poniedziałek, 4 maja 2015

Fukuda strikes again! - "Cross Ange: Tenshi to Ryuu no Rondo" (2014)

Mitsuo Fukuda to pan, który w fandomie mecha obrósł niemałą legendą. Bynajmniej jednak nie dlatego, że jest jakimś genialnym twórcą, odpowiedzialnym za same cudowne arcydzieła. Och, wręcz przeciwnie. Choć ma na swoim koncie kilka całkiem solidnych tytułów ("Gear Fighter Dendoh", "Future GPX Cyber Formula") tak to właśnie spod jego rąk wyszła okropnie zła seria, która do tej pory wywołuje straszliwe "gównoburze" wszędzie gdzie tylko padnie o niej najdrobniejsza choćby wzmianka. Seria, na dźwięk tytułu której niemal wszyscy fani Gundama dostają białej gorączki i zaczynają wywrzaskiwać obraźliwe epitety maści wszelkiej. Mowa oczywiście o "Gundam SEED Destiny", które przez większość mechowego fandomu uważane jest za jedną z najgorszych serii, jakie kiedykolwiek powstały.
No dobrze, ale dlaczego w ogóle "Nasienie Przeznaczenia" tu przytaczam, zamiast przejść bezpośrednio do recenzji? A no bo opisywany dziś tytuł można z czystym sumieniem nazwać jego usprawnioną nieco wersją, ze względu na to jak uderzająco oba twory są do siebie podobne. To powinno wam mniej więcej przybliżyć, z jakim tytułem mamy dzisiaj do czynienia...

Imperium Misurugi to kraina mlekiem i miodem płynąca. Za sprawą wysoce rozwiniętej technologii, znanej jako "Światło Many" wszyscy jego obywatele żyją w spokoju i dostatku. Ostatnimi czasy jednak, spokój ten jest zakłócany przez pojawiających się coraz częściej ludzi niezdolnych do używania Many. Osobniki takie, nazywane "Normami", uważane są za groźne dla społeczeństwa i usuwane z niego w trybie natychmiastowym.
Oto zbliża się ważny dzień dla najstarszej córki rodziny królewskiej - księżniczki Angelise Ikaruga Misurugi. Za sprawą specjalnej ceremonii chrztu, ma zostać oficjalnie ustanowiona kolejną następczynią tronu. W trakcie tego podniosłego wydarzenia wychodzi jednak na jaw straszliwa prawda - Angelise okazuje się być Normą! Jej podły krewniak - Julio - natychmiastowo wykorzystuje okazję i oskarża ją o zdradę stanu. Pozbawiona swych królewskich przywilejów Angelise zostaje zesłana do więzienia o zaostrzonym rygorze - "Arzenal". Tam bardzo szybko dane jest jej przekonać się na własnej skórze, jak ciężki jest żywot Normy...
Nasza bohaterka dowiaduje się również, że całe więzienie jest tylko przykrywką dla zaawansowanej technologicznie bazy sił specjalnych, chroniących ludzkość przed... smokami. Wszystkie przetrzymywane w "Arzenal" Normy to potencjalne pilotki potężnych maszyn - "Para Mail" - używanych do walki z olbrzymimi gadzinami. Jak nietrudno się domyślić, również Angelise bardzo szybko dane będzie zasiąść za sterami jednej z nich, w dodatku tej najpotężniejszej. Nasza bohaterka zostaje bowiem pilotką legendarnego "Ragna Mail" - Vilkissa - który skrywa w sobie sekret zdolny wywrócić do góry nogami cały dotychczasowy porządek świata.

"Cross Ange" to bardzo dziwny show.  Co rusz przeskakuje od "mhrocznej i krawędziowej" opowiastki dla niewyżytych nastolatków do głupawej erotycznej komedyjki, wplatając w to jeszcze chwilami całkiem dobrą i sensowną fabułę. Wiecie, w praktyce to wygląda mniej więcej tak - w jednym odcinku serwuje się nam całkiem zgrabnie nakreślony wątek, który urwany zostaje w najciekawszym momencie. Myślicie sobie -"O, twórcy zrobili fajny cliffhanger, aby zainteresować widza!". Błąd! W następnym odcinku, zamiast sensownego dalszego ciągu dostajemy dzieci zamykane w klatkach dla zwierząt, eksplodujące przedszkola czy też losowe sceny lesbijskiego seksu. A, tak, czy wspomniałem może, że zaraz po emocjonującym starciu oraz scenie pościgu dane nam też będzie zobaczyć lolitę na latającym magicznym wózku inwalidzkim, biczującą zamkniętą w lochach smoczycę?
W efekcie dostajemy cholernie nierówną bajkę, która chwilami jest faktycznie dobra i wciągająca, tylko po to, by za moment zmienić się w straszny syf. Nie pomaga również fakt, że zamiast lepiej skupić się na rozwijaniu wątków, czy też przybliżaniu settingu, "Cross Ange" serwuje widzowi olbrzymią dawkę taniej erotyki, bardzo często wykraczającej poza granice dobrego smaku - przykładowo, kilkukrotnie będzie nam dane zobaczyć, jak bohaterki pod siebie sikają. Absurd absurd pogania, człowiek nie dowierza w to co widzi na ekranie, a kiedy już wydaje się nam, że bardziej obrazoburczej sceny wcisnąć się tu nie da, Fukuda zaskakuje i serwuje nam coś jeszcze bardziej obrzydliwego/szalonego.
Co więcej - widzowie zaznajomieni z "Gundam SEED Destiny" dostrzegą tutaj MNÓSTWO podobieństw. I nie mówię tu tylko o drobnych nawiązaniach, które tu i ówdzie Fukuda przemyca, ale o konkretnych wątkach, motywach, czy też charakterach postaci, które pan ten "zerżnął" bezpośrednio ze swojego poprzedniego "dzieła".
O ile sama historia, poza kilkoma lepszymi momentami, jest głupia i chaotyczna, tak całkiem dobrze wypada większość bohaterów. Jest to tym bardziej zaskakujące, gdy człowiek pomyśli sobie że  odpowiada za nich ten sam człowiek, który stworzył bandę niemożliwych do polubienia kretynów z "SEED Destiny". Bohaterowie w "Cross Ange" nakreśleni zostali bardzo wyraziście - każdy z nich ma swoją własną osobowość, problemy czy też słabości. Większość z nich również całkiem znacząco się rozwija, choć tu już zdarzają się zgrzyty.
Najciekawiej prezentuje się zdecydowanie postać głównej bohaterki i rozwój, jaki ona przechodzi. Ange startuje jako rozpieszczona, przekonana o swej nietykalności księżniczka, którą w każdej ciężkiej pracy wyręcza jej najukochańsza służka. Gdy jednak trafia do pierdla i dostaje w ryj od okrutnej rzeczywistości, jej charakter wywraca się o 180 stopni. Zdaje sobie sprawę, że w tym brutalnym świecie przetrwają tylko najsilniejsi i staje się twardą, nie dającą sobie w kaszę dmuchać kobietą, która nie cofnie się przed niczym, aby zapewnić sobie lepsze życie. Cholernie mi się to podobało, bowiem nie ukrywajmy - w dzisiejszych chińskich bajkach strasznie mało jest silnych, potrafiących o siebie zadbać kobiet. Dominują raczej typowe moebloby, albo ciapowate dziewki, które zawsze trzeba ratować. Co więcej - Ange jest straszną suką, bowiem nawet mimo faktu że nie jest już księżniczką, to niemal wszystkich wokół siebie traktuje jak robactwo (no, przynajmniej do pewnego momentu...). To kolejna rzecz wyróżniająca ją na tle innych protagonistek. Szkoda jednak wielka, że pod sam koniec serii cała ta kreacja zostaje spieprzona na rzecz typowego "Fukudowskiego" zagrania, o którym jednak więcej nie wspomnę, gdyż wiąże się to z olbrzymim spoilerem.
Bardzo ciekawy jest również główny zły, który jest prześmiewczym przedstawieniem typowych otaku, mających totalnego świra na punkcie swoich waifu oraz ich czystości. Wyśmiewa on także proceder tworzenia przez otaku tzw. "Original Characters", mających ich reprezentować, których potem parują ze swoimi ukochanymi postaciami.

Oprawa graficzna jest co najwyżej przeciętna. O ile same projekty postaci  (poza dziwacznie cieniowanymi włosami)  i niektóre tła prezentują się całkiem dobrze tak już cała reszta wypada miernie. Projekty maszyn nie dość, że wykonane są w niskobudżetowym CGI, to są bardzo przeciętne i zerżnięte z Gundamów znanych z serii "SEED". Bazują głównie na modelu Strike Freedom. Co gorsza - na dobrą sprawę mamy tutaj do czynienia tylko z jednym robotem, który po prostu dostał kilka różnych wersji kolorystycznych. Same starcia też raczej nie powalają. Nie wyglądają może źle, ale klatkujące CGI bardzo psuje przyjemność płynącą z ich oglądania. Nie wspominając już o tym, że twórcy poszli tu całkowicie na łatwiznę i niemal wszystkie pozy czy ataki również zostały żywcem skopiowane z SEED-a.
Animacja cierpi też na nagminny re-using ujęć oraz niesamowicie częste spadki jakości. Projekty postaci bardzo często są zdeformowane i ruszają się w nienaturalny sposób, momentami brakuje im też kolorów czy elementów ubioru. Ogółem widać tutaj straszną taniochę. Nie wiem, czym jest to wywołane. Może Sunrise wywaliło większość funduszy na "Reconguistę" i dla "Krzyża Endżu" nic już nie zostało.
Złego słowa nie można powiedzieć jednak o ścieżce dźwiękowej. Muzyka jest wyśmienita i świetnie dopasowana do każdej ze scen, idealnie podkreślając atmosferę wydarzeń. Jest to tym bardziej zaskakujące, gdy człowiek przypomni sobie, jak chaotyczną bajką jest "Cross Ange". No, ale w końcu OST tworzyła ekipa od "Ar Tonelico", która pokazała już, że potrafi stworzyć pasującą muzykę nawet do najdziwniejszego systemu walki, gdzie dziewczynki zyskują więcej mocy w miarę jak się rozbierają... Naprawdę dobrze wypadają także wszystkie piosenki wokalne. Ciężko się temu jednak dziwić, skoro za większość z nich odpowiada słynna Nana Mizuki, która nie bez powodu jest jedną z najbardziej szanowanych wokalistek oraz seiyuu. Najbardziej do gustu przypadła mi zdecydowanie wykonywana przez Ange piosenka "Towagatari - Hikari no Uta".
Na pochwałę zasługuje także gra aktorska. Seiyuu spisali się wyśmienicie i idealnie oddali charaktery swoich postaci. I tak przykładowo Ange brzmi jak twarda i pewna siebie kobieta, Tusk jak dobroduszny, acz ciamajdowaty nieco młodzieniec a Vivian jak mała i urocza, skora do zabawy dziewczynka.

Czy "Cross Ange" polecam? Eeee? Fakt, jest to taki nieco lepszy "Gundam SEED Destiny", jednak nadal nie jest to produkcja dobra. Głupot i dziur fabularnych jest tu mnóstwo, oprawa graficzna sprawia wrażenie wykonanej na odwal się taniochy, niemal nieustannie raczeni jesteśmy typowymi dla Fukudy odniesieniami do jego największego "arcydzieła", a jedyne co ratuje sytuację to nietuzinkowa główna bohaterka oraz oprawa dźwiękowa. A jednak nadal z jakiegoś powodu oglądało mi się to lepiej, aniżeli Reconguistę. Być może wywołane jest to tym, że "Cross Ange" bywało momentami tak złe, że aż dobre i oglądając je kwiczałem głośno ze śmiechu patrząc, jakie debilizmy Fukuda serwuje swoim fanom. Może zatem tak - nie polecam tego jako dobry tytuł, ale jako coś do obejrzenia z kumplami na ostro zakrapianej imprezie. Śmiechu będziecie mieli co nie miara. Myślę, że gdyby stworzyć z tego grę pijacką, to wszystkim uczestnikom zabawy film urwałby się już po pierwszym odcinku.

Typ Anime - Seria Telewizyjna
Rok produkcji - 2014
Pełny Tytuł: „Cross Ange: The Rondo of Angel and Dragon” ("Cross Ange: Tenshi to Ryuu no Rondo")
 Reżyseria: Ashino Yoshiharu
Scenariusz: Mitsuo Fukuda
Muzyka: Akiko Shikata
Gatunek: Super Robot, Dramat, Komedia, Science-Fiction, Fantasy
Liczba Odcinków: 25
Studio: Sunrise
Ocena Recenzenta: 4.5/10

Screeny:






sobota, 28 marca 2015

TSUKAME PURAIDOOOO - o najgorszym Gendumbie słów kilka - "Gundam: G no Reconguista" (2014)

Gdy w roku 2011 zapowiedziano, iż Tomino pracuje nad nową serią Gundam, całym chińskobajkowym światem dosłownie zatrzęsło. Wszyscy byli święcie przekonani, że skoro sam ojciec sagi bierze sprawy w swoje ręce, to spodziewać możemy się arcydzieła równie wspaniałego, co powstały w roku 1999 "Turn A Gundam". Kiedy w marcu zeszłego roku, na specjalnym evencie świętującym 35-lecie serii Gundam, Tomino zaprezentował więcej konkretnych informacji na temat serialu, wszyscy fani nahajpowali się jeszcze bardziej i z utęsknieniem oczekiwali na drugiego października, kiedy to oficjalnie miała się rozpocząć emisja serii.
Szczerze mówiąc, osobiście wielkim fanem Tomino nie jestem i uważam go za osobę ostro przewartościowywaną. Ze wszystkich jego produkcji za faktycznie wyśmienite uważam jedynie wspomniane "Turn A Gundam", "Sentou Mecha Xabungle", "Aura Battler Dunbine" oraz "Zambot 3". Jego pozostałe dzieła to w mej opinii straszny "mixed bag" - jest wśród nich kilka całkiem dobrych tytułów, jednak znajdzie się także mnóstwo okropnych, jak choćby "Brain Powerd" czy też "Garzey Wing". Jak zaś sprawa wygląda z opisywanym dziś "G-Reco"? Cóż, jak z tytułu tekstu wywnioskować możecie - nie za dobrze. No, ale po kolei...

Akcja anime rozgrywa się wiele lat po wydarzeniach z tzw. "Universal Century", w roku 1014 nowego kalendarza "Regild Century". Po wielu latach nieustannych wojen, ludzkość w końcu żyje w erze pokoju i dostatku, prężnie się rozwijając. Wszystko to dzięki olbrzymiej budowli znanej jako "Capital Tower", za pomocą której możliwe jest transportowanie z kosmosu tzw. "Baterii Fotonowych", zapewniających ziemii ogromne ilości energii. Ze względu na to, "Capital Tower" cieszy się praktycznie religijnym kultem i chronione jest przez specjalne prawa, ustanowione przez wyznawców Kościoła SU-CORD.
Głównym bohaterem serialu jest młody kadet z "Capital Guard" - Bellri Zenam. Zawsze uśmiechnięty, podchodzący do życia z dystansem i zaskakująco (akurat) utalentowany młodzik. Naszego bohatera poznajemy w momencie, gdy jest w trakcie swojego pierwszego szkolenia. Niespodziewanie, kosmiczna winda, którą podróżuje wraz z pozostałymi kadetami, zostaje zaatakowana przez nieznany kombinezon bojowy, przypominający legendarnego Gundama. Aby zapobiec ewentualnym zgonom, głównodowodzący "Capital Guard" zaleca wszystkim zachować spokój i nie wdawać się w bójkę z agresorem. Bellri postanawia jednak zignorować rozkaz i rusza do walki z nieznaną maszyną, a co więcej - udaje mu się ją przejąć oraz pojmać jej pilota - piękną piratkę Aidę Rayhunton. 
"Capital Guard" natychmiastowo wykorzystuje okazje, aby przebadać tajemniczy kombinezon. Jak się szybko okazuje, nazywa się on "G-Self" i nie pozwala się pilotować nikomu, poza Aidą. Ku zdumieniu wszystkich jednak, z jakiegoś powodu robot akceptuje także Bellriego, pozwalając mu zasiąść za swoimi sterami. Jest to jednak zaledwie początek skomplikowanej intrygi, która wstrząśnie całym kosmosem...

Cóż mogę rzec - "G-Reco" zapowiadało się naprawdę obiecująco. Świat przedstawiony był bardzo ciekawy, a pierwsze trzy odcinki, pomimo chwilami nieco zbyt pospieszanego pacingu, naprawdę dawały radę. Owszem, pojawiło się w nich kilka dość niezrozumiałych rzeczy, jak choćby fakt że jeńcy "Capital Guard" mają stanowczo za dużo swobód, jednak nie zrażałem się tym jakoś wybitnie, bowiem byłem przekonany iż zostanie to sensownie uzasadnione w dalszych epizodach.
Nie zostało. Zamiast tego bzdur zaczęło się pojawiać coraz więcej, a historia przyspieszała coraz bardziej, olewając totalnie wyjaśnianie widzowi czegokolwiek. I nie, ja nie oczekiwałem że bajka na tacy wyłoży mi wszystkie odpowiedzi. Problem w tym, że ona nawet nie daje widzowi wskazówek czy czasu, aby mógł on cokolwiek tutaj wywnioskować. Tomino popełnił olbrzymi błąd stosując w przypadku tej serii sposób prowadzenia historii znany z "Overman King Gainer". O ile tam losowość i epizodyczność wydarzeń się sprawdzała, bo była to prosta komedia przygodowa, tak w przypadku serii, gdzie mamy kilka tłukących się ze sobą frakcji oraz skomplikowaną intrygę polityczną w tle to po prostu nie działa. Fabuła pędzi na łeb na szyję, a kolejne wydarzenia prawie w ogóle z siebie nie wynikają i się ze sobą nie łączą, nie wspominając już o tym, że serial bardzo często serwuje nam śmiertelnie poważne wydarzenia, tylko po to by dosłownie kilka sekund później zmienić się w radosną i beztroską głupawkę, podobną do tej z "Xabungle" czy wspomnianego "Gainera". Samo zakończenie serii zaś to już absolutny szczyt debilizmu i bullshitu, a co gorsza jest okropnie rushowane i antyklimatyczne. O, skoro już przy debilizmie jesteśmy, to warto wspomnieć o bohaterach - pierwsze odcinki dawały szansę na ich polubienie. Tak, byli strasznie płascy i bazowali na standardowych archetypach, no ale wciąż było przed nami ponad 20 epizodów, zatem istniała realna szansa że naprawdę fajnie się rozwiną. Nic z tych rzeczy. Większość bohaterów nie przechodzi praktycznie ŻADNEGO rozwoju, a co gorsza, jeśli już jakikolwiek następuje, to albo jest zrobiony na odwal się, albo też sprawa, iż postać staje się jeszcze gorsza niż była. Same zachowania i decyzje podejmowane przez bohaterów też nie mają najmniejszego sensu. Przykładowo - już w czwartym odcinku, kiedy Capital Guard przylatuje na pomoc porwanemu przez piratów Bellriemu i jego przyjaciołom, ten zamiast wykorzystać okazję i uciec, wsiada do G-Selfa i... staje do walki z ludźmi, którzy przybyli go odbić. Równie idiotyczne było zachowanie niejakiego "Maski" oraz zakochanej w nim Manny, jednak jako że aby napisać jakich kretyństw się dopuszczają musiałbym rzucić potężnym spoilerem, to więcej nie wspomnę. Nie zaczynajmy już nawet tematu "plot armor" głównego bohatera, bo to po prostu temat rzeka - wspomnę tylko, że w jednej z krytycznych sytuacji zostaje on uratowany przez losowe ptaszysko, które przypadkiem wypada z pobliskiego lasu i uderza w głowę wrogiego robota. Dalej - strasznie nie podobało mi się, jak seria usiłowała momentami wmówić widzowi, że ginące postacie były jakieś istotnie ważne dla fabuły, podczas gdy praktycznie nic o nich nie wiedzieliśmy. Wyglądało to tym debilniej, że również sami bohaterowie tak jakoś nieszczególnie przejmowali się kolejnymi zgonami i po krótkim "o nie, on umarł, to straszne" wracali do wspólnych śmichów i chichów. A już największym kretyństwem były zawiązywane przez postacie sojusze. Z całym szacunkiem, ale większość z nich była po prostu "z dupy" i pozbawiona jakiegokolwiek logicznego uzasadnienia. Co gorsza - bohaterowie są takimi debilami, że nawet jeśli ktoś kilkakrotnie ich zdradził, to wcale się tym nie przejmowali i nadal się z nim przyjaźnili, a co więcej - z miłą chęcią wpuszczali go nawet na pokład swojego statku, czy też pozwalali mu pilotować najpotężniejsze maszyny, jakie mieli w hangarze. O, tak - czy wspomniałem też, że bardzo często odwala się w serii masowe, niczym nieuzasadnione przechodzenie "tych złych" na stronę Bellriego i jego ziomeczków? Nawet jeśli wcześniej zabili oni ważnych dla nich ludzi? No tylko pogratulować... Tomino za cholerę nie zna się na relacjach między ludzkich. Co idealnie pokazują swoją drogą także dialogi - są krótkie, urywane, pełne bezsensownych stwierdzeń i szczerze powiedziawszy bliżej im do losowo rzucanych zdań, aniżeli faktycznych rozmów. Nie podobało mi się też, jak Tomino rozwiązał kwestię kilku tłukących się ze sobą stron. Zamiast sensownie nakreślić motywy którejkolwiek z nich, dorzucał coraz to kolejne i kolejne frakcje, w wyniku czego pod sam koniec serii robi się taki, za przeproszeniem, pierdolnik, że nie wiadomo już właściwie kto z kim i o co się bije. 

Jedyne, co ratuje "Reconguistę" to świetna oprawa audiowizualna. Strasznie spodobał mi się pewien przeprowadzony przez twórców zabieg stylistyczny - wszystko narysowane jest charakterystyczną, chwilami nieco przerywaną/niewyraźną kreską, która bajkę "postarza", sprawiając iż bardziej przypomina ona tytuły z okresu lat 80-tych, aniżeli współczesne produkcje. Co więcej - za sprawą odpowiedniego cieniowania oraz kolorowania, twórcom udało się uzyskać nawet efekt tradycyjnej animacji, co tylko jeszcze bardziej nadaje serii bardzo fajnego klimatu. 
Projekty postaci są schludne i bardzo przyjemne dla oka. Warto wspomnieć, że odpowiada za nie ten sam gość, który rysował bohaterów do takich tytułów jak "Overman King Gainer", czy też lepiej znanego polskiemu widzowi "Eureka 7" - Kenichi Yoshida. Świetnie prezentują się także wszelkie pojawiające się w serialu maszyny - są ciekawe, pełne detali i niezwykle zróżnicowane, dzięki czemu każdy miłośnik wielkich robotów z pewnością znajdzie tu coś dla siebie. Ciężko się temu jednak dziwić, skoro odpowiada za nie nikt inny jak Yamane Kimitoshi, który słynie z talentu do rysowania olbrzymich maszyn. Jego roboty podziwiać można było m.in w "Vision of Escaflowne", "RahXephon", "Eureka Seven" czy też wyemitowanym niedawno pierwszym epizodzie "Mobile Suit Gundam: ORIGIN". Z występujących w "G-Reco" maszyn zdecydowanie najbardziej spodobały mi się takie piękności jak Montero, Gaeon, Mack Knife oraz najpiękniejsza z nich wszystkich G-Arcane, pilotowana przez Aidę. Koniecznie muszę sobie kupić jej model.
Bardzo ładnie wyglądają też tła - zróżnicowane, szczegółowe i utrzymane w odpowiednio dobranych barwach. Animacja również wypada całkiem nieźle, acz chwilami zdarzają się dość wyraźne sceny tzw. "QUALITY" (drastyczny spadek jakości animacji). Prawdę powiedziawszy jednak, nie są one na tyle częste, aby przeciętny widz zwrócił na nie jakąś szczególną uwagę. Seria umiejętnie korzysta także z CGI, które wcale a wcale nie gryzie się z tłami czy też innymi tradycyjnie rysowanymi elementami bajki.
Genialnie prezentują się wszelkie potyczki. Dynamiczne, obfitujące w ciekawe ujęcia, ze świetną choreografią, pełne efekciarstwa w postaci błysków, iskier, wybuchów we wszystkich kolorach tęczy, czy też wszędobylskich laserów i pocisków.
Muzyka jest całkiem niezła i dobrze dopasowana do wydarzeń, acz prawdę powiedziawszy żaden z utworów nie zapadł mi jakoś wybitnie w pamięć. Nie oznacza to że są złe, nie - po prostu żaden z nich nie zauroczył mnie na tyle, by posłuchać go poza samą bajką. Naprawdę kupiły mnie jednak oba openingi (zwłaszcza drugi - "Futari no Mahou") oraz ending. Zwłaszcza ending, który został swoją drogą pokochany przez praktycznie cały fandom mecha i już po pierwszym odcinku powstało mnóstwo powiązanych z nim przeróbek oraz śmiesznych obrazków, zawierających pochodzący z refrenu zwrot "Tsukame Puraido". Wszystkie trzy piosenki brzmią świetnie i niemal natychmiast wpadają w ucho, dzięki czemu bardzo przyjemnie słucha się ich nawet poza samym tytułem. Niestety jednak, mam do nich dokładnie to samo zażalenie, jakie miałem do tych z recenzowanego niedawno "Meitantei Holmes" - ich animacja to po prostu zlepione na odwal się, żywcem wyciągnięte z poszczególnych epizodów bajki ujęcia.
Co można rzec o grze aktorskiej - w większości jest wyśmienita. Seiyuu spisali się bardzo dobrze i idealnie wcielili się w każdego z bohaterów. I choć, jak wspomniałem, wypowiadanym przez nich kwestiom bliżej do losowych zdań, aniżeli faktycznych dialogów, to przyznać trzeba że odegrali oni je wyśmienicie i ciężko zarzucić im sztuczność. Jedynie głos Bellriego irytował mnie niezmiernie. Barwa głosu grającego go Marka Ishii jest po prostu tragiczna i strasznie nieprzyjemna dla ucha. Ciężko się temu jednak dziwić, skoro pan Ishii jest totalnym świeżakiem w biznesie i zagrał do tej pory jedynie trzy role. Może z czasem się wyrobi.

Podsumowując - "Gundam: G no Reconguista" to tytuł, który zawiódł wszelkie moje oczekiwania. Miałem nadzieję na udany miks "Turn A Gundama" z "Xabungle" bądź też "Królem Gainerem", a zamiast tego dostałem chaotyczny bajzel, którego bohaterami jest banda debili, których działania nie mają absolutnie żadnego sensu. Oprawa audiowizualna jest prześliczna, tak, ale co z tego, skoro wszystko inne leży, kwiczy i woła o pomstę do nieba. Boli to tym bardziej, że ta seria faktycznie miała potencjał. Mogła być czymś naprawdę wspaniałym, a tymczasem okazała się być najgorszym Gundamem w historii. Tak, gorszym nawet niż "cieszący" się przez długi czas tym tytułem "Gundam SEED Destiny". Zachodzę swoją drogą w głowę, jak Tominofagi mogą bez zająknięcia łykać wszelkie bzdury jakie w tej serii występują i uważać ją za nieskazitelne arcydzieło, rzucając się w dodatku z kłami i pazurami na każdego, kto śmie uważać inaczej... albo jest to niemożność uwierzenia w to, że Tomino mógł spieprzyć sprawę, albo już wybitna głupota. W każdym razie odradzam zdecydowanie. Jeśli chcecie obejrzeć dobrego "Gendumba", to sięgnijcie lepiej po "Turn A Gundam", "Zeta Gundam" albo też "08th MS Team".
O, swoją drogą - wiecie, że jeden z odcinków reżyserował gość odpowiedzialny za "Shingeki no Kyojin" - Araki Tetsurou? Co zabawne - odcinek ten był najlepszy i najbardziej koherentny ze wszystkich. 

Typ Anime - Seria Telewizyjna
Rok produkcji - 2014
Pełny Tytuł: „Gundam: Reconguista in G” ("Gundam: G no Reconguista")
 Reżyseria: Yoshiyuki Tomino
Scenariusz: Yoshiyuki Tomino
Muzyka: Kanno Yugo
Gatunek: Real Robot, Science-Fiction, Komedia, Dramat
Liczba Odcinków: 26
Studio: Sunrise
Ocena Recenzenta: 3/10

Screeny:







poniedziałek, 23 marca 2015

Wzruszająca opowieść o poświęceniu - "Soukyuu no Fafner: Right of Left - Single Program" (2005)

Jako że pierwszy cour wyśmienitego "Soukyuu no Fafner - Dead Agressor: EXODUS" ma się powoli ku końcowi, wypadałoby się w końcu zebrać i przybliżyć wam, drodzy czytelnicy, poprzednie części tej nietuzinkowej, acz cholernie niszowej serii. Dziś na warsztat bierzemy prequel pierwszej serii telewizyjnej - odcinek specjalny zatytułowany "Right of Left", który w ciągu niespełna godziny serwuje widzowi naprawdę dobrą i wzruszającą historię.

Akcja "Right of Left" rozgrywa się na kilka miesięcy przed wydarzeniami z serii telewizyjnej. Właśnie dobiegł końca kolejny rok szkolny i kolejni uczniowie wkraczają w dorosłe życie - wśród nich dwójka, której losy w epizodzie tym będziemy śledzić - Yumi Ikoma oraz Ryou Masaoka. Wraz z sześcioma innymi "szczęśliwcami", zostają oni wybrani przez chroniącą wyspę organizację ALVIS do wzięcia udziału w tajnej operacji "Plan L", która to ma polegać na wysłaniu w morze sztucznej mini-wyspy, celem odwrócenia uwagi Festum od prawdziwej wyspy Tatsumiyajima. Wyspa wyposażona jest w niezbędne do przeżycia zasoby, wystarczające na okres około dwóch miesięcy oraz cztery prototypy Fafnerów "Titan" Model, przeznaczone do walki z agresorem. Czy młodym pilotom uda się powstrzymać atak najeźdźców i obronić swój dom?

Jak na początku tekstu wspomniałem, historia w "Right of Left" opowiedziana pomimo swej krótkości wypada naprawdę dobrze. Fabuła jest bardzo dobrze przemyślana i ciekawa, dzięki czemu nie przynudza tak jak pierwsza połowa serii telewizyjnej. Co więcej, "RoL" wyjaśnia całkiem sporo dość niejasnych wątków z początku "podstawki", dzięki czemu nabierają one więcej sensu. Mam jednak trochę do zarzucenia temu, jak twórcy rozwiązali kwestię przejść pomiędzy poszczególnymi scenami. Są one strasznie szybkie i gwałtowne, przez co chwilami widz może czuć się nieco zakłopotany. 
Najważniejszym elementem Fafnera zawsze byli jego bohaterowie. I choć na początku serii TV wydawali się oni być strasznie naciągani, tak koniec końców całkiem nieźle się rozwinęli. Jak zatem wygląda sprawa z tymi występującymi w "Right of Left"? Choć jest ich o wiele mniej niż w "podstawce" tak nakreśleni zostali naprawdę dobrze .Wszystkie ich zachowania, emocje oraz dialogi są naprawdę przekonujące i nie w sposób zarzucić im sztuczności. Zarówno Ryou jak i Yumi zachowują się bardzo naturalnie i szybko zaskarbiają sobie sympatię widza. Co mi się swoją drogą strasznie podobało to fakt, że choć oboje zdają sobie sprawę z tego w jak beznadziejnej sytuacji się znajdują, to nie siedzą na dupie i nie użalają się nad sobą, a zamiast tego dzielnie brną przed siebie, nie porzucając nadziei aż do samego końca. Ich postawa zasługuje na podziw tym bardziej, że w trakcie swojej misji nie raz będą musieli patrzeć bezsilnie, jak ich przyjaciele umierają im na rękach. Skoro o śmierci postaci już mówimy, to trzeba nadmienić iż "Right of Left", podobnie jak seria telewizyjna, nie nadużywa powszechnego zjawiska "plot armor". Umrzeć, czy też zostać nieodwracalnie okaleczony może tutaj każdy, bez względu na to, jak istotną dla fabuły jest postacią.

Oprawa audiowizualna uległa znacznej poprawie. "Hirai Face" wciąż jest niestety paskudny, ale za to animacja ruchów postaci nie wygląda już tak sztywno i nienaturalnie jak w serii telewizyjnej. Pojawiło się też dużo więcej umiejętnego operowania grafiką komputerową, zwłaszcza w trakcie potyczek, dzięki czemu jeszcze bardziej zyskały one na dynamice. Co najlepsze - ani modele Festum, ani też Fafnerów wcale nie gryzą się z resztą oprawy graficznej. Ponownie pochwalić należy także pełne szczegółów tła - Fafner zawsze miał piękne widoczki i nie inaczej jest w przypadku "RoL".
Na dobrą sprawę jedyne, do czego poza "Hirai Face" mogę się przyczepić, to animacja wody. Nie jest ona ani narysowana, ani też wygenerowana komputerowo - wstawiono tutaj prawdziwą wodę, która okropnie gryzie się z resztą bajki, co widać najbardziej w scenach, gdzie bohaterowie siedzą na brzegu.
Muzyka jest prześliczna. Warszawska Filharmonia po raz kolejny spisała się na medal i wykonane przez nią utwory nie dość, że brzmią wyśmienicie, to jeszcze idealnie podkreślają atmosferę wydarzeń na ekranie. Kawał dobrej roboty odwaliła także "angela" - "Peace of Mind" grające pod sam koniec odcinka to przepiękna piosenka, zarówno pod względem melodii jak i samych słów, idealnie podsumowujących wszystko co w animacji zaszło. Jest to swoją drogą typowe dla wszystkich Fafnerowych piosenek, jednak więcej wspomnę o tym przy innej okazji.
Na pochwałę zasługuje także gra aktorska. Seiyuu spisali się wyśmienicie i idealnie odegrali swoje role. W głosach bohaterów wyraźnie czuć każdą emocję, bez względu na to czy jest to radość, gniew, strach, czy też smutek.

"Right of Left" wypada zdecydowanie lepiej, niż seria telewizyjna. Nie dość, że wygląda naprawdę ładnie (pomijając nieszczęsny "Hirai Face" oraz nader realistyczną wodę) to jeszcze serwuje widzowi sensowną, chwilami nawet bardzo wzruszającą historię, wyjaśniającą dodatkowo kilka niedopowiedzeń z serii telewizyjnej. Wyraziście i naturalnie nakreśleni zostali także bohaterowie oraz zachodzące między nimi relacje, dzięki czemu bardzo łatwo jest obdarzyć ich sympatią. Zdecydowanie polecam. Pamiętajcie tylko, że trzeba najpierw obejrzeć serię TV.

Typ Anime - Odcinek Specjalny
Rok produkcji - 2005
Pełny Tytuł: „Soukyuu no Fafner: Right of Left - Single Program” ("Fafner in the Azure: Right of Left - Single Program")
 Reżyseria: Nobuyushi Habara
Scenariusz: Tow Ubukata
Muzyka: Tsuneyoshi Saito
Gatunek: Real Robot, Science-Fiction, Dramat
Liczba Odcinków: 1
Studio: XEBEC
Ocena Recenzenta: 7.5/10

Screeny:








niedziela, 22 marca 2015

Fotoreporter prawiczek i kosmiczna seksbomba na ratunek Ziemi - "Outlanders" (1986)

Ostatnimi czasy jestem strasznie zabiegany i tak jakoś ciężko mi znaleźć chwilę, żeby coś tutaj skrobnąć. Stąd też musicie mi wybaczyć tak długaśne przerwy pomiędzy kolejnymi postami. Bądź co bądź, "starocioty" też życie w końcu mają...

Na naszą planetę napada złowrogie kosmiczne imperium! Przewodzi mu niezwykle ponętna, silna księżniczka, która bez skrupułów morduje wszelkich stających na jej drodze żołnierzy. Heroiczna (co) muzyka gra, czołgi eksplodują, jucha leje się na wszystkie strony a trup ściele się gęsto. To koniec, ludzkość jest zgubiona! Czy aby jednak na pewno? Oto na scenę wkracza młody Wakatsuki Tetsuya - początkujący fotoreporter, który za sprawą nieszczęśliwego zbiegu okoliczności znalazł się w samym centrum całego zamieszania. W pewnym momencie nasz bohater zostaje dostrzeżony przez wspomnianą żądną krwi księżniczkę. Co robi w zaistniałej sytuacji? Czy bierze nogi za pas? A gdzie tam! Żaden prawdziwy fotoreporter nie odpuściłby przecież takiej okazji - nieczęsto bowiem można zrobić fotorelację z tak poważnego wydarzenia jak inwazja najprawdziwszych kosmitów! Tetsuya wyciąga zatem aparat i zaczyna cykać tyle fotek, ile tylko zdoła. Kosmiczna pannica wyraźnie rozbawiona brawurą młodziana błyskawicznie rzuca się na niego z mieczem. Szczęśliwie jednak, zostaje oślepiona przez lampę błyskową aparatu, dzięki czemu Tetsuya uchodzi z życiem a dodatkowo udaje mu się obezwładnić wojowniczą kosmitkę i przyprzeć ją do ściany. I tak przez krótką chwilę szamocą się ze sobą, aż w pewnym momencie naszemu fotoreporterowi... staje ptaszek. Sztywny sprzęt w spodniach młodziana natychmiast zostaje dostrzeżony przez kosmitkę, która to reaguje nań w sposób bardzo specyficzny, a mianowicie... całuje Tetsuyę, przedstawia się mu, po czym porywa go na swój statek. Okazuje się, że nasz nieszczęśnik bardzo jej zaimponował, toteż postanowiła go... poślubić. Jak nietrudno się domyślić wyniknie z tego niezły ambaras, tym bardziej, że zarówno ojciec kosmicznej księżniczki, jak i praktycznie całe jego imperium nie są zbytnio zadowoleni z jej decyzji. Z zaistniałej sytuacji nie cieszy się także zbytnio sam Tetsuya, jednak szybko okazuje się, że nie ma on raczej wyjścia - jeśli bowiem nie poślubi księżniczki, to ziemia zostanie przez kosmitów podbita, a cała ludzkość zostanie wyrżnięta w pień...

Nie ukrywam, że pierwsze sceny "Outlanders" wprawiły mnie w lekkie osłupienie. Widziałem już wiele, ale cała ta sekwencja z krwawą rzezią, heroiczną muzyką i stającym ptaszkiem była po prostu tak randomowa i absurdalna, że przez cały czas jej trwania siedziałem z uniesioną brwią i co chwilę rzucałem "Jezu, jakie to jest głupie", albo "Co tu się właśnie odje-(...)" etc. Dalej jest już co prawda nieco "normalniej", jednak animacja nadal raczy nas sporą dozą sprośnych żartów o męskim przyrodzeniu, kopulacji, prawiczkach, czy też cyckach. Ba, tytuł bardzo często serwuje nam również sceny seksu, w dodatku nierzadko pomiędzy przedstawicielami dwóch różnych gatunków. 
Sama fabuła raczej nie powala - jest strasznie prosta i przewidywalna, a co gorsza strasznie pospieszana i po prostu nudna. Swoją drogą, przez cały czas odnosiłem wrażenie, że to takie bardziej sprośne i brutalne "Urusei Yatsura". Tam również główny wątek fabularny opierał się na romansie pomiędzy piękną kosmitką a życiowym nieudacznikiem.
Okej, ponarzekałem na kiepawą historyjkę, ale może postacie są lepsze? No, niestety nie. Praktycznie żaden z bohaterów nie wyróżnia się niczym ciekawym na tle mnóstwa innych chińskobajkowych ludzików. Co więcej, chwilami zachowania postaci są, najzwyczajniej w świecie, głupie. Przykładowo, w momencie kiedy nasi bohaterowie muszą uciekać ze statku matki kosmicznego imperium, nagle postanawiają urządzić sobie pojedynek, w którym Tetsuya stara się udowodnić że nie jest taką miernotą, jak mogłoby się wydawać. Wszystko ładnie, pięknie, ale dlaczego robią to akurat w momencie gdy czas nagli a na karku siedzi im całe uzbrojone po zęby wojsko? 
Jedyną postacią, która w miarę zaskarbiła sobie moją sympatię, jest Battia - piękna i silna kobieta-kot z całkiem fajnym charakterkiem. 

Okej, historia jest mierna, postacie płaskie i głupie, ale może jednak znajdzie się w tym tytule coś, co można pochwalić? A no znajdzie - oprawa audiowizualna. Projekty postaci, choć dzisiejszemu widzowi mogą wydać się nieco archaiczne, wypadają naprawdę dobrze a i złego słowa nie można powiedzieć o wszelkich maszynach w bajce się pojawiających. Okręty kosmiczne są olbrzymie, pełne detali oraz wszelkiej maści uzbrojenia i robią naprawdę spore wrażenie. Nieźle wyglądają także szczegółowe i utrzymane w odpowiednio dobranych barwach tła, zwłaszcza wnętrza okrętów, w których zaobserwować można mnóstwo drobnych detali takich jak kontrolki, kable na ścianach, czy też najróżniejsze urządzenia.
Bardzo ładnie prezentuje się animacja - jest płynna, pozbawiana powtarzanych scen, a i znajdzie się kilka naprawdę fajnych ujęć. Najlepiej wyglądają zdecydowanie sceny akcji, zwłaszcza pościgi, które są naprawdę dynamiczne.
Muzyka jest po prostu świetna. Soundtrack obfituje w genialne, wpadające w ucho utwory, które w większości, poza tą jedną heroiczną nutą z początku, są bardzo dobrze dopasowane do sytuacji. Bardzo przyjemny jest także ending - "Starry Eyes - Hoshi no Hitomi" - który zawiera w sobie wszystko, za co kocham staroszkolne piosenki. Niestety jednak, gra aktorska wypada dość słabo. Większość postaci brzmi tak, jakby głosy podkładała im banda losowych przechodniów, zgarniętych na szybko z ulicy. Co jest w sumie dość dziwne, bowiem w anime tym występuje kilka naprawdę znanych osobistości, jak choćby Hirano Fumi, czy też Kamiya Akira.

Czy "Outlanders" polecam? Szczerze powiedziawszy raczej nie. Owszem, OVA jest naprawdę cudnie zanimowana a i ma naprawdę niezły OST, ale sama historia jest okrutnie nudna, postacie albo płaskie albo strasznie głupie, a zbereźne żarty bardziej zniesmaczają, aniżeli rozśmieszają. Zamiast marnować na to czas, sięgnijcie lepiej po wspomniane "Urusei Yatsura" - serię bardzo podobną, a w dodatku o wiele lepszą i dla chińskobajkowego fandomu bardzo kultową. No, chyba że jesteście wielkimi miłośnikami twórczości Joujiego Manabe i absolutnie musicie obejrzeć i przeczytać wszystko, co spod rąk tego pana wyszło...


Typ Anime - Seria OVA
Rok produkcji - 1986
Pełny Tytuł: „Outlanders” 
 Reżyseria: Katsuhisa Yamada, Sukehiro Tomita
Scenariusz: Kenji Terada
Muzyka: Kei Wakakusa
Gatunek: Ecchi, Science-Fiction, Komedia
Liczba Odcinków: 1
Studio: AIC
Ocena Recenzenta: 5/10

Screeny:







poniedziałek, 9 marca 2015

"Dla wielkiego umysłu nie ma rzeczy małych." - "Meitantei Holmes" (1984)

Sherlock Holmes to postać, której raczej nikomu nie trzeba przedstawiać. Ten najsłynniejszy chyba fikcyjny detektyw po raz pierwszy pojawił się w napisanej przez Conana Doyle'a powieści "Studium w Szkarłacie", wydanej w 1887 roku. Czytelnicy pokochali bohatera tego tak bardzo, że w momencie gdy został on przez autora uśmiercony, nie tylko założyli czarne wstążki na znak żałoby, ale również ostro zaprotestowali, przez co Doyle postanowił jednak cudownie Sherlocka ocalić i kontynuować pisanie kolejnych jego przygód. 
Na przestrzeni lat powstało także wiele filmów oraz seriali, których bohaterem był słynny detektyw Holmes. Jak nietrudno się domyślić, znalazły się wśród nich także produkcje japońskie. Dziś przyjrzymy się chyba tej najbardziej znanej - wyreżyserowanej przez Hayao Miyazakiego serii telewizyjnej, kierowanej głównie do młodszego widza - "Meitantei Holmes", które ze względu na to, iż wszystkie występujące weń postacie są psami, znane jest także jako "Sherlock Hound".

Akcja anime osadzona jest w Wiktoriańskiej Anglii w alternatywnej rzeczywistości, zamieszkanej przez humanoidalne psy. Głównymi bohaterami są oczywiście słynny detektyw - Sherlock Holmes - oraz jego asystent, utalentowany lekarz - Dr.Watson. Wspólnymi siłami rozwiązują oni coraz to kolejne tajemnicze sprawy oraz zmagają się ze swym arcywrogiem - przebiegłym profesorem Moriartym, który wymyśla coraz to kolejne podstępne plany i przekręty, które mają mu umożliwić dokonanie zbrodni doskonałej. 

Iiii... to w zasadzie tyle. Fabuła serialu bazuje na oryginalnej historii w sposób BARDZO luźny, jest prosta jak budowa cepa i utrzymana w formie epizodycznej. Każdy odcinek jedzie na dokładnie takim samym schemacie - Profesor Moriarty obmyśla kolejny przekręt, Holmes zostaje poproszony o pomoc i rozwiązuje zagadkę, krzyżując plany złego geniusza, a policja stara się po raz kolejny dopaść bandziora i wsadzić go za kratki... z mizernym skutkiem. I tak przez prawie wszystkie 26 odcinków. Co prawda chwilami są jakieś odstępstwa od reguły, jednak również i w przypadku tych ciekawszych odcinków nie ma co oczekiwać jakichś niesamowitych zwrotów akcji. Szczerze powiedziawszy jednak, akurat w tym przypadku nie uważam prostoty historii za jakąś wielką wadę. Pamiętać należy bowiem, iż produkcja ta kierowana jest głównie do widzów najmłodszych, których nader rozbudowana historia mogłaby, po prostu, zanudzić. Prosta i epizodyczna opowiastka, w której każdy odcinek stanowi zamkniętą całość i którą można oglądać "porcjami"  z pewnością lepiej do nich trafi. 
Bohaterowie również nie są jacyś nader skomplikowani. Najbardziej w oczy rzuca się prawdę powiedziawszy nijakość Holmesa oraz Watsona. Obaj są strasznie nudnymi postaciami, praktycznie pozbawionymi jakichkolwiek ciekawszych cech. Są sympatyczni, tak, ale jednak nadal nie mają w sobie niczego, co wyróżniałoby ich na tle pierdyliarda innych bohaterów. Bardzo mile zaskakują jednak postacie poboczne, zwłaszcza te kobiece. Postać pani Hudson, pracującej jako gospodyni domowa u Holmesa, oczarowała mnie niezwykle - jest ona nie tylko ciepłą, naprawdę kochaną panią domu, ale także silną, potrafiącą o siebie zadbać kobietą, która pokaże nie raz i nie dwa jakie cuda potrafi zdziałać, kiedy zajdzie potrzeba. Sprawia to, że naprawdę pozytywnie wyróżnia się na tle wszystkich tych generycznych moe lolitek, tsundere czy też innych nudnawych dziewczątek, których rola często ogranicza się do bycia damulką w opresji, czy też obiektem westchnień protagonisty. A wyobraźcie sobie, że pani Hudson nie jest jedyną taką dobrze napisaną postacią kobiecą w tej bajce! 
Również antagoniści wypadają bardzo fajnie. Profesor Moriarty, choć jest bardzo typowym przykładem przebiegłego geniusza zła, tak niesamowicie potrafi zaskarbić sobie sympatię widza. Dlaczego? Bowiem nie w sposób nie uśmiechać się patrząc, z jaką determinacją snuje on kolejne plany, jak się przechwala, jak to nieustannie powtarza, iż "tym razem uda mu się przechytrzyć Holmesa". Strasznie dużo radości sprawia też obserwowanie, z jakim zamiłowaniem Moriarty konstruuje coraz to kolejne dziwaczne maszyny, które mają mu pomóc w realizacji jego niecnych planów. Równie sympatycznie prezentują się jego dwaj pomagierzy. Choć są to straszne głuptaki i łamagi, tak wprowadzają sobą do bajki mnóstwo humoru i z pewnością zostaną pokochani przez dzieciaki.
Wspomnieć muszę także, że bardzo miłym zaskoczeniem było dla mnie to, że w bajce tej nie ma wcale tak dużo typowego dla Miyazakiego forsowania ekologii. Zamiast tego uświadczymy tutaj mnóstwo miłości do steampunku oraz maszyn latających. Ba, oglądając "Holmesa" odnosiłem chwilami wrażenie iż niektóre przedstawione w nim wątki były swoistymi prototypami dla tego, co zobaczyć można w "Porco Rosso".

Oprawa audiowizualna jest prześliczna. Duże wrażenie zrobiła na mnie zwłaszcza animacja, która jest niesamowicie płynna i praktycznie pozbawiona wyraźniejszych chrupnięć. Strasznie podobało mi się też to, jak umiejętnie przedstawiono tutaj mimikę oraz gestykulację postaci. Twórcy świetnie wykorzystali fakt, iż wszystkie postacie są zwierzakami, dzięki czemu mają dużo większe pole do popisu w kwestii ruchów ich "twarzy". Skoro już przy postaciach jesteśmy - ich projekty są niezwykle przyjemne dla oka i z pewnością spodobają się dzieciom. Co więcej - projekt każdego z bohaterów został odpowiednio dobrany w taki sposób, iż idealnie odzwierciedla jego charakter. Niestety jednak, dość szybko rzuca się w oczy zjawisko "recyklingu" postaci - bardzo wielu bohaterów jest po prostu przemalowanymi wersjami innych postaci, z niewielkimi zmianami w ubiorze bądź też uczesaniu.
W serii pojawia się też mnóstwo ciekawych, steampunkowych maszyn, zarówno latających jak i jeżdżących. Na szczególną uwagę zasługują wszelkie wynalazki Moriartiego, zwłaszcza jego "Pteranodon", który w trakcie trwania serii przechodzi kilka przemian.
Przepięknie wyglądają także tła, które są niesamowicie szczegółowe. Zwłaszcza scenerie miejskie robią ogromne wrażenie.
Ślicznie brzmi muzyka. Choć jest to zaledwie kilka kawałków (cały OST liczy tylko 16 utworów) to zostały one wykorzystane bardzo umiejętnie i świetnie podkreślają wydarzenia na ekranie. Na pochwałę zasługują zwłaszcza opening i ending - obie piosenki są po prostu świetne i błyskawicznie wpadają w ucho. Co więcej - opening ma w sobie swoistą magię, która wprost zachęca do rozpoczęcia przygody z bajką, ending zaś brzmi zupełnie jak piosenki znane z wieczorynek z dawnych lat. Mam jednak drobne zażalenie do ich animacji - są to po prostu ujęcia wyciągnięte bezpośrednio z poszczególnych odcinków bajki. Takie to trochu leniwe...
Aktorzy spisali się wzorowo i świetnie odegrali swoje role. Każda kwestia wypowiedziana jest z odpowiednim uczuciem i ciężko zarzucić im sztuczność. Na szczególną pochwałę zasługują zwłaszcza aktorzy wcielający się w role Moriartiego, pani Hudson oraz inspektora Lestrade.

"Meitantei Holmes" z pewnością nie jest jakąś przełomową, czy też wybitnie oryginalną produkcją. Jest jednak naprawdę przyjemną, dającą sporo frajdy bajką, która z pewnością spodoba się najmłodszym. Punktuje zwłaszcza świetnymi postaciami kobiecymi oraz antagonistami, a także wyborną oprawą audiowizualną. Możecie śmiało pokazać tytuł ten swemu młodszemu rodzeństwu. Ba! Polecam nawet obejrzeć go z całą rodziną. 
Tak na marginesie - zapraszam na tegoroczny Pyrkon, na swój panel o anime (nie) tylko dla dzieci. Z pewnością powiem tam nieco więcej o Holmesie a i wspomnę o innych, wartych uwagi bajkach, które na pewno spodobają się nie tylko waszym dzieciom/rodzeństwu, ale także i wam samym. Widzimy się w Poznaniu już 24-go kwietnia!

Typ Anime - Seria Telewizyjna
Rok produkcji - 1984
Pełny Tytuł: „Meitantei Holmes” ("Sherlock Hound")
 Reżyseria: Hayao Miyazaki, Kyousuke Mikuriya
Scenariusz: Keishi Yamazaki
Muzyka: Kentarou Haneda
Gatunek: Komedia, Kryminał
Liczba Odcinków: 26
Studio: TMS Entertaiment
Ocena Recenzenta: 7/10

-Warto wspomnieć, że bajka powstała jako koprodukcja japońsko-włoska. W jej tworzeniu pomagała stacja telewizyjna RAI, na której serial był też później emitowany. Produkcja serialu rozpoczęła się już w roku 1981, jednak ze względu na problemy z prawami autorskimi, została zawieszona na trzy lata i wznowiono ją dopiero w roku 1984, gdy spór o prawa został w końcu rozwiązany.

Screeny:









poniedziałek, 2 marca 2015

Kapitan Tita i jej załoga kontra niecne kosmiczne imperium - "Plastic Little" (1994)

Satoshi Urushihara to człowiek, który zapewne znany jest każdemu starszemu fanowi chińskich bajek. Pan ten pracował bowiem przy wielu starszych tytułach a i słynie z niezwykle charakterystycznych, przepięknych projektów postaci, zwłaszcza tych kobiecych. Co więcej, znany jest też z tego, iż wspomniane dziewczynki w swych produkcjach dość często rozbiera, pokazując iż naprawdę zna się na anatomii i potrafi narysować przepiękne ciało - zwłaszcza piersi. Ze względu na to, dorobił się nawet w fandomie przezwiska "Króla Cycków".
Jako że prace pana Urushihary bardzo lubię, toteż z miłą chęcią sięgam po wszelkie tytuły, do których postacie rysował, bądź też takie, które sam w pełni tworzył. No i tym razem trafiło na króciutką OVA o dziwnie brzmiącym tytule "Plastic Little". Cóż można o animacji tej powiedzieć?

OVA zaczyna się efektowną sceną pościgu. Niejaki profesor Nalerof, dowiedziawszy się iż jego najnowszy twór ma zostać wykorzystany jako potężna broń postanawia zniszczyć go wraz z całym swym laboratorium i uciec ze swą córką - Ellyse. Niestety jednak, w trakcie ucieczki zostaje ciężko ranny i szybko dopadnięty przez ścigających go żołnierzy. W ostatniej chwili udaje mu się jednak wsadzić swoją córkę do kapsuły ratunkowej i wysłać ją na powierzchnię.
W tym samym czasie, w pewnym hotelowym pokoju ze snu leniwie wybudza się piękna Tita - pani kapitan okrętu kosmicznego znanego jako "Cha Cha Maru", którego załoga zajmuje się łapaniem różnych ciekawych kosmicznych żyjątek, które potem sprzedawane są jako zwierzaki domowe. Nasza bohaterka szybko pokapowuje się, że jest bardzo spóźniona na spotkanie ze swoją załogą, zatem czym prędzej wyłazi z wyrka i pędem opuszcza hotel. W drodze na okręt jest jednak świadkiem niecodziennego zjawiska - oto piękna dziewczyna - Ellyse, oczywiście - ścigana jest przez kilku dryblasów z wojska. Nie namyślając się długo, Tita postanawia pomóc ślicznej nieznajomej (kij, że goni ją wojsko, przecież każdy wie że piękne dziewczynki nie mogą być bandziorami!). Nie zdaje sobie jednak sprawy, w jak wielki ambaras wpakuje przez to siebie i swoją załogę...

Nie ma co ukrywać, że historia w "Plastic Little" opowiedziana nie należy do oryginalnych. Po raz kolejny dostajemy prostą opowiastkę o złym imperium, które to postanawia wykorzystać najnowszy wynalazek genialnego naukowca do przejęcia władzy nad światem, a dzielni bohaterowie starają się mu w tym przeszkodzić. Co gorsza, sam sposób przedstawienia tej historii też nie powala. Nie dość, że kolejne wydarzenia bardzo łatwo przewidzieć, to jeszcze sporo wątków pozostaje niedomkniętych a i co rusz dorzucane są coraz to kolejne. Dość rozczarowujący jest także finał historii, który nie dość że mocno naciągany i antyklimatyczny, to jeszcze poniekąd zaprzecza temu co w samej serii było powiedziane. Cóż, nie bez powodu utarło się powiedzenie, że "Urushihara cudownie rysuje, ale dobrze opowiedzieć historii za grosz nie potrafi".
Nie lepiej wygląda sprawa z bohaterami. Choć są sympatyczni, to jednak nadal mocno sztampowi i nie przechodzą żadnego znaczącego rozwoju. Co gorsza - strasznie mało o nich wiemy, a nawet kiedy już łaskawie przybliża się nam nieco ich przeszłość, to jest to robione w sposób niesamowicie losowy i po krótkiej chwili nikt już o tym nie pamięta. Problem tej nijakości nie dotyczy, niestety, tylko bohaterów pozytywnych, ale także i "tych złych". Ich motywy są nudne i byle jakie, a co gorsza momentami wychodzą oni na strasznych debili, co widoczne jest zwłaszcza w trakcie finałowej potyczki.

Nie można jednak powiedzieć niczego złego o oprawie audiowizualnej, która jest, najprościej mówiąc, cudowna. Jak wspominałem, Urushihara słynie ze swych prześlicznych projektów postaci, tak więc wszyscy bohaterowie w "Plastic Little", a zwłaszcza dziewczynki wyglądają wspaniale. Strasznie podoba mi się z jaką dbałością o detale Satoshi rysuje twarze, włosy, ciała - wszystko. Niezwykle podoba mi się też fakt, że piersi bohaterek są raczej naturalnych rozmiarów i kształtem swym nie przypominają ogromnych piłek lekarskich. A, skoro o biustach już mowa - bardzo podoba mi się to, w jaki sposób w OVA tej serwowany jest fanserwis. W przeciwieństwie do większości dzisiejszych ecchi, które w wulgarny i nachalny sposób bombardują nas piersiami i pupami bohaterek przy każdej możliwej okazji, nagość w "Plastic Little" pokazana jest w sposób bardzo grzeczny i naturalny, dzięki czemu nie gorszy ani nie wywołuje zażenowania. Bardzo dobrze wypadają także projekty maszyn maści wszelkiej oraz tła - szczegółowe i utrzymane w dobrze dopasowanych barwach, dzięki czemu zdecydowanie jest na czym zawiesić oko.
Największe wrażenie zrobiła na mnie jednak animacja. Ba, "Plastic Little" to chyba jedna z najładniej zanimowanych chińskich bajek, jakie do tej pory dane mi było obejrzeć. Wszystko od ruchów postaci i maszyn, przez eksplozje i dym, na drobnych detalach pokroju bąbelków w wodzie kończąc porusza się niesamowicie płynnie i bez ŻADNYCH chrupnięć. Oszczędności w animacji brak, statycznych ujęć jest niewiele, a co najlepsze - brak tu jakiegokolwiek "stock footage". Wszystko to sprawia, że mimo iż "Plastic Little" jest produkcją z wczesnych lat 90-tych, to pod względem oprawy graficznej na pysk bije większość dzisiejszych tytułów.
Muzyka jest okej i bardzo dobrze dopasowana do wydarzeń na ekranie, acz prawdę powiedziawszy nie zapadła mi jakoś zbytnio w pamięć. Jedyną piosenką, która jakoś bardziej wpadła mi w ucho, jest ending - "You're Everything" - bardzo przyjemna i rytmiczna piosenka, mająca w sobie ten piękny czar staro-szkolnych piosenek, którego w większości dzisiejszych chińskobajkowych utworów mi tak mocno brakuje.
Głosy postaci są bardzo dobrze dobrane, z kilkoma drobnymi wyjątkami. O ile byłem niezmiernie uradowany słysząc tutaj  takich ludzi jak Kappei Yamaguchi czy też Norio Wakamoto, tak mam trochę do zarzucenia wcielającej się w rolę Tity Yuriko Fuchizaki. Choć strasznie szanuję tę aktorkę za głos Kohran Ri z serii gier "Sakura Taisen" tak tutaj chwilami odnosiłem wrażenie iż wypowiadane przez nią kwestię brzmią nieco sztucznie... Cóż, nadal jednak spisuje się lepiej, niż aktorka grająca Titę w wersji angielskiej... zresztą, w wersji dubbingowanej wszyscy brzmią o wiele gorzej.

Podsumowując - "Plastic Little" produkcją wybitną w żadnym razie nie jest. Fabularnie jest bardzo słabe a i charaktery postaci raczej nie zaskakują niczym szczególnym. Warto zatem w ogóle po tytuł ten sięgać? Jak najbardziej. Choćby ze względu na to, jak ślicznie jest zanimowany. OVA ta idealnie pokazuje, że przesąd iż starsze chińskie bajki były wykonane gorzej niż te dzisiejsze jest totalnie bzdurny i idiotyczny. No i jak wspominałem, strasznie podoba mi się jak naturalnie pokazany jest tutaj fanserwis.

Typ Anime - Seria OVA
Rok produkcji - 1994
Pełny Tytuł: „Plastic Little”
 Reżyseria: Satoshi Urushihara, Kinji Yoshimoto
Scenariusz: Mayori Sekijima
Muzyka: Tamiya Terashima
Gatunek: Science-Fiction, Ecchi, Komedia
Liczba Odcinków: 1
Studio: Animate Film, Movic
Ocena Recenzenta: 5/10

Screeny:






niedziela, 22 lutego 2015

Wielka między-wymiarowa afera z wielkimi robotami - "Dual! Parallel Trouble Adventure" (1999)

Co my tutaj dzisiaj mamy... między-wymiarowe podróże? Tak. Wielkie, naparzające się ze sobą roboty? Tak. Typowy szkolniak protagonista? Też. To może jeszcze harem pięknych dziewcząt? A i owszem. O, chwila - seria jest też alternatywną wersją "Tenchi Muyo"? I na swój sposób parodiuje kultowego "Evangeliona"? Super, dajcie mi to!

Pewnego dnia jeden z roboli znajduje na budowie olbrzymi kamień, w którego szczelnie siedzi podejrzanie wyglądający przedmiot. Pracownik szybko pokazuje znalezisko swojemu przełożonemu pytając, co ma z nim zrobić. Ten, jakoże nie chce mieć problemów z archeologami na budowie, każe rozbić głaz wiertłem, a artefakt wrzucić na ciężarówkę wywożącą odpady z budowy. Przeciętni robole nie zdają sobie jednak sprawy, że wywołają w ten sposób niezły między-wymiarowy burdel...

Mija trochę czasu. Kazuki Yotsuga to niczym nie wyróżniający się licealista... no, może poza tym, że w przeciwieństwie do swoich rówieśników, wszędzie widzi wielkie, walczące ze sobą roboty. Z powodu tej "przypadłości" jest oczywiście przez wszystkich wkoło wyśmiewany. Mimo to, Kazuki aktywnie prowadzi stronę internetową, na której - w formie opowiadania - zapisuje wszystkie swoje dotychczasowe wizje. Pewnego dnia jego zachowanie przykuwa uwagę gwiazdy całej szkoły - pięknej Mitsuki Sanady. Jak się okazuje, jest ona jedyną osobą, która wierzy w wizje chłopaka. W związku z tym, postanawia przedstawić go swojemu ojcu, który okazuje się być szalonym naukowcem, prowadzącym między-wymiarowe badania. W trakcie swych eksperymentów udało mu się odkryć świat równoległy i jest święcie przekonany, że wizje których doświadcza Kazuki pochodzą właśnie z niego. W związku z tym postanawia wysłać nieszczęsnego chłopaka do równoległego wymiaru, aby potwierdzić swą teorię. 
A wyobraźcie sobie, że ta przymusowa podróż to najmniejsze zmartwienie naszego bohatera. Chwilę po tym, jak trafia do świata równoległego, za sprawą (nie)fortunnego splotu wydarzeń ląduje za sterami ogromnego robota - dokładnie tego samego, którego widział w swoich wizjach - i stanąć musi do walki z drugą, równie olbrzymią maszyną. A jakby tego było jeszcze mało, to za sprawą tej pojedynczej potyczki nieszczęsny Kazuki wciągnięty zostanie w wielką wojnę pomiędzy ruchem oporu a władającym tym światem tyranem. Gorzej już chyba być nie może... prawda?

Między-wymiarowe podróże nie są może dla chińskich bajek niczym nowym, ale zdecydowanie są takim motywem, który można wykorzystać na wiele różnorakich, nierzadko dość ciekawych sposobów. Jak wygląda to w przypadku "Dual"? Niestety, dość średnio. O ile strasznie podobało mi się, że oba światy faktycznie się od siebie różnią, że poszczególne osoby grają w nich inne role (lub nie istnieją nawet wcale) oraz że w obu wymiarach czas płynie inaczej, tak już mam trochu do zarzucenia samemu prowadzeniu historii. Spora część tych wątków bowiem zostaje w pewnym momencie zignorowana i przez dłuższy czas fabuła koncentruje się tylko i wyłącznie na jednym z nich - Kazukim, próbującym się przystosować do życia w alternatywnej rzeczywistości. I nie narzekałbym na to może tak bardzo, gdyby nie fakt, że zrobione jest to strasznie po łebkach. O ile na początku jest jeszcze ciekawie, gdy Kazuki doznaje szoku dowiedziawszy się, że w tym świecie nigdy się nie narodził i nawet jego właśni rodzice go nie poznają, tak potem przez dłuższy czas raczeni jesteśmy typową haremową komedyjką, przez co tak trochę ciężko odczuć powagę całej sytuacji. Przeplatane jest to co prawda nieco ciekawszymi akcjami, jak choćby walki robotów, czy też wykorzystanie "nieistnienia" Kazukiego celem wykiwania przeciwnika, ale nadal tego typu zagrań jest jak na lekarstwo w porównaniu z typowymi gagami i budowaniem średniawo nakreślonych relacji z poszczególnymi dziewczynkami. Przez to wszystko, kiedy mniej więcej w połowie seria znowu nabiera tempa, ciężko jest nie mieć wrażenia, że rozwój fabuły nastąpił w sposób nienaturalny.
Co można rzec o bohaterach? Z założenia mieli oni być prześmiewczymi wersjami postaci z kultowego "Neon Genesis Evangelion", jednak coś nie wyszło i niestety ani nie bawią, ani też nie powalają. Niemal każdy z nich jest po prostu typowym archetypem, nie wyróżniającym się niczym szczególnym na tle podobnych sobie bohaterów. I tak Kazuki to typowy szkolniak stający się nagle świetnym pilotem, D to generyczna cicha dziewczynka, której character development jest chyba jednym z najbardziej wymuszonych jakie w życiu widziałem, Mitsuki to znowuż kolejna tsundere... o oryginalności nie ma tutaj raczej mowy... Choć! Miłym zaskoczeniem byli dla mnie antagoniści. Mimo iż z początku wyglądają na typowych "tych złych" chcących przejąć władzę nad światem i ich akcje ograniczają się do nasyłania na bohaterów kolejnego "potwora tygodnia", tak bardzo szybko okazuje się, że może aż tak źli to oni wcale nie są a i ich działania mają całkiem sensowne uzasadnienie. 
W serii epizodycznie pojawiają się także bohaterowie "Tenchi Muyo", jednak ciężko cokolwiek o nich napisać, bowiem są raczej randomowymi postaciami przewijającymi się w tle. Fajny smaczek dla fanów, ale to w sumie tyle...

Oprawa audiowizualna jest dość średniawa. O ile projekty postaci i robotów, a także rysowane tła są całkiem dobre i przyjemne dla oka, tak już wpychana momentami na siłę animacja komputerowa oraz generowane komputerowo tła gryzą się ze wszystkim koszmarnie i psują przyjemność z oglądania. Wracając do robotów jeszcze - tak jak bohaterowie z założenia mieli być parodiami postaci z NGE, tak i one są w większości oczywistymi parodiami Evangelionów. Podobnie jak one są bardzo wysokie i szczupłe, mają niezwykle podobne naramienniki, używają dokładnie takiego samego uzbrojenia a także chwilami wchodzą w swoisty tryb "Berserk". Również same kostiumy bohaterów do złudzenia przypominają Evowe plug-suits, z tą różnicą, że miast dwóch spinek na głowie, tutaj mamy hełmy. 
Niesamowicie fajnie wyglądają też walki tych wielkich robotów. Są dynamiczne, zróżnicowane, okraszone świetną pracą kamery i dostarczają sporej dawki adrenaliny.
Muzyka jest okej, dobrze dopasowana do wydarzeń, ale niestety niezbyt zapada w pamięć. Co w sumie jest dość dziwne, bowiem odpowiada zań pan Seikou Nagaoka, który stworzył wyśmienitą muzykę do "Strike Witches". Jedynym utworem, który na dłuższy czas utkwił mi w pamięci jest fajny i rytmiczny opening, okraszony w dodatku całkiem niezłą animacją. Poza tym cudów jednak, niestety, nie ma.
Ciężko przyczepić się jednak do gry aktorskiej, która jest naprawdę dobra. Bohaterowie brzmią przekonująco i każda z ich emocji odegrana została z należytym uczuciem. Jest to w sumie bardzo miłe zaskoczenie, bowiem większość obsady, poza Rie Tanaką czy Megumi Toyoguchi, to raczej mniej znane osoby.

Warto "Dual" obejrzeć? Myślę, że zahaczyć można, acz nie ma co oczekiwać hitowej produkcji. Jest to raczej całkiem znośny średniaczek, z kilkoma naprawdę fajnymi pomysłami, które niestety nie zostały w 100% wykorzystane. Seria punktuje też całkiem dobrymi antagonistami, których naprawdę idzie polubić oraz fajnymi potyczkami wielkich robotów. No i, jeśli jesteście fanami NGE czy też Tenchi Muyo, to podobnie jak ja będziecie mieli trochę zabawy z dopatrywaniem się poumieszczanych tu i ówdzie parodii oraz nawiązań do tych dwóch tytułów.

Typ Anime - Seria Telewizyjna
Rok produkcji - 1999
Pełny Tytuł: „Dual! Parallel Trouble Adventure”
 Reżyseria: Katsuhito Akiyama
Scenariusz: Yousuke Kuroda
Muzyka: Seikou Nagaoka
Gatunek: Super Robot, Science-Fiction, Komedia, Harem
Liczba Odcinków: 14
Studio: AIC
Ocena Recenzenta: 6/10

Screeny: