środa, 13 maja 2015

Trenuj ciężej, mierz jeszcze wyżej! - "Top o Nerae 2! Diebuster" (2004)

"Top o Nerae! Gunbuster" to jedna z najbardziej kultowych serii OVA w historii chińskich bajek. Ze względu na swą cudowną oprawę audiowizualną,  ciekawe eksperymenty z dylatacją czasu, prostą acz poruszającą historię i wyśmienite zakończenie do dziś uważana jest przez wielu starszych fanów za najlepszą produkcję Gainaxu. I choć osobiście uważam, że jest ona nieco przewartościowywana, tak nadal ją cholernie lubię i zaliczam do grona swoich ulubionych serii mecha. Jej kontynuację, o której będzie dzisiaj mowa, już jednak niekoniecznie... Dlaczego? Przekonajmy się!

Akcja anime ma miejsce wiele lat po ostatniej walce Gunbustera. Jak się okazuje, o ile udało mu się wtedy zniszczyć wrogi układ słoneczny, tak nie udało mu się całkowicie wyplenić Kosmicznych Potworów. Dał jednak ludzkości dość czasu, by ta mogła skolonizować układ słoneczny. Ze względu na nieustanne ataki Kosmicznych Potworów jednak, nie udało się jej go nigdy opuścić.
Jako że Gubuster po swej ostatniej bitwie zaginął bez wieści, by móc przeciwstawić się Kosmicznym Potworom ludzkość zmuszona była stworzyć olbrzymie roboty nazywane "Buster Machines". Pilotować je mogą jedynie dojrzewające dzieciaki obdarzone specjalnymi zdolnościami. Nazywani są "Topless" i są ostatnią nadzieją ludzkości.
Nasza opowieść rozpoczyna się w momencie, kiedy niejaka Nono postanawia opuścić swój dom rodzinny, celem zostania kosmicznym pilotem. Od dziecka bowiem marzyła o tym, by tak jak swoja idolka - Nonoriri - polecieć w kosmos. Nasza bohaterka zbacza jednak nieco z obranego kursu i trafia do położonej nieopodal ośrodka szkoleniowego dla astronautów knajpki. Tam szybko okazuje się, że ma dwie lewe ręce i mimo szczerych chęci praktycznie nic jej nie wychodzi. Co gorsza, coraz bardziej zadłuża się u swej pracodawczyni, rozpoławiając nieustannie wszystko, co tylko wpadnie jej w łapki, nie ważne czy jest to talerz, patelnia, czy też super droga lodówka...
Pewnego dnia do knajpki trafia piękna i utalentowana Lal'C Melk Mark, należąca do ścisłej elity "Topless". Z pomocą swego potężnego Buster Machine - "Dix Neuf" - ratuje ona Nono przed zbyt natarczywymi adoratorami, czym zyskuje sobie jej podziw i szacunek. Od tej pory nasza bohaterka zaczyna postrzegać Lal'C jako swoją idolkę i za wszelką cenę chce, tak jak ona, zostać pilotką własnego Buster Machine.

Brzmi znajomo, prawda? Początek "Diebustera" pod wieloma względami jest cholernie podobny do tego z "Gunbustera". I to, prawdę powiedziawszy, jest największym chyba problemem tej bajki. Przez cały czas jej trwania widać bowiem, że stara się naśladować najważniejsze wątki znane z pierwszej części, przez co prawie w ogóle nie rozwija własnych, czasami bardzo ciekawych oryginalnych pomysłów. Co gorsza - nawet to powielanie wątków nie wychodzi jej najlepiej, bowiem chwilami totalnie nie wpasowują one się w setting całej produkcji i czuć że są tu upchnięte strasznie na siłę.
Na podobny problem cierpią również bohaterowie. Najbardziej widoczne na przykładzie Nono oraz Lal'C, bazujących na głównej parce bohaterek oryginalnego Gunbustera. Wszelkie ich interakcje są niemal identyczne jak te, które zachodziły pomiędzy Noriko oraz Kazumi. I o ile Lal'C jeszcze w miarę się to "małpowanie" udaje, tak Nono nie wychodzi to już absolutnie. Dlaczego? A no bo w przeciwieństwie do Noriko, która była postacią bardzo ludzką i naturalną, Nono jest do bólu zębów przesłodzoną idiotką. Sprawia to, że cały jej rozwój, również bazowany na tym Noriko, jest cholernie sztuczny. No bo przepraszam bardzo, ale tak jakoś ciężko mi uwierzyć, że tak cholernie naiwna, nieporadna i cierpiąca chyba na zaawansowane ADHD dziewczynka w jednej chwili zmienia się w super poważną, pewną siebie i wybitnie uzdolnioną wojowniczkę. To tak po prostu nie działa.
Dużo lepiej wypadają jednak postacie poboczne. Spowodowane jest to zapewne tym, że wszystkie z wyłączeniem Tycho są w 100% oryginalne i nie bazują na żadnej personie znanej z podstawki.
Wielu fanów "Gunbustera" narzeka też, że "Diebuster" serwuje widzowi za dużo fanserwisu. Ciężko się nie zgodzić. O ile bowiem jest on dość grzeczny, tak jednak nadal w porównaniu z podstawką mamy tu go o wiele więcej. W "Gunbusterze" nagie ciała bohaterek mogliśmy ujrzeć może z dwa, trzy razy, przy czym najbardziej fanserwisową sceną była ta w łaźni. Tutaj rozebrane dziewczynki możemy podziwiać kilkakrotnie w niemal każdym odcinku.

Oprawa wizualna jest rewelacyjna. Ciężko jednak się temu dziwić, skoro za bajkę odpowiada GAINAX. Projekty postaci, wykonane przez Yoshiyukiego Sadamoto (znanego choćby z prac przy "Neon Genesis Evangelion", "FLCL", czy też "Fushigi no Umi no Nadia") są prześliczne, kolorowe i z pewnością czynią bajkę miłą dla oka. Niesamowite są również wszystkie projekty maszyn - zróżnicowane, większe oraz mniejsze, pełne najróżniejszych ciekawych, czasem nawet strasznie dziwacznych detali zdecydowanie przyciągają oko i nie raz zaskoczą was swoją nowatorskością. Moim zdecydowanym faworytem jest olbrzymi Dix Neuf, którego swoją drogą bardzo szybko uczyniłem jedną ze swoich najsilniejszych jednostek w wydanym niedawno "Super Robot Taisen Z3.2: Tengoku-Hen". Bardzo ładnie prezentują się także szczegółowe i zróżnicowane tła - mamy tutaj pełne detali wnętrza maszyn i budynków, rozległe pustkowia, czy też usiane gwiazdami i planetami wszelkich rozmiarów scenerie kosmiczne.
Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to pojawiające się od czasu do czasu CGI. Zwłaszcza trójwymiarowe modele robotów wyglądają strasznie "lalkowato" i gryzą się z ładnie narysowanymi tłami.
Pochwalić należy także animację, która jest niesamowicie płynna i wyraźnie widać, że poszło na nią sporo kasy. Powtarzanych czy statycznych ujęć brak, a zamiast tego dostajemy pysznie wyreżyserowane potyczki, rewelacyjną pracę kamery oraz mnóstwo efekciarstwa w postaci kolorowych eksplozji, błysków czy też pocisków. Nie uświadczymy tutaj także żadnych wielkich spadków jakości - wszystko wygląda ślicznie i nieustannie cieszy oczy.
Trochę gorzej jednak ma się sprawa z muzyką. Większość kawałków jest dość przeciętna i nie zapada raczej w pamięć. Utworów, które naprawdę mnie kupiły, wymienić mogę zaledwie trzy - "Topless", "Inazuma Double Kick" oraz "Machine no Tamashii". Dość średnio wypadają także opening oraz ending. Znaczy, może inaczej. Zarówno "Groovin' Magic" jak i "Hoshikuzu Namida" są naprawde fajnymi i szybko wpadającymi w ucho piosenkami, jednak nie wyróżniają się niczym szczególnym. "Groovin' Magic" ma też ten problem, że średnio wpasowuje się w klimat samej bajki, będąc dość typową j-popową piosenką. Co gorsza - nie uświadczymy w towarzyszącej jej animacji niemal żadnych oryginalnych ujęć. Praktycznie wszystko zostało bowiem żywcem wyciągnięte z pierwszych dwóch odcinków.
Gra aktorska wypada jednak wyśmienicie i nie mam jej absolutnie nic do zarzucenia. Seiyuu rewelacyjnie odegrali swoje role i odgrywane przez nie postacie wydają się naprawdę żywe. W ich wypowiedziach wyraźnie czuć każdą emocję, a co więcej, każda z wywrzaskiwanych przez nich nazw ataków brzmi rewelacyjnie, co w przypadku anime z gatunku "Super Robot" jest niezwykle ważne.

"Diebuster" nie jest złą bajką, jednak do miana świetnej również sporo jej brakuje. Największą jej bolączką jest zdecydowanie to, że zbytnio stara się naśladować pierwowzór, przez co niemal wcale nie rozwija swoich własnych, chwilami naprawdę fajnie zapowiadających się pomysłów. Rekompensuje to trochę serwując widzowi istną ucztę dla oczu, ale znowuż zalicza glebę w kwestii muzycznej. Dla co poniektórych widzów sporym zgrzytem może być też dość spora dawka fanserwisu, który pomimo całej swojej grzeczności momentami faktycznie sprawia jednak wrażenie nieco nazbyt nachalnego.
Cholernie dziwi mnie swoją drogą przeciętność tego tytułu. Odpowiada zań bowiem słynny Tsurumaki Kazuya, spod którego rąk wyszło wyśmienite "FLCL". Oczekiwałem zatem czegoś zdecydowanie lepszego...

Typ Anime - Seria OVA
Rok produkcji - 2004
Pełny Tytuł: „Top o Nerae 2! Diebuster” ("Aim for the top 2! Diebuster")
 Reżyseria: Tsurumaki Kazuya
Scenariusz: Youji Enokido
Muzyka: Kouhei Tanaka
Gatunek: Super Robot, Science-Fiction, Komedia, Dramat
Liczba Odcinków: 6
Studio: GAINAX
Ocena Recenzenta: 6/10

-"Diebuster" zadebiutował niedawno w serii "Super Robot Taisen". Wystąpił w finałowej grze z sagi Z - "Dai-3-Ji: Super Robot Taisen Z: Tengoku-Hen", gdzie miał okazję spotkać się z takimi tytułami jak "Fullmetal Panic", "Rebuild of Evangelion", "THE Big O", czy też "Code Geass". Jako że w grze tej pojawia się także oryginalny "Gunbuster" to pomiędzy bohaterami obu części dochodzi do bardzo fajnych interakcji, z których najlepszymi są zdecydowanie te pomiędzy Nono oraz Noriko.

Screeny:








wtorek, 5 maja 2015

Miasto wieczną mgłą spowite... - "Kaiketsu Jouki Tanteidan" (1998)

Jeśli ktoś by mnie spytał, jaka jest moja ulubiona chińska bajka, bez dłuższego zastanowienia odpowiedziałbym, że "The Big O". Jest to bowiem tytuł ze świetną historią, wyrazistymi bohaterami, przepiękną oprawą audiowizualną oraz bardzo nietuzinkowymi, jak na anime, wątkami oraz klimatem. Można rzec, że jest to tytuł jedyny w swoim rodzaju i ze świecą szukać czegokolwiek doń podobnego. Trudno się zatem dziwić, że kiedy ostatnio przekopując czeluści internetu natknąłem się na tytuł "Steam Detectives", który przedstawiany był jako drugie "The Big O" nie namyślałem się długo i natychmiastowo go pobrałem. Przygotowałem sobie dobre winko, trochę ciasta i zasiadłem do seansu oczekując mnóstwa świetnej rozrywki... No i niestety hardo się zawiodłem.

Akcja anime rozgrywa się w przypominającym Londyn "Steam City". Ponieważ jedynym źródłem energii, jakie udało się znaleźć na jego terenie jest węgiel, wszystkie tamtejsze urządzenia zasilane są silnikiem parowym. W wyniku tego, całe miasto spowite jest wieczną mgłą, z której bardzo chętnie korzystają maści wszelkiej przestępcy. Co noc wychodzą oni ze swych kryjówek i terroryzują mieszkańców, pozostając nieuchwytnymi. Do czasu, aż na scenę wkracza niejaki Narutaki - syn słynnej pary detektywów, chroniących niegdyś Steam City. Z pomocą swej wiernej asystentki - pielęgniarki Ling Ling - wielofunkcyjnego pistoletu oraz potężnego robota imieniem "Goriki" nasz bohater ze wszystkich sił będzie starał się chronić swe ukochane miasto i jego mieszkańców przed zagrażającymi im zbrodniarzami.

Okej, póki co wszystko wydaje się być w porządku - mamy ciekawy pomysł na historię oraz świetny, nietuzinkowy setting. W czym tkwi zatem szkopuł? Zacznijmy od tego, że sposób prowadzenia historii jest beznadziejny. Utrzymana jest ona bowiem w formacie mocno epizodycznym. Każdy z odcinków stanowi oddzielną, zamkniętą całość, luźno powiązaną z innymi epizodami. I nie byłoby to może problemem (wszakże wyśmienity "Cowboy Bebop" również był przedstawiony w taki sposób), gdyby nie fakt że większość tych epizodów jest strasznie nudna i przewidywalna. Dalej - wyraźnie widać, że twórcy chcieli wpleść w tę epizodyczną opowiastkę jakiś jeden, większy wątek, który by to wszystko jakoś połączył. Niestety, to też im nie wyszło. Biedne elementy układanki, rzucane tu i ówdzie prawie wcale się ze sobą nie łączą i wprawiają tylko widza w zakłopotanie. Dopiero ostatnie cztery odcinki są w miarę spójne i sensowne oraz serwują nam naprawdę ciekawą i emocjonującą potyczkę. W wyniku tego wszystkiego dostajemy serię, której oglądanie jest straszną mędorgą, co bardzo skutecznie odbiera chęć do poznawania dalszej historii. A szkoda wielka, bo jak wspomniałem, sam setting jest cholernie oryginalny i daje potencjał na naprawdę ciekawą opowieść.
No dobrze, ale może z postaciami jest lepiej? Zapomnijcie. Praktycznie wszyscy bohaterowie są nudni i generyczni i nie przechodzą żadnego rozwoju. A jeśli już, to jest on tak wymuszony i niczym nieuzasadniony, że człowiek unosi brew z niedowierzania. Tutaj sytuację ratują jednak czarne charaktery. Większość z nich jest cholernie sympatyczna, a co więcej, każdy z nich ma swoje powody, które popychają go do popełniania zbrodni. Najciekawszymi antagonistami są zdecydowanie Le Bled oraz Machine Baron. Ten pierwszy to inteligenty i przebiegły rywal Narutakiego, wprowadzający swoimi diabolicznymi pomysłami nieco różnorodności do serii. Ma też niezwykle ciekawą historię, którą dane jest nam poznać właśnie we wspomnianych najlepszych finałowych odcinkach. Machine Baron zaś to niezwykle ekscentryczny i pozytywnie szurnięty geniusz, zakochany bez pamięci we wszystkim co mechaniczne - zwłaszcza w Gorikim, którego darzy tak silnym uczuciem, że co rusz obmyśla coraz to kolejne szalone plany, jak podkraść go Narutakiemu. Dzięki temu wprowadza swoją osobą do serii mnóstwo śmiechu i wszystkie odcinki z jego udziałem ogląda się z ogromną przyjemnością. Ba, śmiem stwierdzić nawet, że serial byłby o niebo lepszy, gdyby był w całości poświęcony jego durnowatym wygłupom i nieudolnym próbom zdobycia Gorikiego.

Oprawa graficzna wypada niestety dość miernie. Jedyne, co naprawdę zasługuje na pochwałę to świetny dobór świateł i kolorów, świetnie podkreślających klimat nocnego miasta, czy też szczegółowe i zróżnicowane tła. Chociaż, w sumie to jeszcze projekty robotów mi się podobały - duże, ociężałe maszyny natychmiast skojarzyły mi się z takimi olbrzymami jak Giant Robo, Tetsujin-28 czy też Big O. Cała reszta jest już paskudna. Zwłaszcza projekty postaci kobiecych odrzucają. Kanciaste kształty, duże szpiczaste nosy i wyglądające jak przerysowane z podręczników do mangi gały, opatrzone dodatkowo paskudnie odstającymi rzęsami. Takim dziwolągom ciężko się jednak dziwić, biorąc pod uwagę że odpowiada za nie Kia Asamiya ("Silent Mobius", manga "Nadesico"), znany ze swoich pokracznych dziewczynek. 
Jakby jednak projekty postaci nie były dość odstraszające, to raczeni jesteśmy jeszcze biedną i oszczędną animacją. Statycznych oraz powtarzanych ujęć jest tu istne zatrzęsienie, a na domiar złego dopatrzeć się można licznych wtop w animacji, takich jak choćby złe rozmieszczenie postaci na kadrze (postać, która powinna stać w tle, znajduje się na przedzie), zdeformowane modele bohaterów czy też cholernie nienaturalne ruchy.
Muzyka jest przeciętna. O ile same utwory brzmią całkiem okej, tak są całkowicie niedopasowane do atmosfery wydarzeń, podczas których grają. Naprawdę nie rozumiem co kierowało twórcami, by do każdej możliwej sceny władować losowo jeden z około sześciu zaśpiewanych na potrzeby serialu kawałków. Psuje to całkowicie klimat i jeszcze bardziej utrudnia branie serii na poważnie. 
W całym serialu pojawiają się dwie piosenki, które grają w odpowiednich momentach i które naprawdę mi się spodobały. Są to szybki i rytmiczny opening (dający swoją drogą złudzenie, że może będziemy mieli do czynienia ze świetną serią) oraz cover słynnej na całym świecie piosenki "Amazing Grace", bardzo ładnie zaśpiewany przez niejaką elikę.
Gra aktorska wypada okej, acz prawdę powiedziawszy jedyni aktorzy, którzy moim zdaniem faktycznie przyłożyli się do swojej roboty to użyczający głosu Machine Baronowi Norio Wakamoto, oraz wcielający się w rolę Le Bleda Takeshi Kusao. Reszta seiyuu brzmi co najwyżej znośnie.

Podsumowując, "Steam Detectives" było dla mnie ogromnym rozczarowaniem. Po tym jak naczytałem się, że ma to być drugie "Big O", oczekiwałem iście wyśmienitej produkcji, której bez oporów wystawię swoją siódmą dyszkę. Zamiast tego dostałem nudną i brzydką bajkę ze zmarnowanym potencjałem, którą ratują jedynie świetni antagoniści oraz ciekawy setting. Obejrzeć to w sumie można, ale po co? Jest tak wiele dużo lepszych starych bajek...

Typ Anime - Seria Telewizyjna
Rok produkcji - 1998
Pełny Tytuł: „Kaiketsu Jouki Tanteidan” ("Steam Detectives")
 Reżyseria: Nobuyoshi Habara
Scenariusz: Kato Takao, Yoshinaga Naoyuki
Muzyka: Hideyuki Tanaka
Gatunek: Real Robot, Science-Fiction, Steampunk, Kryminał, Komedia
Liczba Odcinków: 26
Studio: Xebec
Ocena Recenzenta: 5/10

Screeny:






poniedziałek, 4 maja 2015

Fukuda strikes again! - "Cross Ange: Tenshi to Ryuu no Rondo" (2014)

Mitsuo Fukuda to pan, który w fandomie mecha obrósł niemałą legendą. Bynajmniej jednak nie dlatego, że jest jakimś genialnym twórcą, odpowiedzialnym za same cudowne arcydzieła. Och, wręcz przeciwnie. Choć ma na swoim koncie kilka całkiem solidnych tytułów ("Gear Fighter Dendoh", "Future GPX Cyber Formula") tak to właśnie spod jego rąk wyszła okropnie zła seria, która do tej pory wywołuje straszliwe "gównoburze" wszędzie gdzie tylko padnie o niej najdrobniejsza choćby wzmianka. Seria, na dźwięk tytułu której niemal wszyscy fani Gundama dostają białej gorączki i zaczynają wywrzaskiwać obraźliwe epitety maści wszelkiej. Mowa oczywiście o "Gundam SEED Destiny", które przez większość mechowego fandomu uważane jest za jedną z najgorszych serii, jakie kiedykolwiek powstały.
No dobrze, ale dlaczego w ogóle "Nasienie Przeznaczenia" tu przytaczam, zamiast przejść bezpośrednio do recenzji? A no bo opisywany dziś tytuł można z czystym sumieniem nazwać jego usprawnioną nieco wersją, ze względu na to jak uderzająco oba twory są do siebie podobne. To powinno wam mniej więcej przybliżyć, z jakim tytułem mamy dzisiaj do czynienia...

Imperium Misurugi to kraina mlekiem i miodem płynąca. Za sprawą wysoce rozwiniętej technologii, znanej jako "Światło Many" wszyscy jego obywatele żyją w spokoju i dostatku. Ostatnimi czasy jednak, spokój ten jest zakłócany przez pojawiających się coraz częściej ludzi niezdolnych do używania Many. Osobniki takie, nazywane "Normami", uważane są za groźne dla społeczeństwa i usuwane z niego w trybie natychmiastowym.
Oto zbliża się ważny dzień dla najstarszej córki rodziny królewskiej - księżniczki Angelise Ikaruga Misurugi. Za sprawą specjalnej ceremonii chrztu, ma zostać oficjalnie ustanowiona kolejną następczynią tronu. W trakcie tego podniosłego wydarzenia wychodzi jednak na jaw straszliwa prawda - Angelise okazuje się być Normą! Jej podły krewniak - Julio - natychmiastowo wykorzystuje okazję i oskarża ją o zdradę stanu. Pozbawiona swych królewskich przywilejów Angelise zostaje zesłana do więzienia o zaostrzonym rygorze - "Arzenal". Tam bardzo szybko dane jest jej przekonać się na własnej skórze, jak ciężki jest żywot Normy...
Nasza bohaterka dowiaduje się również, że całe więzienie jest tylko przykrywką dla zaawansowanej technologicznie bazy sił specjalnych, chroniących ludzkość przed... smokami. Wszystkie przetrzymywane w "Arzenal" Normy to potencjalne pilotki potężnych maszyn - "Para Mail" - używanych do walki z olbrzymimi gadzinami. Jak nietrudno się domyślić, również Angelise bardzo szybko dane będzie zasiąść za sterami jednej z nich, w dodatku tej najpotężniejszej. Nasza bohaterka zostaje bowiem pilotką legendarnego "Ragna Mail" - Vilkissa - który skrywa w sobie sekret zdolny wywrócić do góry nogami cały dotychczasowy porządek świata.

"Cross Ange" to bardzo dziwny show.  Co rusz przeskakuje od "mhrocznej i krawędziowej" opowiastki dla niewyżytych nastolatków do głupawej erotycznej komedyjki, wplatając w to jeszcze chwilami całkiem dobrą i sensowną fabułę. Wiecie, w praktyce to wygląda mniej więcej tak - w jednym odcinku serwuje się nam całkiem zgrabnie nakreślony wątek, który urwany zostaje w najciekawszym momencie. Myślicie sobie -"O, twórcy zrobili fajny cliffhanger, aby zainteresować widza!". Błąd! W następnym odcinku, zamiast sensownego dalszego ciągu dostajemy dzieci zamykane w klatkach dla zwierząt, eksplodujące przedszkola czy też losowe sceny lesbijskiego seksu. A, tak, czy wspomniałem może, że zaraz po emocjonującym starciu oraz scenie pościgu dane nam też będzie zobaczyć lolitę na latającym magicznym wózku inwalidzkim, biczującą zamkniętą w lochach smoczycę?
W efekcie dostajemy cholernie nierówną bajkę, która chwilami jest faktycznie dobra i wciągająca, tylko po to, by za moment zmienić się w straszny syf. Nie pomaga również fakt, że zamiast lepiej skupić się na rozwijaniu wątków, czy też przybliżaniu settingu, "Cross Ange" serwuje widzowi olbrzymią dawkę taniej erotyki, bardzo często wykraczającej poza granice dobrego smaku - przykładowo, kilkukrotnie będzie nam dane zobaczyć, jak bohaterki pod siebie sikają. Absurd absurd pogania, człowiek nie dowierza w to co widzi na ekranie, a kiedy już wydaje się nam, że bardziej obrazoburczej sceny wcisnąć się tu nie da, Fukuda zaskakuje i serwuje nam coś jeszcze bardziej obrzydliwego/szalonego.
Co więcej - widzowie zaznajomieni z "Gundam SEED Destiny" dostrzegą tutaj MNÓSTWO podobieństw. I nie mówię tu tylko o drobnych nawiązaniach, które tu i ówdzie Fukuda przemyca, ale o konkretnych wątkach, motywach, czy też charakterach postaci, które pan ten "zerżnął" bezpośrednio ze swojego poprzedniego "dzieła".
O ile sama historia, poza kilkoma lepszymi momentami, jest głupia i chaotyczna, tak całkiem dobrze wypada większość bohaterów. Jest to tym bardziej zaskakujące, gdy człowiek pomyśli sobie że  odpowiada za nich ten sam człowiek, który stworzył bandę niemożliwych do polubienia kretynów z "SEED Destiny". Bohaterowie w "Cross Ange" nakreśleni zostali bardzo wyraziście - każdy z nich ma swoją własną osobowość, problemy czy też słabości. Większość z nich również całkiem znacząco się rozwija, choć tu już zdarzają się zgrzyty.
Najciekawiej prezentuje się zdecydowanie postać głównej bohaterki i rozwój, jaki ona przechodzi. Ange startuje jako rozpieszczona, przekonana o swej nietykalności księżniczka, którą w każdej ciężkiej pracy wyręcza jej najukochańsza służka. Gdy jednak trafia do pierdla i dostaje w ryj od okrutnej rzeczywistości, jej charakter wywraca się o 180 stopni. Zdaje sobie sprawę, że w tym brutalnym świecie przetrwają tylko najsilniejsi i staje się twardą, nie dającą sobie w kaszę dmuchać kobietą, która nie cofnie się przed niczym, aby zapewnić sobie lepsze życie. Cholernie mi się to podobało, bowiem nie ukrywajmy - w dzisiejszych chińskich bajkach strasznie mało jest silnych, potrafiących o siebie zadbać kobiet. Dominują raczej typowe moebloby, albo ciapowate dziewki, które zawsze trzeba ratować. Co więcej - Ange jest straszną suką, bowiem nawet mimo faktu że nie jest już księżniczką, to niemal wszystkich wokół siebie traktuje jak robactwo (no, przynajmniej do pewnego momentu...). To kolejna rzecz wyróżniająca ją na tle innych protagonistek. Szkoda jednak wielka, że pod sam koniec serii cała ta kreacja zostaje spieprzona na rzecz typowego "Fukudowskiego" zagrania, o którym jednak więcej nie wspomnę, gdyż wiąże się to z olbrzymim spoilerem.
Bardzo ciekawy jest również główny zły, który jest prześmiewczym przedstawieniem typowych otaku, mających totalnego świra na punkcie swoich waifu oraz ich czystości. Wyśmiewa on także proceder tworzenia przez otaku tzw. "Original Characters", mających ich reprezentować, których potem parują ze swoimi ukochanymi postaciami.

Oprawa graficzna jest co najwyżej przeciętna. O ile same projekty postaci  (poza dziwacznie cieniowanymi włosami)  i niektóre tła prezentują się całkiem dobrze tak już cała reszta wypada miernie. Projekty maszyn nie dość, że wykonane są w niskobudżetowym CGI, to są bardzo przeciętne i zerżnięte z Gundamów znanych z serii "SEED". Bazują głównie na modelu Strike Freedom. Co gorsza - na dobrą sprawę mamy tutaj do czynienia tylko z jednym robotem, który po prostu dostał kilka różnych wersji kolorystycznych. Same starcia też raczej nie powalają. Nie wyglądają może źle, ale klatkujące CGI bardzo psuje przyjemność płynącą z ich oglądania. Nie wspominając już o tym, że twórcy poszli tu całkowicie na łatwiznę i niemal wszystkie pozy czy ataki również zostały żywcem skopiowane z SEED-a.
Animacja cierpi też na nagminny re-using ujęć oraz niesamowicie częste spadki jakości. Projekty postaci bardzo często są zdeformowane i ruszają się w nienaturalny sposób, momentami brakuje im też kolorów czy elementów ubioru. Ogółem widać tutaj straszną taniochę. Nie wiem, czym jest to wywołane. Może Sunrise wywaliło większość funduszy na "Reconguistę" i dla "Krzyża Endżu" nic już nie zostało.
Złego słowa nie można powiedzieć jednak o ścieżce dźwiękowej. Muzyka jest wyśmienita i świetnie dopasowana do każdej ze scen, idealnie podkreślając atmosferę wydarzeń. Jest to tym bardziej zaskakujące, gdy człowiek przypomni sobie, jak chaotyczną bajką jest "Cross Ange". No, ale w końcu OST tworzyła ekipa od "Ar Tonelico", która pokazała już, że potrafi stworzyć pasującą muzykę nawet do najdziwniejszego systemu walki, gdzie dziewczynki zyskują więcej mocy w miarę jak się rozbierają... Naprawdę dobrze wypadają także wszystkie piosenki wokalne. Ciężko się temu jednak dziwić, skoro za większość z nich odpowiada słynna Nana Mizuki, która nie bez powodu jest jedną z najbardziej szanowanych wokalistek oraz seiyuu. Najbardziej do gustu przypadła mi zdecydowanie wykonywana przez Ange piosenka "Towagatari - Hikari no Uta".
Na pochwałę zasługuje także gra aktorska. Seiyuu spisali się wyśmienicie i idealnie oddali charaktery swoich postaci. I tak przykładowo Ange brzmi jak twarda i pewna siebie kobieta, Tusk jak dobroduszny, acz ciamajdowaty nieco młodzieniec a Vivian jak mała i urocza, skora do zabawy dziewczynka.

Czy "Cross Ange" polecam? Eeee? Fakt, jest to taki nieco lepszy "Gundam SEED Destiny", jednak nadal nie jest to produkcja dobra. Głupot i dziur fabularnych jest tu mnóstwo, oprawa graficzna sprawia wrażenie wykonanej na odwal się taniochy, niemal nieustannie raczeni jesteśmy typowymi dla Fukudy odniesieniami do jego największego "arcydzieła", a jedyne co ratuje sytuację to nietuzinkowa główna bohaterka oraz oprawa dźwiękowa. A jednak nadal z jakiegoś powodu oglądało mi się to lepiej, aniżeli Reconguistę. Być może wywołane jest to tym, że "Cross Ange" bywało momentami tak złe, że aż dobre i oglądając je kwiczałem głośno ze śmiechu patrząc, jakie debilizmy Fukuda serwuje swoim fanom. Może zatem tak - nie polecam tego jako dobry tytuł, ale jako coś do obejrzenia z kumplami na ostro zakrapianej imprezie. Śmiechu będziecie mieli co nie miara. Myślę, że gdyby stworzyć z tego grę pijacką, to wszystkim uczestnikom zabawy film urwałby się już po pierwszym odcinku.

Typ Anime - Seria Telewizyjna
Rok produkcji - 2014
Pełny Tytuł: „Cross Ange: The Rondo of Angel and Dragon” ("Cross Ange: Tenshi to Ryuu no Rondo")
 Reżyseria: Ashino Yoshiharu
Scenariusz: Mitsuo Fukuda
Muzyka: Akiko Shikata
Gatunek: Super Robot, Dramat, Komedia, Science-Fiction, Fantasy
Liczba Odcinków: 25
Studio: Sunrise
Ocena Recenzenta: 4.5/10

Screeny:






sobota, 28 marca 2015

TSUKAME PURAIDOOOO - o najgorszym Gendumbie słów kilka - "Gundam: G no Reconguista" (2014)

Gdy w roku 2011 zapowiedziano, iż Tomino pracuje nad nową serią Gundam, całym chińskobajkowym światem dosłownie zatrzęsło. Wszyscy byli święcie przekonani, że skoro sam ojciec sagi bierze sprawy w swoje ręce, to spodziewać możemy się arcydzieła równie wspaniałego, co powstały w roku 1999 "Turn A Gundam". Kiedy w marcu zeszłego roku, na specjalnym evencie świętującym 35-lecie serii Gundam, Tomino zaprezentował więcej konkretnych informacji na temat serialu, wszyscy fani nahajpowali się jeszcze bardziej i z utęsknieniem oczekiwali na drugiego października, kiedy to oficjalnie miała się rozpocząć emisja serii.
Szczerze mówiąc, osobiście wielkim fanem Tomino nie jestem i uważam go za osobę ostro przewartościowywaną. Ze wszystkich jego produkcji za faktycznie wyśmienite uważam jedynie wspomniane "Turn A Gundam", "Sentou Mecha Xabungle", "Aura Battler Dunbine" oraz "Zambot 3". Jego pozostałe dzieła to w mej opinii straszny "mixed bag" - jest wśród nich kilka całkiem dobrych tytułów, jednak znajdzie się także mnóstwo okropnych, jak choćby "Brain Powerd" czy też "Garzey Wing". Jak zaś sprawa wygląda z opisywanym dziś "G-Reco"? Cóż, jak z tytułu tekstu wywnioskować możecie - nie za dobrze. No, ale po kolei...

Akcja anime rozgrywa się wiele lat po wydarzeniach z tzw. "Universal Century", w roku 1014 nowego kalendarza "Regild Century". Po wielu latach nieustannych wojen, ludzkość w końcu żyje w erze pokoju i dostatku, prężnie się rozwijając. Wszystko to dzięki olbrzymiej budowli znanej jako "Capital Tower", za pomocą której możliwe jest transportowanie z kosmosu tzw. "Baterii Fotonowych", zapewniających ziemii ogromne ilości energii. Ze względu na to, "Capital Tower" cieszy się praktycznie religijnym kultem i chronione jest przez specjalne prawa, ustanowione przez wyznawców Kościoła SU-CORD.
Głównym bohaterem serialu jest młody kadet z "Capital Guard" - Bellri Zenam. Zawsze uśmiechnięty, podchodzący do życia z dystansem i zaskakująco (akurat) utalentowany młodzik. Naszego bohatera poznajemy w momencie, gdy jest w trakcie swojego pierwszego szkolenia. Niespodziewanie, kosmiczna winda, którą podróżuje wraz z pozostałymi kadetami, zostaje zaatakowana przez nieznany kombinezon bojowy, przypominający legendarnego Gundama. Aby zapobiec ewentualnym zgonom, głównodowodzący "Capital Guard" zaleca wszystkim zachować spokój i nie wdawać się w bójkę z agresorem. Bellri postanawia jednak zignorować rozkaz i rusza do walki z nieznaną maszyną, a co więcej - udaje mu się ją przejąć oraz pojmać jej pilota - piękną piratkę Aidę Rayhunton. 
"Capital Guard" natychmiastowo wykorzystuje okazje, aby przebadać tajemniczy kombinezon. Jak się szybko okazuje, nazywa się on "G-Self" i nie pozwala się pilotować nikomu, poza Aidą. Ku zdumieniu wszystkich jednak, z jakiegoś powodu robot akceptuje także Bellriego, pozwalając mu zasiąść za swoimi sterami. Jest to jednak zaledwie początek skomplikowanej intrygi, która wstrząśnie całym kosmosem...

Cóż mogę rzec - "G-Reco" zapowiadało się naprawdę obiecująco. Świat przedstawiony był bardzo ciekawy, a pierwsze trzy odcinki, pomimo chwilami nieco zbyt pospieszanego pacingu, naprawdę dawały radę. Owszem, pojawiło się w nich kilka dość niezrozumiałych rzeczy, jak choćby fakt że jeńcy "Capital Guard" mają stanowczo za dużo swobód, jednak nie zrażałem się tym jakoś wybitnie, bowiem byłem przekonany iż zostanie to sensownie uzasadnione w dalszych epizodach.
Nie zostało. Zamiast tego bzdur zaczęło się pojawiać coraz więcej, a historia przyspieszała coraz bardziej, olewając totalnie wyjaśnianie widzowi czegokolwiek. I nie, ja nie oczekiwałem że bajka na tacy wyłoży mi wszystkie odpowiedzi. Problem w tym, że ona nawet nie daje widzowi wskazówek czy czasu, aby mógł on cokolwiek tutaj wywnioskować. Tomino popełnił olbrzymi błąd stosując w przypadku tej serii sposób prowadzenia historii znany z "Overman King Gainer". O ile tam losowość i epizodyczność wydarzeń się sprawdzała, bo była to prosta komedia przygodowa, tak w przypadku serii, gdzie mamy kilka tłukących się ze sobą frakcji oraz skomplikowaną intrygę polityczną w tle to po prostu nie działa. Fabuła pędzi na łeb na szyję, a kolejne wydarzenia prawie w ogóle z siebie nie wynikają i się ze sobą nie łączą, nie wspominając już o tym, że serial bardzo często serwuje nam śmiertelnie poważne wydarzenia, tylko po to by dosłownie kilka sekund później zmienić się w radosną i beztroską głupawkę, podobną do tej z "Xabungle" czy wspomnianego "Gainera". Samo zakończenie serii zaś to już absolutny szczyt debilizmu i bullshitu, a co gorsza jest okropnie rushowane i antyklimatyczne. O, skoro już przy debilizmie jesteśmy, to warto wspomnieć o bohaterach - pierwsze odcinki dawały szansę na ich polubienie. Tak, byli strasznie płascy i bazowali na standardowych archetypach, no ale wciąż było przed nami ponad 20 epizodów, zatem istniała realna szansa że naprawdę fajnie się rozwiną. Nic z tych rzeczy. Większość bohaterów nie przechodzi praktycznie ŻADNEGO rozwoju, a co gorsza, jeśli już jakikolwiek następuje, to albo jest zrobiony na odwal się, albo też sprawa, iż postać staje się jeszcze gorsza niż była. Same zachowania i decyzje podejmowane przez bohaterów też nie mają najmniejszego sensu. Przykładowo - już w czwartym odcinku, kiedy Capital Guard przylatuje na pomoc porwanemu przez piratów Bellriemu i jego przyjaciołom, ten zamiast wykorzystać okazję i uciec, wsiada do G-Selfa i... staje do walki z ludźmi, którzy przybyli go odbić. Równie idiotyczne było zachowanie niejakiego "Maski" oraz zakochanej w nim Manny, jednak jako że aby napisać jakich kretyństw się dopuszczają musiałbym rzucić potężnym spoilerem, to więcej nie wspomnę. Nie zaczynajmy już nawet tematu "plot armor" głównego bohatera, bo to po prostu temat rzeka - wspomnę tylko, że w jednej z krytycznych sytuacji zostaje on uratowany przez losowe ptaszysko, które przypadkiem wypada z pobliskiego lasu i uderza w głowę wrogiego robota. Dalej - strasznie nie podobało mi się, jak seria usiłowała momentami wmówić widzowi, że ginące postacie były jakieś istotnie ważne dla fabuły, podczas gdy praktycznie nic o nich nie wiedzieliśmy. Wyglądało to tym debilniej, że również sami bohaterowie tak jakoś nieszczególnie przejmowali się kolejnymi zgonami i po krótkim "o nie, on umarł, to straszne" wracali do wspólnych śmichów i chichów. A już największym kretyństwem były zawiązywane przez postacie sojusze. Z całym szacunkiem, ale większość z nich była po prostu "z dupy" i pozbawiona jakiegokolwiek logicznego uzasadnienia. Co gorsza - bohaterowie są takimi debilami, że nawet jeśli ktoś kilkakrotnie ich zdradził, to wcale się tym nie przejmowali i nadal się z nim przyjaźnili, a co więcej - z miłą chęcią wpuszczali go nawet na pokład swojego statku, czy też pozwalali mu pilotować najpotężniejsze maszyny, jakie mieli w hangarze. O, tak - czy wspomniałem też, że bardzo często odwala się w serii masowe, niczym nieuzasadnione przechodzenie "tych złych" na stronę Bellriego i jego ziomeczków? Nawet jeśli wcześniej zabili oni ważnych dla nich ludzi? No tylko pogratulować... Tomino za cholerę nie zna się na relacjach między ludzkich. Co idealnie pokazują swoją drogą także dialogi - są krótkie, urywane, pełne bezsensownych stwierdzeń i szczerze powiedziawszy bliżej im do losowo rzucanych zdań, aniżeli faktycznych rozmów. Nie podobało mi się też, jak Tomino rozwiązał kwestię kilku tłukących się ze sobą stron. Zamiast sensownie nakreślić motywy którejkolwiek z nich, dorzucał coraz to kolejne i kolejne frakcje, w wyniku czego pod sam koniec serii robi się taki, za przeproszeniem, pierdolnik, że nie wiadomo już właściwie kto z kim i o co się bije. 

Jedyne, co ratuje "Reconguistę" to świetna oprawa audiowizualna. Strasznie spodobał mi się pewien przeprowadzony przez twórców zabieg stylistyczny - wszystko narysowane jest charakterystyczną, chwilami nieco przerywaną/niewyraźną kreską, która bajkę "postarza", sprawiając iż bardziej przypomina ona tytuły z okresu lat 80-tych, aniżeli współczesne produkcje. Co więcej - za sprawą odpowiedniego cieniowania oraz kolorowania, twórcom udało się uzyskać nawet efekt tradycyjnej animacji, co tylko jeszcze bardziej nadaje serii bardzo fajnego klimatu. 
Projekty postaci są schludne i bardzo przyjemne dla oka. Warto wspomnieć, że odpowiada za nie ten sam gość, który rysował bohaterów do takich tytułów jak "Overman King Gainer", czy też lepiej znanego polskiemu widzowi "Eureka 7" - Kenichi Yoshida. Świetnie prezentują się także wszelkie pojawiające się w serialu maszyny - są ciekawe, pełne detali i niezwykle zróżnicowane, dzięki czemu każdy miłośnik wielkich robotów z pewnością znajdzie tu coś dla siebie. Ciężko się temu jednak dziwić, skoro odpowiada za nie nikt inny jak Yamane Kimitoshi, który słynie z talentu do rysowania olbrzymich maszyn. Jego roboty podziwiać można było m.in w "Vision of Escaflowne", "RahXephon", "Eureka Seven" czy też wyemitowanym niedawno pierwszym epizodzie "Mobile Suit Gundam: ORIGIN". Z występujących w "G-Reco" maszyn zdecydowanie najbardziej spodobały mi się takie piękności jak Montero, Gaeon, Mack Knife oraz najpiękniejsza z nich wszystkich G-Arcane, pilotowana przez Aidę. Koniecznie muszę sobie kupić jej model.
Bardzo ładnie wyglądają też tła - zróżnicowane, szczegółowe i utrzymane w odpowiednio dobranych barwach. Animacja również wypada całkiem nieźle, acz chwilami zdarzają się dość wyraźne sceny tzw. "QUALITY" (drastyczny spadek jakości animacji). Prawdę powiedziawszy jednak, nie są one na tyle częste, aby przeciętny widz zwrócił na nie jakąś szczególną uwagę. Seria umiejętnie korzysta także z CGI, które wcale a wcale nie gryzie się z tłami czy też innymi tradycyjnie rysowanymi elementami bajki.
Genialnie prezentują się wszelkie potyczki. Dynamiczne, obfitujące w ciekawe ujęcia, ze świetną choreografią, pełne efekciarstwa w postaci błysków, iskier, wybuchów we wszystkich kolorach tęczy, czy też wszędobylskich laserów i pocisków.
Muzyka jest całkiem niezła i dobrze dopasowana do wydarzeń, acz prawdę powiedziawszy żaden z utworów nie zapadł mi jakoś wybitnie w pamięć. Nie oznacza to że są złe, nie - po prostu żaden z nich nie zauroczył mnie na tyle, by posłuchać go poza samą bajką. Naprawdę kupiły mnie jednak oba openingi (zwłaszcza drugi - "Futari no Mahou") oraz ending. Zwłaszcza ending, który został swoją drogą pokochany przez praktycznie cały fandom mecha i już po pierwszym odcinku powstało mnóstwo powiązanych z nim przeróbek oraz śmiesznych obrazków, zawierających pochodzący z refrenu zwrot "Tsukame Puraido". Wszystkie trzy piosenki brzmią świetnie i niemal natychmiast wpadają w ucho, dzięki czemu bardzo przyjemnie słucha się ich nawet poza samym tytułem. Niestety jednak, mam do nich dokładnie to samo zażalenie, jakie miałem do tych z recenzowanego niedawno "Meitantei Holmes" - ich animacja to po prostu zlepione na odwal się, żywcem wyciągnięte z poszczególnych epizodów bajki ujęcia.
Co można rzec o grze aktorskiej - w większości jest wyśmienita. Seiyuu spisali się bardzo dobrze i idealnie wcielili się w każdego z bohaterów. I choć, jak wspomniałem, wypowiadanym przez nich kwestiom bliżej do losowych zdań, aniżeli faktycznych dialogów, to przyznać trzeba że odegrali oni je wyśmienicie i ciężko zarzucić im sztuczność. Jedynie głos Bellriego irytował mnie niezmiernie. Barwa głosu grającego go Marka Ishii jest po prostu tragiczna i strasznie nieprzyjemna dla ucha. Ciężko się temu jednak dziwić, skoro pan Ishii jest totalnym świeżakiem w biznesie i zagrał do tej pory jedynie trzy role. Może z czasem się wyrobi.

Podsumowując - "Gundam: G no Reconguista" to tytuł, który zawiódł wszelkie moje oczekiwania. Miałem nadzieję na udany miks "Turn A Gundama" z "Xabungle" bądź też "Królem Gainerem", a zamiast tego dostałem chaotyczny bajzel, którego bohaterami jest banda debili, których działania nie mają absolutnie żadnego sensu. Oprawa audiowizualna jest prześliczna, tak, ale co z tego, skoro wszystko inne leży, kwiczy i woła o pomstę do nieba. Boli to tym bardziej, że ta seria faktycznie miała potencjał. Mogła być czymś naprawdę wspaniałym, a tymczasem okazała się być najgorszym Gundamem w historii. Tak, gorszym nawet niż "cieszący" się przez długi czas tym tytułem "Gundam SEED Destiny". Zachodzę swoją drogą w głowę, jak Tominofagi mogą bez zająknięcia łykać wszelkie bzdury jakie w tej serii występują i uważać ją za nieskazitelne arcydzieło, rzucając się w dodatku z kłami i pazurami na każdego, kto śmie uważać inaczej... albo jest to niemożność uwierzenia w to, że Tomino mógł spieprzyć sprawę, albo już wybitna głupota. W każdym razie odradzam zdecydowanie. Jeśli chcecie obejrzeć dobrego "Gendumba", to sięgnijcie lepiej po "Turn A Gundam", "Zeta Gundam" albo też "08th MS Team".
O, swoją drogą - wiecie, że jeden z odcinków reżyserował gość odpowiedzialny za "Shingeki no Kyojin" - Araki Tetsurou? Co zabawne - odcinek ten był najlepszy i najbardziej koherentny ze wszystkich. 

Typ Anime - Seria Telewizyjna
Rok produkcji - 2014
Pełny Tytuł: „Gundam: Reconguista in G” ("Gundam: G no Reconguista")
 Reżyseria: Yoshiyuki Tomino
Scenariusz: Yoshiyuki Tomino
Muzyka: Kanno Yugo
Gatunek: Real Robot, Science-Fiction, Komedia, Dramat
Liczba Odcinków: 26
Studio: Sunrise
Ocena Recenzenta: 3/10

Screeny:







poniedziałek, 23 marca 2015

Wzruszająca opowieść o poświęceniu - "Soukyuu no Fafner: Right of Left - Single Program" (2005)

Jako że pierwszy cour wyśmienitego "Soukyuu no Fafner - Dead Agressor: EXODUS" ma się powoli ku końcowi, wypadałoby się w końcu zebrać i przybliżyć wam, drodzy czytelnicy, poprzednie części tej nietuzinkowej, acz cholernie niszowej serii. Dziś na warsztat bierzemy prequel pierwszej serii telewizyjnej - odcinek specjalny zatytułowany "Right of Left", który w ciągu niespełna godziny serwuje widzowi naprawdę dobrą i wzruszającą historię.

Akcja "Right of Left" rozgrywa się na kilka miesięcy przed wydarzeniami z serii telewizyjnej. Właśnie dobiegł końca kolejny rok szkolny i kolejni uczniowie wkraczają w dorosłe życie - wśród nich dwójka, której losy w epizodzie tym będziemy śledzić - Yumi Ikoma oraz Ryou Masaoka. Wraz z sześcioma innymi "szczęśliwcami", zostają oni wybrani przez chroniącą wyspę organizację ALVIS do wzięcia udziału w tajnej operacji "Plan L", która to ma polegać na wysłaniu w morze sztucznej mini-wyspy, celem odwrócenia uwagi Festum od prawdziwej wyspy Tatsumiyajima. Wyspa wyposażona jest w niezbędne do przeżycia zasoby, wystarczające na okres około dwóch miesięcy oraz cztery prototypy Fafnerów "Titan" Model, przeznaczone do walki z agresorem. Czy młodym pilotom uda się powstrzymać atak najeźdźców i obronić swój dom?

Jak na początku tekstu wspomniałem, historia w "Right of Left" opowiedziana pomimo swej krótkości wypada naprawdę dobrze. Fabuła jest bardzo dobrze przemyślana i ciekawa, dzięki czemu nie przynudza tak jak pierwsza połowa serii telewizyjnej. Co więcej, "RoL" wyjaśnia całkiem sporo dość niejasnych wątków z początku "podstawki", dzięki czemu nabierają one więcej sensu. Mam jednak trochę do zarzucenia temu, jak twórcy rozwiązali kwestię przejść pomiędzy poszczególnymi scenami. Są one strasznie szybkie i gwałtowne, przez co chwilami widz może czuć się nieco zakłopotany. 
Najważniejszym elementem Fafnera zawsze byli jego bohaterowie. I choć na początku serii TV wydawali się oni być strasznie naciągani, tak koniec końców całkiem nieźle się rozwinęli. Jak zatem wygląda sprawa z tymi występującymi w "Right of Left"? Choć jest ich o wiele mniej niż w "podstawce" tak nakreśleni zostali naprawdę dobrze .Wszystkie ich zachowania, emocje oraz dialogi są naprawdę przekonujące i nie w sposób zarzucić im sztuczności. Zarówno Ryou jak i Yumi zachowują się bardzo naturalnie i szybko zaskarbiają sobie sympatię widza. Co mi się swoją drogą strasznie podobało to fakt, że choć oboje zdają sobie sprawę z tego w jak beznadziejnej sytuacji się znajdują, to nie siedzą na dupie i nie użalają się nad sobą, a zamiast tego dzielnie brną przed siebie, nie porzucając nadziei aż do samego końca. Ich postawa zasługuje na podziw tym bardziej, że w trakcie swojej misji nie raz będą musieli patrzeć bezsilnie, jak ich przyjaciele umierają im na rękach. Skoro o śmierci postaci już mówimy, to trzeba nadmienić iż "Right of Left", podobnie jak seria telewizyjna, nie nadużywa powszechnego zjawiska "plot armor". Umrzeć, czy też zostać nieodwracalnie okaleczony może tutaj każdy, bez względu na to, jak istotną dla fabuły jest postacią.

Oprawa audiowizualna uległa znacznej poprawie. "Hirai Face" wciąż jest niestety paskudny, ale za to animacja ruchów postaci nie wygląda już tak sztywno i nienaturalnie jak w serii telewizyjnej. Pojawiło się też dużo więcej umiejętnego operowania grafiką komputerową, zwłaszcza w trakcie potyczek, dzięki czemu jeszcze bardziej zyskały one na dynamice. Co najlepsze - ani modele Festum, ani też Fafnerów wcale nie gryzą się z resztą oprawy graficznej. Ponownie pochwalić należy także pełne szczegółów tła - Fafner zawsze miał piękne widoczki i nie inaczej jest w przypadku "RoL".
Na dobrą sprawę jedyne, do czego poza "Hirai Face" mogę się przyczepić, to animacja wody. Nie jest ona ani narysowana, ani też wygenerowana komputerowo - wstawiono tutaj prawdziwą wodę, która okropnie gryzie się z resztą bajki, co widać najbardziej w scenach, gdzie bohaterowie siedzą na brzegu.
Muzyka jest prześliczna. Warszawska Filharmonia po raz kolejny spisała się na medal i wykonane przez nią utwory nie dość, że brzmią wyśmienicie, to jeszcze idealnie podkreślają atmosferę wydarzeń na ekranie. Kawał dobrej roboty odwaliła także "angela" - "Peace of Mind" grające pod sam koniec odcinka to przepiękna piosenka, zarówno pod względem melodii jak i samych słów, idealnie podsumowujących wszystko co w animacji zaszło. Jest to swoją drogą typowe dla wszystkich Fafnerowych piosenek, jednak więcej wspomnę o tym przy innej okazji.
Na pochwałę zasługuje także gra aktorska. Seiyuu spisali się wyśmienicie i idealnie odegrali swoje role. W głosach bohaterów wyraźnie czuć każdą emocję, bez względu na to czy jest to radość, gniew, strach, czy też smutek.

"Right of Left" wypada zdecydowanie lepiej, niż seria telewizyjna. Nie dość, że wygląda naprawdę ładnie (pomijając nieszczęsny "Hirai Face" oraz nader realistyczną wodę) to jeszcze serwuje widzowi sensowną, chwilami nawet bardzo wzruszającą historię, wyjaśniającą dodatkowo kilka niedopowiedzeń z serii telewizyjnej. Wyraziście i naturalnie nakreśleni zostali także bohaterowie oraz zachodzące między nimi relacje, dzięki czemu bardzo łatwo jest obdarzyć ich sympatią. Zdecydowanie polecam. Pamiętajcie tylko, że trzeba najpierw obejrzeć serię TV.

Typ Anime - Odcinek Specjalny
Rok produkcji - 2005
Pełny Tytuł: „Soukyuu no Fafner: Right of Left - Single Program” ("Fafner in the Azure: Right of Left - Single Program")
 Reżyseria: Nobuyushi Habara
Scenariusz: Tow Ubukata
Muzyka: Tsuneyoshi Saito
Gatunek: Real Robot, Science-Fiction, Dramat
Liczba Odcinków: 1
Studio: XEBEC
Ocena Recenzenta: 7.5/10

Screeny:








niedziela, 22 marca 2015

Fotoreporter prawiczek i kosmiczna seksbomba na ratunek Ziemi - "Outlanders" (1986)

Ostatnimi czasy jestem strasznie zabiegany i tak jakoś ciężko mi znaleźć chwilę, żeby coś tutaj skrobnąć. Stąd też musicie mi wybaczyć tak długaśne przerwy pomiędzy kolejnymi postami. Bądź co bądź, "starocioty" też życie w końcu mają...

Na naszą planetę napada złowrogie kosmiczne imperium! Przewodzi mu niezwykle ponętna, silna księżniczka, która bez skrupułów morduje wszelkich stających na jej drodze żołnierzy. Heroiczna (co) muzyka gra, czołgi eksplodują, jucha leje się na wszystkie strony a trup ściele się gęsto. To koniec, ludzkość jest zgubiona! Czy aby jednak na pewno? Oto na scenę wkracza młody Wakatsuki Tetsuya - początkujący fotoreporter, który za sprawą nieszczęśliwego zbiegu okoliczności znalazł się w samym centrum całego zamieszania. W pewnym momencie nasz bohater zostaje dostrzeżony przez wspomnianą żądną krwi księżniczkę. Co robi w zaistniałej sytuacji? Czy bierze nogi za pas? A gdzie tam! Żaden prawdziwy fotoreporter nie odpuściłby przecież takiej okazji - nieczęsto bowiem można zrobić fotorelację z tak poważnego wydarzenia jak inwazja najprawdziwszych kosmitów! Tetsuya wyciąga zatem aparat i zaczyna cykać tyle fotek, ile tylko zdoła. Kosmiczna pannica wyraźnie rozbawiona brawurą młodziana błyskawicznie rzuca się na niego z mieczem. Szczęśliwie jednak, zostaje oślepiona przez lampę błyskową aparatu, dzięki czemu Tetsuya uchodzi z życiem a dodatkowo udaje mu się obezwładnić wojowniczą kosmitkę i przyprzeć ją do ściany. I tak przez krótką chwilę szamocą się ze sobą, aż w pewnym momencie naszemu fotoreporterowi... staje ptaszek. Sztywny sprzęt w spodniach młodziana natychmiast zostaje dostrzeżony przez kosmitkę, która to reaguje nań w sposób bardzo specyficzny, a mianowicie... całuje Tetsuyę, przedstawia się mu, po czym porywa go na swój statek. Okazuje się, że nasz nieszczęśnik bardzo jej zaimponował, toteż postanowiła go... poślubić. Jak nietrudno się domyślić wyniknie z tego niezły ambaras, tym bardziej, że zarówno ojciec kosmicznej księżniczki, jak i praktycznie całe jego imperium nie są zbytnio zadowoleni z jej decyzji. Z zaistniałej sytuacji nie cieszy się także zbytnio sam Tetsuya, jednak szybko okazuje się, że nie ma on raczej wyjścia - jeśli bowiem nie poślubi księżniczki, to ziemia zostanie przez kosmitów podbita, a cała ludzkość zostanie wyrżnięta w pień...

Nie ukrywam, że pierwsze sceny "Outlanders" wprawiły mnie w lekkie osłupienie. Widziałem już wiele, ale cała ta sekwencja z krwawą rzezią, heroiczną muzyką i stającym ptaszkiem była po prostu tak randomowa i absurdalna, że przez cały czas jej trwania siedziałem z uniesioną brwią i co chwilę rzucałem "Jezu, jakie to jest głupie", albo "Co tu się właśnie odje-(...)" etc. Dalej jest już co prawda nieco "normalniej", jednak animacja nadal raczy nas sporą dozą sprośnych żartów o męskim przyrodzeniu, kopulacji, prawiczkach, czy też cyckach. Ba, tytuł bardzo często serwuje nam również sceny seksu, w dodatku nierzadko pomiędzy przedstawicielami dwóch różnych gatunków. 
Sama fabuła raczej nie powala - jest strasznie prosta i przewidywalna, a co gorsza strasznie pospieszana i po prostu nudna. Swoją drogą, przez cały czas odnosiłem wrażenie, że to takie bardziej sprośne i brutalne "Urusei Yatsura". Tam również główny wątek fabularny opierał się na romansie pomiędzy piękną kosmitką a życiowym nieudacznikiem.
Okej, ponarzekałem na kiepawą historyjkę, ale może postacie są lepsze? No, niestety nie. Praktycznie żaden z bohaterów nie wyróżnia się niczym ciekawym na tle mnóstwa innych chińskobajkowych ludzików. Co więcej, chwilami zachowania postaci są, najzwyczajniej w świecie, głupie. Przykładowo, w momencie kiedy nasi bohaterowie muszą uciekać ze statku matki kosmicznego imperium, nagle postanawiają urządzić sobie pojedynek, w którym Tetsuya stara się udowodnić że nie jest taką miernotą, jak mogłoby się wydawać. Wszystko ładnie, pięknie, ale dlaczego robią to akurat w momencie gdy czas nagli a na karku siedzi im całe uzbrojone po zęby wojsko? 
Jedyną postacią, która w miarę zaskarbiła sobie moją sympatię, jest Battia - piękna i silna kobieta-kot z całkiem fajnym charakterkiem. 

Okej, historia jest mierna, postacie płaskie i głupie, ale może jednak znajdzie się w tym tytule coś, co można pochwalić? A no znajdzie - oprawa audiowizualna. Projekty postaci, choć dzisiejszemu widzowi mogą wydać się nieco archaiczne, wypadają naprawdę dobrze a i złego słowa nie można powiedzieć o wszelkich maszynach w bajce się pojawiających. Okręty kosmiczne są olbrzymie, pełne detali oraz wszelkiej maści uzbrojenia i robią naprawdę spore wrażenie. Nieźle wyglądają także szczegółowe i utrzymane w odpowiednio dobranych barwach tła, zwłaszcza wnętrza okrętów, w których zaobserwować można mnóstwo drobnych detali takich jak kontrolki, kable na ścianach, czy też najróżniejsze urządzenia.
Bardzo ładnie prezentuje się animacja - jest płynna, pozbawiana powtarzanych scen, a i znajdzie się kilka naprawdę fajnych ujęć. Najlepiej wyglądają zdecydowanie sceny akcji, zwłaszcza pościgi, które są naprawdę dynamiczne.
Muzyka jest po prostu świetna. Soundtrack obfituje w genialne, wpadające w ucho utwory, które w większości, poza tą jedną heroiczną nutą z początku, są bardzo dobrze dopasowane do sytuacji. Bardzo przyjemny jest także ending - "Starry Eyes - Hoshi no Hitomi" - który zawiera w sobie wszystko, za co kocham staroszkolne piosenki. Niestety jednak, gra aktorska wypada dość słabo. Większość postaci brzmi tak, jakby głosy podkładała im banda losowych przechodniów, zgarniętych na szybko z ulicy. Co jest w sumie dość dziwne, bowiem w anime tym występuje kilka naprawdę znanych osobistości, jak choćby Hirano Fumi, czy też Kamiya Akira.

Czy "Outlanders" polecam? Szczerze powiedziawszy raczej nie. Owszem, OVA jest naprawdę cudnie zanimowana a i ma naprawdę niezły OST, ale sama historia jest okrutnie nudna, postacie albo płaskie albo strasznie głupie, a zbereźne żarty bardziej zniesmaczają, aniżeli rozśmieszają. Zamiast marnować na to czas, sięgnijcie lepiej po wspomniane "Urusei Yatsura" - serię bardzo podobną, a w dodatku o wiele lepszą i dla chińskobajkowego fandomu bardzo kultową. No, chyba że jesteście wielkimi miłośnikami twórczości Joujiego Manabe i absolutnie musicie obejrzeć i przeczytać wszystko, co spod rąk tego pana wyszło...


Typ Anime - Seria OVA
Rok produkcji - 1986
Pełny Tytuł: „Outlanders” 
 Reżyseria: Katsuhisa Yamada, Sukehiro Tomita
Scenariusz: Kenji Terada
Muzyka: Kei Wakakusa
Gatunek: Ecchi, Science-Fiction, Komedia
Liczba Odcinków: 1
Studio: AIC
Ocena Recenzenta: 5/10

Screeny:







poniedziałek, 9 marca 2015

"Dla wielkiego umysłu nie ma rzeczy małych." - "Meitantei Holmes" (1984)

Sherlock Holmes to postać, której raczej nikomu nie trzeba przedstawiać. Ten najsłynniejszy chyba fikcyjny detektyw po raz pierwszy pojawił się w napisanej przez Conana Doyle'a powieści "Studium w Szkarłacie", wydanej w 1887 roku. Czytelnicy pokochali bohatera tego tak bardzo, że w momencie gdy został on przez autora uśmiercony, nie tylko założyli czarne wstążki na znak żałoby, ale również ostro zaprotestowali, przez co Doyle postanowił jednak cudownie Sherlocka ocalić i kontynuować pisanie kolejnych jego przygód. 
Na przestrzeni lat powstało także wiele filmów oraz seriali, których bohaterem był słynny detektyw Holmes. Jak nietrudno się domyślić, znalazły się wśród nich także produkcje japońskie. Dziś przyjrzymy się chyba tej najbardziej znanej - wyreżyserowanej przez Hayao Miyazakiego serii telewizyjnej, kierowanej głównie do młodszego widza - "Meitantei Holmes", które ze względu na to, iż wszystkie występujące weń postacie są psami, znane jest także jako "Sherlock Hound".

Akcja anime osadzona jest w Wiktoriańskiej Anglii w alternatywnej rzeczywistości, zamieszkanej przez humanoidalne psy. Głównymi bohaterami są oczywiście słynny detektyw - Sherlock Holmes - oraz jego asystent, utalentowany lekarz - Dr.Watson. Wspólnymi siłami rozwiązują oni coraz to kolejne tajemnicze sprawy oraz zmagają się ze swym arcywrogiem - przebiegłym profesorem Moriartym, który wymyśla coraz to kolejne podstępne plany i przekręty, które mają mu umożliwić dokonanie zbrodni doskonałej. 

Iiii... to w zasadzie tyle. Fabuła serialu bazuje na oryginalnej historii w sposób BARDZO luźny, jest prosta jak budowa cepa i utrzymana w formie epizodycznej. Każdy odcinek jedzie na dokładnie takim samym schemacie - Profesor Moriarty obmyśla kolejny przekręt, Holmes zostaje poproszony o pomoc i rozwiązuje zagadkę, krzyżując plany złego geniusza, a policja stara się po raz kolejny dopaść bandziora i wsadzić go za kratki... z mizernym skutkiem. I tak przez prawie wszystkie 26 odcinków. Co prawda chwilami są jakieś odstępstwa od reguły, jednak również i w przypadku tych ciekawszych odcinków nie ma co oczekiwać jakichś niesamowitych zwrotów akcji. Szczerze powiedziawszy jednak, akurat w tym przypadku nie uważam prostoty historii za jakąś wielką wadę. Pamiętać należy bowiem, iż produkcja ta kierowana jest głównie do widzów najmłodszych, których nader rozbudowana historia mogłaby, po prostu, zanudzić. Prosta i epizodyczna opowiastka, w której każdy odcinek stanowi zamkniętą całość i którą można oglądać "porcjami"  z pewnością lepiej do nich trafi. 
Bohaterowie również nie są jacyś nader skomplikowani. Najbardziej w oczy rzuca się prawdę powiedziawszy nijakość Holmesa oraz Watsona. Obaj są strasznie nudnymi postaciami, praktycznie pozbawionymi jakichkolwiek ciekawszych cech. Są sympatyczni, tak, ale jednak nadal nie mają w sobie niczego, co wyróżniałoby ich na tle pierdyliarda innych bohaterów. Bardzo mile zaskakują jednak postacie poboczne, zwłaszcza te kobiece. Postać pani Hudson, pracującej jako gospodyni domowa u Holmesa, oczarowała mnie niezwykle - jest ona nie tylko ciepłą, naprawdę kochaną panią domu, ale także silną, potrafiącą o siebie zadbać kobietą, która pokaże nie raz i nie dwa jakie cuda potrafi zdziałać, kiedy zajdzie potrzeba. Sprawia to, że naprawdę pozytywnie wyróżnia się na tle wszystkich tych generycznych moe lolitek, tsundere czy też innych nudnawych dziewczątek, których rola często ogranicza się do bycia damulką w opresji, czy też obiektem westchnień protagonisty. A wyobraźcie sobie, że pani Hudson nie jest jedyną taką dobrze napisaną postacią kobiecą w tej bajce! 
Również antagoniści wypadają bardzo fajnie. Profesor Moriarty, choć jest bardzo typowym przykładem przebiegłego geniusza zła, tak niesamowicie potrafi zaskarbić sobie sympatię widza. Dlaczego? Bowiem nie w sposób nie uśmiechać się patrząc, z jaką determinacją snuje on kolejne plany, jak się przechwala, jak to nieustannie powtarza, iż "tym razem uda mu się przechytrzyć Holmesa". Strasznie dużo radości sprawia też obserwowanie, z jakim zamiłowaniem Moriarty konstruuje coraz to kolejne dziwaczne maszyny, które mają mu pomóc w realizacji jego niecnych planów. Równie sympatycznie prezentują się jego dwaj pomagierzy. Choć są to straszne głuptaki i łamagi, tak wprowadzają sobą do bajki mnóstwo humoru i z pewnością zostaną pokochani przez dzieciaki.
Wspomnieć muszę także, że bardzo miłym zaskoczeniem było dla mnie to, że w bajce tej nie ma wcale tak dużo typowego dla Miyazakiego forsowania ekologii. Zamiast tego uświadczymy tutaj mnóstwo miłości do steampunku oraz maszyn latających. Ba, oglądając "Holmesa" odnosiłem chwilami wrażenie iż niektóre przedstawione w nim wątki były swoistymi prototypami dla tego, co zobaczyć można w "Porco Rosso".

Oprawa audiowizualna jest prześliczna. Duże wrażenie zrobiła na mnie zwłaszcza animacja, która jest niesamowicie płynna i praktycznie pozbawiona wyraźniejszych chrupnięć. Strasznie podobało mi się też to, jak umiejętnie przedstawiono tutaj mimikę oraz gestykulację postaci. Twórcy świetnie wykorzystali fakt, iż wszystkie postacie są zwierzakami, dzięki czemu mają dużo większe pole do popisu w kwestii ruchów ich "twarzy". Skoro już przy postaciach jesteśmy - ich projekty są niezwykle przyjemne dla oka i z pewnością spodobają się dzieciom. Co więcej - projekt każdego z bohaterów został odpowiednio dobrany w taki sposób, iż idealnie odzwierciedla jego charakter. Niestety jednak, dość szybko rzuca się w oczy zjawisko "recyklingu" postaci - bardzo wielu bohaterów jest po prostu przemalowanymi wersjami innych postaci, z niewielkimi zmianami w ubiorze bądź też uczesaniu.
W serii pojawia się też mnóstwo ciekawych, steampunkowych maszyn, zarówno latających jak i jeżdżących. Na szczególną uwagę zasługują wszelkie wynalazki Moriartiego, zwłaszcza jego "Pteranodon", który w trakcie trwania serii przechodzi kilka przemian.
Przepięknie wyglądają także tła, które są niesamowicie szczegółowe. Zwłaszcza scenerie miejskie robią ogromne wrażenie.
Ślicznie brzmi muzyka. Choć jest to zaledwie kilka kawałków (cały OST liczy tylko 16 utworów) to zostały one wykorzystane bardzo umiejętnie i świetnie podkreślają wydarzenia na ekranie. Na pochwałę zasługują zwłaszcza opening i ending - obie piosenki są po prostu świetne i błyskawicznie wpadają w ucho. Co więcej - opening ma w sobie swoistą magię, która wprost zachęca do rozpoczęcia przygody z bajką, ending zaś brzmi zupełnie jak piosenki znane z wieczorynek z dawnych lat. Mam jednak drobne zażalenie do ich animacji - są to po prostu ujęcia wyciągnięte bezpośrednio z poszczególnych odcinków bajki. Takie to trochu leniwe...
Aktorzy spisali się wzorowo i świetnie odegrali swoje role. Każda kwestia wypowiedziana jest z odpowiednim uczuciem i ciężko zarzucić im sztuczność. Na szczególną pochwałę zasługują zwłaszcza aktorzy wcielający się w role Moriartiego, pani Hudson oraz inspektora Lestrade.

"Meitantei Holmes" z pewnością nie jest jakąś przełomową, czy też wybitnie oryginalną produkcją. Jest jednak naprawdę przyjemną, dającą sporo frajdy bajką, która z pewnością spodoba się najmłodszym. Punktuje zwłaszcza świetnymi postaciami kobiecymi oraz antagonistami, a także wyborną oprawą audiowizualną. Możecie śmiało pokazać tytuł ten swemu młodszemu rodzeństwu. Ba! Polecam nawet obejrzeć go z całą rodziną. 
Tak na marginesie - zapraszam na tegoroczny Pyrkon, na swój panel o anime (nie) tylko dla dzieci. Z pewnością powiem tam nieco więcej o Holmesie a i wspomnę o innych, wartych uwagi bajkach, które na pewno spodobają się nie tylko waszym dzieciom/rodzeństwu, ale także i wam samym. Widzimy się w Poznaniu już 24-go kwietnia!

Typ Anime - Seria Telewizyjna
Rok produkcji - 1984
Pełny Tytuł: „Meitantei Holmes” ("Sherlock Hound")
 Reżyseria: Hayao Miyazaki, Kyousuke Mikuriya
Scenariusz: Keishi Yamazaki
Muzyka: Kentarou Haneda
Gatunek: Komedia, Kryminał
Liczba Odcinków: 26
Studio: TMS Entertaiment
Ocena Recenzenta: 7/10

-Warto wspomnieć, że bajka powstała jako koprodukcja japońsko-włoska. W jej tworzeniu pomagała stacja telewizyjna RAI, na której serial był też później emitowany. Produkcja serialu rozpoczęła się już w roku 1981, jednak ze względu na problemy z prawami autorskimi, została zawieszona na trzy lata i wznowiono ją dopiero w roku 1984, gdy spór o prawa został w końcu rozwiązany.

Screeny: