środa, 23 kwietnia 2014

RECENZJA FIGURKI - figma Maron Makaron z "Queen's Gate: Spiral Chaos" od "Max Factory". Edycja limitowana z grą na PSP.



Coś się do mnie ostatnio szczęście uśmiecha. Całkiem niedawno pisałem wam, iż udało mi się dopaść jeden ze swoich Najświętszych Graali, czyli artbook z "Dream Hunter Rem". Niedługo potem dotarła do mnie Noel od Bandai. A ostatnio udało mi się, za śmiesznie niską cenę, dopaść jedną z tych figurek, na które polowałem odkąd chyba na poważnie zainteresowałem się tym hobby.
Przeglądając sobie z nudów Mandarake natknąłem się na figmę, przedstawiającą jedną z moich ulubionych postaci z uniwersum "Queen's Blade" - Maron Makaron - w dodatku za śmiesznie niską cenę - 100zł. Nadmienić trzeba, iż figurka ta jest dziś cholernie rzadka, bowiem dorzucana była jedynie jako dodatek do edycji limitowanej gry "Queen's Gate: Spiral Chaos" na Sony PSP.
Z niedowierzaniem zatem otworzyłem link i przeżyłem kolejny szok - pudełko, prócz figurki, zawierało pełen zestaw edycji limitowanej, czyli grę oraz saszetkę na dowód osobisty. Przez myśl przemknęło mi natychmiast - "Taka okazja może się nie powtórzyć! Zamawiaj, człowieku, zamawiaj!". Po krótkiej bitwie z samym sobą postanowiłem myśli tej posłuchać i w błyskawicznie złożyłem zamówienie. Teraz pozostawało jedynie czekać na mail zwrotny od Mandarake, czy figurka jest jeszcze na stanie...
Na moje szczęście, była. Dostałem zatem maila z poleceniem zapłaty, odpowiednią kwotę uiściłem i pozostawało mi teraz jedynie czekać, aż paczuszka dotrze pod drzwi.
Jakoże zamówiłem Maron tuż przed Triduum Paschalnym, to nie oczekiwałem, że szybko do mnie dotrze. Szczerze powiedziawszy podejrzewałem raczej, że pojawi się pod moimi drzwiami dopiero tydzień po świętach. Jakież było moje zdumienie zatem, gdy w dniu, gdy miałem wracać z wypoczynku świątecznego u rodziny, na śledzeniu paczki pojawiło się magiczne "Przekazanie przesyłki do doręczenia". Gdy przyjechałem zatem spowrotem do Poznania, prędko wyciągnąłem awizo ze skrzyneczki i biegiem ruszyłem na pocztę, coby pakę swoją odebrać.
 Gdy dotarłem już wraz z przesyłeczką do mieszkania, natychmiast przeszedłem do jej rozpieczętowywania. Po raz pierwszy miałem do czynienia z przedmiotem limitowanym, toteż uczyniłem to z "należytą czcią i ostrożnością" *śmiech*. Na samej górze pudełka znajdowała się wspomniana saszetka (więcej o niej później), pod nią zaś gra oraz sama figurka.

Garść żargonu technicznego:

Typ figurki: Figurka ruchoma
Seria Figurek: figma
Seria: "Queen's Gate: Spiral Chaos"
Postać: "Maron Makaron"
Producent: Max Factory
Materiały: ABS, PVC
Wysokość: Ok. 14cm
Cena: 100zł (w dniu premiery kosztowała ponad 300)
Data wydania: 28 Lipca 2011 roku
Nakład: Limitowany
Data zakupu: 14 kwietnia 2014 roku
Sklep: Mandarake

Przyjrzyjmy się teraz bliżej naszej bohaterce...

figma - "Queen's Gate: Spiral Chaos" Maron Makaron

Maron jest jedną z głównych bohaterek gry "Queen's Gate: Spiral Chaos". Naszą bohaterkę poznajemy już na samym początku gry, kiedy to z bliżej nieokreślonych przyczyn spada z nieba i ląduje na głowie (nie)szczęsnego kapłana "zboczeńca" imieniem Jean. Chwilę później razem zmuszeni są stanąć do walki z bandą opryszków. Z pomocą przychodzi im wtedy tajemnicza Alice, zwana również "Klucznikiem Bramy", która trafiła tu w trakcie swej misji, którą jest odkrycie powodu, z jakiego na całym świecie, z coraz większą częstotliwością otwierają się między-wymiarowe bramy.
 Wspólnie rozprawiają się z bandziorami, po czym postanawiają razem wyruszyć w podróż, by pomóc Alice w jej misji. Muszą się jednak pospieszyć, bowiem jeśli taki stan rzeczy trwał będzie zbyt długo, wszelkie światy pogrążą się w totalnym chaosie. Na całe szczęście Maron i jej przyjaciołom z pomocą przyjdą bohaterki z wielu innych gier i anime (m.in Noel z "BlazBlue", Dizzy z "Guilty Gear", Lili z "Tekken", Wonder Momo z "Wonder Momo" czy też Ivy z "Soul Calibur").
Jeśli idzie o charakter, to Maron na co dzień jest pogodną, aczkolwiek niesamowicie roztrzepaną dziewczyną. Nasza bohaterka miewa jednak często dziwaczne zmiany nastroju, w wyniku których uwydatnia się jej druga, dość sadystyczna osobowość.
Największą pasją Maron jest gotowanie, stąd też bardzo dobrze zna się na potrawach i przyprawach maści wszelakiej. Jej marzeniem jest założyć kiedyś sklep z łakociami, których jest ogromną wielbicielką. Jej innym marzeniem jest zostanie sławną na cały świat wokalistką, kochaną przez miliony idolką. Jak jednak sama stwierdza, jej "kuchenne" marzenie jest chyba bardziej realne...
Nasza bohaterka ma też ogromny kompleks na punkcie swojego biustu (dzięki czemu całkiem nieźle rozumie się z Noel), dlatego też jeśli rozmowa kiedykolwiek  nań zejdzie, bądź też gdy ktokolwiek nań spojrzy, Maron natychmiastowo stara się zmienić temat.
Nasza bohaterka ma również uroczy nawyk kończenia każdej swej wypowiedzi partykułą "Desu-no".
Rywalką Maron jest Cat Girl imieniem Aryutta. W trakcie gry dojdzie między nimi do licznych bójek, z których jednak Maron zawsze wyjdzie zwycięsko.
Tytuł jaki nosi Maron brzmi "Czarodziejska Cukierniczka", co odzwierciedla jej słodką naturę oraz pasję.

Wart wspomnienia jest fakt, że każdy z ataków Maron jest nawiązaniem do innej postaci, której głosu użyczała jej VA - Mai Nakahara. Wśród kombosów naszej bohaterki dopatrzymy się zatem m.in "Sol Graviton Spiral Crusher Punch" (atak pochodzi z "Chojuushin Gravion" w którym pani Nakahara użyczała głosu operującej pięściami Einie); podczas "Wonder Claw" Maron przejdzie w tryb yandere niczym Ryuugu Rena ("Higurashi no Naku Koro ni"); jej atak ostateczny zaś jest uderzająco podobny do "Starlight Breaker" z Nanohy (a jakby tego było mało, dopatrzymy się w nim także nawiązań do "Bram Babilonu" z "Fate/Stay Night").
Za projekt postaci odpowiada słynny rysownik o pseudonimie "Poyoyon Rock" znany ze swoich niesamowicie uroczych rysunków.

Poniżej, standardowo, zamieszczam link do oficjalnego motywu opisywanej dziś bohaterki:

Wstępniak napisany, przejdźmy zatem do głównej części recenzji.

Rzeźba i malowanie

Powiem szczerze, że po wyjęciu Maron z pudełka spędziłem bardzo długą chwilę na dokładnych jej oględzinach. Tak bardzo byłem nią oczarowany. Figurka wyrzeźbiona jest ślicznie, z dbałością o każdy najdrobniejszy detal, jak choćby pomidorkowa spinka do włosów, torebka w kształcie misia, czy też plasterek, naklejony na kolano. 




 Bardzo ładnie prezentuje się zwłaszcza brzuch bohaterki, który, jak na figurkę ruchomą, zaskoczył mnie niezmiernie dbałością i dokładnością wykończenia. Prócz normalnego korpusu mamy też dodatkowy, wymienny, na którym pancerz naszej bohaterki jest totalnie zdemolowany. Również i on jest bardzo ładnie wyrzeźbiony, z dbałością o każdy detal. Więcej o wspomnianym korpusie oraz o tym, czemu tak właśnie wygląda, wspomnę jednak trochę później.
Niestety, w 100% różowo (no pun intended) nie jest. Bardzo szybko przekonałem się bowiem, że niektóre elementy niesamowicie ciężko jest wymienić, bądź doczepić. Przykładowo, z doczepianiem płaszcza bohaterce męczyłem się dobre pół godziny, bowiem jak się okazało, do jego wykonania użyto zbyt sztywnego plastiku, przez co przez dłuższą chwilę nie chciał się on rozciągnąć na tyle, by oba zaczepy wskoczyły do odpowiednich szczelin, umieszczonych na plecach Maron. 
Drugim dość poważnym problemem jest fakt, iż prawa "szponiasta rękawica" naszej bohaterki trzyma się strasznie luźno i wystarczy drobne szturchnięcie, by odpadła. O samych akcesoriach wspomnę jednak więcej we fragmencie im poświęconym.
Złego słowa nie mogę na szczęście powiedzieć o malowaniu. Wykonane jest bardzo ładnie, z dużą pieczołowitością (nawet na najdrobniejszych szczegółach) i nie dopatrzyłem się raczej żadnych, większych odprysków.

Akcesoria i pozowalność

Maron ma całkiem sporo ciekawych dodatków. W pudle, prócz niej samej, znajdują się także:

-Wymienne twarzyczki x3 - zarumieniona,wyzbyta z emocji oraz płacząca
-Płaszcz
-Czapeczka
-Wymienne google do czapeczki
-Kosmyk włosów (umieszcza się go w czapeczkowej szczelinie, gdy Maron nie nosi kapelutka)
-Wymienny, ranny korpus
-Podstawka
-Woreczek na części zamienne
-"Queen's Gate: Spiral Chaos" - gra na PSP
-Dość... erotyczna saszetka na ID.

Zapewne zastanawiacie się, moi drodzy, gdzie standardowy dla każdej figmy zestaw łapek? A no cóż, Maron takowego... nie posiada. Tak, kochani, dostajemy jedynie dwie szponiaste rękawice i tyle. A szkoda, bo Maron przecież normalne ręce też miała. Pozostaje zatem jedynie "pożyczyć" rączki od innej figmy...
Jak wspomniałem, dość sporym problemem jest wymiana elementów. Wszystko bowiem, poza nieszczęsną prawą rękawicą, strasznie mocno siedzi w swoich szczelinach. Nie byłoby to może tak strasznym problemem, gdyby nie to, że to jednak Action Figure i wymieniane elementów jest w jej przypadku dość częstym zabiegiem. Na całe szczęście jednak, metoda "tam gdzie paluch nie może, wykałaczkę poślij" działa wyśmienicie i po krótkim zmaganiu się z zatrzaskiem elementy odskakują i można je wymienić na inne.

Pod względem pozowalności Maron mnie naprawdę bardzo zaskoczyła. Już sam fakt, że potrafi podnieść nogę wyżej, niż wszystkie moje pozostałe figmy zasługuje na uznanie. Dzięki temu nie dość, że może normalnie usiąść, to wyczyniać może jeszcze różnorakie, naprawdę cudaczne chwilami akrobacje. Bardzo fajnie przemyślano także sprawę zaczepki na podstawkę - umieszczona jest nie w plecach bohaterki, jak to ma miejsce w innych figmach, ale w jej płaszczyku, dzięki czemu nie ogranicza nadmiernie jej ruchów.
Jedynym "problemem" są kółka na wrotkach naszej bohaterki. Nie da się jej przez nie ustawić bez pomocy podstawki. Nie jest to jednak jakaś wielka tragedia, bowiem również i zwykłe figmy dużo lepiej prezentują się przytwierdzone do podstawki, aniżeli stojąc luzem.

Poniżej kilka przykładowych póz:






"Już ja wiem, na co ty patrzysz, desu-no."

"Zamierzasz się tym truć?"

"Zapomnij,  konfiskuję to, desu-no."

Pokuszono się nawet o namalowanie drobnych znaków z napisem "Danger" na każdej z rękawic




"Badass pose, desu-no"


Tak, Maron, ja też ubolewam nad tym, że nie masz w zestawie wymiennych dłoni...


Na szczęście Eila była tak dobra, że kilku do sesji użyczyła





Maron pochłonięta grą

Sprawdza status postaci, zapewne planuje kolejny ruch...

"Wyczyściłbyś ten usyfiony ekran... desu-no"

...



Jak wspomniałem, w zestawie jest też dodatkowy korpusik, który odwzorowuje ranną Maron ze zdemolowanym pancerzem. Dlaczego taki gadżet wgl w zestawie się znalazł? A no bo w grze, z której nasza bohaterka pochodzi, przeciwnika pokonać można na 2 sposoby - 1. Zredukować jego HP do 0; 2. Zniszczyć całkowicie jego zbroję/ubiór... tyczy się to tylko postaci żeńskich.
Tak więc, wymienny korpusik ze zniszczonym ubrankiem dorzucony jest do zestawu po to, aby świntuchy mogły sobie wystawić panienkę w zdezelowanym, i tak już przedtem niezwykle odsłaniającym, ubranku.

Próbka zdjęć...



NIE TAK PRĘDKO! DAICENZOR PRZYBYŁ NA ODSIECZ!







PODWÓJNY DAICENZOR! TATSUMAKI ZANKANTOU! DAISHARRRIIIN! NIE MA TAKIEJ RZECZY, KTÓREJ NASZE OSTRZA NIE BYŁYBY STANIE OCENZUROWAĆ!
Z uwagi na to, że bloga przeglądać mogą również nieletni czytelnicy, poprosiłem Zengara by ocenzurował tutejsze sprośności.
Tych, którzy jednak nadal chcą obejrzeć Maron w większym negliżu, odsyłam pod poniższy adres. Wchodzicie na własną odpowiedzialność.


Jak już pisałem, prócz figurki w zestawie jest także gra na PSP oraz saszetka. Króciutka sesja zdjęciowa poniżej:

Saszetka ze "specjalnym płynem" w środku i zawstydzoną Alice nadrukowaną na wierzchu. Płyn ma rzekomo udawać "płyn chłodzący", którego Alice używała zawsze po wykonaniu swego finałowego ataku, celem ustabilizowania temperatury w swoim specjalnym kombinezonie.
tl;dr - oficjalne, aczkolwiek głupawe usprawiedliwienie apelowania do fetyszystów. Wutevur.

"Queen's Gate: Spiral Chaos" przód pudełka

Tył

Instrukcja oraz płytka UMD

Wewnątrz instrukcji znajdziemy 3 śliczne, kolorowe ilustracje. Pierwsza z nich przedstawia Alice oraz Dizzy


Druga zaś Pastel Ink oraz Nanael

A trzecia Lili i Tomoe

Pudełko

Pudełko jest dość spore (porównywalne z tym od Eili, nawet trochę większe), kolorowe, ozdobione ilustracjami ze wszystkich stron a dodatkowo potraktowane specjalnym, odblaskowym nadrukiem, dzięki czemu wyraźnie bije odeń to wrażenie "Limitki". Dotarło jednak nieco uszkodzone (górny listek jest nieco wgnieciony). Uroki używanych przedmiotów. Kto by się tym tam jednak przejmował, skoro udało się dzięki temu za ledwo stówę dopaść limitowaną edycję gry z cholernie rzadką figurką?

Tył pudełka ozdobiony jest piękną ilustracją przedstawiającą Alice oraz Maron

Z lewej strony pudła jest ilustracja z samą Alice

Przód pudla tradycyjnie zawiera okienko, przez które możemy podziwiać figurkę jeszcze przed jej wyjęciem

Z prawej strony pudła widnieje ilustracja z Maron

Na górze zaś umieszczone jest logo gry z dopisanym na dole "Limited Pack" (jeśli mój japoński się nie myli)

Podsumowanie

Maron nie jest figurką bez wad, owszem. Problemem może być z początku wymieniane elementów, doczepienie peleryny. Dość luźno też trzyma się prawa rękawica. Nie oznacza to jednak, że figurka jest kiepska. Wręcz przeciwnie. Jeśli wziąć pod uwagę świetną rzeźbę, multum dodatków (nawet mimo braku rączek), nienaganne malowanie oraz niezwykle kolorowe pudełko to śmiało można rzec, że jest to jedna z najładniejszych i najbardziej wartych zakupu figm.  Dodajmy do tego jeszcze fakt, że w zestawie prócz samej figurki mamy również grę i specyficzną saszetkę na dokumenty.
Jestem zatem bardzo z zakupu zadowolony, tym bardziej, iż zapłaciłem praktycznie 3 razy mniej (nie licząc wysyłki) niż zestaw kosztował na początku. Jeśli kiedykolwiek natkniecie się gdzieś na Maron, bierzcie ją bez chwili zastanowienia. Zdecydowanie będzie piękną ozdobą waszej kolekcji. Problemem może być jednak, jak wspomniałem, jej znalezienie, bowiem nawet na Mandarake, które słynie z posiadania rzadkich przedmiotów w swym asortymencie, pojawia się ona niezwykle rzadko. Jeszcze rzadziej w pełnym zestawie z grą i saszetką...

OCENA KOŃCOWA:
Rzeźba8/10
Malowanie: 10/10
Pozowalność: 9/10 
Cena/Jakość: 10/10

I na tym kończymy recenzję kolejnej figurki. Następny figurkowy tekst poświęcony będzie najprawdopodobniej dawno już zapowiadanemu Gundamowi Griepe.
A teraz przepraszam, wracam do grania w "Queen's Gate"...

"Nie podoba mi się ta gra, desu-no..."


poniedziałek, 21 kwietnia 2014

O tym jak to czarodziejskie wojowniczki, w ogromnych robotach fantastyczny świat ratowały - "Magic Knight Rayearth"(1994)

Jak już zapewne wiecie, moim zboczeniem zawodowym są ogromne maszyny maści wszelakiej. Niezmiernie fascynują mnie zwłaszcza te magiczne, bowiem, jak nie raz już wspominałem, niezwykle pasjonuje mnie fakt, że dwa tak sprzeczne ze sobą gatunki, jakimi są mecha i fantasy, tak świetnie ze sobą współgrają. 
Ci, co na Pyrkonie, na moim panelu w tym roku byli, mieli okazję posłuchać o kilku ciekawszych seriach z tego gatunku. Większość przytoczonych wtedy przeze mnie tytułów recenzji na blogu tym już się dawno doczekało. Wśród nich pojawiła się jednak produkcja, o której chciałem wspomnieć już wieki temu, jednak z bliżej nieokreślonych powodów (dobra, dobra, wiemy że to przez moje zapominalstwo/lenistwo/studia) jeszcze tego nie zrobiłem. Wypada to zatem nadrobić, tym bardziej, iż jest to swoista już klasyka gatunku.
Za co się dziś bierzemy? Za "Magic Knight Rayearth", polskiemu widzowi znane lepiej pod tytułem "Wojowniczki z Krainy Marzeń".

Hikaru, Umi i Fuu to trzy nie wyróżniające się raczej niczym niezwykłym dziewczęta. Hikaru to typowa chłopczyca, Umi to dystyngowana pannica, Fuu zaś to inteligentna i dobrze wychowana meganekko (dziewczę w dużych okularach). Typowy zestaw? Typowy zestaw.
Nasze trzy bohaterki poznajemy kiedy akurat są na szkolnej wycieczce do Tokyo Tower. W pewnym momencie słyszą one głos błagający je o pomoc, chwilę potem zaś, za pomocą tajemniczego zaklęcia, przeniesione zostają do fantastycznej krainy zwanej "Cephiro", w której najpotężniejszą siłą są ludzkie marzenia oraz wola. Nasze bohaterki oczywiście są niezwykle skołowane i trudno im się w sumie dziwić, bo kto z nas by nie był, gdyby spotkało go coś takiego? Z pomocą panienkom przychodzi potężny arcymag o imieniu Clef. Wyjaśnia on im, iż są legendarnymi "Magicznymi Rycerzami" i wedle prastarej legendy mają być zbawieniem dla umierającej powoli krainy Cephiro. Ich zadaniem jest przebudzić trzy potężne bóstwa i wraz z ich pomocą uratować więzioną przez Arcykapłana Zagato piękną księżniczkę Emeraude, która to jest "Filarem" i władczynią całego Cephiro. By nasze bohaterki mogły sprostać temu ciężkiemu zadaniu, Clef postanawia nauczyć je władać magią. Każda z nich otrzymuje magiczną zbroję oraz jedno zaklęcie odpowiadające przypisanemu jej żywiołowi - Hikaru władać będzie ogniem, Umi wodą, Fuu zaś wiatrem. Niestety, nim Clef zdąży dokładnie objaśnić naszym bohaterkom, jak mają się tą magią posługiwać i gdzie dokładnie wspomniane bóstwa znajdą, nasza gromadka napadnięta zostaje przez służącą Zagato wiedźmę - Alcyone. W wyniku takiego obrotu spraw, Clef czem prędzej przyzywa ogromnego Gryfa, każe dziewczętom szybko na niego wsiadać i wysyła je na poszukiwania utalentowanej kowalki - Presii - która to pomoże im zostać pełnoprawnymi Magicznymi Rycerzami. Dziewczęta ruszają zatem w drogę, a Clef staje do walki z Alcyone. Jak dalej potoczą się losy naszych bohaterów? By się tego dowiedzieć, będziecie musieli obejrzeć to anime.

Przyznam się, że do "Rayeartha" mam naprawdę spory sentyment. Był to bowiem pierwszy mój chyba serial z gatunku Mecha Fantasy. Pamiętam że jako dzieciak byłem iście oczarowany fantastycznym światem Cephiro - ogromną, fantastyczną krainą, zamieszkaną przez róznorakie ciekawe stwory oraz postacie, a dodatkowo posiadającą własne mity i legendy. Czy teraz, gdy jestem już "starym koniem" nadal wywiera on na mnie takie samo wrażenie? Powiem szczerze, że... tak. Cephiro jest bowiem naprawdę ciekawie skonstruowanym uniwersum, przedstawionym w nie mniej intrygujący sposób i zaciekawić może zarówno dzieciaka jak i starszego widza. 
Gorzej trochę wypada sama fabuła. Nie chodzi mi tu o to, że jest kiepska - bynajmniej, historia ukazana w "Magic Knight Rayearth" to naprawdę kawał ciekawej opowieści, obfitującej dodatkowo w liczne zwroty akcji... gorzej, że twórcom nie do końca udało się ją rozplanować. O ile początkowo bowiem historia rozwija się całkiem ciekawie i serwuje nam odpowiednią dawkę akcji i informacji, tak w pewnym momencie zaczyna się koszmarnie dłużyć i nie zaskakuje raczej niczym szczególnym. Dopiero w późniejszych epizodach znowu zaczyna się dziać coś ciekawego. Jest to dość spory problem, zwłaszcza, że cierpią nań oba sezony (choć w drugim jest to nieco mniej zauważalne).
Niezmiernie ciekawie prezentują się jednak postacie. Na pierwszy rzut oka  bohaterowie wydają się być stereotypowi i niezwykle prości do zaszufladkowania. Bardzo szybko jednak seria uświadamia nam, jak pozory mogą mylić oraz że "Ci źli" nie zawsze tak bardzo źli faktycznie są. Tak, moi drodzy - w "Magic Knight Rayearth" jak się okazuje szufladkowanie postaci jest czynnością bezsensowną, bowiem seria nie raz i nie dwa zaskoczy nas złożonością charakterów każdej z nich. Ba, dojdzie nawet do takich sytuacji, w których niektóre postacie zmienią stronę, po której walczą.
Bardzo podoba mi się również fakt, że twórcom udało się w umiejętny i przekonujący sposób przedstawić rozwój bohaterów. Nikt nie zmienia się tu ot tak, bez najmniejszego powodu. Bohaterowie zmieniają się stopniowo, pod wpływem kolejnych doświadczeń, poznanych osób, stoczonych bitew itd. Dzięki temu postacie w anime tym występujące sprawiają wrażenie prawdziwych osób, a nie tylko prostych, rysunkowych kukiełek, którym ktoś z góry już narzucił stereotypowy charakter.

Kiepsko niestety prezentuje się graficzna strona serialu. O ile projekty postaci są schludne (choć chwilami niektore ich proporcje są dziwaczne), cukierkowe i miłe dla oka; mechy wyglądają niesamowicie i majestatycznie; tła zaś pełne są barw i detali, tak animacja już kuleje hardo. Ja rozumiem, że małe dziewczynki, do których głównie serial ten jest kierowany, wielkich wymagań nie mają, no ale kurde... Postacie ruszają się chwilami bardzo nienaturalnie, mają zniekształcone twarze (i nie mówię tu o występującym w serii stylu "Super Deformed), stojąc w miejscu telepią się niemiłosiernie, chwilami z bliżej nieokreślonych przyczyn się klonują... Najładniej wyglądają momenty, które animował Masami Obari (słynny animator znany z prac przy wielu hitowych mecha anime) - tylko w nich animacja prezentuje wysoki lub choć przyzwoity poziom.
Złego słowa powiedzieć jednak nie mogę o muzyce. Jest niezwykle klimatyczna i czuć w niej wyraźnie magię lat 90tych. Bardzo dobrze wypadają także openingi i endingi - są to bardzo przyjemne i rytmiczne piosenki, które błyskawicznie wpadają w ucho i nie raz przyłapałem się na nuceniu ich. Zwłaszcza pierwszy opening, zatytułowany "Yuzurenai Negai" jest już można rzec piosenką w fandomie (także i naszym) kultową i jeśli ktoś jej nie zna, to powinien się ze wstydu schować.
Świetną robotę odwalają także aktorzy użyczający głosów bohaterom. Brzmią przekonująco, potrafią odpowiednio oddać emocje swych postaci i słucha się ich z nieskrywaną naprawdę przyjemnością. Swoją drogą, rozbawił mnie fakt, iż księżniczce Emeraude głosu udziela Megumi Ogata, która winna być fanom mecha anime znana m.in z roli Shinjiego z "Neon Genesis Evangelion".

Czy "Rayearth" jest produkcją godną polecenia? Uważam, że tak. Posiada ciekawą, aczkolwiek trochę źle rozplanowaną historię; ogromny i skomplikowany świat; przesympatyczne, w dodatku trudne do jednoznacznego zaszufladkowania postacie oraz śliczną muzykę. Kuleje jednak niesamowicie animacja, co z całą pewnością nie spodoba się zwłaszcza młodszym fanom, którzy z serialami telewizyjnymi z lat 90tych okazji obcować nie mieli.
Warto dać tej serii szansę. Choćby ze względu na to, iż zaliczana jest do klasyki gatunku oraz nadal ma w Polsce swoich wiernych fanów. No i bądź co bądź, jest to jedna z pierwszych, bardziej przyjaznych młodszemu widzowi produkcji CLAMPa - fani powinni obejrzeć obowiązkowo.

Typ Anime - Seria Telewizyjna
Rok produkcji - 1994
Pełny Tytuł: „Magic Knight Rayearth” ("Mahou Kishi Rayearth"/"Wojowniczki z Krainy Marzeń")
 Reżyseria: Toshihiro Hirano, Masami Obari
Scenariusz:  Keiko Maruo, Nanase Ohkawa, Osamu Nakamura
Muzyka: Hayato Matsuo
Gatunek: Super Robot, Fantasy, Shoujo
Liczba Odcinków: 49
Studio: TMS Entertainment
Ocena Recenzenta: 7/10

-Rayearth jest pierwszą animowaną serią, w której gości przesympatyczny stworek zwany "Mokona" - maskotka CLAMP

-Przy projektowaniu i animowaniu mechów pomagał wspomniany już Masami Obari, znany z prac przy takich seriach jak choćby "Metal Armor Dragonar", "Super Robot Taisen", "Tatakae! Iczer-1", czy też "Dancouga Nova".

-Pojawiająca się w drugim sezonie bohaterka imieniem Nova to... niewykorzystany projekt postaci dla innej serii reżyserowanej przez Hirano - "Iczer". Dlatego też niezmiernie przypomina ona znaną z "Adventure! Iczer-3" (znane też jako "Iczer Reborn")  Atross. Jakby tego było mało, podobnie jak Atross walczy podwójnym laserowym mieczem. Nadal mało podobieństw? Podobnie jak Iczerki pilotuje ona wielkiego robota. Jeszcze wam mało? Nova jest bardzo ściśle powiązana z Hikaru, na dokładnie takiej samej zasadzie, jak powiązane ze sobą były Atross i Iczer-3.

-W eroge zatytułowanym "Season of the Sakura", wydanym w roku 1996 na MS-DOS pojawiają się trzy bohaterki łudząco podobne do Hikaru, Umi i Fuu. Przemalowano im jedynie włosy i mundurki.

-Powstała także seria OVA pod tym samym tytułem co TV. Podobnie jak "Adeu's Legend" czy też film "Escaflowne" przedstawia ona odmienną od serii telewizyjnej historię, wykorzystując jednak te same postacie.

-Seria jest dość lubiana na /m/. Ba, między fanami toczą się bardzo często minibójki o to, która bohaterka jest najlepsza. Prym wiedzie zdecydowanie Fuu.

Screeny:








środa, 16 kwietnia 2014

Szurnięta kocica i jej rodzinka w nowym wydaniu - "All Purpose Cultural Catgirl Nuku Nuku" (1998)

Dawno, dawno temu recenzowałem tutaj krótką serię OVA z roku 1992 zatytułowaną "All Purpose Cultural Catgirl Nuku Nuku". Wspomniałem wtedy, iż moim zdaniem jest ona dość... no nie ukrywajmy, średniawa i że dużo lepiej sięgnąć po jej swoisty remake - świetną i niezwykle zabawną serię TV z roku 1998. Którą to też dziś się zajmiemy.

Akcja naszego anime rozgrywa się w roku 2013 (hmmm...) w miejscowości "Maneki City". Główną bohaterką jest urocza i dobroduszna, aczkolwiek niezwykle roztrzepana dziewczynka o specyficznie brzmiącym imieniu - Nuku Nuku. Pannicę poznajemy w momencie, gdy wraz ze swym "młodszym bratem" - Ryuunosuke - są w drodze do szkoły. Zanim jednak zdążą bezpiecznie dotrzeć do placówki edukacyjnej, zamyślona Nuku Nuku włazi na jezdnię, prosto pod koła rozpędzonej ciężarówki! Na całe szczęście (a nieszczęście ciężarówki, która zostaje totalnie zezłomowana) naszej bohaterce nie dzieje się żadna krzywda. Dlaczego spytacie? A no jak się bowiem okazuje, nasza bohaterka jest wysokiej klasy androidem, wykonanym z najlepszych i najtrwalszych materiałów, stąd też takie byle co, jak "lekki kuksaniec" od rozpędzonego tira nie robi na niej większego wrażenia.
Po tym "drobnym" incydencie (który zapewne przyciągnął cały tlum gapiów, ale kto by tam się przejmował) nasi bohaterowie docierają w końcu do szkoły. Tam Nuku Nuku ponownie popada w roztargnienie, przez co spóźnia się na lekcję. By jak najszybciej nadrobić tę zwłokę nasza pannica postanawia skorzystać z szybkiej, aczkolwiek dość niekonwencjonalnej drogi na skróty... wskakuje przez okno (na trzecie piętro), wybijając je i robiąc totalny burdel w całej klasie.
Gdy nauczyciel naszej bohaterki dochodzi już nieco do siebie,  przedstawia Nuku Nuku reszcie klasy. Mamy wtedy okazję zobaczyć, z jakimi cudakami przyjdzie naszej bohaterce obcować. Wśród nich znajdują się: Eeichi Ikenami -aspirujący do roli gwiazdy gitarzysta amator, którego kocią muzykę przyrównać można do tej granej przez Kakofoniksa znanego z przygód "Asterixa i Obelixa";  Małomówny i niezwykle przystojny obiekt westchnień wszystkich uczennic - Rintaro Shimazaki; Snobistyczna i bajecznie bogata Chieko Shirakaba, której zawsze towarzyszą jej dwie wierne służki - Migiko oraz Hidariko; zafascynowana okultyzmem i zjawiskami paranormalnymi maści wszelakiej Rie Shibata; cicha, widziana zawsze z nosem w książce Miyazawa Miyuki; zafascynowany technologią nerd - Yakumo Oh-Izumi; oraz względnie normalna, aczkolwiek niezmiernie wyczulona na punkcie przestrzegania reguł przewodnicząca klasy - Futaba Kaibara.
Zapytacie teraz zapewne, dlaczego w ogóle ktoś wysłał tak zaawansowanego androida jak Nuku Nuku do zwyczajnej szkoły? A no, jak się okazuje, wszystko jest to częścią swoistego eksperymentu, poprzez który twórca naszej bohaterki - zakręcony nieco Dr. Kyusaku - chce się przekonać, czy jego najwspanialsze dzieło jest na tyle podobne do człowieka, aby nie wzbudzając podejrzeń potrafiło wtopić się w społeczeństwo i poprawnie w nim funkcjonować.
Jak się zapewne domyślacie, ze względu na swoje ogromne roztargnienie oraz coraz to dziwaczniejsze wygłupy, które wyczynia, naszej bohaterce trudno będzie sprawiać pozory normalnej, przeciętnej uczennicy. Tym bardziej, że co rusz musi się także zmagać z tajemniczą i złą organizacją Mishima (hmmm?), która to co rusz stara się (z mizernym skutkiem) zrealizować kolejny diaboliczny plan przejęcia kontroli nad światem.

Podchodząc do telewizyjnej wersji "Nuku Nuku" nie byłem pewien czego mam się spodziewać. Oryginał bowiem średnio mnie do siebie przekonał i po jego odświeżonej wersji nie spodziewałem się szczerze powiedziawszy niczego lepszego. Szybko zostałem jednak bardzo pozytywnie zaskoczony - twórcy bowiem postanowili tym razem zaserwować nam dużo większą dawkę absurdalnego humoru, łącząc go jednocześnie z luźną, aczkolwiek całkiem interesującą historią, a dodatkowo dodali do tego wszystkiego jeszcze ogromną ilość nawiązań do innych produkcji. W efekcie udało im się stworzyć niezmiernie przyjemną komedię, która tym razem faktycznie potrafiła mnie rozbawić. Widząc coraz to absurdalniejsze sytuacje, w jakie ładowali się Nuku Nuku i jej przyjaciele, czy też śledząc kolejne durnowate pomysły organizacji Mishima nie mogłem wprost powstrzymać śmiechu. By przedstawić wam mniej więcej skalę absurdu, jaki zobaczycie w tej serii, bez jednoczesnego nadmiernego spoilerowania, powiem tylko tyle, że możecie się tu spodziewać dosłownie wszystkiego - od typowo szkolnych wygłupów, przez bliskie spotkania z duchami i przybyszami z obcej planety, na zabawach z genetyką i starciach z gigantycznymi robotami kończąc. A dodajmy do tego wszystkiego liczne żarty powiązane z aktorami występującymi w serialu i pierdyliard nawiązań do takich produkcji jak choćby "Giant Robo", "Macross 7", "Saber Marionette J", "Mazinger Z", "Getter Robo" czy też nawet filmy z Godzillą.

Postacie nader skomplikowane nie są, jednak nadal na tyle rozbudowane, iż każda z nich ma swój wyraźnie nakreślony charakter. Wspomniałem już o energicznej, aczkolwiek głupiutkiej Nuku Nuku, która z miejsca potrafi zaskarbić sobie sympatię widza, a nie gorzej prezentują się również jej przyjaciele i inni bohaterowie występujący w serialu. Praktycznie każdy z nich, choć służy głównie przejaskrawieniu jednego z archetypów postaci, faktycznie da się lubić i jestem pewien, że każdy widz znajdzie sobie chociaż jedną postać, która wybitnie przypadnie mu do gustu. Osobiście oprócz Nuku Nuku najbardziej polubiłem chyba Dr. Kyusaku, którego postać jest pastiszem wszystkich bohaterów z klasycznych kreskówek z wielkimi robotami oraz takich super bohaterów jak choćby Kamen Rider. Ba, nasz naukowiec buduje nawet ogromne roboty, które w prześmiewczy sposób nawiązują do wielkich maszyn z lat 70tych, takich jak choćby "Getter Robo". Fakt ten jest tym śmieszniejszy, jeśli zwrócimy uwagę na to kto Dr. Kyusaku głosu użycza - sam Akira Kamiya, który grał rolę choćby... Ryoumy Nagare, głównego pilota Gettera.
Również czarne charaktery potrafią zyskać sobie sympatię widza. Zwłaszcza ze względu na to, jak absurdalnie są przedstawione. Wszyscy odziani w pstrokate stroje z długimi pelerynami, a dodatkowo na twarzach noszą maski, które rzekomo mają skrywać ich prawdziwą tożsamość. Najbardziej rozwalił mnie głównodowodzący całej złej organizacji Mishima, którego strój wygląda niemal identycznie jak ten, który w "Macross 7" nosił Geppelnitch. Dodajmy do tego jeszcze fakt, iż w jednym z epizodów występuje Nekki Basara, z tego samego anime, przez co cała absurdalność tej postaci jest jeszcze większa.

Oprawa audiowizualna jest zdecydowanie lepsza od tej, którą zaserwowała nam seria OVA. Projekty postaci są dużo bardziej karykaturalne, co zdecydowanie lepiej pasuje do szurniętego klimatu serii. Dużo lepiej dobrano także kolory - są dużo żywsze i bardziej jaskrawe. Tła również zasługują na pochwałę. Zostały dobrze zagospodarowane, posiadają odpowiednią ilość detali i nie sprawiają dzięki temu wrażenia pustej i nijakiej przestrzeni.
Z animacją bywa już trochę różnie. W większości prezentuje się bardzo ładnie, bez większych chrupnięć, czy spadków jakości. Zdarzają się jednak przypadki, w których wyraźnie widać powtórzone ujęcia. Rzuci się to jednak w oczy podejrzewam jedynie takim widzom, którzy podobnie jak ja w doszukiwanie takowych niedoskonałości bawić się lubią. Reszcie nie powinno to raczej strasznie przeszkadzać.
Bardzo przyjemnie prezentuje się także muzyka. Już sam opening jest niezwykle rytmiczny i przyjemny, zaśpiewany przez utalentowaną Megumi Hayashibarę. Sama ścieżka dźwiękowa towarzysząca wydarzeniom na ekranie również wypada dobrze i tworzy odpowiednią atmosferę do tego, co aktualnie się dzieje.
Rewelacyjną robotę odwalają także aktorzy. Wspomniałem, że usłyszymy tutaj m.in legendarnego Akirę Kamiyę, a na tym sławnych głosów nie koniec, bowiem dane nam będzie także posłuchać Megumi Hayashibary, Kena Narity, Akiko Hiramatsu, czy też Saeko Shimazu. Bohaterowie brzmią zatem przekonująco, ich wypowiedzi odegrane zostały z odpowiednimi emocjami i ani na chwilę nie odniosłem wrażenia sztuczności w żadnej ze scen.

Podsumowując, telewizyjna wersja Nuku Nuku oczarowała mnie dużo bardziej, aniżeli seria OVA. Nie dość, że serwuje widzowi pozytywną dawkę głupawki, to jeszcze popisać się może śliczną oprawą graficzną, świetną muzyką, wspaniałą obsadą a dodatkowo ma w zanadrzu mnóstwo smaczków dla fanów starszych produkcji. Przesympatycznie prezentują się także bohaterowie, których nie  w sposób po prostu nie polubić. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji zapoznać się z tą serią, to zdecydowanie radzę to nadrobić. Tym bardziej, jeśli znane jest wam choć kilka produkcji z dawnych lat. Będziecie się przednio bawić.

Typ Anime - Seria Telewizyjna
Rok produkcji - 1998
Pełny Tytuł: „All Purpose Cultural Catgirl Nuku Nuku” ("Bannou Bunka Neko Musume Nuku Nuku")
 Reżyseria: Yoshitaka Fujimoto
Scenariusz:  Hiroshi Yamaguchi
Muzyka: B-cats, Megumi 
Gatunek: Komedia, Parodia
Liczba Odcinków: 12 + 2 odcinki specjalne
Studio: Ashi Productions
Ocena Recenzenta: 9/10

Screeny:








sobota, 12 kwietnia 2014

O tym jak to blaszany heros z demonicznym bohaterem współpracował - "Mazinger Z vs Devilman" (1973)

Crossovery maści wszelakiej uwielbiam od dziecka, bowiem zawsze wiele radości sprawiała mi możliwość zobaczenia, jak moi ulubieni bohaterowie z różnych serii spotykają się i łączą swoje siły. Nie wspomnę już o tym, że produkcje tego typu to także możliwość dla różnych, szalonych czasem niezmiernie sytuacji "Co by było gdyby...". A jakby tego było mało, bardzo często okazuje się, iż niektóre serie w wydaniu crossoverowym działają dużo lepiej, niż w swym oryginalnym wydaniu.
 Z tego właśnie powodu ślepo lecę na praktycznie każdą produkcję, która miksuje minimum dwa lubiane przeze mnie tytuły. Szczególną sympatią darzę zwłaszcza cykl "Super Robot Taisen", jednak dziś przyjrzymy się crossoverowi dużo starszemu, łączącemu ze sobą mniejszą liczbę tytułów. Na warsztat bierzemy dziś pełnometrażowy film, w którym swoje siły łączy dwóch najpopularniejszych bohaterów stworzonych przez wujka Go - potężny robot - Mazinger Z - oraz nawrócony demon walczący w obronie ludzkości - Devilman.

Historia ukazana w filmie zaczyna się od sceny, w której to dwie potężne maszyny Dr.Hell napadają na laboratorium Fotonowe. Przeciwko nim staje odważny Kabuto Kouji, za sterami swego wiernego robota - słynnego Mazingera Z - oraz Sayaka Yumi, za sterami Afrodyty A. Naszym bohaterom, po ciężkiej i wyczerpującej walce udaje się pokonać mechaniczne bestie, jednak jedna z nich niefortunnie ląduje w pobliskiej rozpadlinie, wybudzając ze snu potężną demonicę - Siren. Ta postanawia wybudzić ze snu swych pozostałych braci i wraz z ich pomocą siać terror pośród ludzi. Korzyść w tym dostrzega dla siebie Dr.Hell, który postanawia schwytać Siren i przymusić ją oraz pozostałe demony do współpracy, celem zniszczenia Mazingera Z i przejęcia władzy nad całym światem. Młody Kabuto będzie miał zatem pełne ręce roboty, ponieważ prócz zmagania się z mechanicznymi bestiami, przyjdzie mu teraz również stawić czoła nowemu przeciwnikowi, z którym nigdy nie miał jeszcze do czynienia. Na całe szczęście, z pomocą przyjdzie mu waleczny Akira Fudou, znany również jako nawrócony demon walczący w imię ludzkości - Devilman. Czy dwóm odważnym obrońcom sprawiedliwości uda się powstrzymać Dr.Hell i jego demoniczno-robotyczną armię?

Od razu zaznaczę iż film ten nie jest żadnym głębokim, czy też wybitnym dziełem kinematografii. Jest to po prostu bajka kierowana do najmłodszych odbiorców, którym nie potrzeba nic więcej, niż sztandarowej opowieści o walce dzielnych bohaterów ze złem. Fabuła jest zatem prosta, pozbawiona nadmiernej ilości wątków pobocznych oraz serwuje nam typowy motyw "odwaga i przyjaźń zwyciężą wszystko" i nie ma co doszukiwać się w niej głębokiego, ukrytego dna.

Bohaterowie również nie są nazbyt rozbudowani i bazują raczej na typowych archetypach. Mamy zatem odważnych super bohaterów, którzy robią wszystko co w ich mocy, aby powstrzymać szalone zapędy sił zła; okrutnego i przebiegłego antagonistę, który nie cofnie się przed niczym byleby tylko osiągnąć swój cel; mamy także typowe dla bajek dla dzieci złe i wredne potwory, z którymi nasi bohaterowie muszą walczyć. Wszyscy bohaterowie są bardzo prości do zaszufladkowania i już nawet po ich wyglądzie widać, po czyjej stronie stoją.

Bardzo mile zaskakuje oprawa audiowizualna. Większość produkcji z okresu lat 70tych dzisiejszemu widzowi może się już wydać okrutnie przestarzałych. Kreska może sprawiać wrażenie kanciastej i niechlujnej, animacja zaś chwilami trzeszczy i wyraźnie widać w niej oszczędności. "Mazinger Z vs Devilman" jednak jest inny. Jest to kawał naprawdę świetnie narysowanego filmu animowanego. Projekty postaci są dużo bardziej wygładzone, tła mają więcej barw i detali, podobnie sprawa ma się także z animacją, która jest niezwykle płynna i śmiało mogę powiedzieć, że nawet dziś robi naprawdę pozytywne wrażenie. Prawdopodobnie jest to kwestia tego, iż jest to film pełnometrażowy, który miał zdecydowanie większy budżet, niż serial telewizyjny, dzięki czemu ekipa nad nim pracująca miała większe pole do popisu.
Muzyka jest specyficzna, nie ma co ukrywać. Przeważają utwory bardzo typowe dla bajek z okresu lat 70tych - spodziewać się zatem możemy rytmicznych, skocznych piosenek w których to wokalista wychwala odwagę i waleczność herosów, którzy to robią wszystko co się da, by obronić nas przed złem. Muzyka ta z pewnością nie każdemu przypadnie do gustu, zwłaszcza "nowszym" widzom, którzy przyzwyczajeni są zapewne do (strasznie monotonnych, swoją drogą) szybkich, J-Popowych z reguły piosenek, w których miast niskiego męskiego głosu słyszymy piskliwą lolitkę, czasem może dojrzalszą wokalistkę. Osobiście uważam jednak, że warto dać jej szansę, ponieważ ma w sobie niespotykany dziś już czar... choć, fakt że tak uważam, może być kwestią nostalgii *śmiech*.
Świetnie spisują się aktorzy, którzy w swoje role wkładają wiele serca i bardzo dobrze oddają charaktery swych postaci. Kouji brzmi jak w gorącej wodzie kąpany młodzieniaszek; Dr.Hell jak mroczny i zły naukowiec; Siren mówi zaś głosem okrutnej i przebiegłej, pewnej siebie kobiety.

"Mazinger Z vs Devilman" jak wspomniałem arcydziełem kinematografii nie jest. Jest to raczej prosta, aczkolwiek niezwykle przyjemna bajka, która bardziej raczej trafi do widza młodszego (albo do hardych nostalgiafagów *śmiech*), aniżeli do kogoś kto po anime oczekuje skomplikowanej opowieści pełnej rozbudowanych postaci. Popisać się może stojącą na wysokim poziomie oprawą audiowizualną, która nawet dziś szczerze powiedziawszy nadal prezentuje się naprawdę dobrze.
Czy polecam? Jak najbardziej. Jeśli macie wolną godzinkę i akurat nie macie jak jej spożytkować, możecie dać temu filmowi szansę. Nawet jeśli nie powali on was na kolana, to z całą pewnością dostarczy sporą dawkę rozrywki.

Typ Anime - Film kinowy
Rok produkcji - 1973
Pełny Tytuł: „Mazinger Z vs Devilman”
 Reżyseria: Hiroshi Meguro, Sanki Hirao
Scenariusz:  Susumu Takahisa
Muzyka: Chuumei Watanabe, Goh Misawa
Gatunek: Super Robot, Akcja
Liczba Odcinków: 1
Studio: Toei Animation, Dynamic Planning
Ocena Recenzenta: 6/10

Screeny:






-Warto wspomnieć, iż film jest kanoniczny dla obu występujących w nim tytułów. Zwłaszcza dla "Mazingera Z", bowiem to właśnie tu otrzymuje on swój "Jet Scrander", który w późniejszych epizodach serialu umożliwia mu latanie.