Z okazji narodzin naszego małego Zbawiciela życzę wam wszystkim, kochani czytelnicy, ciepłych, pogodnych i spędzonych w rodzinnej atmosferze świąt. Góry prezentów, mnóstwa słodyczy oraz smacznego jadła. Żebyście nie zdarli sobie gardeł na śpiewaniu kolęd i byście nie przemarzli na pasterce oraz podczas powrotu z tejże. Jeśli trapią was jakieś problemy, niech choć ten szczególny okres dane wam będzie spędzić bez żadnych trosk, kłótni i afer. Niechaj spełnią się wszystkie wasze marzenia, a nowonarodzony Jezusek wszystkim wam błogosławi i zleje na was wszelkie łaski.
By post nie był zaledwie drobną ścianką tekstu, dorzucam także Stiletto w świątecznym nastroju. Bardzo dzielnie pomagała mi stroić choinkę. A teraz uciekam na wigilijną wieczerzę...
Ostatnimi czasy bardzo dużo słyszy się w sieci o fenomenalnej - jak określają ją fani - retro grze RPG - "Undertale". Ta niepozorna, przypominająca trochę kultowe "Earthbound" gierka, stworzona przez słynnego kompozytora Tobiego Foxa, szybko zaskarbia sobie coraz większe rzesze fanów. Chwalona za swe innowacyjne podejście do wyświechtanej już, wydawać by się mogło, formuły gier RPG, fantastyczną fabułę, świetną muzykę i łatwe do pokochania postacie, przez wielu została okrzyknięta już grą roku, a nawet wszech czasów Czy jest to jednak tytuł rzeczywiście aż tak dobry? Postanowiłem przekonać się o tym osobiście.
NA WSZELKI WYPADEK OSTRZEGAM PRZED EWENTUALNYMI SPOILERAMI. STARAŁEM SIĘ PISAĆ TEKST W TAKI SPOSÓB, BY ICH UNIKAĆ, JEDNAK COŚ MOGŁO MI UMKNĄĆ. JEŚLI ZATEM NIE MIELIŚCIE JESZCZE OKAZJI SAMI W "UNDERTALE" ZAGRAĆ, TO ZASTANÓWCIE SIĘ CHWILĘ, CZY NA PEWNO CHCECIE DALEJ CZYTAĆ! ROBICIE TO NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ!
Wiele lat temu ziemia zamieszkana była przez dwie rasy - ludzi oraz potwory. Obie nacje żyły ze sobą w zgodzie i harmonii, aż do pewnego okropnego wydarzenia, które doprowadziło do wielkiej wojny. Potwory przegrały i zostały zmuszone do ucieczki pod ziemię. Aby nie dopuścić już nigdy do podobnej tragedii, ludzie postanowili zapieczętować wejście do podziemi potężnym zaklęciem. Minęło wiele lat i wszyscy całkowicie zapomnieli o istnieniu potworów...
Góra Ebott to tajemnicze miejsce. Ludzie mówią, że żaden śmiałek, który odważył się nań wybrać, nigdy nie powrócił. Pewnego dnia na tajemniczy szczyt zapuszcza się małe dziecko. Szukając schronienia przed deszczem, wbiega do najbliższej groty, gdzie znajduje olbrzymią dziurę w ziemi. Popychane dziecięcą ciekawością próbuje do niej oczywiście zajrzeć i... spada w dół. Po jakimś czasie budzi się i zdaje sobie sprawę, że znalazło się w jakichś tajemniczych ruinach. Niedługo potem spotyka dobroduszną potworzycę imieniem Toriel, która postanawia się nim zaopiekować i pomóc odnaleźć się w nowej rzeczywistości.
"Undertale" jest bardzo chwalone za swą głęboką i chwytającą za serce fabułę. Wciągającą podobno bez reszty do tajemniczego podziemnego świata i niepozwalającą oderwać się od gry aż do samego jej końca. Osobiście uważam jednak, że pochwały te są trochę przesadzone. Początek historii bowiem, w postaci dość typowego samouczka, pomimo kilku całkiem zabawnych żartów i zdarzeń, jest dość nudnawy i nieszczególnie mnie poruszył. Dopiero starcie na samym jego końcu faktycznie sprawiło, że poczułem lekki niepokój. Po nieco późniejszym spotkaniu ze szkieletem Sansem, historia rzeczywiście jednak bardzo fajnie się rozkręca i wiele razy zdarzyło mi się zareagować szczerym "Awww~" podczas uroczych i wzruszających scen, lub też parsknąć śmiechem podczas zabawniejszych akcji. Kiedy trzeba, gra potrafi także za sprawą świetnej narracji bardzo dobrze trzymać w napięciu. I choć zdarzały się nudnawe momenty, lub też takie, w których gra moim zdaniem zbytnio siliła się na żarty, to ogółem bawiłem się całkiem dobrze. Szkoda ino, że czas zabawy jest dość krótki. W zależności od tego, jak dobrzy jesteście w Touhou-podobne "bullet hell" (więcej za chwilę), "Undertale" da się spokojnie ukończyć w przeciągu 5-6 godzin. Trochu mało.
Gra stara się to jednak rekompensować nieliniowością historii. W zależności od decyzji gracza, opowieść może się potoczyć na kilka różnych sposobów. Na zmianę przebiegu historii jak i samo jej zakończenie wpływ mają różne czynniki - to, kogo zabijemy; z kim nawiążemy bliższą przyjaźń; jakie opcje dialogowe wybierzemy; jaką strategię obierzemy podczas potyczek; ile zdobędziemy EXP etc. Warto wspomnieć, że nawet nasze poczynania z samouczka mogą mieć bardzo silny wpływ na to, jak zakończy się cała opowieść. Skoro o zakończeniach już mowa - biorąc pod uwagę, jak bardzo ludzie w sieci dostawali świra na ich punkcie, to sam nastawiłem się na coś naprawdę przełomowego i epickiego. Iiii... znowuż muszę powiedzieć, że pochwały są moim zdaniem przesadzone. O ile podstawowe zakończenie historii całkiem mi się podobało i mocno zaskoczyło tym, jak zabawiało się z graczem, tak już tzw. "True End" mnie nieco rozczarował. Nie chodzi o to, że był zły, bo był bardzo fajny. Problem leży bardziej w tym, że chwilami aż za fajny (jakkolwiek to dziwnie nie brzmi). O ile ekskluzywny dla ścieżki tej dungeon był cholernie klimatyczny i ciekawy, tak już cała reszta, razem z ostatecznym starciem wydała mi się okropnie naciągana i bajkowa aż do przesady. I choć zakończeniu temu naprawdę udało się mnie chwilami mocno wzruszyć, tak nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że gra zmieniła się nagle w bardzo prostą bajeczkę dla przedszkolaków z okropnie sztampowym morałem. I mówię to jako ktoś, kto bajki dla dzieci bardzo lubi. Może brzmi to trochę, jak szukanie dziury w całym, ale tak właśnie było. Side questy zaś to tzw. "mixed bag". O ile "randka" z Papyrusem była bardzo fajna i faktycznie zabawna, tak już kolejne coraz bardziej siliły się na bycie śmiesznymi i momentami przeginały do tego stopnia, że raczej męczyły i irytowały, aniżeli zachęcały do dalszego obcowania z grą. Randka z Alphys jest, moim zdaniem, absolutnie najgorszym, najbardziej wymuszonym i całkowicie zbędnym wątkiem i bardzo szkodzi całokształtowi "Undertale". Takiej ilości nieśmiesznych żartów i zbyt natarczywego przekraczania czwartej ściany nie widziałem jeszcze chyba nigdzie. Podejrzewam że to m.in właśnie przez to "Undertale" jest przez co poniektórych złośliwie przezywane "Tumblrtale".
Jest jednak w "Undertale" coś, co moim zdaniem faktycznie warte jest wszelkich pochwał. Postacie. Dawno nie miałem okazji zobaczyć w grze tak barwnej, zróżnicowanej i - co najważniejsze - łatwej do pokochania gromadki. Praktycznie każdy z bohaterów jest tak niesamowicie sympatyczny, że już sam z siebie czyni grę o wiele fajniejszą. Interakcje z nimi to w większości sama przyjemność i z każdym z nich dyskutowałem tyle razy, aż wyczerpałem już wszelkie możliwe przezeń do wypowiedzenia linie dialogowe. Z postaciami tymi idzie się naprawdę zaprzyjaźnić, śmiać z nimi, czy też płakać. Sans to wyluzowany, lubiący opowiadać kiepskie żarty lekkoduch, pokazujący jednak nie raz, że jest tak naprawdę jedną z najdojrzalszych w grze postaci; Papyrus to niezwykle naiwny i głupiutki, ale odważny i obdarzony naprawdę wielkim sercem gość, zawsze gotów pospieszyć na odsiecz swym przyjaciołom; Undyne to z pozoru opryskliwa i okrutna kapitan królewskiej gwardii, jednak wystarczy ją bliżej poznać i okazuje się być naprawdę miłą kobitą, a także dumną i honorową wojowniczką; Mettaton zaś to przebojowy i zakręcony android, i najprawdziwsza gwiazda telewizyjna, niezwykle szybko zaskarbiająca sobie kolejne rzesze fanów. I mógłbym tak wymieniać i wymieniać, ale zdecydowanie lepiej będzie, jeśli poznacie ich bliżej sami. Wspomnę jeszcze tylko, że bohaterów "Undertale" pokochałem tak bardzo, że nie miałem po prostu serca przechodzić tzw. "Genocide Route".
Kolejną mocną stroną "Undertale" jest rozgrywka. Choć pod względem eksploracji mapy, czy też zagadek logicznych nie odbiega ono zbytnio od innych RPG-ów, tak niezwykle wprost zaskakuje fantastycznym i nieprzewidywalnym systemem walki. Kiedy rozpoczynamy walkę z przeciwnikiem nie musimy go wcale zabijać - zamiast tego, możemy z nim porozmawiać, pocieszyć go, pomóc mu rozwiązać trapiący go problem, poprosić go by dał nam jeść, zaśpiewać z nim piosenkę, sprawdzić kto ma większe muskuły i wiele, wiele więcej. Na każdego z oponentów trzeba znaleźć inny sposób, co sprawia że gra nie robi się nigdy przesadnie monotonna. I zanim powiecie, że "wystarczy przecież raz odkryć jaka akcja działa na danego potwora" wyprowadzę was z błędu - gra bardzo często zmienia swoje reguły i walki nie zawsze wyglądają tak samo. I tu dochodzimy do wspomnianego "Bullet Hell". Mianowicie, po wykonaniu naszej akcji, przychodzi czas na turę potworów. Nasza postać, reprezentowana przez serduszko, zostaje wtedy zamknięta w prostokątnym pudle i naszym zadaniem jest unikać wystrzeliwanych przez przeciwników pocisków. Na początku jest to raczej dość proste, bowiem bez większych przeszkód poruszać możemy się w dowolnym kierunku, jednak jak wspomniałem, niektóre ze spotkanych potworów całkowicie zmieniają reguły gry. Mogą na przykład sprawić, że nasze serduszko stanie się niebieskie, co czyni je dużo cięższym i sprawia, że miast "fruwać" po całej planszy, możemy jedynie podskakiwać na określoną wysokość. Innym razem znowuż uczynią nas zielonym, w wyniku czego nie będziemy się mogli nawet ruszyć z miejsca. Kolejne monstrum z kolei wywróci nasze serduszko do góry nogami i sprawi, że stanie się żółtym stateczkiem, podobnym do tych z kultowych "Invaders" czy innych automatowych "shmupów", a naszym zadaniem będzie zestrzeliwanie i unikanie spadających przeszkadzajek. Dzięki temu żadna z potyczek nie jest taka sama i gracz nigdy nie jest w pełni przygotowany na to, co przyniesie następne starcie. Sprawia to też, że to, jak dobrze nasz bohater będzie sobie radził w walce nie zależy tylko i wyłącznie od posiadanego ekwipunku oraz poziomu. A na tym niespodzianek nie koniec - niektórych walk bowiem nie da się wygrać w typowy sposób i trzeba wykazać się nie lada sprytem i nietypowym myśleniem, aby zwyciężyć. Jakby tego było mało - gra bardzo często burzy tzw. "czwartą ścianę" i zabawia się z graczem, blokując mu na przykład możliwość wykonania tury, lub też stosując bardziej szczwane zagrywki, o których wspomnienie byłoby jednak zbyt wielkim spoilerem.
Przejdźmy teraz do oprawy audiowizualnej. "Undertale", jak na retrogrę przystało, garściami czerpie inspirację z tytułów z epoki 8 i 16-bitowych konsol. Już sam interfejs gry przypomina mocno ten znany z kultowego "Earthbounda". Strasznie spodobały mi się też duże sprity bohaterów podczas potyczek - zróżnicowane, pełne detali, zachowujące przy tym jednak ten fajny retroklimacik. Bardzo do gustu przypadło mi także to, że nie stoją one w trakcie walki w jednej sztywnej pozie, a nieustannie się poruszają, zmieniają wyraz twarzy czy też gestykulują. Chciałbym pochwalić również fantastycznie zaprojektowane, niesamowicie klimatyczne lokacje, które przychodzi graczowi przemierzać. Od zapomnianych ruin, przez ośnieżone szczyty i rozległe pustynie, na ogromnych pałacach kończąc. Podróżowanie przez te wszystkie lokacje umilać graczowi będzie bardzo klimatyczna, szybko wpadająca w ucho muzyka. Toby Fox znany jest z tego, że potrafi tworzyć fantastyczne kawałki i w przypadku "Undertale" nie jest inaczej. Choć moim skromnym zdaniem Ci, którzy nazywają ścieżkę dźwiękową tego tytułu najlepszym OST roku zdrowo przesadzają, tak ciężko się nie zgodzić z faktem, że zawiera w sobie multum naprawdę dobrych utworów. Z kawałków, które zdecydowanie najbardziej przypadły mi do gustu, wyróżnić chciałbym zwłaszcza "Bonetrousle", "Core", "Another Medium", "Waterfall", "Bergentruckung" czy też moje absolutnie ulubione "Death by Glamour", grające podczas najlepszej, moim zdaniem, potyczki w całej grze. Wspomnieć warto także, że piosenki te nie tylko brzmią cholernie dobrze, ale też idealnie wpasowują się w klimat lokacji w których grają, czy też fantastycznie komplementują charaktery bohaterów, do których należą. Dzięki temu bardzo umiejętnie działają na emocje gracza i tylko zwiększają frajdę płynącą z gry. Kiedy trzeba potrafią zarówno rozbawić, zasmucić, czy też trzymać w napięciu, zwłaszcza podczas tych najtrudniejszych potyczek. Kolejnym miłym akcentem w oprawie audiowizualnej gry jest to, jak że każdy z bohaterów "mówi" innym głosem. Kwestie każdej z postaci są bowiem zapisywane za pomocą innej czcionki, a jakby tego było mało - są one także "czytane" za pomocą innych dźwięków. Sans buczy niskim, przypominającym trochę głęboki rechot głosem; Papyrus ma z kolei wyższy, nieco bardziej skrzeczący; Toriel znowuż bardzo przyjemny dla ucha i melodyjny; a Mettaton nawija elektronicznymi zgrzytami, podobnymi do dźwięków wydawanych przez stare faksy czy też komputery.
"Undertale" to naprawdę solidna i fajna gra. Wykonana bardzo ładnie i z pomysłem, potrafi zaskoczyć, wzruszyć i rozbawić. Zachwyca również niecodziennym systemem walki oraz licznymi ukrytymi smaczkami. Posiada też całą menażerię barwnych i przesympatycznych postaci. Czy jest to zatem rzeczywiście najlepsza gra roku, czy też wszech czasów? Szczerze mówiąc - nie. Historia nie należy bowiem do najbardziej odkrywczych, większość zakończeń jest dość rozczarowująca, niektóre żarty są okropnie wymuszone i nieśmieszne, a przekraczanie czwartej ściany robi się momentami zbyt nagminne. Wciąż uważam jednak, że "Undertale" jest pozycją wartą uwagi, zwłaszcza dla tych, którzy lubią niecodzienne podejście do wyświechtanej już formuły gier RPG. Nie dajcie sobie ino wmówić, że jest to najwspanialsza gra na świecie, bo możecie się mocno rozczarować. W ogóle - starajcie się też unikać fandomu tej gry, serio. Dawno nie miałem okazji obcować z tak okropnymi, rozwrzeszczanymi półgłówkami, nie potrafiącymi przyjąć z pokorą słów krytyki wobec ich ulubionego tytułu...
Jeśli śledzicie mojego bloga od dłuższego czasu, albo też po prostu dobrze mnie znacie, to zapewne wiecie już, jak wielkiego fioła mam na punkcie pewnej strasznie mało znanej serii OVA z lat 80-tych - "Dream Hunter Rem". Bajka ta, traktująca o młodej dziewczynie zdolnej wchodzić do ludzkich snów, rozkochała mnie w sobie tak bardzo, że nie tylko uczyniłem jej bohaterkę maskotką swojego bloga, ale także stworzyłem do niej polskie napisy (do tej pory swoją drogą niepokazane nigdzie poza konwentami *śmiech*), a jakby tego było mało, z uporem maniaka począłem gromadzić wszelki stuff z serią tą powiązany - artbooki, obrazki, dojinshi (kolejne powinienem mieć na początku przyszłego roku), przypinki, muzykę, etc. Jestem też najbardziej rozpoznawalnym "Remfagiem" na 4chanie, z racji tego, że serię tę forsuję tam od dobrych paru lat (do tego stopnia, że została zsubowana przez grupę OnDeed) i pojawiam się w absolutnie każdym temacie, w którym padnie choćby najdrobniejsza o niej wzmianka. To również za sprawą recenzji tej serii zostałem zwerbowany przez ekipę Jfan.pl i pracuję jako dziennikarz konwentowy. No ale dobrze, dlaczego właściwie tak bardzo uwielbiam tę serię, spytacie? Co czyni ją tak wyjątkową na tle mnóstwa innych OVA z 80's i bajek o czarodziejkach, i sprawia, że tak bardzo ją sobie cenię, że stawiam nawet o wiele wyżej, niż słynną Madokę? Z miłą chęcią wam dziś na te pytania odpowiem. Tym bardziej, że seria kończy dzisiaj okrągłe 30 lat i okazja jest ku temu idealna. Zacznijmy zatem od samiutkiego początku...
Chińska pornobajka
Za stworzenie Rem odpowiada założone przez Moriyasu Taniguchiego oraz Hiromi Muranakiego studio z Osaki - "Anime R". Powstało ono w późnych latach siedemdziesiątych i służyło jako studio wspomagające Sunrise i inne większe studia przy wielu projektach. Z bardziej znanych tytułów, w których tworzeniu "Anime R" brało udział, wspomnieć warto "Black Magic M-66", "Akira", "Mobile Suit Gundam: Char's Counterattack", czy też "Bakemonogatari". Są to zatem prawdziwi specjaliści, znający się dobrze na swoim fachu i potrafiący wykonać bardzo dobrą i płynną animację.
Strona z "Dream Hunter Rem SP" z mojej kolekcji
Reżyserem serii oraz twórcą postaci Rem jest prawdziwy weteran animator oraz reżyser - Okuda Seiji - założyciel grupy projektowej "Eikyuu Kikan", zrzeszającej utalentowanych animatorów. Grupa działała aktywnie przez ponad 20 lat i została ostatecznie rozwiązana w roku 2009. Debiutem Okudy było "Psycho Armor Govarian". Z ciekawszych tytułów, przy których pan ten pracował wspomnieć warto też "Legend of the Galactic Heroes", "Lupin III", "Turn A Gundam", czy też "Space Battleship Yamato". Inne słynne osobistości, które pracowały nad "Rem" to choćby: genialny animator - Masami Oobari - znany przede wszystkim ze swoich fantastycznych scen akcji oraz pysznie rysowanych i animowanych robotów; Habara Nobuyoshi - reżyser i animator takich hitów jak "Break Blade" czy też emitowany obecnie "Fafner Exodus"; Inoue Toshiyuki, który przyłożył swą rękę do takich tytułów jak "3x3 Eyes", "Rebuild of Evangelion", "Memories" czy też "Wilcze Dzieci"; Hiroyuki Kitakubo - utalentowany reżyser, który swą przygodę z anime zaczął już jako nastolatek, kiedy to pomagał przy tworzeniu tak kultowego dzieła jak "Mobile Suit Gundam"; a także animator geniusz - Hiroyuki Okiura, który najbardziej zasłynął pysznie zanimowaną, pełną detali sceną ze śmigłowcem z drugiego filmu kinowego "Patlabor".
Pierwszy epizod Rem wydany został w roku 1985 na VHS jako... hentai. Pomysł na serię oraz jej solidna fabuła spodobały się jednak widzom o wiele bardziej, niż sceny erotyczne, w wyniku czego twórcy postanowili zmienić Rem w zwykłą serię OVA. Przerobili zatem cały pierwszy epizod, wycinając z niego wszelkie sceny seksu, a potem stworzyli także 3 kolejne odcinki. Również i one spotkały się z bardzo pozytywnym odezwem, w wyniku czego, zaledwie 3 lata po zakończeniu pierwszej serii OVA, powstały jeszcze dwa epizody kontynuacji - "NEW Dream Hunter Rem". W międzyczasie powstało także kilka historii pobocznych, w postaci słuchowisk, nowelek oraz krótkich komiksów, zamieszczanych w artbookach. Żadna z nich nie została jeszcze, niestety, przetłumaczona.
Przełomowa Czarodziejka
Jak wspomniałem, "Dream Hunter Rem" zaskoczyło odbiorców przede wszystkim ciekawym pomysłem. Była to bowiem pierwsza seria, która podchodziła do gatunku "Magical Girls" w sposób tak bardzo nietypowy. Owszem, bohaterką ponownie była młoda, urocza panienka zwalczająca wredne potwory, jednak twórcy wywrócili do góry nogami większość typowych dla tego typu serii schematów oraz zastosowali kilka bardzo ciekawych zabiegów. Po pierwsze - seria była dużo mroczniejsza i brutalniejsza, niż typowe Mahou Shoujo. Choć już pochodzące z lat siedemdziesiątych "Majokko Megu-chan" (znane u nas jako "Bia - Czarodziejskie Wyzwanie") ocierało się o cięższe klimaty, tak to dopiero Rem faktycznie bardzo dosadnie pokazywała sceny tortur, morderstw oraz wiele innych okropieństw. Tak, tak, moi drodzy - Madoka nie była wcale pierwszą serią, która umiejętnie miksowała urocze, czarodziejkowe klimaty z grozą i mrokiem. Dalej - przeciwnicy Rem byli też dużo straszniejsi, niż ci z którymi zmagały się bohaterki innych serii. Nie byli głupi i nie grali fair, wykorzystując każdy, najpodlejszy nawet fortel, jeśli dawało im to szansę na zwycięstwo. Kolejnym nietypowym rozwiązaniem było mocne ograniczenie mocy bohaterki. Ze swoich nadludzkich umiejętności Rem mogła bowiem korzystać tylko w świecie snów. Co więcej - nawet samo dostanie się do tego świata zostało bohaterce utrudnione, ponieważ sama nie mogła śnić. Do świata marzeń dostać się mogła tylko wchodząc do czyjegoś snu. Jakby tego było mało - w zależności od mocy wyobraźni śniącej osoby zdarzały się sytuacje, w których moce Rem bywały nawet jeszcze bardziej ograniczane. Ze względu na to wszystko, Rem zmuszona była często radzić sobie z przeciwnikami bez możliwości zmieniania się w czarodziejkę. Na całe szczęście jednak, w przeciwieństwie do wielu swoich koleżanek z innych bajek, nie była wtedy kompletnie bezbronna - wysportowana, inteligentna, świetnie posługująca się bronią palną i wyposażona w super szpiegowskie auto, bardzo dobrze radziła sobie z niebezpieczeństwami.
Jak każda szanująca się czarodziejka, również Rem miała swoje magiczne zwierzaczki - kotkę Alfę oraz psa Betę. I tu pojawia się kolejna ciekawostka wyróżniająca tę bajkę na tle innych Mahou Shoujo. Jak dobrze wiemy, czarodziejki otrzymują swe magiczne moce od uroczych, gadających stworzonek, które pewnego dnia przybywają na zagrożoną atakiem sił zła ziemię i stwierdzają, że najlepszą jej obrończynią będzie pierwsza lepsza rozkapryszona dwunastolatka. A w Rem znowu odwrotnie - nie dość, że zwierzaki nie są w stanie powiedzieć po ludzku nawet jednego słowa, to jeszcze nikomu żadnej mocy nie dają - zamiast tego, to Rem użycza im swoich umiejętności, zabierając je ze sobą do świata marzeń sennych.Oprócz pary wiernych zwierzaczków, Rem mogła także liczyć na pomoc bardziej ludzkich sojuszników. W dodatku niezwykle zróżnicowanych. Nasza bohaterka bowiem wspierana była między innymi przez inspektora policji, buddyjskiego mnicha, młodego i przystojnego naukowca, potwora Frankensteina i wiele innych barwnych postaci.
"Studium Pięknego Snu"
Kolejną rzeczą, za którą bardzo "Dream Hunter Rem" lubię jest to, jak fantastycznie i trafnie przedstawione są weń surrealistyczne światy powstające w snach. Kojarzycie zapewne bariery tworzone przez wiedźmy w Madoce? W "Rem" było coś bardzo podobnego, ale moim zdaniem pokazano to o wiele lepiej. W zależności bowiem od tego, czy mieliśmy do czynienia z błogim snem, czy też koszmarem, sceneria odpowiednio się zmieniała, paleta kolorów robiła się mniej lub bardziej psychodeliczna, a na ekranie pojawiały się coraz dziwniejsze obiekty i kreatury. I tak oto mogliśmy podziwiać głębokie jaskinie, pełne fallicznych (pozostałych zapewne po wersji hentai) stalaktytów i stalagmitów, rozległe pustkowia, po których latały niezwykle realistycznie wyglądające koła zębate i klepsydry, piękne, usiane kwiatami polany, czy też zamieszkane przez bajkowe postacie królestwa. W jednym z epizodów, nawiązującym poniekąd do słynnej powieści "Czy androidy śnią o elektrycznych owcach", mamy także okazję zobaczyć sztuczny, komputerowo wygenerowany sen, powstały w umyśle robota. Jakby tego było mało - pomiędzy połówkami odcinków pojawiało się tzw. "Studium Pięknego Snu", w którym Rem w prosty i ciekawy sposób tłumaczyła widzom, czym właściwie jest sen, na jakie dzieli się fazy, a także w jaki sposób działa nasz organizm, kiedy śnimy. Wszystko to sprawia, że "Rem" jest chyba najlepszą spośród wszystkich znanych mi serii traktujących o marzeniach sennych.
"Dream Hunter Rem" nawiązuje również mocno do wierzeń chrześcijańskich a także wielu kultowych baśni i powieści. Cały drugi epizod jest niejako alternatywną wersją "Alicji po Drugiej Stronie Lustra", a finał serii pełen jest odniesień do "Fausta", "Frankensteina" oraz wspomnianego wyżej "Czy androidy śnią o elektrycznych owcach". Seria nie idzie jednak po najmniejszej linii oporu i nie zrzyna bezczelnie wątków oraz pomysłów z tych tytułów, a raczej stara się pokazać je w alternatywny i ciekawy, momentami nawet surrealistyczny (jak na sny przystało) sposób.
Artbooki, figurki, gry i inne gadżety
"Dream Hunter Rem" nie było może najpopularniejszą serią z 80's, jednak zaskarbiło sobie sympatię widzów na tyle, że doczekało się całkiem pokaźnej ilości dobroci. Oprócz czterech prześlicznych artbooków (z których dwa mam w swojej kolekcji) wydano także aż 6 płyt z muzyką z serii oraz dodatkowymi historiami w postaci słuchowisk, kilka tomów powieści, dwie mangi, kilka świetnych figurek (większość to niestety koszmarnie trudne do dorwania Garage Kity), wallscrolle a nawet... ubrania. Oprócz tego, zarówno pierwsza seria jak i "NEW" doczekały się zremasterowanych wydań na Laser Dyskach oraz DVD. Jedynie pierwszy, pornograficzny epizod nie został nigdy wydany na innym nośniku niż VHS i do dziś pozostaje dla wielu fanów serii najbardziej nieuchwytnym Świętym Graalem.
Okładka pierwszej płyty z OST z "NEW Dream Hunter Rem". Podziękowania dla anona z /m/ za skan
Ku wielkiemu zdziwieniu i radości fanów, Rem miała także okazję wystąpić w wydanym na PlayStation 3 oraz Vita cross-overze - "Super Heroine Chronicle". Wraz z nią pojawiły się tam bohaterki takich tytułów jak "Senki Zesshou Symphogear", "DiGi Charat", "Infinite Stratos", "Kyousou Giga", czy też "Higurashi no Naku Koro Ni". Co ciekawe, obok Hibiki z Symphogeara Rem jest tam jedną z najważniejszych oraz najsilniejszych postaci i często zdarza jej się przejmować inicjatywę i popychać historię do przodu.
Rem poza Japonią
Choć wśród skośnookich Rem jest wciąż mile wspominaną bohaterką, tak poza Krajem Kwitnącej Wiśni mało kto o niej słyszał. Ciężko się temu jednak dziwić, skoro przez dłuższy czas jedynie połowa pierwszego odcinka była dostępna w zrozumiałym języku. Do roku 2013 w sieci można było bowiem znaleźć jedynie rosyjskie suby. Dopiero kiedy sam wziąłem się za spolszczanie serii i zacząłem postować swój progress w 80's Tematach na 4chanowym /m/, coś się ruszyło i bajką zainteresowała się grupa OnDeed. Dzięki nim więcej ludzi dowiedziało się w końcu o istnieniu tej perełki, jednak nadal pozostaje ona niezwykle niszowym, niedocenianym tytułem. Ba! Jak się ostatnio okazało, jestem jedną z dwóch osób na całym 4chanie, które posiadają jakikolwiek stuff z serią tą związany. Na całe szczęście jednak, ostatnimi czasy zauważyłem, że dzięki mojemu forsowaniu tego tytułu coraz więcej ludzi się z nim zapoznaje i nie jestem już jedynym użytkownikiem, który zakłada poświęcone bajce tej tematy. Kto wie, może za kilka lat Rem doczeka się swojej drugiej młodości i zostanie w końcu należycie doceniona? Mam szczerą nadzieję, że tak się stanie, bowiem jest to zdecydowanie jedna z najciekawszych i najbardziej nietypowych serii Mahou Shoujo, o wiele oryginalniejsza i bardziej przełomowa, niż ostro przereklamowana pod tym względem Madoka.
"30 lat minęło, jak jeden dzień" a Rem wciąż jest tak samo fajna i urocza, jak była w latach 80-tych. Seria ta nie postarzała się moim zdaniem ani trochę i wciąż uważam ją za swoje ulubione Mahou Shoujo. Do dziś nie powstała też w mej opinii żadna inna bajka tak dobrze oddająca szalone lata 80-te oraz surrealistyczny świat marzeń sennych. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji zapoznać się z tą perełką, to zdecydowanie polecam. Zapewniam was, że drugiej takiej serii nie znajdziecie. Mam nadzieję, że tekst dobrze się wam czytało i że dowiedzieliście się czegoś nowego i ciekawego. Do zobaczenia następnym razem!
Bijatyki to, obok turówek, zdecydowanie mój ulubiony gatunek gier wideo. Uwielbiam wziąć z lodówki dobre piwo, siąść wygodnie na kanapie, i za pomocą efekciarskich łańcuchów kombosów obijać mordy ludziom. Czy to tym w sieci, czy to tym siedzącym obok mnie. Odkąd rozpocząłem swoją przygodę z grami wideo (a było to bardzo dawno temu, bo zaczynałem od takich sprzętów jak tatusiowy Commodore, czy też Amiga) miałem okazję ograć bardzo wiele najróżniejszych fajterów. Zarówno tych bardziej popularnych, jak "Street Fighter", "Guilty Gear", "BlazBlue" czy też "Mortal Kombat", jak i tych znanych głównie ludziom bardziej wtajemniczonym: "Melty Blood", "Waku Waku 7", "Darkstalkers", czy też "Variable Geo", którego animowaną adaptacją się w dzisiejszej recenzji zajmiemy.
Na początek krótka lekcja historii - "Variable Geo" to seria bijatyk 2D, bazujących mocno na systemie znanym z kultowego "Street Fighter II". Pierwsza gra z serii ukazała się w roku 1993 na PC9800. Podobnie jak twór CAPCOM oddawała do dyspozycji gracza kilku zróżnicowanych zawodników oraz korzystała z czteroprzyciskowego systemu wyprowadzania kombosów. Nowością był jednak fakt, że każda z sześciorga dostępnych postaci była kobietą. Tym samym "V.G." było pierwszą w historii bijatyką o w pełni kobiecej obsadzie. Nie było to jednak jedyne, co wyróżniało ten tytuł na tle innych fajterów z wczesnych lat 90-tych. Twórcy postanowili bowiem wykorzystać fakt całkowicie dziewczynkowej bijatyki w bardzo... kontrowerysjny sposób. Mianowicie - pokonana bohaterka zmuszona była rozebrać się do naga, po czym zostawała zgwałcona, ku uciesze gawiedzi. Miało się to wiązać z doświadczeniem prawdziwego wstydu porażki, czy coś w ten deseń... Kontrowersyjny aspekt gry został w kolejnych częściach okrojony, lub też całkowicie wycięty, co wyszło serii tylko na dobre. Stała się dzięki temu przystępna dla każdego i szybko zyskała na popularności, choć nigdy nie dogoniła tak znanych marek jak "Street Fighter", "King of the Fighters", czy też "Garou Mark of the Wolves". Warto wspomnieć, że seria próbowała również eksperymentować z innymi gatunkami, niż typowy fajter i kilka jej nowszych odsłon było, podobnie jak pierwsze części "Melty Blood", visual novelkami z elementami bijatyki.
Przejdźmy teraz do recenzji właściwej, zaczynając tradycyjnie od krótkiego streszczenia fabuły. W niedalekiej przyszłości zorganizowany zostaje wielki turniej sztuk walki - "Variable Geo" - w którym udział biorą same piękne dziewczęta, pracujące jako kelnerki w restauracjach. Finansowany przez tajemniczych fundatorów z Jahana Group, nie tylko pozwala jadłodajniom na szybką i skuteczną reklamę, ale umożliwia też pracującym za minimalną średnią krajową dziewczętom zbić wielką kasę. Nagroda za wygraną w turnieju to bowiem olbrzymia suma - dziesięć milionów dolarów. Dodatkowo, zwyciężczyni okrzyknięta zostaje najpiękniejszą i najsilniejszą kobietą na świecie - "Dziewiczą Boginią" - i otrzymuje możliwość zamieszkania w pięknej willi gdziekolwiek na świecie. Atrakcyjna nagroda przyciąga oczywiście wiele młodych dziewcząt, chcących spełnić swe marzenia. Gra toczy się jednak o olbrzymią stawkę - każda z przegranych zostaje bowiem obdarta z wszelkiej godności i zmuszona do rozebrania się do naga na oczach rozbawionej gawiedzi.
Główną bohaterką jest młoda i piękna Takeuchi Yuka. Po tym jak jej rodzice umarli, gdy była małym dzieckiem, została przygarnięta przez dziadka, który nauczył ją karate oraz kontrolowania swego Ki. Yuka z początku dołącza do turnieju tylko po to, by sprawdzić swoje umiejętności, jednak kiedy jej najbliższa przyjaciółka znika w tajemniczych okolicznościach, postanawia wyruszyć na jej poszukiwania. Nie będzie to jednak proste, bowiem na drodze naszej bohaterki staną nie tylko silne przeciwniczki, ale także tajemnicza organizacja sponsorująca turniej, która ma wobec dziewczyny własne plany.
Ogólny zarys fabularny, choć prosty i stereotypowy, może się podobać. Całkiem zgrabnie łączy bowiem sztandarowe dla tego typu serii wątki z całkiem dobrymi interakcjami między bohaterkami. Niestety, tylko z początku. Seria bardzo szybko robi się za ambitna i próbuje udawać coś, czym nie jest, a co gorsza wyraźnie widać, że twórcy zakładali, że po tytuł ten sięgną tylko fani gier. Bajka nie kwapi się bowiem, by cokolwiek widzowi wyjaśniać. I to zarówno jeśli chodzi o ważne wątki fabularne, jak i motywacje bohaterek, czy też interakcje między nimi. I choć część z nich idzie rozkminić na tak zwany "chłopski rozum", tak zdarzają się takie, których widzowie niezaznajomieni z grami za cholerę nie zrozumieją. Kolejnym problemem jest to, że bardzo wiele wątków poruszonych w tej OVA zostaje nagle porzuconych i na próżno oczekiwać jakiegokolwiek sensownego ich domknięcia. Zdecydowanie nie jest to zatem tytuł dla widzów, którzy wymagają od bajki solidnej, dobrze poprowadzonej historii.
Bohaterki, choć nie należą do wybitnie skomplikowanych, to prezentują się całkiem sympatycznie. Zwłaszcza te odgrywające główne role potrafią pozyskać sobie sympatię widza. Ich charaktery są dość wyraziste i odpowiednio zróżnicowane, dzięki czemu każdy znajdzie tu dziewczynkę w swoim typie. Moją osobistą faworytką jest Yuka, choć może to być spowodowane tym, że była (obok Tamao z dwójki) moją ulubioną postacią w serii gier. Silna, zdeterminowana i wierna swoim przyjaciołom, a przy tym potrafi się świetnie bić.
Oprawa audiowizualna to zdecydowanie najmocniejsza strona tej produkcji. Dziewczęta są po prostu przepiękne, czemu nie ma się co dziwić, bowiem za ich projekty odpowiada słynny Takahiro Kimura, który rysował także bohaterki takich świetnych serii jak "Gun x Sword", "King of Braves GaoGaiGar", czy też "Shinkon Gattai Godannar!!". Najbardziej podoba mi się zdecydowanie Satomi. Mam ogromną słabość do tego typu buzi oraz chłopczycowego uczesania.
Spore wrażenie robi także animacja, zwłaszcza podczas potyczek. Płynna i dynamiczna, przykuwa uwagę widza do ekranu i cieszy oczy. I choć tu i tam pojawi się kilka powtórzonych ujęć, to ogółem prezentuje się to bardzo ładnie i spokojnie może służyć jako przykład na to, że te stare bajki wcale nie wyglądały brzydziej niż to, co dostajemy dzisiaj.
Pochwalić wypada także i tła - kolorowe, zróżnicowane i bardzo szczegółowe. Nie ma tu mowy o fuszerce - niezależnie czy akcja dzieje się akurat na arenie, czy też w opuszczonym budynku należącym do tajnej organizacji, wszystko wygląda bardzo ładnie i schludnie.
Muzyka też jest super. Nie dość, że dane nam jest usłyszeć tu kilka zremasterowanych kawałków z oryginalnej gry, to jeszcze dostajemy multum nowych, szybko wpadających w ucho kawałków. Najbardziej do gustu przypadły mi zdecydowanie szybkie i rytmiczne utwory, grające w trakcie potyczek. Świetnie podkreślają dynamikę starć a i poza samą bajką słucha się ich bardzo fajnie. Bardzo spodobały mi się też opening oraz ending. Zalatujące mocno utworami ze starych gier (opening brzmi momentami jak coś żywcem wyciągniętego z "MegaMan Battle Network!"), bardzo przyjemne dla ucha i zapadające w pamięć. I choć można się przyczepić do dość leniwej animacji w endingu, to poza tym nie mam raczej żadnych zastrzeżeń.
Złego słowa nie można też powiedzieć o grze aktorskiej. Mamy tu do czynienia z tak znanymi nazwiskami jak Mitsuishi Kotono (Misato z "Neon Genesis Evangelion", Usagi z "Sailor Moon"), Yuko Miyamura (Asuka z "NGE", Tamano Hinagiku z "Wedding Peach"), czy też Neya Michiko (Rally z "Gunsmith Cats", Talho z "Eureka Seven). Nie ma co się zatem obawiać, że postacie są kiepsko odegrane, i że w ich głosach brak emocji. Każda z bohaterek brzmi bardzo przekonująco i w zgodzie ze swym charakterem, a co więcej bardzo fajnie brzmią wypowiadane przez nie nazwy ataków specjalnych.
"Variable Geo" nie jest hitowym anime. To raczej zjadliwy, bardzo ładnie wykonany średniaczek, który może spodobać się mniej wymagającym widzom. Nawet oni jednak mogą czuć się lekko zagubieni, jeśli nie mieli styczności z grami. Tym bardziej, że wiele wątków przedstawionych zostało bardzo po łebkach.
Warto zatem dać tej serii szansę? Raczej tylko jeśli znany wam jest growy pierwowzór, albo też szukacie po prostu ślicznie wyglądającej bajki z pięknymi dziewczętami. Jeśli poszukujecie czegoś z solidną, rozbudowaną fabułą, to rozejrzyjcie się za tym gdzie indziej. W "Variable Geo" tego nie znajdziecie.
Typ Anime- Seria OVA
Rok produkcji - 1996 Pełny Tytuł: „Variable Geo”
Reżyseria: Yoshida Tooru Scenariusz: Yousuke Kuroda Muzyka: Harukichi Yamamoto
Gatunek: Komedia, Ecchi, Akcja Liczba Odcinków: 3 Studio: Chaos Project Ocena Recenzenta: 5/10
Mniej więcej rok temu, wspominałem przy okazji recenzji RahXephona, że zauważyłem ostatnimi czasy wśród członków naszego chińskobajkowego fandomu, zwiększone zainteresowanie tytułami psychologicznymi i psychodelicznymi. Wyraziłem wtedy również swoje rozczarowanie (oraz zdegustowanie) faktem, że ilekroć pytanie o tego typu tytuły pada, to zaraz zlatuje się chmara typowych otaczków, polecających gnioty pokroju "Mirai Nikki", "Another", czy też, o zgrozo, "Elfen Lied". Z kolei produkcji faktycznie przełomowych i awangardowych, dokonujących szczegółowej i dogłębnej analizy psychiki ludzkiej, czy też umiejętnie operujących bogatą, psychodeliczną nawet symboliką, nie poleca prawie nikt. Z drugiej strony ciężko się jednak takiemu stanowi rzeczy dziwić, skoro lwia część tego typu tytułów pochodzi z wieku dwudziestego, od którego ta dominująca obecnie, młodsza (odezwał się ten stary), stroniąca od "brzydkiej" kreski część fandomu trzyma się z dala.
Dlatego też, jako "Naczelny Archeolog" (hue) polskiego fandomu poczuwam się do obowiązku przybliżania tych starszych, zdecydowanie wartych uwagi tytułów, coby nie zaginęły one na zawsze w mrokach dziejów. Dziś przyjrzymy się jednej z najbardziej ambitnych i kultowych produkcji w historii anime, z której garściami czerpali inspirację twórcy takich tytułów jak "Shoujo Kakumei Utena", czy też "Mawaru Penguindrum". Mowa oczywiście o genialnym, acz mocno kontrowersyjnym "Kanashimi no Belladonna". Ostatniej produkcji z trylogii "Animerama" od Mushi Productions.
Film oparty jest na książce "Czarownica" autorstwa Jules'a Micheleta i opowiada historię słynnej Joanny D'Arc. Wszystko zaczyna się od ciepłych, kolorowych scen ze ślubu naszej bohaterki - prostej, ale pięknej wieśniaczki Jeanne - oraz jej ukochanego imieniem Jean. Żywe i radosne barwy bardzo szybko ustępują jednak miejsca tym mrocznym i ponurym, kiedy to możnowładca krainy zaczyna upominać się o tradycyjną zapłatę, za zawarcie związku małżeńskiego. Jako że Jean wywodzi się z równie biednej rodziny, co jego ukochana, nie jest w stanie jej zapłacić. W wyniku takiego obrotu spraw, władca postanawia w ramach zapłaty skorzystać z przysługującego mu prawa pierwszej nocy i w brutalny sposób gwałci Jeanne. Jakby tego było mało, zaraz po nim robi to także cały jego dwór i straż. Gdy zdruzgotana, pozbawiona dziewictwa Jeanne wraca do domu, czeka ją kolejny cios. Jej własny mąż bowiem nie jest w stanie na nią patrzeć i odtrąca ją. Zrozpaczona, skrzywdzona przez świat kobieta zostaje niedługo potem odwiedzona przez Diabła, który składa jej propozycję nie do odrzucenia...
"Kanashimi no Belladonna" to bardzo ciężki w odbiorze film. Nie tylko bowiem nasycony jest seksem oraz okrucieństwem, ale operuje też bardzo obficie symboliką. W praktycznie każdej ze scen doszukać można się drugiego, trzeciego, a nawet i czwartego dna, przez co zdecydowanie nie jest to odpowiedni film dla tych, którzy nie lubią myśleć podczas seansu. Co więcej, symbolika ta jest bardzo osobliwa i wyszukana - pełno w niej mocno dwuznacznych, momentami niezwykle psychodelicznych obrazów, potrafiących wprawić widza w konsternację. Podobnie wygląda sprawa ze wspomnianymi okrucieństwem oraz erotyką. Ciężko odmówić filmowi kreatywnego, awangardowego wręcz sposobu ich przedstawiania i stwierdzić trzeba, że zdecydowanie potrafią one wprowadzić w stan przygnębienia, napełnić serce nieprzyjemnym uczuciem niepokoju, czy też po prostu zniesmaczyć. Dodajmy do tego jeszcze bardzo ponury, przygnębiający klimat produkcji oraz liczne odniesienia do najmroczniejszych aspektów średniowiecznej Europy. W tym wszystkim jednak objawia się właśnie siła tego tytułu. Twórcy doskonale wiedzieli, jakie emocje chcieli u widzów wywołać i udało im się to świetnie. Co więcej - w przeciwieństwie do takiego "Elfen Lied", zawarte w filmie tym dosadne sceny nie pełnią jedynie funkcji taniego szokera, a faktycznie kryją za sobą jakiś głębszy, niewidoczny na pierwszy rzut oka sens. Również bohaterowie nie są tylko tym, kim zdają się być. Praktycznie każda z występujących w filmie postaci już sama z siebie jest jakimś symbolem, podobnież jak i jej osobowość oraz interakcje z pozostałymi, występującymi w dziele tym indywiduami. Ciężko jest właściwie sensownie i szczegółowo opisać cały symbolizm tych scen czy postaci, w taki sposób, by nie spoilerować nadmiernie fabuły filmu, dlatego też polecałbym raczej obejrzeć twór ten samemu i spróbować nad nimi pogłówkować.
Oprawa audiowizualna filmu jest równie wyszukana i sugestywna, co jego treść. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to nietypowy styl rysunku, któremu bliżej jest do europejskich ilustracji, aniżeli typowej chińskiej bajki. Dochodzi do tego jeszcze nietypowy sposób animacji. Dominują statyczne, ale niezwykle piękne, malowane jakby akwarelami plansze, po których od czasu do czasu porusza się jeden, czasem więcej obiektów. Przeplatane są one na przemian w pełni zanimowanymi scenami, pojawiającymi się z reguły w bardziej psychodelicznych momentach, oraz delikatnymi, chwilami ledwie zacieniowanymi szkicami, wyciągniętymi jakby prosto ze szkicownika. Film fantastycznie operuje też kolorystyką i sugestywnymi ujęciami, dzięki czemu świetnie buduje klimat. Bardzo ciekawie prezentują się także same projekty bohaterów. W całym filmie pojawiają się zaledwie dwie, może trzy wyglądające jak normalni ludzie postacie. Są to, oczywiście, Jeanne i jej ukochany. Cała reszta bohaterów jest karykaturalnie zniekształcona, część z nich przypomina nawet bardziej potwory z horrorów, aniżeli istoty ludzkie. Zabieg ten sprawia, że widz jeszcze bardziej ma szansę zrozumieć, jak po doświadczeniu wszystkich tych cierpień czuje się Jeanne, jak bardzo zmienił się jej sposób postrzegania świata.
Muzyka jest bardzo nietypowa i niepokojąca. Masahiko Satou to prawdziwy geniusz - udało mu się stworzyć kompozycje fantastycznie budujące klimat, w pełni wydobywające z każdej ze scen towarzyszące im emocje oraz atmosferę. Każdy z utworów brzmi po prostu wyśmienicie, idealnie komplementując pojawiające się na ekranie surrealistyczne, chwilami nawet mocno psychodeliczne obrazy. Świetne są także wszelkie piosenki śpiewane - wykonane z doskonale oddanymi emocjami, brzmią wspaniale i potrafią chwycić za serce. Gra aktorska również jest specyficzna. Żaden z występujących w tym filmie seiyuu nie był profesjonalnym aktorem ani nie wystąpił później w żadnej innej produkcji. Wszyscy byli, po prostu, zwykłymi ludźmi. Stąd też niektóre wypowiadane przez nich kwestie niekoniecznie brzmią tak dobrze, jak te odgrywane przez zaprawionych aktorów w innych produkcjach. Nadal jednak brzmią naturalnie i przekonująco. Zwłaszcza aktorzy wcielający się w postacie Jeanne oraz Diabła spisali się bardzo dobrze.
Jak wspomniałem, "Kanashimi no Belladonna" nie jest filmem dla każdego. To bardzo ciężki w odbiorze obraz, pełen kontrowersji i szokującej symboliki. Jeśli jednak duża dawka psychodelii jest wam niestraszna a i lubicie w trakcie seansu troszkę pogłówkować, to z całego serca tytuł ten polecam. Jest to bowiem film jedyny w swoim rodzaju, niezwykle awangardowy i pokazujący, jak ogromne możliwości w opowiadaniu historii daje medium animacji. Jest to też jedno z tych anime, które naprawdę można określić dojrzałym i psychologicznym. Powiem więcej - to prawdziwe dzieło sztuki i pozycja obowiązkowa dla koneserów dobrej animacji, którzy lubią doświadczać nowych wrażeń i napawać się cudownym surrealizmem.
Typ Anime- Film Kinowy
Rok produkcji - 1973 Pełny Tytuł: „Kanashimi no Belladonna” ("The Tragedy of Belladonna")
Wampiry niemal od zawsze były popularnym tematem w kinematografii. Pierwszy poświęcony im film - "The Secrets of House No. 5" - nakręcony został już w roku 1912. Już 8 lat później powstała pierwsza filmowa adaptacja słynnej książki Brama Stokera - "Dracula's Guest". Niestety jednak, nie zachowała się jej żadna kopia. W roku 1922 nakręcony został jeden z najsłynniejszych wampirzych filmów w historii - "Nosferatu: Symfonia Grozy". Oprócz niego powstało jeszcze później wiele produkcji poświęconych krwiopijcom, z których warto wspomnieć takie tytuły jak "Wywiad z Wampirem", "Dracula", czy też "Nieustraszeni Pogromcy Wampirów", z tych zabawniejszych. Z bardziej znanych mang oraz anime o tej tematyce wyróżnić wypada zaś "Vampire Hunter D" oraz "Hellsing".
To nie im jednak poświęcony będzie dzisiejszy tekst. O nie. My przyjrzymy się produkcji podchodzącej do opowieści o legendarnym krwiopijcy z Transylwanii w sposób bardzo... specyficzny. Produkcji, która u nas jest jeszcze dość obskurna, ale za granicą dorobiła się już na dobrą sprawę miana kultowej i bardzo często wyświetlana jest na konwentach. Na warsztat bierzemy dziś jedną z najbardziej (nie)sławnych adaptacji marvelowskich komiksów - "Dracula: Sovereign of the Damned".
Nasza historia zaczyna się w momencie, gdy legendarny wampir - Hrabia Drakula - wparowuje do opuszczonego, bostońskiego kościoła, w którym odbywa się satanistyczny rytuał. Krwiopijca robi wielki ambaras, po czym porywa dziewicę, która miała być ofiarą dla samego księcia ciemności i odlatuje w siną dal. Nasz bohater chce z początku oczywiście zatopić kły w jej bladej szyi i pożywić się jej świeżą krwią, jednak ku swemu własnemu zdumieniu... zakochuje się w niej i postanawia uczynić ją swoją wieczną małżonką. Niedługo potem na świat przychodzi owoc ich miłości - mały Janus. Wampirze małżeństwo nie będzie mogło jednak w spokoju wychować swojego potomka. Zdrowo wkurzony Lucyfer bowiem dopomina się o swoje i nieustannie nasyła na hrabiego swoich popleczników, a jakby tego było mało, wkrótce okazuje się też, że na tropie naszego bohatera jest cała drużyna pogromców wampirów. Drakula będzie musiał zatem nieustannie stawiać czoła kolejnym, coraz potężniejszym przeciwnikom, starając się w tym samym czasie chronić swoją nową rodzinę. Czy podoła?
Na podstawie tego krótkiego streszczenia wydawać by się mogło, że będziemy mieli do czynienia z ciekawą i emocjonującą opowieścią, w której to dla odmiany to transylwański hrabia jest tym dobrym. Niestety (a może "stety"?), ze względu na to, jak nieumiejętnie jest to wszystko przedstawione, robi się z tego raczej niezamierzona, durnowata komedia, która nieustannie wywołuje u widza uśmiech politowania, albo też nawet przyprawia go o napady histerycznego śmiechu. Przykładowo, już na samym początku filmu dostajemy sceny, w których Drakula wysysając ludzi zamienia ich w... Smerfy. Potem znowuż uraczeni zostajemy sceną, w której sędziwy pogromca wampirów na wózku inwalidzkim, popychany przez swoją pielęgniarkę, wywija szpadą, usiłując pogonić pewnego młodziana. A czy wspomniałem już, że nikt jakoś nie wydaje się przejmować tym, że Drakula, ze szpiczastymi uszami i ubrany w swój charakterystyczny płaszcz (podobnie jak i jego małżonka), wbijają na obiad do najpopularniejszej w mieście restauracji? A to jeszcze małe piwo! Potem mamy jeszcze okazje zobaczyć, jak pozbawiony swoich mocy Drakula, zmuszony jest okradać losowych przechodniów i przeznaczać ich ciężko zarobione pieniądze na... hamburgery. Nie, serio! To prawdopodobnie jedyny film, w którym widziałem jak wampir wpieprza ze smakiem burgera. Całej historii absurdu dodaje jeszcze fakt, że osadzona jest nie w strasznej mrocznej Transylwanii, a żywym, kolorowym Bostonie. No i są jeszcze wybornie kretyńskie, pozbawione sensu dialogi, które swoją głupotą sprawiają, że te z "Elfen Lied" brzmią jak faktycznie sensowne i inteligentne wywody. Wszystko to sprawia, że Dracula jest filmem wręcz idealnym na głupawkowe popijawy z kumplami. Pamiętam, że miałem przyjemność oglądać go po raz pierwszy, wraz ze społecznością popularnej satyrycznej strony - "Encyclopedia Dramatica" - podczas jednego z ich wieczorków z najgorszymi anime. Dzięki komentarzom innych widzów oraz samej ogromnej głupocie filmu, ryczałem ze śmiechu tak mocno, że ledwo łapałem oddech, a żebra i brzuch bolały mnie potem przez kilka dobrych dni. Jak nietrudno się domyślić, postacie są równie durne, co sama historia. Zwłaszcza Dracula, starający się udawać śmiertelnie poważną i tragiczną postać, serwując przy tym pokaz ostro przejaskrawionych emocji sprawiał, że płakałem ze śmiechu. Podobnież jego niekompetentni przeciwnicy, których nieudolne plany i ataki wywoływały u mnie tak histeryczny śmiech, że aż z sąsiedniego pokoju przyszedł współlokator, by zobaczyć czy wszystko w porządku.
Oprawa graficzna jest okropnie tania i brzydka, co jeszcze bardziej potęguje niezamierzoną śmieszność tej produkcji. Pokraczne ruchy bohaterów w połączeniu ze zbyt sztywną, albo przesadzoną mimiką potrafią sprawić, że napój który pijecie, bardzo szybko trafi na ekran waszego komputera. Podobne działanie mają także same projekty postaci, które są albo do przesady paskudne i groteskowe, albo do przesady wyidealizowane, tak że przypominają kilkukrotnie przepakowanych bohaterów amerykańskich komiksów. Tła są z reguły utrzymane w nudnych, ciemnych barwach. Do tego stopnia, że momentami na ekranie kompletnie nic nie widać. Zdarza się jednak kilka takich, na które miło jest popatrzeć. Muzyka zaś? Szczerze mówiąc jest tak niezauważalna, że natychmiast ginie gdzieś tam w tle i nie jestem w stanie przypomnieć sobie brzmienia nawet jednej piosenki. Prawdziwą gratką jest tu jednak gra aktorska, zwłaszcza ta ze ścieżki anglojęzycznej. Aktorzy wczuli się w swoje postacie aż do przesady i każdą swoją wypowiedź akcentują z tak wielkimi impetem i dramaturgią, że słuchając ich ciężko nie parsknąć szczerym śmiechem. Zwłaszcza pełne patosu przemowy głównego bohatera potrafią przyprawić o ból brzucha. Przekomicznie brzmią też wszystkie wampirze ryki i syki, czy inne onomatopeje. Z reguły jestem zwolennikiem oryginalnych ścieżek dźwiękowych, ale Dracula jest jednym z tych nielicznych przypadków, gdzie całym sercem opowiadam się po stronie angielskiego dubbingu. Jest po prostu tak cudownie zły, że aż dobry.
Widziałem wiele okropnie złych anime, ale "Dracula" bez większego problemu deklasuje je wszystkie i od długiego czasu zajmuje "chwalebne" miejsce mojego ulubionego guilty pleasure. Ten film jest po prostu tak cudownie głupi i niezamierzenie zabawny, że dostarcza mi mnóstwa głupawki i rozrywki za każdym razem, gdy go oglądam. I nie ważne, że widziałem go już tyle razy, że znam go już na pamięć. Zawsze bawię się na nim równie dobrze, co za pierwszym razem. Ba! Pałam do tego filmu taką miłością, że zabieram go ze sobą na praktycznie każdy konwent i często przejmuję nudne, nocne panele, i puszczam go znudzonym uczestnikom. Ożywiają się niemal natychmiast i rżą jak durni. Zwłaszcza gdy odpalę specjalnie spreparowane polskie napisy, wykonane przez autotłumacza YouTube, które czynią dialogi jeszcze bardziej absurdalnymi. Film ten stał się już na dobrą sprawę ulubioną bajką aktywniejszej części poznańskiego fandomu. Kto wie, czy za parę lat, dzięki naszemu forsowaniu, nie stanie się równie lubiany w pozostałych rejonach kraju. Wypatrujcie nas na konwentach!
Typ Anime- OVA
Rok produkcji - 1980 Pełny Tytuł: „Yami no Teio: Kyuuketsuki Dracula” ("Dracula: Sovereign of the Damned")
Kim są idolki wie chyba każdy, kto popkulturą Kraju Kwitnącej Wiśni interesuje się dłużej, niż te kilka miesięcy "inicjacji". Śliczne, wystrojone w najróżniejsze fikuśne kreacje gwiazdki, swym urokiem oraz głosami zdobywają całe rzesze fanów, nie tylko nihońskich i można powiedzieć, że są prawdziwym fenomenem popkulturowym. Ba, ciapońskie idolki pojawiają się już nawet nie tylko na japońskich eventach, ale jeżdżą także po całym świecie. Jedna przyjechała nawet ostatnio do Polski i dała popis na tegorocznym Japaniconie.
Nic dziwnego zatem, że o idolkach powstało mnóstwo bajek. Trochę lepszych, trochę gorszych oraz kilka takich, które są tak złe i głupie, że jakimś cudem człowiek świetnie się przy nich bawi. Taką właśnie produkcją jest "Venus Project Climax" z poprzedniego sezonu. Seria którą podniosłem przez całkowity przypadek, a która dostarczyła mi mnóstwa rozrywki.
Formula Venus to popularny show, w którym idolki z całego świata rywalizują ze sobą o tytuł najlepszej na świecie. Za pomocą specjalnego oprzyrządowania ich umiejętności, mierzone za pomocą wykonywanych piosenek, przyjmują formy wielkich wirtualnych robotów i ścierają się ze sobą na cyfrowych arenach.
Wielką fanką show jest główna bohaterka serialu - Hara Eriko. Po tym, jak zostaje oczarowana przez finałowy występ dwóch najsłynniejszych w branży idolek, sama postanawia spróbować swoich sił w tym biznesie. Zaczyna zatem ciężko trenować, by pewnego dnia, podobnie jak jej idolki, stanąć na scenie. Jej umiejętności i determinacja szybko zostają dostrzeżone przez profesjonalną agencję, która postanawia spełnić jej marzenie i uczynić z niej prawdziwą gwiazdę. Droga do sławy nie będzie jednak prosta - Eriko szybko przekona się, jak wiele trudu i poświęceń potrzeba, by osiągnąć sukces w tym biznesie.
Zacznijmy może od tego, że Venus Project Climax było chyba tą serią, która w sezonie letnim zaskoczyła mnie najbardziej. Nie dlatego, że jest jakaś specjalnie dobra (och, wręcz przeciwnie), ale dlatego że okazała się być czymś całkiem innym niż się spodziewałem. Odpalając serial liczyłem na kolejną typową serię o wystrojonych w pstrokate sukienki, tańczących dziewczątkach, a tu nagle w pierwszych sekundach odcinka dostaję... wielkie roboty. I to nie byle jakie wielkie roboty, a całkiem fajnie zaprojektowane, ruszające się jak coś co wyszło spod rąk samego Obariego maszyny! Rakietowe pięści latały, wszystko wkoło eksplodowało, a feria barw zalewała ekran. A to wszystko okraszone jeszcze całkiem ładnymi, fajnie ruszającymi się dziewczątkami. I mimo że wyraźnie było widać, że produkcja nie ma zbyt wielkiego budżetu, tak pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne.
Jako że część animowana (bo jest też z aktorami, więcej za chwilę) VPC składa się z zaledwie 6 epizodów, ciężko mówić tutaj o jakiejś bardziej rozbudowanej historii. Otrzymujemy dość typową, trywialną i króciutką opowiastkę o rywalizacji, przyjaźni i pokonywaniu własnych słabości. Praktycznie wszystkie wątki i pomysły pojawiające się w bajce zostały już przedstawione (często w dużo lepszy sposób) w innych produkcjach. I choć samo zakończenie nie jest tak do końca stereotypowe, to sam "morał" z niego płynący już jak najbardziej.
Same bohaterki też jakoś specjalnie nie powalają. Wszystkie występujące w serii dziewczątka to bardzo jednowymiarowe postacie, będące prostymi kalkami najbardziej typowych dla chińskich bajek charakterów. Na plus jednak można zaliczyć ich różnorodność. I tak Eriko to energiczna, acz dość głupiutka nastolatka o złotym sercu i żołądku bez dna; Miu to ułożona i spokojna dziewczyna z dobrego domu, mocno wyczulona na punkcie swojej wagi; Horusu znowuż to typowa cycata, dojrzała kobita, celująca w spodnie miłośników krągłych kobiet, a Ruka to sztandardowy przykład cichej i zamkniętej w sobie Goth Lolity, mającej przyciągnąć do ekranu loliconów. Właściwie nie będzie przesadą stwierdzenie, że każda z bohaterek jest przykładem innego fetyszu i powstała głównie po to, aby pobudzać fantazje dojrzewających chłopców. Tym bardziej, że show nie ukrywa, że celuje właśnie w tą grupę odbiorców i serwuje bardzo duże ilości fanserwisu. W praktycznie każdym epizodzie mamy podskakujące piersi, odsłonięte brzuchy, niewybredne żarty, czy też sceny pod prysznicem. I o ile z reguły nadmierne używanie tego typu zagrywek mnie mocno żenuje, tak tutaj niezmiernie mnie bawiło. Głównie dlatego, że było to tak kretyńskie i wymuszone, że ciężko było mi nie prychać co chwilę, widząc jak twórcy nieustannie próbują bombardować widza cycami i pupami, wywołując skutek całkowicie odwrotny do zamierzonego. Ale wiecie co? To tam jeszcze pół biedy! Jeszcze bardziej skisłem z tego, jak w bajce tej przedstawiono Rosję. Brudny, biedny, wyniszczony gospodarczo kraj, w którym jedyną nadzieją na lepsze jutro dla mieszkańców są piosenki i wywijanie tyłkiem roznegliżowanej nastolatki. Jeszcze większego absurdu temu obrazkowi dodaje fakt, że Rosję nazwano tutaj "Pooristan". Nie, nie żartuję. Nie powinno was dziwić zatem, że dostawałem ataków histerycznego śmiechu, za każdym razem gdy menedżer Ruki, ze śmiertelną powagą przypominał jej nieustannie, że musi wygrać by ratować Biedastan, albo gdy też ona sama w swych monologach wspominała, że musi to zrobić dla swoich kochanych pobratymców.
Oprawa audiowizualna to straszna bieda. Choć same projekty dziewcząt całkiem mi się podobały - głównie dlatego że nie dominują tu wychudzone płaskie lolity, a krągłe, dobrze zbudowane dojrzałe kobiety - tak już to, jak często były one przez animatorów zniekształcane, niekoniecznie. Cycki i pupy rosną i maleją, twarze przyjmują dziwne grymasy, wzrost postaci nieustannie się zmienia, a jakby tego było mało, nawet na tzw. "panning shots" (pojedynczy duży obrazek, pokazywany przez przemieszczającą się wertykalnie lub horyzontalnie kamerę) można było dopatrzeć się wpadek w postaci źle sklejonego obrazu, przez co dochodziło do delikatnych przesunięć i dalszy ciąg ręki czy uda nie zawsze był tam, gdzie być powinien. Animatorzy nie wiedzą też chyba, jak działają ubrania, bowiem gdy jedna z idolek - cheerleaderka - podnosiła giry wysoko do góry, to jej spódniczka jakimś cudem nie podnosiła się i nie pokazywała bielizny. No, chyba że to kwestia tego, że technologia poszła w tej bajce tak bardzo do przodu, że powstały już spódnice na tyle sztywne, ale jednak wygodne, że dziewczyny nie muszą się martwić przy machaniu girami, że nie daj Bóg ktoś zobaczy ich ulubione pasiaste majteczki.
Roboty cierpią na dokładnie ten sam problem. Choć ich projekty są całkiem fajne, tak znowuż bardo często zostają spieprzone przez animatorów. A to zmienią im się nagle kolory, a to ktoś zapomni im narysować jednej nogi, a to nagle się przeteleportują, mimo że takiej zdolności nie mają, etc.
Tła jako jedyne dają radę. Strasznie biedne są jednak tzw. "eyecatche" (pojawiające się w połowie odcinka plansze, występujące najczęściej przed przerwą na reklamę). Ograniczone zostały do kilku prostych plansz, na których znajduje się średniej jakości ilustracja z jedną idolek, oraz niedbale wklejone logo serii.
Muzyka? Bardzo typowe j-pop i elektronika. Żaden z kawałków nie zapadł mi raczej zbytnio w pamięć. Nawet opening jest mocno taki se i chyba tylko jeden jego moment jakoś bardziej mi się spodobał. Poza pierwszym starciem robotów ma jednak zdecydowanie najlepszą animację w całej bajce.
Głosy postaci? Raczej okej, nic specjalnego. Jednak Eriko koszmarnie mnie swoim głosem drażniła. Uderza on momentami w tak nieprzyjemne dla ucha tony, że aż się krzywiłem. Jak ktoś z takim głosem mógł zostać idolką, nie wiem, ale to przecież nie największy absurd w VPC.
VPC jest produkcją okropnie durną i słabą. Wygląda strasznie tanio, mimo bycia bajką o idolkach nie zachwyca muzyką a i trudno doszukiwać się weń głębszej fabuły, lub też ciekawiej skonstruowanych postaci. A jednak mimo wszystko bawiłem się nań całkiem dobrze. Jest to seria tak masakrycznie tania i głupia, że aż zabawna. Podobnie jak "Krzyż Endżu", czy też Ginguiser jest to seria idelna na głupawkową popijawę z kumplami. Na chwilę obecną zdecydowanie moje ulubione Guilty Pleasure tego roku.
Typ Anime- Seria Telewizyjna
Rok produkcji - 2015 Pełny Tytuł: „Venus Project: Climax”
Liczba Odcinków: 6 Studio: Nomad Ocena Recenzenta: 4/10
-Jak wspomniałem, zaledwie 6 odcinków serii to faktyczna bajka. Reszta epizodów to reality show z prawdziwymi japońskimi idolkami. Jest on jednak jeszcze słabszy, niż odcinki animowane, dlatego zapoznanie się z nim polecam tylko wielkim miłośnikom idolek
-Serial powstał jako reklama dla gry wideo pod tym samym tytułem. Gościnnie pojawiają się weń nawet jej bohaterki.