czwartek, 19 lutego 2015

Recenzja Figurki - "Senki Zesshou Symphogear G" - Yukine Chris "Bunny Style" w skali 1/7 od "Aquamarine"

Dziś nie lada rarytas, bowiem recenzowana figurka nie jest ani figmą, ani "Figuarts" ani też modelem robota. Dziś pochwalę się wam swoją pierwszą legitną statuetką. W dodatku nie byle jaką statuetką, a statuetką przedstawiającą jedną z moich ulubionych bohaterek - Krysię z "Senki Zesshou Symphogear".

Tradycyjnie, zacznijmy od garści danych technicznych oraz króciutkiego przedstawienia postaci:

Typ figurki: Statuetka
Seria Figurek: "Bunny Style"
Seria: "Senki Zesshou Symphogear G"
Postać: "Yukine Chris"
Producent: Aquamarine
Rzeźbiarz: Abira oraz Miamocchi
Materiały: ABS, PVC
Wysokość: Ok. 22cm
Skala: 1/7
Cena: 260zł (bez wysyłki)
Data wydania: 29 Stycznia 2015 roku
Nakład: Standardowy
Data złożenia zamówienia: Wrzesień 2014
Sklep: AmiAmi

"Aquamarine" - "Senki Zesshou Symphogear G" - Yukine Chris "Bunny Stale" w skali 1/7


Chris (nazywana pieszczotliwie "Krysią") to jedna z trójki głównych bohaterek jednej z najciekawszych serii poświęconych mecha-musume - "Senki Zesshou Symphogear". W momencie gdy ją poznajemy jest typową tsundere - z pozoru twarda i łatwa do zirytowania, jednak w rzeczywistości wstydliwa i niesamowicie sympatyczna dziewczyna - będącą na usługach niejakiej "Fine", kradnącą dla niej kolejne relikty. Doświadczywszy jednak dobroduszności Hibiki oraz Miku, Krysia przechodzi na stronę "tych dobrych" i wraz z "Bikki" oraz Tsubasą pokonują Fine, kładąc kres jej niecnym planom.
W drugiej serii jej charakter zostaje też dość znacząco rozwinięty, ba! Przechodzi ona chyba najbardziej widoczny "chardev" ze wszystkich trzech bohaterek.
W ciągu obu sezonów Krysia miała okazję używać dwóch różnych reliktów. Na początku była w posiadaniu skradzionego podczas koncertu "Zwei Wing" "Pancerza Nehushtan", później, gdy ten uległ zniszczeniu, zaczęła używać "Ichaivala" - wyposażonego w liczne "Gundamowe" spluwy i  "Macrossowe" wyrzutnie rakiet reliktu przeznaczonego do długodystansowej walki.
Warto wspomnieć także co nieco o etymologii jej imienia oraz nazwiska - "Yukine" to z japońskiego "Dźwięk Śniegu", "Chris" zaś wywodzi się od greckiego słowa oznaczającego "namaszczony".
Śpiewane przez Krysię piosenki to w większości Rock. Wyjątkiem jest jej "Class Monochrome". Warto wspomnieć także, że użyczająca jej głosu Ayahi Takagaki potrafi wyśmienicie śpiewać także gospel, operę oraz multum innych gatunków. Co więcej, potrafi naprawdę dobrze mówić po angielsku, co wśród Japończyków jest niezwykłą rzadkością.

Tradycyjnie odpalmy teraz nastrojową muzyczkę:


I przyjrzyjmy się nieco bliżej samej figurce...

RZEŹBA I MALOWANIE


Figurka wykonana jest na bazie ilustracji z okładki jednego ze "Staff Books" poświęconych serii. Być może jest to kwestia tego, iż jest to moja pierwsza prawdziwa statuetka, ale jestem Krysią totalnie oczarowany. Już przed wyjęciem figurki z pudełka ogromne wrażenie zrobiła na mnie rzeźba - zwłaszcza prześliczna twarz:
Ten zawstydzony grymas prezentuje się niesamowicie uroczo
A dalej jest tylko lepiej - wszystko, od sterczącego na czubku głowy "ahoge" (pojedynczy kosmyk włosów) otoczonego parą króliczych uszu, przez kokardkę na szyi, butelkę w dłoni i parę wielkich "zenbu", na zgrabnym tyłeczku i pięknych nogach kończąc jest wyrzeźbione z niesamowitą dokładnością i dbałością o detale. Co więcej! Nie dopatrzyłem się na figurce żadnych paskudnych linii łączeń, nawet na włosach gdzie bardzo często takowe można uświadczyć. Ku mojemu zadowoleniu, Krysiowej czuprynie udało się też uniknąć "gumowatości" jaką uświadczyć można było na Czajce od tego samego producenta. Strasznie podobają mi się swoją drogą dłuuuugaśne kitki ciągnące się aż do linii kolan. Wyglądają one jednak na strasznie delikatne i będę musiał niezwykle uważać, żeby się, nie daj Bóg, nie połamały. Figurka jest też swoją drogą BARDZO duża. Znaczy, taka mi się wydaje, bo aktualnie jest największą w mojej kolekcji *śmiech*. Jest wyższa nawet od dość sporych rozmiarów EVY-01 od Yamato, Big O od Bandai czy też Haruhi od Segi.
Nienaganne są malowanie i cieniowanie - odprysków brak, podobnie jak i niedomalowań czy wyjazdów poza linie, a przejścia między kolorami są delikatne i wyglądają bardzo naturalnie. Strasznie podoba mi się także fakt, że z wielką pieczołowitością namalowano wzorki na trzymanej przez Krysię butelce szampana.
Jedyne, co do mnie średnio przemawia, to poza. Znaczy, nie żeby była jakaś zła, nie. Problemem jest raczej fakt że wygląda... dziwnie. Aż ciężko sobie wyobrazić, jak powyginany musi być kręgosłup bohaterki stojącej w takiej pozie...

Kilka zdjęć:

Krysia w pełnej okazałości

Buteleczka szampana dopieszczona pod każdym względem. Wykonana z półprzezroczystego plastiku, pomalowana z dbałością o każdy najmniejszy detal, jak choćby umieszczone nań logo. Niezwykle podoba mi się także fakt, że rzeźbiąc dłonie nie pominięto paznokietków.

Zabawa z kątami


Dat angle though


Niezwykle podoba mi się zwłaszcza cieniowanie na włosach

Oraz fakt, że nie ma na nich żadnych paskudnych łączeń


Dem Legs
Zgrabne bioderka


Cudne, acz niezwykle delikatne kitki (właśnie one sprawiły najwięcej stresu podczas przewożenia Krysi z Głogowa do Poznania)



Dat Back

Kokardek na Krysi bez liku


Zenbu's "Zenbus" ("Ecchival pls")
Antenka
Zenbu's "Zenbutt"
Zbytniego wrażenia nie robi jednak podstawka, która jest bardzo przeciętnym kawałkiem przezroczystego plastiku. Wygląda niby schludnie a i namalowane są na niej powiązane z etymologią nazwiska Krysi śnieżynki, no ale to tak trochu mało i biednie w porównaniu z naprawdę okazałą figurką.

A, tak - prócz Krysi w pudełku znajduje się także maleńki (naprawdę maleńki) klejnot Ichaivala, którego bohaterka używała w serialu do przywoływania swojego pancerza. Po co komu tutaj taka pierdółka, spytacie? A no bo klejnocik ten można umieścić... pomiędzy piersiami Krysi. Nic dziwnego zatem, że gdy na /m/ pojawiły się pierwsze zdjęcia prototypu z Ichaivalem umieszczonym pomiędzy Krysiowymi "Zenbu" to dorobił się on żartobliwego przezwiska "Ecchival".
Swoją drogą, gdy przewiozłem już figurkę z Głogowa do Poznania i zacząłem wyciągać ją z pudła, by postawić ją na półeczce... klejnot ów "wystrzelił" ze swojej "kieszonki" w plastiku i wylądował na podłodze. O mało co nie dostałem wtedy zawału, ale na całe szczęście dość szybko udało mi się go znaleźć (oświetlanie ekranem laptopa ciemnej podłogi było dość... ciekawą zabawą). Biorąc pod uwagę, że taka sytuacja może się (NIE DAJ BÓG) powtórzyć uważam, że "Ecchival" miast być dodatkową pierdółką, winien być przytwierdzony do figurki na stałe. Tak więc tutaj wtopa twórców.

"Ecchival" siedzący bezpiecznie w swojej "kieszonce"

PUDEŁKO


Krysiowe opakowanie raczej nie wyróżnia się zbytnio na tle innych sobie podobnych. Jest to typowy prostopadłościan z okienkami na froncie, górze i jednym z boków, przez które możemy podziwiać piękną figurkę. Ze wszystkich stron ozdobiony jest także zdjęciami zabawki uwiecznionej pod innym kątem oraz logiem serii, z której postać pochodzi. Na jednej ze ścian znajduje się także ilustracja, na bazie której powstała figurka. 

Przód pudła posiada także oficjalną naklejkę od "King Records" poświadczającą o autentyczności figurki

Ilustracja na bazie której powstała figurka




Bardzo podoba mi się fakt, że ozdobiono nawet spód pudełka, na który bądź co bądź mało kto patrzy. (To wcale nie jest moje odbicie, nie nie, skąd)

PODSUMOWANIE


Czy jestem ze swej pierwszej statuetki zadowolony? Jak najbardziej. Zdecydowanie warta była każdej złotówki. Wyrzeźbiona jest cudnie, z dbałością o każdy detal, linii łączeń brak, a poszczególne elementy nie sprawiają wrażenia nader "gumowych". Świetnie wypada także malowanie i to bez względu na to, czy mówimy o większym elemencie figurki, czy też o tak drobnej pierdole, jak na przykład oko czy wzorek na buteleczce. Jest jednak parę rzeczy, które średnio mi się podobają - wspomniana już powyginana poza, nudnawa podstawka oraz lubiący opuszczać swoje "bezpieczne schronienie" klejnot Ichaivala. Poza tym nie mam do figurki żadnych zastrzeżeń.
Mojego zachwytu nad figurką nie podziela jednak matka, która otwarcie powiedziała mi, iż jej zdaniem wygląda ona kiczowato i że podoba jej się najmniej z całej mojej kolekcji. Z jej ust padło też "straszliwe" stwierdzenie: "To nie jest Krysia - to cycata króliczka!". Dz-dzięki, mamo...

Nie sądzę jednak, bym za sprawą Krysi zaczął regularnie kupować statuetki. Co prawda pod względem jakości wykonania są dużo lepsze od większości figurek ruchomych, czy też modeli, jednak  boli mnie trochu niemożność ustawienia zabawki wedle własnego "widzimisię". Nie ukrywam bowiem, że wprost uwielbiam co jakiś czas ściągać poszczególne figurki z regału i ustawiać je w coraz to nowych pozach - sprawia to, że moja kolekcja nie wygląda nudno, cały czas coś się w niej zmienia. A taka statuetka tylko stoi i ładnie wygląda, i nic więcej nie można z nią zrobić...
No i jest też kwestia ceny. Niestety, studencki budżet nie pozwala mi wywalać regularnie ponad 300zł na zabawkę. Tym bardziej, że figurki nie są jedyną rzeczą, na jaką przeznaczam "hobbistyczne" fundusze.
W każdym razie jednak, figurkę zdecydowanie polecam. Aquamarine odwaliło kawał naprawdę dobrej roboty i ich Krysia będzie naprawdę piękną ozdobą kolekcji każdego "Symphobro". Mam też nadzieję, że na tej pojedynczej Krysi się nie skończy i że już wkrótce także i inne firmy zaczną robić więcej zabawek postać tę przedstawiającą. Najlepiej już w jej bojowym pancerzu (moja figma kiedy ;~;?)

OCENA KOŃCOWA:

Rzeźba: 9/10
Malowanie: 10/10
Poza: 7/10
Podstawka: 5/10
Pudełko: 7/10
Cena/Jakość: 8/10


I na sam koniec, dwa zdjęcia:

Krysia na specjalnie spreparowanej (zaledwie wczoraj!) "statuetkowej" półeczce.

Moja mała "Krysiowa" kolekcja

czwartek, 5 lutego 2015

"Anata wa, soko ni imasu ka?" - "Soukyuu no Fafner: Dead Agressor" (2004)

Dziś o serii nieco nowszej, acz bardzo niszowej, nawet - co zaskakujące! - wśród fanów mecha. O serii, która w bardzo ciekawy sposób podchodzi do tematyki inwazji kosmitów oraz nastolatków za sterami wielkich robotów. Serii, która za sprawą obecnego sezonu ma w końcu szansę wyjść z cienia i pokazać, że ma całkiem sporo do zaoferowania. Bez dłuższego przeciągania - dziś bierzemy się za "Soukyuu no Fafner" - jedną z ciekawszych, acz bardzo niedocenianych serii mecha.

Kazuki Makabe to młody chłopak zamieszkujący na maleńkiej wysepce Tatsumiyajima, położonej niedaleko wybrzeża Japonii. Podobnie jak wszyscy inni jej mieszkańcy, prowadzi błogie, spokojne życie - codziennie wraz z przyjaciółmi chodzi do szkoły, a wieczorami pomaga swojemu ojcu w obowiązkach domowych. Cała ta monotonia zostaje jednak wywrócona do góry nogami, gdy pewnego dnia na wyspę napada rasa tajemniczych obcych zwanych "Festum". Okazuje się wtedy, iż część mieszkańców należy do tajnej organizacji obronnej - "ALVIS" - a sama wyspa posiada świetnie zamaskowany system ochronny, przygotowany właśnie na taką okazję. Niestety jednak, nie jest on w stanie odeprzeć ataku tajemniczego agresora, dlatego też "ALVIS" postanawia wysłać do walki z nim swoją broń ostateczną - potężnego robota znanego jako "Fafner". Zanim jednak jego pilot zdąży dotrzeć do kokpitu, zostaje zabity przez Festum. Sytuacja wydaje się być zatem beznadziejna, ale istnieje ostatni cień szansy - jak się okazuje, na wyspie jest jeszcze jedna osoba, która być może będzie w stanie uruchomić i poprowadzić potężną maszynę. Jak nietrudno się domyślić, jest to oczywiście Kazuki. Po krótkiej chwili zwątpienia, nasz bohater postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i zasiąść za sterami Fafnera. Z powodu tej decyzji jego życie nigdy nie będzie już takie same, jak przedtem...

Zaczyna się dość typowo, co nie? Co gorsza - pierwsze kilka odcinków, mimo dobrego pacingu, jest strasznie przeciętnych. Seria stopniowo ujawnia nam kolejne tajemnice i przedstawia nowe postacie, jednak robi to w tak nudny sposób, że nijak nie idzie się tym przejąć. Jedyne co naprawdę pozytywnie zaskakuje to fakt, iż twórcy nie boją się zabijać bohaterów i na samym początku ginie ich naprawdę wielu, nawet tych głównych. Dzięki temu nie czuć tutaj aż tak bardzo dość powszechnego zjawiska "plot armor" (bohater jest chroniony przed zgonem/odniesieniem ran przez "pancerz" z fabuły).
Mniej więcej w połowie serii jednak, gdy doszło do zmiany scenarzysty, wszystko zmienia się na lepsze - historia robi się o wiele ciekawsza, charaktery postaci rozwijają się, a relacje między nimi robią się o wiele bardziej interesujące, dzięki czemu widz faktycznie zaczyna się nimi przejmować. Warto wspomnieć także, że bardzo ciekawie przedstawiona jest najeżdżająca ziemię rasa obcych. Festum to niezwykle ciekawe istoty, które tylko na pierwszy rzut oka wyglądają na typowych najeźdźców z kosmosu chcących wyrżnąć w pień wszystkich mieszkańców naszej planety. Bardzo szybko okazuje się, iż za ich poczynaniami kryją się dużo bardziej skomplikowane motywy, niż mogłoby się wydawać. W trakcie swoich ataków zadają także nieustannie bohaterom pytanie zacytowane w tytule tekstu - "Czy jesteś tam?".
Same Fafnery i sposób w jaki działają również są niezwykle ciekawe. Już na samym starcie dowiadujemy się, iż podobnie jak EVY, połączone są z systemem nerwowym pilota, w wyniku czego, gdy doznają obrażeń, ten odczuwa ból w części ciała, w którą robot oberwał. Jakby tego było mało, bardzo szybko okazuje się, iż za każdym razem gdy pilot siada za sterami swojej maszyny, w jego psychice zachodzą poważne zmiany, w wyniku czego całkowicie zmienia się jego osobowość - i tak na przykład pewny siebie chłopaczyna staje się nagle płaczliwym tchórzem, a urocza i roześmiana dziewczynka poważną i chłodną maszyną do zabijania. Pomysł to moim zdaniem niezwykle ciekawy, bowiem nie dość że w robobajkach bardzo rzadko spotykany, to jeszcze dodatkowo sprawia, iż każdy z pilotów musi przejść dużo poważniejsze szkolenie, aby na takowe zmiany w psychice się przygotować. A wyobraźcie, że to też nie jest największy z sekretów skrywanych przez Fafnery! Więcej jednak wspomnieć nie mogę, ponieważ byłoby to zbyt wielkim spoilerem. Swoją drogą - strasznie podoba mi się fakt, że nazwy robotów nie są generycznym technologicznym żargonem, czy też zaczerpniętymi z japońskiej mitologii nazwami. Zamiast tego dostajemy połączenie niemieckich liczb z nazwami z mitologii nordyckiej.

Co można rzec o oprawie audiowizualnej? Ta niestety jest dość nierówna. Najbardziej bolą projekty postaci, które są po prostu paskudne. Ciężko się temu jednak dziwić, skoro odpowiada za nie Hisashi Hirai (rysował postacie do m.in "Gundam SEED", "Linebarrels of Iron" czy też "Infinite Ryvius"), znany z tego, iż ludzkich twarzy rysować po prostu nie umie i niemal wszystkie jego postacie wyglądają dosłownie tak samo, a jedyne co pozwala je od siebie odróżnić to inny kolor oczu oraz fryzury. Nie można narzekać jednak na tła, które są zróżnicowane i pełne detali oraz projekty robotów, które pomimo faktu, iż są masowo produkowanymi modelami, nadal naprawdę zaskakują swoją nietuzinkowością - każdy z nich bowiem różni się nieco od pozostałych, używa innego uzbrojenia, a co więcej istnieje między nimi wyraźny podział na maszyny przeznaczone do agresywnej walki jak i takie, których zadaniem jest ochranianie pleców reszty drużyny. Nie muszę chyba wspominać, że sprawia to iż potyczki nie ograniczają się tylko i wyłącznie do bezmyślnej rąbaniny, a wyraźnie widać w nich planowanie?
Świetnie wypadają także projekty Festum. Nie dość, że są bardzo ciekawe i zróżnicowane, to jeszcze umiejętnie wykorzystano w ich przypadku grafikę komputerową, dzięki czemu nie dość, że wyróżniają się na tle podobnych sobie adwersarzy z innych tytułów, to jeszcze nie gryzą się wcale z postaciami i tłami rysowanymi.
Animacja miewa swoje lepsze i gorsze momenty - w scenach z mechami raczeni jesteśmy dynamicznymi, fajnymi ujęciami pod różnymi ciekawymi kątami, czy też płynnymi i fajnymi starciami, gdy na ekran wkraczają jednak postacie ludzkie często dostajemy wykonane nieco na odwal się ruchy postaci, czy też statyczne plansze podczas których bohaterowie prowadzą dialogi.
Pod względem udźwiękowienia jednak seria naprawdę błyszczy i nie mam jej nic do zarzucenia. Soundtrack jest śliczny, klimatyczny i idealnie podkreśla wydarzenia na ekranie. Warto wspomnieć, że odpowiada zań Warszawska Orkiestra Filharmoniczna - mamy zatem powód do dumy. Niesamowite są także wszystkie piosenki wokalne - zwłaszcza opening "Shangri-La" oraz ending "Separation" są wyśmienite i słucha się ich z nieskrywaną wprost przyjemnością. Ciężko się temu jednak dziwić, kiedy odpowiada za nie słynna "angela".
Gra aktorska również brzmi świetnie i ciężko się do niej przyczepić. Postacie zostały odegrane wyśmienicie i każda z ich emocji brzmi przekonująco. Aktorzy nie zawiedli także gdy "zasiadali" za sterami Fafnerów i zmianie ulegały osobowości granych przez nich bohaterów.

Podsumowując - "Fafner" pomimo faktu, że potrzebuje chwili aby się rozpędzić, zdecydowanie jest wart uwagi. Zaskakuje ciekawym sposobem przedstawienia obcych oraz maszyn, świetnie zrealizowanymi potyczkami, dobrze nakreślonymi charakterami postaci i interakcjami między nimi oraz wyśmienitą muzyką. Jedyne, co może od serii odrzucać, to właśnie wspomniany nieco kiepski początek oraz nieszczęsny "Hirai Face". Zapewniam was jednak, że warto się przemóc i dać Fafnerowi szansę. Tym bardziej, że po serii TV czeka na was całkiem dobra OVA, wyśmienita kinówka oraz emitowany obecnie, naprawdę dobry drugi sezon. O nich jednak napiszę więcej innym razem.

Typ Anime - Seria Telewizyjna
Rok produkcji - 2004
Pełny Tytuł: „Soukyuu no Fafner: Dead Agressor” ("Fafner in the Azure: Dead Agressor")
 Reżyseria: Nobuyoshi Habara
Scenariusz: Kazuki Yamanobe, Tou Ubukata
Muzyka: Tsuneyoshi Saitou
Gatunek: Real Robot, Science-Fiction, Dramat
Liczba Odcinków: 25
Studio: XEBEC
Ocena Recenzenta: 6.5/10

-Warto wspomnieć, że Fafner miał już okazję dwukrotnie wystąpić w "Super Robot Taisen". Debiut miał jednak dość niefortunny, bowiem pojawił się w jednej ze słabszych części cyklu - "K" na Nintendo DS, które choć miało wyśmienity dobór serii ("Gun x Sword", "Haja Taisei Dangaioh", "Shinkon Gattai Godannar" czy też "Gundam SEED Stargazer"), tak fabularnie nie powalało a i kilka problemów z systemem miało. 
Za drugim razem miał jednak więcej szczęścia, bowiem trafił do jednej z najfajniejszych gier w serii - "UX" na 3DS-a - która popisać się może świetnie napisaną historią i mnogością rewelacyjnych interakcji pomiędzy bohaterami różnych serii. Szkoda ino, że 3DS ma blokadę regionalną i niewielu z nas dane będzie kiedykolwiek w tytuł ten zagrać...
A, tak - w obu tych SRW istnieje możliwość uratowania wszystkich bohaterów, którzy w oryginalnej serii zginęli, co jest naprawdę miłym akcentem.

Screeny:






środa, 4 lutego 2015

Wakacje w Akihabarze - "Cyberteam in Akihabara: 2011 Summer Vacation" (1999)

Jakiś czas temu recenzowałem tutaj dość specyficzną serię, zatytułowaną "Cyberteam in Akihabara". Bajka ta, choć miała mnóstwo ciekawych pomysłów, tak nie potrafiła ich umiejętnie ze sobą połączyć, w wyniku czego okazała się totalnie chaotycznym pierdolnikiem, którego jedynym ratunkiem była świetna muzyka. Stąd też nie ukrywam, że jakoś nie spieszyło mi się do obejrzenia jej kontynuacji... no, ale że jeden z ziomeczków zaprosił mnie do zabawy "Obejrzę 50 lub więcej bajek z backlogu w 2015 roku" to postanowiłem w końcu się przemóc i po kinówkę dopowiadającą dalsze wydarzenia sięgnąć... i ku mojemu zaskoczeniu, okazała się ona całkiem przyjemna. Ale po kolei...
A, tak - JAKOŻE JEST TO KONTYNUACJA, TO TRADYCYJNIE OSTRZEGAM PRZED SPOILERAMI JAKIE MOGĄ SIĘ W TEKŚCIE POJAWIĆ.

Akcja filmu dzieje się rok po wydarzeniach z serii telewizyjnej. Właśnie skończył się kolejny rok szkolny i nasze dziewczynki snują plany co do wakacji. Po krótkiej dyskusji postanawiają wybrać się razem nad morze. W związku z tym, Hibari i Tsubame postanawiają wybrać się do centrum handlowego, celem zakupu nowych, uroczych strojów kąpielowych. W wyniku nieoczekiwanego splotu wydarzeń jednak, nasze bohaterki zostają porwane! Co więcej, również ich koleżanki - Tsugumi i Suzume - padają ofiarą tajemniczego porywacza. Jak się też szybko okazuje, porwanie to jest najmniejszym z problemów naszych bohaterek. Niedługo przyjdzie im bowiem ponownie stawić czoła stacji kosmicznej Metatrone, która coraz bardziej wymyka się spod kontroli księcia Crane i zaczyna dosłownie wyrywać Akihabarę z korzeniami z powierzchni planety.

Historia w kinówce opowiedziana do nader skomplikowanych nie należy. Punktuje jednak bardzo mocno tym, że w przeciwieństwie do tej znanej z serii TV, jest spójna i sensowna. Wszystkie wydarzenia następują po sobie w logicznym porządku i nie ma tutaj losowego skakania pomiędzy kolejnymi scenami, czy też nagłego urywania wątków. Przyczepić się jednak muszę do zakończenia. Jest ono okropnie rozczarowujące i pospieszane. Wygląda mniej więcej tak, jakby dopiero w ostatnich 5 minutach twórcy pokapowali się, że kończy im się czas i że przydałoby się tę historię jakoś domknąć. Nie muszę chyba mówić, że mocno gryzie się to z całkiem dobrze rozplanowaną pozostałą częścią filmu?
W recenzji serii telewizyjnej wspominałem, że w trakcie seansu za cholerę nie byłem w stanie określić, do jakiej grupy wiekowej twórcy właściwie swoje dzieło kierowali, bowiem typowo dziecinne żarty i gagi przeplatały się z kiepskawymi erotycznymi zagrywkami i docinkami. W kinówce te drugie zredukowano do praktycznego minimum i zastąpiono je większą ilością typowego, acz całkiem śmiesznego slapstickowego humoru, co zdecydowanie wyszło na dobre. Wszystko to sprawia, że film ogląda się o wiele przyjemniej niż serię telewizyjną.
Postacie nie zmieniły się. Nadal są to dość ograne archetypy, nie wyróżniające się niczym na tle podobnych sobie postaci z innych bajek. Da się je lubić, ale nie ma co oczekiwać po nich żadnego rozbudowanego rozwoju. Podobały mi się jednak zachodzące między nimi dialogi i interakcje - choć proste, były naprawdę naturalne i zabawne, co zdecydowanie działa na korzyść produkcji.

Co zaś rzec można o oprawie audiowizualnej? Wypiękniała i to bardzo. O ile projekty postaci w serii TV były po prostu paskudne i reprezentowały sobą wszystko co najgorsze w latach 90-tych, tak te kinówkowe są naprawdę śliczne i choć nadal zdarza im się ulegać nieco dziwnym deformacjom, to patrzy się nań naprawdę przyjemnie. Co najważniejsze - dziewczynki faktycznie wyglądają teraz na świeżo upieczone gimnazjalistki, a nie koślawo nabazgrolone 8-latki. Podobały mi się też tła - schludne, szczegółowe i utrzymane w odpowiednio dobranych kolorach. Poprawiono także animację i pracę kamery - mniej jest chrupnięć, mniej jest pokazów slajdów i stock footage. Szkoda ino, że mniej jest także walk... 
Muzyka nadal jest wyborna. Utwory grające w tle wydarzeń dopasowane są bardzo dobrze i świetnie podkreślają atmosferę każdej ze scen. Ponownie dostajemy także wyborne piosenki zaśpiewane przez Masami Okui. "Labyrinth" oraz "Hot Spice" to zdecydowanie jedne z moich ulubionych utworów z lat 90-tych.
Poprawiła się także gra aktorska. Choć w serii telewizyjnej głosy postaci mnie raczej irytowały, tak tutaj wypadły całkiem nieźle i nawet piszcząca Hibari nie dawała mi się we znaki aż tak jak przedtem. Nadal nie ma tutaj oczywiście jakichś wielkich rewelacji, ale brzmi to zdecydowanie lepiej.

Podsumowując, film jest całkiem okej i naprawdę mnie zaskoczył. Po tragicznej serii telewizyjnej oczekiwałem równie debilnej i chaotycznej pełnometrażówki, która nieustannie wprowadzać będzie mnie w konsternację oraz zażenowanie, a tymczasem naprawdę dobrze się bawiłem i burczeć i narzekać zacząłem dopiero pod koniec. Szkoda ino, że aby obejrzeć film trzeba najpierw przebić się przez okropnie syfiastą serię TV. Wątpię, by wielu się chciało. Jeśli jednak tamten burdel już za wami, to zdecydowanie warto dać kinówce szansę. Przestrzegam od razu jednak, że nie ma do niej żadnych subów poza nieszczęsnymi "Crabstick"/"Hong Kong" subs, czyli pisanymi kalekim angielskim napisami z bootlegowych kaset VHS, czy też płyt DVD. Choć są bardziej zrozumiałe niż te znane choćby z "Mazinger Z" czy OVA z serii "Devilman", tak dalej chwilami trzeba bajkę pauzować i główkować, "o co właściwie w tej wypowiedzi chodzi...".

Typ Anime - Film Kinowy
Rok produkcji - 1999
Pełny Tytuł: „Akihabara Dennou Gumi: 2011 Nen no Natsuyasumi” ("Cyber Team in Akihabara: 2011 Summer Vacation")
 Reżyseria: Fujimoto Yoshitaka, Hiroaki Sakurai
Scenariusz: Katsumi Hasegawa
Muzyka: Shinkichi Mitsumune
Gatunek: Powered Armor, Science Fiction, Komedia
Liczba Odcinków: 1
Studio: Production I.G
Ocena Recenzenta: 6/10

Screeny:







niedziela, 25 stycznia 2015

"Yattaman, Yattaman zna złotą żyłę~!" - "Time Bokan Series - Yatterman" (1977)

Każdy powód jest dobry, żeby zrobić sobie późną nocą (wczesnym rankiem?) przerwę od zakuwania na sesję. Tym bardziej, jeśli w ramach tej przerwy napisać można recenzję ukochanej bajki z dzieciństwa. W sumie, sam sobie się dziwię, że dopiero teraz, kiedy blog już sobie trochę czasu wisi, się za nią zabieram. O czym dziś będzie mowa? No czytaliście tytuł tekstu chyba, nie? Dziś na warsztat biorę bajkę, którą ogromnym sentymentem darzy chyba każdy starszy polski fan "zjebajek". Panie i panowie, chłopcy i dziewczęta - oto historia bohaterskiej parki, która wraz ze swymi cudacznymi maszynami, dzielnie stawiała czoła straszliwemu Dokurobeiowi i służącej mu podstępnej bandzie Drombo - "Yattaman"!

Gan-chan oraz jego przyjaciółka Ai-chan prowadzą sklep z zabawkami. Mało kto jednak wie, iż w podziemiach tego niepozornego budyneczku mieści się dość spory warsztat, w którym to nasi bohaterowie budują olbrzymie roboty. Po co? A no bo Gan-chan ubzdurał sobie, iż zostanie wielkim bohaterem - Yattamanem - który w imię sprawiedliwości ratował będzie każdego, kto znajdzie się w potrzebie. Okazja by rozpocząć działalność nadarzy się dość szybko - jak się bowiem okazuje, niedaleko sklepu z zabawkami mieści się skromna knajpka, prowadzona przez trójkę oszustów - cwanego Boyackiego, przygłupiego, ale nadludzko silnego Tonzurę oraz piękną acz podłą i zrzędliwą Doronjo. Pewnego dnia otrzymują oni od swojego szefa - okrutnego Dokurobeia - bardzo ważną misję - mają zebrać rozrzucone po świecie fragmenty Kamienia Dokuro, który to, gdy złożony w całość, otworzyć ma drogę do niespotykanego wprost bogactwa. Wredny zbir jest przekonany, że gdy wejdzie w posiadanie takowej fortuny, przejęcie władzy nad światem będzie dziecinną igraszką. W zamian za wykonanie tej misji, nasze rzezimieszki otrzymać mają połowę skarbu - nic zatem dziwnego, że natychmiastowo na propozycję szefunia przystają i ruszają na poszukiwa- zaraz, nie tak prędko! Najpierw trzeba zdobyć fundusze na budowę wehikułu! Banda Drombo postanawia zatem rozkręcić biznesik na większą skalę i otwiera coraz to kolejne lokale, w których ma zamiar oszwabiać niczego nie spodziewających się klientów. Na całe szczęście, Gan-chan i jego przyjaciele bardzo szybko dowiadują się o niecnych planach opryszków i natychmiast przywdziewają kostiumy Yattamanów, po czym wraz ze swymi wiernymi robotami ruszają za nimi w pogoń. Tak oto rozpoczyna się zwariowana pogoń za Kamieniem Dokuro, podczas której zarówno Yattamani, jak i Banda Drombo, będą zaskakiwać nas coraz to bardziej postrzelonymi pomysłami.

Jak na początku tekstu wspomniałem, sam sobie dziwię się, że dopiero teraz piszę o "Yattamanie". Nie dość bowiem, że była to moja pierwsza "chińska bajka", to też właśnie przez nią zakochałem się w wielkich robotach. Darzę ją zatem olbrzymim wprost sentymentem i nie ukrywam, że może to nieco zawyżać moją jej ocenę *śmiech*. No, ale przejdźmy do rzeczy - co można powiedzieć o fabule? A no jak nietrudno się domyślić, zbytnio skomplikowana to ona nie jest. Jest to bardzo, zaznaczam, BARDZO prosta opowiastka o walce dobra ze złem, której każdy odcinek opiera się na dokładnie takim samym schemacie - Banda Drombo dostaje wytyczne od szefa, po czym otwiera podejrzany biznes by zebrać fundusze na budowę wehikułu; zaraz potem o ich niecnych planach dowiadują się Yattamani i ruszają wymierzyć im sprawiedliwość; wszystko zaś kończy się efekciarską i zabawną potyczką głupkowatych wielkich robotów, po której Banda Drombo zostaje ukarana przez swojego szefa za niewykonanie zadania. I tak co odcinek. I choć co poniektórym wydać się to może wadą, to mnie osobiście nie raziło to tak bardzo. Dlaczego? A no bo "Yattaman" opanował ten schemat do perfekcji. Diabeł bowiem tkwi w szczegółach, moi drodzy - choć każdy odcinek jechał względnie według dokładnie tego samego planu, tak za każdym razem akcja toczyła się w innym miejscu, dostawaliśmy kolejną porcję głupkowatych żartów, przedstawiano nam kolejnych bohaterów a i nieustannie pojawiały się też nowe maszyny. Gwoździem programu każdego odcinka były też tzw. "Niespodzianki Tygodnia", czyli coraz to dziwaczniejsze małe robociki wypluwane przez mechy Yattamanów. Wszystko to sprawiało, że mimo całej tej schematyczności, każdy kolejny odcinek Yattamana oglądało się z uśmiechem na ustach i tylko czekało się, co tym razem zmaluje Banda Drombo i jakiego dziwadła użyją Yattamani, aby ich pokonać. Wierzcie mi, że małemu dziecku (a także i staremu koniowi który darzy bajkę wielkim sentymentem *śmiech*) więcej do szczęścia nie trzeba.
Bohaterowie spytacie? Nie powalają. Ich charaktery są bardzo płaskie i raczej nie wyróżniają się niczym specjalnym na tle innych podobnych sobie postaci. Gan-chan i Ai-chan to typowi obrońcy sprawiedliwości, których jedyną motywacją do działania jest, jak na bohaterów bajki dla dzieci przystało, bezinteresowna chęć niesienia pomocy wszystkim w koło. Dużo lepiej wypadają jednak czarne charaktery. Nie ukrywajmy - to właśnie Banda Drombo była gwiazdami tej bajki i większość dzieciaków kibicowała właśnie im. Choć również nie są jakoś niesamowicie dobrze napisanymi postaciami, tak interakcje i dialogi, jakie między nimi zachodzą sprawiają, że nie w sposób ich nie pokochać. Są również dużo bardziej pomysłowi, aniżeli para Yattamanów, i to właśnie ich maszyny częściej zaskakiwały swoją oryginalnością. No bo powiedzcie mi, w ilu innych mecha anime widzieliście robota zbudowanego z durszlaków, garnków i sztućców? Albo czołg strzelający cukierkowymi bombami?

Oprawa wizualna nie zniosła niestety za dobrze próby czasu. Projekty postaci choć nie są złe a i swoją karykaturalnością bardzo dobrze do klimatu bajki pasują, tak młodszych widzów, którzy (ku mojemu zasmuceniu) w doborze anime do oglądania kierują się tylko i wyłącznie kreską, zdecydowanie będą odstraszać. Sytuacji nie ratują niestety tła, które są bardzo proste i raczej nie ma na czym zawiesić oka. Całkiem dobrze wypada jednak animacja. Choć zdarzają się jej chrupnięcia, tak na ogół wszystko porusza się dość płynnie, co cieszy oko zwłaszcza w przypadku walk, które zyskują dzięki temu na dynamice i bardzo przyjemnie się na nie patrzy.
Muzycznie anime wypada bardzo dobrze. Jak na komedię przystało, dominują oczywiście głupkowate, rytmiczne utwory idealnie wpasowujące się w klimat postrzelonych walk pomiędzy Yattamanami a Bandą Drombo. Naprawdę fajnie wypadają także wszystkie piosenki wokalne - czy to opening, ending, czy też piosenka Bandy Drombo, którą zbiry wykonują przed przystąpieniem do akcji w niemal każdym odcinku. O, odnośnie openingu jeszcze - choć ten oryginalny jest bardzo dobry, tak zdecydowanie wolę ten z włoskiej wersji, emitowanej u nas przez Polonię 1. Nie wiem, czy jest to kwestia nostalgii, czy może faktycznie jest on obiektywnie lepszy, ale melodyjnie brzmi moim zdaniem dużo lepiej i świetnie oddaje zwariowany klimat bajki. Co można zaś rzec o aktorach? Spisali się wybornie. Doskonale zdawali sobie sprawę, w jak szalonej produkcji grają i włożyli w swoje postacie mnóstwo serca, dzięki czemu brzmią one niezwykle zabawnie a przy tym naturalnie i nie w sposób zarzucić im sztuczności. Acz podobnie jak w przypadku openingu, tu również uważam, że jeszcze lepiej brzmiały w emitowanej u nas włoskiej wersji językowej.

Warto "Yattamana" obejrzeć? Warto. Choćby przez sam fakt, jak ważną produkcją bajka ta jest dla naszego polskiego fandomu. A jeśli potrzeba wam więcej zachęty, to w obecnym sezonie emitowana jest swoista jej kontynuacja - "Yoru no Yatterman" - którą co prawda można oglądać bez znajomości podstawki, jednak umknie wam wtedy pierdyliard przezabawnych i wywołujących łezkę nostalgii w oku nawiązań. Niech was nie przeraża także długość - choć tytuł ten liczy sobie 108 epizodów, tak chłonie się go niesamowicie szybko. Od razu przestrzegam jednak purystów, którzy KAŻDĄ bajkę muszą oglądać z oryginalnymi japońskim głosami i z napisami, że w takiej wersji Yattamana nie znajdziecie. Do tej pory bowiem nie został przez nikogo w pełni przetłumaczony. Jedynie "Anime-Sols" przetłumaczyło kilka pierwszych epizodów, jednak porzuciło projekt, gdyż nie cieszył się odpowiednim zainteresowaniem ze strony widzów. Pozostaje wam zatem nasza poczciwa, polsko-włoska wersja z lektorem, emitowana niegdyś na Polonii 1. Nie martwcie się jednak - poza kilkoma zmienionymi imionami nie różni się ona praktycznie niczym od oryginału, tak więc o zmiany w fabule bać się nie musicie.
Swoją drogą, nadal czekam na dzień, w którym Yattaman oraz inne stare robobajki od Tatsunoko wystąpią w końcu w "Super Robot Taisen"...

Typ Anime - Seria Telewizyjna
Rok produkcji - 1977
Pełny Tytuł: „Time Bokan Series - Yatterman” ("Yattaman") 
 Reżyseria: Hiroshi Sasagawa
Scenariusz: Akiyoshi Sakai, Jinzou Toriumi
Muzyka: Masaaki Jinbo, Masayuki Yamamoto
Gatunek: Super Robot, Komedia
Liczba Odcinków: 108
Studio: Tatsunoko Productions
Ocena Recenzenta: 7/10
(NOSTALGIA FACTOR INCLUDED - Jeśli nie darzysz serii tak gigantycznym sentymentem jak ja, to możesz odjąć od oceny jedno, dwa oczka...)

Screeny:






piątek, 23 stycznia 2015

Raj utracony? - "Rakuen Tsuihou: Expelled from Paradise" (2014)

Gen Urobuchi to pan, którego raczej nikomu, kto chińskimi bajkami choć trochę się interesuje, przedstawiać nie trzeba. Człowiek ten odpowiada bowiem za scenariusze do wielu hitowych Visual Novel oraz anime, takich jak choćby "Fate/Zero", "Saya no Uta", czy też "Puella Magi Madoka Magica". Ostatnimi czasy pan ten zaczął trochę działać też przy wielkich robotach, za sprawą "Suisei no Gargantia", czy też "Aldnoah Zero", którego kontynuacja emitowana jest w obecnym sezonie. Mą uwagę przykuła jednak bardziej inna jego produkcja - pełnometrażowy film zatytułowany "Rakuen Tsuihou: Expelled from Paradise". Dzieło to zaintrygowało mnie tym bardziej, iż wszystko poza tłami wykonane miało w nim być za pomocą grafiki komputerowej, starającej się jak najwierniej odwzorowywać animację tradycyjną. 

Akcja filmu osadzona jest w odległej przyszłości. W wyniku poważnego kataklizmu, który spowodował znaczne pogorszenie warunków panujących na ziemi, ponad 90% ludzkości postanowiło porzucić swe organiczne, niedoskonałe ciała i przenieść swą świadomość do rzeczywistości wirtualnej zwanej "Deva" - idealnego świata, w którym nie istnieją niemal żadne ograniczenia a ludzie żyją w spokoju i dostatku. Od jakiegoś czasu jednak, wirtualna utopia nieustannie atakowana jest przez pochodzącego z ziemi tajemniczego hakera, ukrywającego się pod pseudonimem "Frontier Setter", który to stara się nakłonić ludzi, aby jednak zdecydowali się opuścić sztuczny raj i wraz z nim wrócili do prawdziwego życia. W wyniku takiego obrotu spraw, wielka trójca zarządzająca Devą postanawia wysłać na ziemię swoją najlepszą agentkę - Angelę Balzac - by ta wytropiła i schwytała cyberprzestępcę. W zadaniu tym pomóc ma jej ziemski agent specjalny - Kajiwara "Dingo" Zaik - który jak się szybko okazuje, jest całkowitym przeciwieństwem naszej bohaterki, przez co parce ciężko jest znaleźć wspólny język. A dogadać jakoś się przecież muszą - w końcu od tego zależy powodzenie całej misji.

Historia opowiedziana w "Rakuen Tsuihou" nie jest w żaden sposób odkrywcza czy oryginalna. Post-apokaliptycznych wizji ziemi było już mnóstwo, a i wątki z cyber-utopią czy też przeniesieniem swej jaźni do cyberprzestrzeni  nie są dla chińskich bajek niczym nowym. Sam sposób prowadzenia opowieści też pozostawia trochę do życzenia - choć fabuła jest spójna, to jednak okrutnie przewidywalna i prawdę powiedziawszy nawet "wielki" plot twist w połowie filmu nie wywarł na mnie jakiegoś specjalnego wrażenia. Wyraźnie widać też, że co poniektóre wątki zostały mocno przyspieszone i nie wykorzystano w 100% potencjału, jaki dawały. A szkoda.
Na całe szczęście, średniawą historyjkę ratują dobrze napisane postacie. Strasznie podobało mi się zestawienie przekonanej o wyższości cyber-technologii Angeli z doświadczonym przez życie "Dingo", który uważa, że ludzie w wyniku pogoni za rozwojem zatracili swoje prawdziwe człowieczeństwo. Z racji tego, że pod względem poglądów dwójka ta różni się tak bardzo, to dochodzi między nimi do bardzo ciekawych i naturalnych interakcji i dialogów, które są najfajniejszą częścią całego filmu. Jeśli o rozwój charakterów zaś idzie, to najbardziej widoczny przykład takowego zaobserwować możemy u Angeli. Początkowo zadufana w sobie, przekonana o swojej cyber-wyższości, z pogardą patrzy na wszystko co powiązane ze starą ziemią. Co więcej, przez swą pychę całkowicie ignoruje fakt, że prawdziwy organizm do prawidłowego działania wymaga snu oraz odpowiedniego odżywiania, przez co bardzo szybko dostaje, kolokwialnie mówiąc, "po dupie" i się rozchorowuje. Z biegiem czasu jednak, w wyniku obcowania z dojrzałym i roztropnym "Dingo," nasza bohaterka powolutku zaczyna rozumieć, że może jednak faktycznie ludzie z "Deva" zbytnio polegają na technologii, przez co zapomnieli, co naprawdę czyniło ich ludźmi.

Oprawa audiowizualna jest dość nierówna. Wywołane jest to oczywiście faktem, że w filmie tym, wszystko poza tłami, wykonano za pomocą modeli komputerowych. I choć przyznać trzeba, że same modele wyglądają prześlicznie a ich świetnie wykonana mimika robi wrażenie, tak kiedy zaczynają się ruszać cały czar pryska. Postacie są strasznie sztywne, a co więcej, wyraźnie widać, że ich ruchom brak płynności, przez co sprawiają wrażenie kukiełek. Nie trzeba chyba mówić, że bardzo psuje to przyjemność z oglądania filmu. Na całe szczęście, sytuację ratują trochę sceny akcji, które zanimowane są wyśmienicie i wyraźnie widać, że to na nie (poza biustem i pupą Angeli) poszła większość budżetu. Wszystko rusza się tam niezwykle płynnie, pełno jest wybuchów i rozbłysków, świetnych ujęć i innego efekciarstwa. Nie ukrywam, że bardzo się cieszę iż mechy pojawiają się najczęściej właśnie w tych scenach akcji. Roboty w "Rakuen Tsuihou" są bowiem naprawdę fajnie zaprojektowane, wyposażone w liczne ciekawe rodzaje uzbrojenia, a mają także możliwość transformacji i w ruchu wyglądają po prostu niesamowicie.
Pod względem muzycznym film wypada dobrze, acz nic raczej tyłka nie urywa. Utwory dopasowane są odpowiednio do scen i świetnie podkreślają atmosferę wydarzeń, jednak w pamięć zbytnio nie zapadają. Jedyną piosenką, która jakoś bardziej wyróżnia się na tle reszty OST jest ending - "Eonian" zaśpiewany przez ELISĘ. Jest to bardzo przyjemny, szybko wpadający w ucho utwór.
Co można rzec o grze aktorskiej - jest bardzo dobra, acz nie powinno to dziwić, bowiem głosów bohaterom użyczyły same osobistości. Dane nam tu będzie usłyszeć głosy takich sław jak choćby Kugimiya Rie, Shinichiro Miki, czy też Kamiya Hiroshi. Nie trzeba zatem przekonywać, że kwestie wypowiadane przez postacie brzmią naturalnie, a każda z emocji bohaterów została odpowiednio odegrana.

Czy "Rakuen Tsuihou" spełnił moje oczekiwania? Częściowo. Na plus zdecydowanie zaliczyć mogę sympatycznych bohaterów, świetne projekty postaci i mecha oraz widowiskowe potyczki, a także wyśmienitą grę aktorską. Szkoda ino, że historia jest mało oryginalna i cholernie przewidywalna oraz że animacja postaci, poza wspomnianymi widowiskowymi potyczkami, wygląda tragicznie i bardzo psuje ogólny całokształt produkcji. Mimo wszystko uważam jednak, że film wart jest obejrzenia. Bawiłem się nań bowiem całkiem dobrze a i zdecydowanie uważam, iż  jest to dużo lepsze mecha od "Urobutchera", aniżeli Aldnoah Zero.

Typ Anime - Film Kinowy
Rok produkcji - 2014
Pełny Tytuł: „Rakuen Tsuihou: Expelled from Paradise” 
 Reżyseria: Seiji Mizushima
Scenariusz: Gen Urobuchi
Muzyka: Narasaki, ELISA
Gatunek: Real Robot, Science-Fiction
Liczba Odcinków: 1
Studio: Graphinica
Ocena Recenzenta: 6.5/10

Screeny:






czwartek, 8 stycznia 2015

Nieśmiertelnej parki przygód ciąg dalszy - "3x3 Eyes: Seima Densetsu" (1995)

Jeśli nie oglądałeś pierwszej części sagi, przerwij czytanie tego tekstu w tym momencie, gdyż pojawić mogą się w nim dość poważne spoilery. Dziękuję za uwagę~
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Z kontynuacjami sprawa często wygląda niestety tak, że są one dużo gorsze od pierwszych części. Wspomnieć wystarczy takie tytuły jak "Martian Successor Nadesico: The Prince of Darkness", "M.D. Geist II: Death Force" czy też nawet "Hitsugi no Chaika: The Avenging Battle" z poprzedniego sezonu. Dlatego też do kontynuacji przygód Pai i Yakumo podchodziłem z lekką niepewnością. Jak się jednak szybko okazało, niesłusznie.

Cztery lata po tym, jak Pai zaginęła po walce z Benaresem - potężnym Wu należącym do okrutnego władcy rasy Sanjiyan Kaiyanwanga - dojrzalszy i lepiej wyszkolony w sztukach walki Yakumo trafia w końcu na ślad swej ukochanej. Niestety jednak, dziewczyna cierpi na amnezję i nie jest w stanie rozpoznać swego Wu. Co gorsza, dość szybko okazuje się, że jej moc została zapieczętowana przez podwładnych Benaresa. A jakby tego jeszcze było mało, wkrótce na naszą parkę z coraz większą częstotliwością zaczynają napadać paskudne demony. Aby chronić Pai i pomóc jej odzyskać pamięć, Yakumo postanawia zatem zabrać ją do ojczyzny jej przodków - "Świętej Ziemi", do której mistyczne przejście znajduje się gdzieś w odległym Tybecie...

Druga część "3x3 Eyes" jest zdecydowanie lepsza od pierwszej. Choć na pierwszy rzut oka historia nadal wydaje się jechać na podstawowych schematach, tak robi to na tyle umiejętnie, że zdecydowanie potrafi widza zaciekawić. Co więcej, obfituje w liczne, chwilami naprawdę niespodziewane zwroty akcji, które zdecydowanie uatrakcyjniają opowieść. Dużo lepiej wypada też pacing, zwłaszcza że odcinki nie trwają już tylko po 20 minut, ale aż 45. Dzięki temu twórcy mogli dużo lepiej rozplanować poszczególne wydarzenia i seria nie wydaje się aż tak popędzana, jak poprzedniczka. Zachowano także wyśmienity setting serii. Szkoda jedynie, że nie rozwinięto kilku niedomkniętych wątków oraz że nie powraca żaden z bohaterów z poprzedniej części sagi.
Skoro o bohaterach już mowa, Ci również wypadają tutaj lepiej. Bardzo fajnym zabiegiem było moim zdaniem odwrócenie ról Yakumo oraz Pai - o ile w pierwszej serii to Pai w swej formie Sanjiyan musiała często ratować swojego niedoświadczonego Wu, tak tutaj to Yakumo w końcu ma okazję zabłysnąć i pokazać, że przez te 4 lata wcale nie próżnował. Nadal rozwijany jest także wątek romansowy pomiędzy obojgiem bohaterów, który w ostatnim odcinku osiąga bardzo fajnie przemyślany punkt kulminacyjny. Nie porzucono także przedstawiania nieśmiertelności bardziej jako przekleństwa, aniżeli błogosławieństwa. A i również postacie drugoplanowe dostają w końcu trochę więcej uwagi, dzięki czemu nie wypadają już aż tak blado, jak w serii pierwszej.

Oprawa audiowizualna także uległa poprawie. Szczególnie projekty postaci wypiękniały i patrzy się na nie naprawdę z przyjemnością. Zwłaszcza postacie kobiece nabrały dużo więcej uroku, nie przemieniając się przy tym w przesłodzone maszkarony podobne do tych z "Cyberteam in Akihabara". Tła nadal są szczegółowe i utrzymane w klimatycznych barwach a projekty potworów nietuzinkowe i groteskowe. Co do animacji zaś - jest płynniejsza, zwłaszcza w scenach starć, jednak nadal sporo w niej chrupnięć. Pojawiło się też coś, czego w anime strasznie nie lubię, czyli "pokazy slajdów" mające na celu po prostu zaoszczędzenie kasy. Na całe szczęście nie ma ich aż tak dużo, by przeciętny widz strasznie się nimi przejął.
Muzyka nadal jest klimatyczna, jednak podobnie jak ta z poprzedniczki nie zapada zbytnio w pamięć i poza samym anime nie brzmi już tak dobrze. No, może z kilkoma wyjątkami - motyw grający w scenach romantycznych z udziałem Pai i Yakumo niesamowicie wpadł mi w ucho. Nadal boli mnie też fakt, że większość piosenek wokalnych z serią powiązanych w samej bajce się nie pojawia...
Gra aktorska wypada dużo lepiej niż w pierwszej części. Aktorzy z większym uczuciem przyłożyli się do swojej roboty i brzmią o wiele bardziej przekonująco. Strasznie ucieszyłem się również z faktu, że do Megumi dołączył tutaj mój inny ulubiony seiyuu - Otsuka Houchuu - znany z takich ról jak m.in Beck z "The Big O", Gates z "Fullmetal Panic", czy też Melan z "Brigadoon".

Podsumowując - "3x3 Eyes: Seima Densetsu" wypada dużo lepiej, niż poprzedniczka i zdecydowanie przekonało mnie do sięgnięcia po komiksowy pierwowzór. Naprawia większość problemów pierwszej serii a i wprowadza kilka fajnych urozmaiceń. Nadal nie jest to jednak produkcja idealna - wciąż dostrzec można problemy z animacją a i denerwować może nieco zastępowanie jej w niektórych wypadkach statycznymi planszami, tylko po to by zaoszczędzić kasę. Boli też trochę fakt, że nie dokończono co poniektórych wątków z serii poprzedniej. Zdecydowanie jednak polecam z tytułem tym się zapoznać, bowiem pomimo kilku problemów dostarczyć potrafi mnóstwa dobrej rozrywki.

Typ Anime - Seria OVA
Rok produkcji - 1995
Pełny Tytuł: „3x3 Eyes: Legend of the Divine Demon” ("Sazan Eyes: Seima Densetsu")
 Reżyseria: Kazuhisa Takenouchi, Kiyoko Sayama
Scenariusz: Kazuhisa Takenouchi, Yuuzo Takada
Muzyka: Kaoru Wada
Gatunek: Horror, Battle Shounen, Romans
Liczba Odcinków: 3
Studio: Toei Animation
Ocena Recenzenta: 6.5/10

-Warto wspomnieć, że obie części serii zostały wydane w Polsce na DVD w roku 2005. Za ich wydanie odpowiada "Anime Virtual", które dało nam także "Suzumiya Haruhi no Yuutsu", czy też "Mahou Sensei Negima"

Screeny:






Demoniczna piękność i jej nieśmiertelny podwładny - "3x3 Eyes" (1991)

Są takie serie, które w fandomie otoczone są takim kultem, że wystarczy wspomnieć ich tytuł a już wybucha na ich temat zagorzała dyskusja. Przykładami takich serii są choćby "Neon Genesis Evangelion", "Puella Magi Madoka Magica", czy też "Hellsing" . Jednak mało który z obecnych fanów anime wie, że podobnym kultem otoczona była niegdyś (i w co poniektórych kręgach nadal jest) produkcja o tajemniczo brzmiącym tytule "3x3 Eyes". 

Yakumo Fujii to mieszkający samotnie w Tokyo młodzik, który aby zarobić na swoje utrzymanie parać się musi dość specyficzną fuchą, jaką jest... bycie kelnerem transwestytą w lokalnym gej barze. Pewnego razu, gdy jak co dzień popyla do pracy na swoim skuterku, o mało co nie potrąca młodej dziewczyny. W ramach przeprosin zabiera ją ze sobą do roboty i tam częstuje napojem. Po krótkiej dyskusji okazuje się, że dziewczynka nazywa się Pai i przybyła tu aż z Chin, konkretniej z Tybetu w poszukiwaniu pewnej osoby, którą okazuje się być - no, zgadnijcie - Yakumo oczywiście. Podekscytowana, prędko wręcza naszemu bohaterowi list od jego ojca, który jak się okazuje, bardzo dobrze się z dziewczynką znał. Na tym jednak niespodzianek nie koniec - Yakumo w liście wyczytuje bowiem, że Pai jest ostatnią żyjącą przedstawicielką mistycznej rasy nieśmiertelnych trójokich demonów - "Sanjiyan Unkara". Z jakiegoś powodu jednak, jej marzeniem jest zostać normalnym człowiekiem, dlatego też pragnie odnaleźć tajemniczą rzeźbę zwaną "Statuą Ludzkości", która poprzez tajemniczy rytuał ma jej to umożliwić. Aby jednak odnaleźć święty posąg, będzie potrzebować pomocy naszego bohatera. Ku jej rozczarowaniu, Yakumo nie ma jednak zamiaru mieszać się w jakieś podejrzane wyprawy, tym bardziej że nigdy swemu ojcu zbytnio nie ufał i odnosi wrażenie, że cała ta opowiastka jest zmyślona... do czasu, gdy zostaje zabity przez ogromnego ptasiego demona, a chwilę potem, ku swemu zdumieniu, budzi się bez żadnych obrażeń. Jak się okazuje, w ostatniej chwili został uratowany przez Pai, która to pochłonęła jego duszę czyniąc go swoim nieśmiertelnym podwładnym - "Wu". Teraz Yakumo nie ma już wyjścia - jeśli chce odzyskać swą dawną postać, będzie musiał wyruszyć wraz ze swą nową panią na poszukiwania legendarnego artefaktu. Bowiem tylko wtedy, kiedy Pai zmieni się w człowieka, również i on znów się takowym stanie.

Jak na początku tekstu wspomniałem, "3x3 Eyes" jest produkcją mocno kultową, do dziś bardzo lubianą przez starszą część chińskobajkowego fandomu. Stąd też sięgając po nią oczekiwałem że dostanę coś naprawdę niepowtarzalnego i wyjątkowego. Czy faktycznie coś takiego dostałem? Nie.  Choć sam pomysł na historię w "3x3 Eyes" jest niewątpliwie ciekawy, tak dość szybko dostrzec można, że fabuła rozwija się w sposób bardzo schematyczny i przewidywalny. Nie oznacza to jednak bynajmniej, że historia w bajce tej przedstawiona jest kiepska, nie. Jest dość spójna a i mimo przewidywalności potrafi chwilami naprawdę wciągnąć, zwłaszcza gdy nabiera tempa pod koniec drugiego odcinka. Zdecydowanie pochwalić muszę też twórców za to, że udało im się zakończyć serię takim cliffhangerem, że natychmiastowo musiałem sięgnąć po drugą serię OVA (o której również dziś napiszę), gdyż koniecznie chciałem zobaczyć, co wydarzy się dalej.
Seria mocno punktuje także settingiem, który jest po prostu wyśmienity. Cały ten okultystyczny klimat połączony z hinduskimi wierzeniami prezentuje się świetnie i nadaje serii bardzo fajną aurę tajemniczości.
Co zaś można powiedzieć o postaciach? Rewelacji nie ma, acz strasznie źle też nie jest. Poza parą głównych bohaterów nikt nie przechodzi tutaj jakiegoś wyraźniejszego rozwoju. Wszystkie postacie drugoplanowe bazują bowiem na bardzo typowych kliszach i nie wnoszą do historii raczej nic szczególnego. Nie boli to jednak tak bardzo, bowiem relacje pomiędzy Pai oraz Yakumo, choć do najoryginalniejszych nie należą, tak napisane są na tyle dobrze, że całkowicie rekompensują płaskość pozostałych bohaterów. Podobało mi się też niezwykle to, jak Yakumo stara się przyzwyczaić do swojego nowego "życia" oraz jak przedstawiono reakcje jego przyjaciół na fakt, iż nie jest on już normalnym człowiekiem. Warto wspomnieć też, że na przykładzie Yakumo bardzo dobrze pokazano, że cała ta nieśmiertelność niekoniecznie musi być taką fajną sprawą... no bo wiecie, niby zabić się was nie da, ale ból nadal odczuwacie, tak więc wyobraźcie sobie teraz, że tak jak nasz bohater jesteście wielokrotnie ćwiartowani, nabijani na pal, podpalani, rozjeżdżani, przygniatani przez ciężkie przedmioty... nie brzmi to za wesoło, prawda?

Pod względem oprawy audiowizualnej "3x3 Eyes" wypada raczej średnio. Projekty postaci są dość proste i zdecydowanie brak im tej szczegółowości, jaką miały te z innych serii OVA z okresu wczesnych lat 90-tych, jak choćby "Devilman: Demon Bird", "Iria: Zeiram the Animation", czy też "Boku no Chikyuu wo Mamotte". Sytuację ratują jednak tła oraz projekty potworów. Zwłaszcza te drugie - są pokręcone, cholernie zróżnicowane i pełne detali. Co można zaś rzec o animacji? Niestety, wyraźnie widać w niej braki. Chwilami postacie poruszają się nieco niemrawo a i łatwo zauważyć, że zwłaszcza podczas starć wszystko trochę "chrupie". A szkoda wielka, bowiem potyczki są dość fajnie pomyślane a do tego niezwykle krwawe i brutalne i gdyby zadbać o lepszą ich animację, to zdecydowanie zyskałyby na widowiskowości a serię zaliczyć można by było do grona tytułów z najlepszymi starciami w historii anime.
Co do muzyki - zdecydowanie dominują tutaj ociekające mistycyzmem utwory, które idealnie wpasowują się w okultystyczny klimat serii. Bardzo dobrze podkreślają to, co dzieje się na ekranie, sprawiając że widz dużo lepiej wczuć się może w przedstawioną historię. Niestety jednak, poza samym anime nie mają już takiej magii i raczej nie przyłapałem się na zbyt częstym ich słuchaniu. Inaczej sprawa wygląda z piosenkami wokalnymi, których jednak w samym anime niewiele - większość z nich pojawia się tylko na powiązanych z produkcją płytach z muzyką. A szkoda wielka, bo zdecydowanie działałyby na korzyść produkcji, bowiem niezwykle zapadają w pamięć i nie ukrywam, że zaliczam je do grona swoich ulubionych japońskich piosenek. Spora tutaj zasługa śpiewającej je Megumi Hayashibary, której głos wprost uwielbiam.
Gra aktorska wypada okej, acz rewelacji nie ma. Aktorom udało się dobrze uchwycić charaktery swoich bohaterów, jednak momentami słuchając dialogów odnosiłem lekkie wrażenie sztuczności czy też wymuszenia. Najlepiej zdecydowanie spisała się pani Hayashibara, która rewelacyjnie wczuła się w rolę obu osobowości Pai - radosnej i dziecinnej dziewczynki oraz chłodnej i chwilami dość okrutnej Sanjiyan. Nigdy nie przestanie mnie zadziwiać to, jak świetnie aktorka ta potrafi manipulować swoim głosem i dostosowywać go do osobowości odgrywanych przez siebie bohaterek.

"3x3 Eyes" choć nie jest tak dobrą produkcją, jak oczekiwałem, to nadal dostarczyło mi dobrej dawki rozrywki. Najmocniejszymi punktami tego tytułu są zdecydowanie setting, to, w jaki sposób podchodzi on do tematu nieśmiertelności, para głównych bohaterów, oraz groteskowe, pełne detali projekty potworów.
Warto obejrzeć? Warto. Choćby po to, by zobaczyć, jakimi tytułami jarali się starsi fani 
w czasach, kiedy chińskie bajki nie były tak łatwo dostępne jak dzisiaj. 

Typ Anime - Seria OVA
Rok produkcji - 1991
Pełny Tytuł: „3x3 Eyes” ("Sazan Eyes")
 Reżyseria: Daisuke Nishio
Scenariusz: Akinori Endou
Muzyka: Kaoru Wada
Gatunek: Horror, Battle Shounen, Romans
Liczba Odcinków: 4
Studio: Toei Animation
Ocena Recenzenta: 6/10

- Na podstawie serii powstało kilka gier wideo, dopowiadających dalsze wydarzenia znane z mangowego pierwowzoru. Warto wspomnieć, że te na Segę Saturn oraz PlayStation były naprawdę ślicznie wykonane i swym wyglądem mocno przypominały film animowany. Co więcej - wszystkie trzy gry wydane na SS oraz PS są również dostępne na PC-ta, tak więc nawet jeśli nie posiadacie konsoli, to nadal nic nie stoi na przeszkodzie, żeby w nie zagrać... no, nic poza faktem, że wszystkie są tylko po japońsku.

-Wydano także aż 3 Drama CD dopowiadające dalsze wydarzenia z mangi jak i przedstawiające całkiem nowe, oryginalne historie. Żaden z nich nie został jeszcze, niestety, przetłumaczony.

Screeny:






----------------------------------
Hej ho, postanowiłem spróbować nowego sposobu wyrównywania tekstu. Mam nadzieję, że teraz moje wypociny będą nieco czytelniejsze~