "moe mord" które spotkać możemy w lwiej części anime. Również projekty demonów zasługują na uznanie. Pokręcone, groteskowe i pełne naprawdę makabrycznych chwilami udziwnień. Ich projektanci obdarzeni musieli być naprawdę niezwykle rozbudowaną wyobraźnią, bowiem każdy demon w swej dziwaczności jest niezwykle oryginalny i nie ma tu dwóch takich samych, schematycznych potworów.
Animacja jest bardzo płynna i przyjemna dla oka. Większych zgrzytów się nie dopatrzyłem, a powiem nawet, że "The Birth" bije na głowę wiele dzisiejszych produkcji, w których wyraźnie chwilami widać cięcia kosztów. Animatorzy poszli tutaj na całego, dzięki czemu wszystko rusza się naturalnie i robi spore wrażenie. Na pochwałę zasługują zwłaszcza efektowne sceny walk i pościgów.
Muzyka strasznie mi się spodobała. Kenji Kawai spisał się wyśmienicie i udało mu się stworzyć taką ścieżkę dźwiękową, która idealnie wpasowuje się w każdą scenę, niezależnie od tego, czy jest to otoczona aurą niepokoju rozmowa na temat demonów, czy też zapierające dech w piersiach starcie z nimi. Przyznam, że najbardziej spodobała mi się piosenka przygrywająca w momencie, gdy na scenie po raz pierwszy pojawia się tytułowy Devilman. Szybki, rytmiczny utwór, idealnie podkreślający heroiczną, ale i brutalną zarazem naturę tego bohatera.
Na grę aktorów także nie ma co narzekać, bowiem wyraźnie słychać, że do swoich ról się przyłożyli i idealnie udało im się oddać charaktery postaci, w które się wcielają.

Jak w ostatecznym rozrachunku "The Birth" zatem wypada? Zdecydowanie jest to jedna z tych staroszkolnych OVA, którym warto poświęcić trochę czasu. Historia, mimo pozornej schematyczności, jest bardzo dobrze napisana i potrafi zaciekawić, charaktery dwóch głównych bohaterów są wyraziste, a jednocześnie nie nadmiernie przekombinowane, a oprawa audiowizualna jest po prostu zachwycająca. Seria ta podobać się może zarówno tym widzom, którzy mangę już czytali, jak i tym, którzy komiksu nigdy na oczy jeszcze nie widzieli. Jedynym elementem tej serii, który dla niektórych może okazać się minusem, jest dość spora doza brutalności, jaką możemy w niej zaobserwować. Devilman bowiem to owszem, superbohater, jednak stanowi przykład antyherosa, a co za tym idzie, z przeciwnikami rozprawia się w sposób bezlitosny i pozbawiony wszelkich skrupułów. Nie zawaha się przed niczym, by zwyciężyć.
Jeśli jednak nie gorszą was brutalniejsze sceny walk, zdecydowanie warto dać "Devilmanowi" szansę. Zwłaszcza, że w przeciwieństwie do wspominanych już tutaj "Genocyber" czy "Apocalypse Zero" nie jest to tylko i wyłącznie durna i bezmyślna rąbanka. Polecam gorąco, zarówno animację, jak i mangowy pierwowzór!

Typ Anime - OVA
Rok produkcji - 1987
Pełny Tytuł: „Devilman: The Birth”("Devilman: Tanjou Hen")
 Reżyseria: Tsutomu Iida
Scenariusz: Go Nagai, Tsutomu Iida
Muzyka: Kenji Kawai
Gatunek: Horror, Akcja
Liczba Odcinków: 1
Studio: Oh Production
Ocena Recenzenta: 8/10

-Seria OVA nie jest pierwszą animowaną wersją przygód Devilmana. Pierwszy serial animowany z tym bohaterem pojawił się już w latach 70tych. Niewiele miał jednak wspólnego z mangowym pierwowzorem i w przeciwieństwie do niego był bardziej nastawiony na dziecięcą widownię - wycięto bowiem praktycznie całą brutalność z oryginału i uproszczono historię do schematu tzw. "Potwora Tygodnia". Pojawiły się również filmy kinowe, w których Devilman łączył swoje siły z robotami z anime, przy których Nagai pracował, jak np. "Getter Robo""Mazinger Z" itd.

-Devilman pojawił się w ciekawej cross-overowej bijatyce na konsolę Sony PSP - "Sunday vs Magazine". Wystąpił tam obok takich bohaterów jak Tygrysia Maska ("Tiger Mask")Takizawa ("Blazing Transfer Student")Natsu ("Fairy Tail"), czy też Joe Shimamura ("Cyborg 009").

Screeny:









niedziela, 1 września 2013

Kosmiczny policjant - "Cosmo Police Justy"(1985)

W latach 80tych pojawiło się mnóstwo anime z gatunku Science-Fiction. Pojawił się wtedy pierwszy Macross, Layzner, czy też Metal Armor Dragonar. Pośród tych wszystkich popularniejszych tytułów pojawiło się jednak również kilka mniej znanych, a nie mniej ciekawych. Jednym z takich tytułów jest zdecydowanie "Cosmo Police Justy" - świetna krótka OVA na podstawie mangi pod tym samym tytułem.

Głównym bohaterem tego anime jest młody policjant Justy Kaizard. Cieszy się on sławą najlepszego i najsilniejszego espera w całym kosmosie. W trakcie swojej kariery rozprawił się już z ponad 200 niebezpiecznymi kryminalistami. Jak nietrudno się domyślić jest przez to najbardziej znienawidzonym przez przestępców policjantem i bandziory ciągle tylko knują, jakby go tu wyeliminować.
Podczas jednej ze swoich misji Justy zabił niebezpiecznego bandytę - Magnum Vega - na oczach jego malutkiej córki. Widząc śmierć swojego ojca, dziewczynka w gniewie uwolniła ogromne ilości energii psychicznej i przemieniła się w dojrzałą, potężną esper. Rani ona ciężko Justiego, po czym traci przytomność zapominając jednocześnie o wszystkim, co się wydarzyło Po tych zdarzeniach Justy postanawia przygarnąć dziewczynę, jako swoją młodszą siostrę.
Czy aby na pewno był to jednak dobry pomysł? Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że pewna grupa kryminalistów ma zamiar wykorzystać ukrytą głęboko w podświadomości dziewczyny nienawiść do Justiego, by się go w końcu pozbyć?
Historia w tej OVA nie jest zbytnio skomplikowana. Jest to po prostu kolejna opowieść o herosie zwalczającym przestępczość.  Historia jednak jest na tyle ciekawa i spójna, że schematyczność ta wcale tak bardzo nie przeszkadza i anime ogląda się bardzo przyjemnie. Co prawda zdarza się kilka niedopowiedzeń (co nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę, że mangowy pierwowzór jest dużo dłuższy), jednak nie są one tak poważne, by wprawić widza w zakłopotanie.

Postacie skomplikowane nazbyt nie są, są jednak na tyle ciekawe, że łatwo je polubić.Ich charaktery nakreślone są zgrabnie i bez nadmiernych udziwnień. W jednoodcinkowej OVA sprawdza się to wyśmienicie.
Relacje między bohaterami też są całkiem nieźle nakreślone. Co prawda trochę dziwnym wydało mi się to, że Justy ot tak, bez żadnych wahań postanowił przygarnąć dziewczę, które niemal go zabiło, ale ostatecznie można to wytłumaczyć poczuciem honoru i żalem za to, że zabił jej ojca.
Czarne charaktery zaś to typowe bandziory. Bez skrupułów, gotowi czynić zło bez konkretniejszego celu itd. Wyglądają swoją drogą trochę jak błękitnoskórzy kosmici ze słynnego "Space Battleship Yamato".

Oprawa audiowizualna prezentuje się całkiem nieźle. Ładne, przyjemne dla oka projekty postaci działają zdecydowanie na korzyść tej serii. Tła, mimo że są to głównie otchłanie kosmosu czy stacje kosmiczne, prezentują się również całkiem dobrze
Animacja chwilami niestety chrupie. Nie rzuci się to może w oczy widzowi, który do wyłapywania potknięć przyzwyczajony nie jest, ale ktoś o wprawnym oku z pewnością wychwyci tutaj kilka takich scen, gdzie postacie poruszają się trochę sztywno, bądź nienaturalnie. Nie zdarza się to może często, ale jednak wyczulonym estetycznie widzom może się to nie spodobać.
Muzyka jest po prostu rewelacyjna. Anime z lat 80tych zdecydowanie miały czym się popisać i w przypadku "Cosmo Police Justy" nie jest inaczej. Przeważają szybkie i rytmiczne motywy, które idealnie wpasowują się w dynamiczne starcia między Justim i jego przeciwnikami. Równie ładnie brzmią wolniejsze nuty przygrywające w spokojniejszych scenach.  Zdecydowanie najbardziej spodobał mi się utwór zatytułowany "Lonely Hunter". Ma w sobie tę specyficzną magię piosenek ze starych anime, którą tak bardzo kocham.
Aktorzy spisali się bardzo dobrze i udało im się świetnie oddać charaktery postaci. Justy brzmi jak dzielny bohater, Astaris jak urocza, sympatyczna dziewczynka a bandyci jak pozbawieni skrupułów zimni dranie. Tak ma być!

"Cosmo Police Justy" jest zdecydowanie jednym z tych klasycznych anime, z którymi warto się zapoznać. Nie jest to może najoryginalniejsza historia, ale jest na tyle dobra, że przyjemnie się ją ogląda. W przypadku oprawy audiowizualnej czepić by się można było jedynie chwilowych zgrzytów w animacji. Poza tym jest świetnie bowiem i muzyka, i projekty postaci, jak i głosy bohaterów są świetne i nie mam im nic do zarzucenia.
Jesteście fanami science-fiction i macie ochotę obejrzeć dobry film animowany z tego gatunku? Możecie brać Justiego w ciemno. Z pewnością się wam spodoba, a kto wie, czy i nie zachęci do przeczytania oryginalnego mangowego pierwowzoru.

Typ Anime - OVA
Rok produkcji - 1985
Pełny Tytuł: „Cosmo Police Justy”
 Reżyseria: Takahashi Motosuke
Scenariusz: Hiroyuki Hoshiyama
Muzyka: Hiroya Watanabe
Gatunek: Science Fiction, Akcja
Liczba Odcinków: 1
Studio: Pierrot
Ocena Recenzenta: 7/10

Screeny:





czwartek, 29 sierpnia 2013

Waleczny mutant i dziewczynka z sierocińca kontra złowroga organizacja - "Baoh the Visitor" (1989)

Dziś zajmiemy się kolejnym, dziwacznym i obskurnym anime, które Goge wykopał z czeluści internetu. "Genocyber" opisywany tu już był, "Apocalypse Zero" też... cóż zatem tym razem dorwałem? Stare anime z lat 80tych o co najmniej dziwnie brzmiącym tytule - "Baoh the Visitor". Seria powstała na bazie podobno całkiem niezłej mangi (nie miałem okazji przeczytać jeszcze, aczkolwiek na /m/ mi ją rekomendowano), tak więc możnaby przypuszczać, że anime również okaże się być całkiem dobre, prawda? No, niestety nie do końca tak jest...

Akcja zaczyna się od sceny pościgu. Oto mała dziewczynka i jej urocze zwierzątko (przypominające połączenie wiewiórki i szynszyli) uciekają przed jakąś agentką i jej bandą goryli. W pewnym momencie nasza mała bohaterka dzięki swej niezwykłej mocy łamie tajny kod blokujący drzwi do jednego z wagonów. Wewnątrz znajduje się grupa naukowców oraz tajemniczy sarkofag. Jak nietrudno się domyślić, sarkofag ten musi kryć w sobie coś niezwykle ważnego. I faktycznie - wewnątrz uśpiony jest tajemniczy twór zwany "Baoh". W pewnym momencie wybudza się on ze swojego snu, w brutalny sposób pokonuje ścigających dziewuszkę oprawców i wraz z naszą małą bohaterką uciekają z pociągu. Jak nietrudno się domyślić, nie będzie im dane żyć w spokoju, bowiem ścigani są przez niezwykle niebezpieczną i okrutną organizację, która nie cofnie się przed niczym, aby odzyskać, bądź zniszczyć Baoha.

Fabuła wydaje się być do bólu sztampowa i schematyczna prawda? Ot, dziewczynka poznaje tajemniczego faceta, będącego ofiarą szalonego eksperymentu i razem uciekają przed kolejną "Mroczną i Złą" (tm) organizacją, która nie ma zamiaru pozwolić, by jej największe arcydzieło szwędało się po świecie i wiodło spokojny żywot. Organizacja ta oczywiście będzie nasyłać na naszą parkę różnorakich asasynów, którzy jednak okażą się zbyt słabi, by podołać zadaniu pokonania Baoha itd itp. Będzie nam również dane ujrzeć mnóstwo brutalnych scen walki, podczas których poleje się mnóstwo czerwonej  farby emulsyjnej... och? To nie farba, tylko krew? Mój błąd, takie gęste się to zdawało...

Postacie są równie naciągane i nudne. Mało wyraziste, słabo nakreślone i nie wiemy o nich praktycznie nic. Co prawda nasz główny bohater (Iikuro) miewa jakieś tam przebłyski i przypomina sobie co nieco ze swojej przeszłości, jednak przebłyski te są tak losowe i sporadyczne, że niewiele do historii wnoszą.
Nie lepiej wypadają czarne charaktery. Nudne, bez wyraźniejszych motywacji, ich jedyny cel "zgładzić Baoha". Niewiele pomaga fakt, że na odwal się starają się nam wyjaśnić na jakiej zasadzie Baoh działa i jak powstał.

Oprawa audiowizualna zaś jest całkiem udana i praktycznie tu nie mam do czego się przyczepić. Projekty postaci są schludne i szczegółowe, tła zaś malowane w odpowiednio stonowanych barwach. Animacja również nie trzeszczy i sceny starć, mimo chwilami groteskowych, zaprzeczających prawom fizyki scen mordów, wyglądają bardzo dobrze i efektownie.
Muzyka również jest świetna. Rytmiczne, żywe piosenki przygrywające w tle podczas starć bardzo przypadły mi do gustu i przyłapałem się na wystukiwaniu palcem ich rytmu podczas seansu.
Głosy postaci niestety do najlepszych już nie należą. Aktorzy brzmią drętwo, sprawiają wrażenie, jakby ktoś ich przymuszał do zagrania w tym anime. Nie przekonują zbytnio i zdecydowanie uważam, że mogli się bardziej postarać.

"Baoh" to taki średniak. Nie jest to anime fatalne, ale też nie jest czymś niezwykle zjawiskowym. Z pewnością spodoba się fanom serii obfitujących w wartką akcję i brutalniejsze bitwy. Widzom, którzy jednak oczekują ciekawej historii i łatwych do polubienia postaci seans z tym anime odradzam. Raczej się oni nań niestety wynudzą, mimo że trwa ono zaledwie 45 minut.
Krótko mówiąc - jesteś czytelniku fanem serii, w których nie liczy się fabuła, tylko bijatyka? Możesz zatem podnieść ocenę o jedno oczko. Jeśli jednak nie, serię radzę omijać szerokim łukiem. Poza bitwami bowiem nie ma ona raczej nic do zaoferowania.
Typ Anime - OVA
Rok produkcji - 1989
Pełny Tytuł: „Baoh Raihousha” ("Baoh the Visitor")
 Reżyseria: Hiroyuki Yokoyama
Scenariusz: Kenji Terada
Muzyka: Hiroyuki Nanba
Gatunek: Science Fiction, Akcja, Gore
Liczba Odcinków: 1
Studio: Pierrot
Ocena Recenzenta: 3.5/10

-Mangowy pierwowzór składał się z dwóch tomów i miał dużo ciekawszą, bardziej rozbudowaną historię. Podobno charaktery postaci były również dużo lepiej nakreślone. Stąd fani serii najczęściej rekomendują prędzej jej mangowy pierwowzór, aniżeli serię animowaną.
Anime podobno ekranizuje bowiem zaledwie kilka pierwszych rozdziałów i wciśnięte na siłę jej zakończenie.
Warto nadmienić, że za mangowy pierwowzór odpowiada Hirohiko Araki, znany polskiemu fanowi m.in ze względu na "JoJo Bizzare Adventure".
Screeny:






niedziela, 25 sierpnia 2013

Tokusatsu w krzywym zwierciadle - "Kakugo no Susume" (1996)

Tokusatsu to gatunek w Japonii niezwykle popularny. Jego bohaterami są dzielni, zamaskowani herosi, ubrani w pełne nowinek technologicznych superpancerze. Obowiązkowo muszą mieć także szybki, zarąbisty motocykl, albo robota. Do najsłynniejszych przedstawicieli tego gatunku należy saga "Kamen Rider" opowiadająca o wystrojonych w świerszczopodobne kombinezony wojownikach, którzy stawiają czoła coraz to kolejnym okrutnym istotom, chcącym zagarnąć ziemię dla siebie.
Gatunek ten zyskał sobie całkiem sporą popularność również poza Japonią, dzięki czemu poza kraj kwitnącej wiśni zaczęły trafiać najrózniejsze seriale o zamaskowanych herosach. Część z nich była naprawdę dobra, część przeciętna, a część... taka, że zdecydowanie lepiej by było, by nigdy nie ujrzała światła dziennego. I właśnie serią należącej do tej trzeciej kategorii się dziś zajmiemy. Serią tak niesmaczną, paskudną i badziewną, że oglądać ją będą w stanie jedynie widzowie o iście stalowych nerwach albo tacy, co na dziwadła Japończyków są uodpornieni - oto przed państwem "Kakugo no Susume", znane też jako "Apocalypse Zero".

W bliżej nieokreślonej przyszłości nastąpiła wielka katastrofa, w wyniku której wszelkie metropolie legły w gruzach. W wyniku tego kataklizmu narodziły się paskudne mutanty, które całymi dniami polują na ocalałych przedstawicieli rasy ludzkiej. Ludzkość oczywiście nie zamierza poddać się bez walki i dlatego postanawia zorganizować oddział zwalczający złowrogie bestie... NIE. Zamiast tego żyją jak gdyby nigdy nic się nie stało. Dorośli nadal pracują, dzieci nadal uczęszczają do szkoły. A to że tam codziennie następuje kilkadziesiąt zgonów z powodu ataku mutantów to tam pikuś, kto by się tam w końcu tym przejmował... Zdążyło się już przywyknąć do postapokaliptycznej rzeczywistości.
Pewnego dnia do jednej z ocalałych szkół w Tokio przybywa tajemniczy młodzian imieniem Kakugo. Jak się niedługo potem okaże, jest on w posiadaniu potężnej broni - Pancerza Zero Form, który umożliwia mu przeistoczenie się w potężnego zamaskowanego wojownika, stawiającego czoła mutantom. Przy pomocy tejże zbroi Kakugo w bezlitosny i niezwykle krwawy sposób rozprawi się z każdym potworem, który wejdzie mu w drogę.
Okazuje się jednak, że nasz bohater nie przybył do tej szkoły jedynie celem ochrony uczniów do niej uczęszczających. Ma on swoje własne, dość istotne powody, które go tu przygnały.

"Kakugo no Susume" należy zdecydowanie do najdurniejszych anime, z jakimi miałem do czynienia. Już nie chodzi mi tu nawet o bezsensowną fabułę, bo to było całkowicie zamierzone, biorąc pod uwagę fakt, że jest to pastisz wszelkich serii z gatunku tokusatsu. Bardziej idzie mi tu o fakt, że seria ta jest niezwykle brutalna i chwilami stanowczo za daleko posuwa się przy przekraczaniu granic dobrego smaku. Ja rozumiem, że krew i flaki są takie "Kul i Ewsum", ale czy serio rajcują one kogokolwiek poza niedojrzałymi nastolatkami, dla których oglądanie efektownych scen mordu wydaje się być czymś niezwykle dorosłym? 
No bo serio - każda, dosłownie KAŻDA walka w tym anime obowiązkowo musi obfitować w hektolitry krwi i wiadra wyrywanych wnętrzności.  Ja naprawdę rozumiem, że ta groteska miała być dla śmiechu, jednak stanowczo moim zdaniem za daleko się tutaj twórcy posunęli i miast bawić, jest to po prostu żenujące.

Bohaterowie. Tak, no więc... co dobrego można o nich powiedzieć... nic. Schemat pogania schemat, a stereotyp ściga stereotyp. Tajemniczy, przystojny młodzik, przeistaczający się w walecznego herosa? Jest; Urodziwa, zakochana w nim po uszy dziewuszka? Jest; Rywalizujący z głównym herosem o względy wspomnianej panny szkolny osiłek? Jest, a jakże;
Nikt z bohaterów nie wyróznia się praktycznie niczym ciekawym. Skoro miała to być komedia, to można było się choćby pokusić o użycie postaci do wyśmiania typowych charakterów, ale tego nie zrobiono.
Dialogi między bohaterami są nudne i nie bawią, relacje między nimi zaś, nawet jak na parodię, są po prostu fatalne.
Czarne charaktery spytacie? No tu jest trochę "lepiej". Akurat przeciwników dla herosa zaprojektowano w taki sposób, że są  pastiszem typowych monstrów, z jakimi zmagać się muszą bohaterowie serii z gatunku tokusatsu. Kakugo przyjdzie bowiem walczyć m.in z gigantyczną grubą kobietą, która pożera swoich kochanków a zerwane z nich twarze nosi na swojej lewej piersi; starcem walczącym przy użyciu śliny i wężopenisa; czy też demoniczną pielęgniarką, która niczym Aphrodita A z "Mazinger Z" walczy strzelając swymi piersiami jak rakietami. Go Nagai byłby dumny.
Oczywiście za tymi wszystkimi mutantami stoi ten "Główny zły" pociągający za sznurki. Jego motywy jednak są równie durne, jak całe to anime - chce bowiem stworzyć utopię, poprzez... wymordowanie wszystkich ludzi. To tak chyba nie działa...
No chyba że chce stworzyć utopię dla mutantów... ale po co, skoro wyraźnie widać, że to one wygrywają z ludźmi, którzy jakoś nie kwapią się by stawić im czoła?

Co śmieszne - seria ta ma jednak coś dobrego. Oprawę audiowizualną. Projekty postaci są całkiem ładne i przyjemne dla oka (no, pomijając chore mutanty), również projekty pancerzy, pełne najdrobniejszych, pieczołowicie dopieszczonych detali wyglądają rewelacyjnie. Animacja także nie trzeszczy - wszystko tu rusza się całkiem płynnie, choć czy jest to w 100% zaleta to bym spekulował, biorąc pod uwagę fakt, że większość tych świetnych animacji to chore, wykwintne wręcz sceny mordu.
Co do muzyki mam mieszane odczucia. Szybkie, rytmiczne kawałki wykorzystane podczas starć brzmią świetnie i podkreślają dynamikę bitwy... z drugiej strony jednak, motywy grające podczas "normalnych" dialogów są nudne i niemal niezauważalne, w wyniku czego jednym uchem wpadają, drugim zaś już wypadają.
Głosy postaci wypadają całkiem dobrze, choć zdarzają się takie nieco nijakie. Kakugo na przykład podczas starć brzmi średniawo. Tutaj akurat powiem szczerze, że angielski dubbing wypadł lepiej, bowiem tam nazwy ataków wypowiadane przez naszego bohatera brzmią naprawde świetnie i idealnie pasują do odważnego wojownika.
 Najlepiej bez dwóch zdań spisali sie aktorzy użyczający głosów mutantom - brzmią jak faktyczne bezlitosne chore potwory, opanowane rządzą mordu.

"Kakugo no Susume" ląduje w tej samej kategorii, co recenzowany już przeze mnie "Genocyber" - jest to szajs, który nadaje się tylko i wyłącznie do obejrzenia na imprezie ze znajomymi, celem totalnego wyśmiania. Normalnie anime tego nie da się oglądać, no chyba że jesteście masochistami, którym do szczęścia wystarczy jedynie kilkanaście scen wymyślnych mordów i chorych dewiacji. Humor wcale a wcale nie bawi, a jedynie żenuje, podobnie jak bohaterowie. Oczywiście znajdą się tacy, co powiedzą "no ale muzyka była dobra". A ja na to powiem, że muzyki można sobie posłuchać na "Youtube" czy innej witrynie, bez potrzeby katowania się całą resztą tego badziewnego anime. Odradzam stanowczo. Zróbcie sobie przysługę, i zamiast oglądać 2 odcinki animowanego gówna poświęćcie ten czas na coś bardziej kreatywnego, jak np. wyjście ze znajomymi na dwór, albo choćby naukę japońskiego.
Typ Anime - OVA
Rok produkcji - 1996
Pełny Tytuł: „Kakugo no Susume” ("Apocalypse Zero - Kakugo the final soldier")
 Reżyseria: Toshihiro Hirano
Scenariusz: Akiyoshi Sakai
Muzyka: Takashi Kudou
Gatunek: Tokusatsu, Parodia, Gore
Liczba Odcinków: 2
Studio: Big West, Tomy, Victor Entertaiment
Ocena Recenzenta: 2/10

-Seria powstała na podstawie mangi pod tym samym tytułem. Co ciekawe, manga ta jest nadal kontynuowana. Jak nietrudno się domyśleć, dewiacji i chorych scen jest tam jeszcze więcej. Jak dobrze, że anime okazało się taką szmirą, że twórcom nie opłacało się zrobić więcej, jak 2 odcinki.

-Mimo że seria okazała się totalną porażką, doczekała się kilku naprawde niezłych figurek. Bądź co bądź, designy pancerzy były naprawdę fajne. Jeśli rajcują was futurystyczne zbroje super bohaterów, możecie się za figurkami z tej serii rozejrzeć.

-Powstała także gra na PlayStation - jak nietrudno się domyśleć bijatyka. Graficznie jednak nie powalała, a i sterowanie podobno do najwygodniejszych nie należało. Dla fanów może to być jednak całkiem niezła gratka.

Screeny:



środa, 21 sierpnia 2013

Magią i Mechem - "Vision of Escaflowne" (1996)

Dziś przyjrzymy się serii, która swego czasu cieszyła się w Polsce niemałą popularnością. Starsi fani z pewnością do tej pory bardzo dobrze ją pamiętają. O czym dziś będzie mowa? A no o jednym z najlepszych anime z gatunku mecha fantasy - świetnej, porywającej opowieści o miłości, magii i potężnych robotach, umieszczonej w nie mniej fantastycznym świecie - "Vision of Escaflowne".

Hitomi Kanzaki to śliczna, wysportowana uczennica liceum. Jak każda dziewczyna w jej wieku spędza czas na spotkaniach z przyjaciółkami i rozmowach o chłopcach. Hitomi ma jednak dość ciekawe hobby - układanie tarota. Koleżanki bardzo często korzystają z jej przepowiedni, bowiem dziwnym trafem często okazują się być bardzo trafne.
Podczas jednej z lekcji z W-Fu Hitomi doświadcza dziwnej wizji. Oto w strumieniu światła pojawia się przed nią piękny, tajemniczy chłopak. Dziewczyna mdleje.
Budzi się niedługo potem w skrzydle szpitalnym. Przy jej łóżku siedzi  przystojny kapitan męskiej drużyny sprinterów - Amano - jej obiekt westchnień. Podczas rozmowy oboje zbliżają się do siebie, jednak zanim dojdzie do czegoś poważniejszego, ich prywatność zostaje zakłócona przez koleżankę Hitomi.
Pewnego dnia nasza bohaterka dowiaduje się, że Amano ma wyjechać z kraju. Dziewczyna ma zatem ostatnią szansę, by wyznać mu swoje prawdziwe uczucia! Nasza bohaterka nie może zatem marnować ani chwili i postanawia się spotkać ze swoim ukochanym.
Zawiera z nim umowę - jeżeli przebiegnie w odpowiednim czasie wyznaczoną trasę, otrzyma od niego swój pierwszy pocałunek. Amano przystaje na tę propozycję. Bierze od dziewczyny jej naszyjnik-wahadło, by przy jego pomocy odmierzać czas.
Hitomi startuje i biegnie co sił w nogach. Gdy jednak dociera do połowy trasy... dzieje się coś nieoczekiwanego. Oto tuż przed nią w strumieniu światła pojawia się ten sam chłopak, którego wcześniej widziała w swej wizji. Chwilę po nim pojawia się również ogromne smoczysko. Tajemniczy młodzian nakazuje Hitomi i jej przyjaciołom uciekać - sam rozprawi się z bestią. Jednak wbrew jego planom, potwór postanawia ruszyć w pogoń za licealistami. Nasz młodzik rusza oczywiście za bestią.
W trakcie starcia chłopaka ze smokiem, Hitomi doznaje kolejnej wizji - widzi, jak chłopak zostaje zgładzony przez monstrum. Ostrzega ona go w ostatniej chwili, dzięki czemu udaje się mu uniknąć ataku i zabić smoka. Po wygranej walce, wyciąga z bestii jej serce. Po chwili dzieje się coś nieoczekiwanego - oto naszyjnik dziewczyny reaguje na smocze serce, w wyniku czego ona i tajemniczy chłopak zostają otoczeni strumieniem światła i znikają.
Hitomi budzi się i rozgląda dookoła. Znajduje się w jakimś dziwnym, całkiem obcym miejscu. Co więcej, w ciemnościach naokoło pobłyskują złowrogo jakieś ślepia. Jak się niedługo potem okaże, nasza bohaterka trafiła do fantastycznego świata zwanego "Gaea", w którym obok magii spotkać można potężne maszyny zwane Guymelefami czy też latające fortece. Świata, w którym to przyjdzie jej stawić czoła złowrogiemu imperium Zaibachu. Jak Hitomi poradzi sobie z tak wielkim niebezpieczeństwem? W końcu jest tylko licealistką w całkiem obcym sobie świecie...


"Vision of Escaflowne" to iście niezwykła seria. Świat w niej ukazany nie należy do wykonanych po łebkach i naprawdę chwilami zaskakuje swoim ogromem. W Gaei bowiem znajduje się wiele róznych państw i państewek połączonych zależnościami politycznymi. Dodajmy do tego jeszcze fakt, że prócz przedstawicieli rasy ludzkiej pojawiają się tu też istoty fantastyczne, takie jak doppelganger, ludzie wilki, czy też ludzie koty. Warto nadmienić także, że mitologia świata, w którym dzieje się akcja tego anime, jest również niezwykle rozbudowana i ma spory wpływ na historię w nim ukazaną.
Tutaj pojawia się jednak problem - twórcom owszem, udało się stworzyć naprawdę ogromny, skomplikowany świat, jednak nie udało im się dostatecznie dobrze go widzowi przybliżyć. Niektóre zależności polityczne nie zostają dokładnie wyjaśnione, o niektórych państwach nie dowiadujemy się więcej jak tylko to, że gdzieś tam sobie istnieją, a z co poniektórych ras nie ujrzymy więcej, niż jednego osobnika, mimo że podobno są ich setki...
Chwilami kuleje również fabuła. Nie chodzi o to, że jest niespójna... bardziej o fakt, że czasami odnosiłem wrażenie, że twórcy po macoszemu potraktowali niektóre wątki, albo też na zasadzie "To magia, nic nie muszę wyjaśniać" wprowadzali dziwne chwilami naprawdę zwroty akcji. Widza, który nie wychwytuje każdego głupkowatego zagrania nie powinno to co prawda zrazić, ale chwilami sprawić to może, że trochę się on pogubi.
Na całe szczęście, wytłumaczono nam przynajmniej i to całkiem zgrabnie, na jakiej zasadzie działają wszelkie mechy, czy też latające statki i inne osiągnięcia technologiczne.

Postacie to mocna strona tej produkcji. Na pochwałę zasługuje zwłaszcza fakt, że zrezygnowano tym razem z typowego dla mecha anime zagrania, gdzie byle głuptak siada za sterami mecha i mimo że nie ma pojęcia jak całym tym ustrojstwem kierowac, jakimś dziwnym cudem świetnie radzi sobie w boju nawalając w losowe guziki. Książę Van Fanel bowiem to świetnie wyszkolony szermierz, który zna parę całkiem skutecznych w boju chwytów, stąd fakt, że jest w stanie świetnie pilotować Escaflowne nie powinien dziwić. Co mi się też bardzo podobało to fakt, że bohater nie jest stereotypowym herosem, który gna na ratunek światu tylko i wyłącznie z bezinteresownej dobrej woli. Van kieruje się szczerze powiedziawszy bardziej chęcią zemsty, aniżeli chęcią ratowania świata, co pozwoliło twórcom na wprowadzenie kilku naprawdę ciekawych zagrań fabularnych.
Hitomi również bardzo mi się podobała. Zachowuje się dokładnie tak, jak dziewczyna w jej wieku - czasem kieruje się bardziej sercem niż rozumem, nie potrafi chwilami poradzić sobie z buzującymi hormonami, zdarza jej się też być nieszczerą, co zostało w naprawdę bardzo dobry sposób przedstawione w jednym z odcinków.
Również postacie drugoplanowe wypadają całkiem nieźle. Dla co poniektórych pokuszono się nawet o nieco dokładniejsze przybliżenie ich charakterów czy historii.
Czarne charaktery wypadają już jednak średniawo. Część z nich ma jakieś drugie dno, poważniejsze motywy pchające je ku temu, co czynią; część zaś to typowi "Ci źli" z anime, którzy czynią zło, bo są tak bardzo źli i w zasadzie tyle.
Na pochwałę jednak zdecydowanie zasługują relacje między bohaterami. Są realistyczne, nie sprawiają wrażenia wymuszonych czy naciąganych. Również dialogi są napisane w wyśmienity sposób i brzmią naprawdę autentycznie.

Oprawa audiowizualna zaś, to zdecydowanie kawał dobrej roboty. Piękne, szczegółowe tła, przyjemne dla oka projekty postaci (aczkolwiek co poniektórych mogą zrazić wielkie nosy), rewelacyjne projekty mecha, które swoim wyglądem przypominają fantastyczne pancerze rycerskie. Animacja jest również bardzo płynna i bardzo rzadko zdarzyło mi się dopatrzeć się uproszczeń, czy też wyraźniejszych chrupnięć.
W sumie o muzyce wystarczyło by powiedzieć tylko tyle, że skomponowała ją legendarna Yoko Kanno - to tłumaczy się samo przez się. Dla tych, którzy jednak z twórczością tej pani styczności nie mieli wspomnę, że muzyka w Escaflowne jest po prostu niesamowita. Piękne, pełne epickości utwory muzyczne, wykonywane na prawdziwych instrumentach naprawdę rewelacyjnie podkreślają fantastyczny klimat świata Escaflowne. Niezależnie od tego, czy na ekranie akurat rozgrywa się spektakularna bitwa, czy pokazane są kolejne niecne knowania Zaibachu, czy też postacie wyznają sobie swoje uczucia - muzyka zawsze idealnie wpasowuje się w tło wydarzeń i idealnie potęguje emocje, które dana scena wywołuje u widza.
Wartym uwagi jest fakt, że słowa wielu utworów to po prostu powtarzane w kółko, w rózny sposób słowo "Escaflowne" przeplatane innymi, pojedynczymi zdaniami. Zabieg to dość ciekawy, jednak naprawdę udany.
Głosy postaci dobrano rewelacyjnie. Już sam fakt, że w rolę Van'a wciela się nikt inny, jak legendarny Tomokazu Seki (Domon z "G Gundam", Gai z "Nadesico" czy też Touji Suzuhara z "Neon Genesis Evangelion) powinien przekonać, że spodziewać się możemy świetnie oddanych charakterów postaci oraz kwestii wypowiadanych w taki sposób, że nie będzie w nich czuć ani krzty sztuczności. I tak właśnie jest - aktorzy spisali się wysmienicie i naprawdę słychać, że przyłożyli się do swoich ról. W ich głosach idealnie czuć każdą emocję, nieważne czy jest to strach, gniew, czy też rozpacz.

Jak zatem "Vision of Escaflowne" wypada w ostatecznym rozrachunku? Chciałbym rzec, że bezbłędnie, jednak niestety tak nie jest. Seria ta posiada kilka wad, jak na przykład nieco zbyt po macoszemu potraktowana kwestia przybliżenia widzowi świata przedstawionego, jednak posiada również mnóstwo zalet, które wszelkie wpadki równoważą. Mamy świetną muzykę, rewelacyjnie dobrane głosy postaci, przepiękną grafikę. Jakby tak jeszcze trochę lepiej przedstawić świat i pokusić się o lepiej przemyślane chwilami zagrania fabularne, to seria ta byłaby naprawdę nieskazitelnym arcydziełem.
Mimo wszystko jednak uważam, że "Escaflowne" zdecydowanie należy do tych serii, które wypada obejrzeć. To naprawdę fantastyczna baśń, opowiedziana w naprawdę ciekawy i wciągający sposób. Jeśli nie macie alergii na mechy i jesteście w stanie przymknąć oko na kilka "wypadków przy pracy" to gorąco to anime polecam. Będziecie się bawić naprawdę wyśmienicie.
Typ Anime - Seria Telewizyjna
Rok produkcji - 1996
Pełny Tytuł: „Tenkuu no Escaflowne” ("Vision of Escaflowne")
 Reżyseria: Kazuki Akane
Scenariusz: Shouji Kawamori
Muzyka: Yoko Kanno
Gatunek: Super Robot, fantasy, romans
Liczba Odcinków: 26
Studio: Sunrise
Ocena Recenzenta: 8/10

-Escaflowne miało już okazję wystąpić w "Super Robot Taisen". W dodatku w jednej z bardzo ciekawych odsłon - "Compact 3" na Wonderswan color. Wystąpiło tam u boku takich rarytasów dla SRW jak "Betterman", "Mechander Robo" czy też "Acrobunch". Niestety, od tamtej pory nie pojawiło się w sadze. Fani spekulują, że być może pojawi się w najnowszej odsłonie SRW - OE - biorąc pod uwagę fakt, że w grze tej pojawia się mnóstwo mecha fantasy (Ryu Knight, Lamune, Dunbine)

-Powstał również pełnometrażowy film animowany opowiadający tę samą historię, co anime, jednak z paroma dość istotnymi zmianami. Wśród fanów istnieje wyraźny podział na zwolenników serii TV oraz filmu właśnie.

-Na /m/ seria ta cieszy się niesłabnącą popularnością. Obok "Gun X Sword", "Patlabora" czy też
"Zeta Gundama" jest to jedna z najlepiej odbieranych przez fanów mecha serii.

Screeny: