niedziela, 18 grudnia 2016

Kilka animowanych shortów, o których istnieniu nie mieliście pojęcia... (Część I?)

Również i w tym roku brałem udział w zorganizowanym przez znajomka "czelendżu", polegającym na obejrzeniu jak największej liczby chińskich bajek z backlogu w ciągu roku. No i jak moglibyście się po mnie spodziewać, większość mojej listy stanowią mniej lub bardziej znane tytuły z ubiegłego wieku. Ba, w tym roku zahaczyłem nawet o parę okropnie obscure animowanych shortów, których nie widział prawie nikt. I mówiąc "prawie nikt" wcale nie przesadzam, bo niektórych z tych animacji nie ma nawet w bazie "My Anime List", czy innych tego typu witryn. 

I tak oglądając sobie te shorty naszło mnie, by napisać o nich coś więcej. Jest tylko pewien szkopuł - jak sklecić sensownej długości recenzję czegoś, co trwa najczęściej ledwo 5 minut, nie ma jakiejś rozbudowanej (a czasem nie ma nawet w ogóle) fabuły, często nawet pozbawione jest jakiejkolwiek gry aktorskiej i jest generalnie animacją dla samej animacji?
No więc wpadłem na pomysł, by zebrać kilka spośród tych znanych mi shortów w jeden post zbiorczy i w ten sposób je wam przedstawić. Czy zrobię z tego jakiś bardziej regularny cykl jeszcze nie wiem (z moim lenistwem i  zabieganiem na studiach może być ciężko) ale zobaczymy, co z tego wyniknie. Póki co, na próbę, przedstawiam wam cztery mniej lub bardziej warte uwagi tytuły, o których prawdopodobnie nigdy nie słyszeliście. Nie samym Daiconem mangozjeb wszakże żyje, o.

1. Cosmic Chase: Rami-chan's Close Call (Prawdopodobnie 1983)



Urocza królikodziewczynka Rami-chan podczas lotu przez kosmos zostaje zaatakowana przez wrednych kosmitów. Uciekając przed nimi rozbija się na nieznanej planecie. Jej prześladowcy jednak nie odpuszczają i nasza bohaterka musi stawić im czoła w bezpośredniej walce.

Pierwsze anime stworzone przez niezależne studio "Rami", które działało również m.in przy animacji otwierającej konwent Azicon1. Strasznie ciężko było znaleźć w sieci jakiekolwiek informacje na temat tego dzieła, co nie dziwi, bo niestety mało kto dziś interesuje się starymi animacjami otwierającymi konwenty, a co dopiero dziełami malutkich studiów niezależnych.

Krótka, kolorowa i całkiem ładnie zanimowana kreskówka. Szczególnie zachwyciła mnie płynność ruchów, widoczna najbardziej w scenach pościgów. Okraszone są one jeszcze dodatkowo bardzo ładną animacją płomieni i wybuchów. Później trochę rzucają się jednak w oczy lekkie spadki w liczbie klatek na sekundę, a także pewne uproszczenia. Najbardziej widoczne są chyba słynne cięcia ostrza na czarnym ekranie, miast faktycznej animacji ciosu. No ale to produkt w stu procentach fanowski i zrobiony z własnej kieszeni, więc można przymknąć na to nieco oko. Pochwalić warto niezwykle urocze projekty postaci i całkiem niezłe pojazdy (marchewkorakieta najlepsza!) oraz mechy. Bardzo podobało mi się też, ile różnych emocji potrafiła wyrazić tytułowa Rami bez słów, za pomocą samej mimiki. I mowa tu nie tylko o tych bardzo widocznych grymasach, jak radość czy gniew, ale również delikatnych, subtelnych zmianach na twarzy, kiedy to bohaterka odzyskuje powoli przytomność po kraksie.

Muzyka wypada już niestety tak sobie. Wszystkie kawałki to bardzo krótkie, generyczne utwory, odpowiednio po prostu zapętlone. Poprawnie spełniają swoje zadanie, ale w pamięć raczej nie zapadają. Efekty dźwiękowe zaś to głównie dobrze znane miłośnikom staroszkolnych S-F anime odgłosy promieni laserowych, chrzęsty stawów w mechach czy też odgłosy "Gundamowych Vulcanów". Czyli jest okej, choć bez rewelacji.
Co do gry aktorskiej to w trakcie całej kreskówki pada tylko jeden okrzyk bojowy, kiedy to jeden z wrogich mechów, widząc jak Rami bez trudu pokonuje jego towarzyszy, postanawia powiększyć swoje rozmiary. Brzmi bardziej śmiesznie niż przerażająco, ale chyba taki właśnie był zamysł twórców.

Oczywiście, tak jak inne obscure shorty i animacje otwierające konwenty, dostępne jest to tylko w ziemniaczanej jakości VHS. 

2. Super Lolicon Fortress Range (Prawdopodobnie 1982)



W dalekiej przyszłości "loliludzkość" wyrusza na podbój kosmosu, na pokładach olbrzymich kolonii. Niestety, eksploracja kosmosu zostaje gwałtowanie zahamowana w momencie gdy moe kolonistki zostają zaatakowane przez kosmitów nazywanych "Wielkimi Zboczeńcami"! Do walki z nimi stworzona zostaje specjalna seria myśliwców "RF" ("R" od "Roricon", oczywiście), zdolnych transformować się w... wielkie, urocze dziewczęta. Czy nowa lolicia broń będzie w stanie przeciwstawić się olbrzymim, mechanicznym pingwinom sterowanym przez wrednych kosmitów?

Brzmi znajomo? Jasne, że brzmi! Bo "Range" to krótka i cholernie zabawna parodia kultowego "Super Dimensional Fortress Macross", wykonana w latach 80-tych przez grupkę zagorzałych fanów z Uniwersytetu Tokai. Gościnnie pojawia się również kilka postaci z innych popularnych w tamtym okresie produkcji, jak m.in Momo z "Minky Momo", czy też Angie z "Joou Heika no Petite Angie", na bazie której zaprojektowany jest nawet jeden z robotów.
Całkiem nieźle zanimowane, jak na produkt w 100% fanowski i amatorski, ale tła pozostawiają bardzo dużo do życzenia. Są bardzo proste i wykonane strasznie na odwal się. Na plus jednak genialne sparodiowanie wielu kultowych scen, póz, czy też nawet "eyecatchy" z "Macrossa". Pojawia się nawet słynna scena z openingu, gdzie Valkyria leci przez miasto, transformując się co chwila i ostrzeliwując wroga. Głośno rykłem też z tego, jak przedstawiono tutaj tzw. "Pinpoint Barrier", którego maszyny w Macrossie używały do obrony. Jest ona generowana przez... groszki, znajdujące się na spódniczce robota. Bardzo podobało mi się także to, że twórcy zawarli w animacji słynne podziękowania dla sponsorów, a nawet zapowiedź kolejnego (oczywiście nigdy nie powstałego) odcinka.

Muzyka (z openingiem i endingiem włącznie!!) i efekty dźwiękowe też są żywcem wyciągnięte z Macrossa, co tylko dodaje kreskówce śmieszności. Gra aktorska jednak pozostawia baaaaaardzo dużo do życzenia. Wyraźnie słychać, że to totalna amatorszczyzna, bo poza "qt" dziewczynkowymi piskami, pokroju "Kya~" etc. wszystko brzmi sztucznie i bez wyrazu. 

Szczególnie warte pochwały jest jednak to, że twórcy byli nawet na tyle ambitni i pomysłowi, że zrobili specjalne figurki i lalki (!!!) które potem pokazane zostały w sztucznej reklamie, rzekomo promującej zabawki z serii. Kurde, kiedyś to fanom się chciało w takie fajne rzeczy bawić.

Niestety, podobnie jak Rami-chan i wiele animacji otwierających konwenty z tamtych czasów, nie da się tego znaleźć nigdzie w jakości lepszej, niż bardzo podniszczone ripy z VHS.

3. Uracon III Opening Animation (1984)



Naszą planetę najeżdżają kosmici! Nie robią tego jednak (przynajmniej tym razem) celem jej podbicia i sprzedania jakimś kosmicznym magnatom. Tym razem chodzi im jedynie o... waifu. Jak się bowiem okazuje, kosmici to tylko i wyłącznie piękni bishouneni, którym do szczęścia potrzebna jest wybranka serca. No ale jako że my facety jesteśmy gupie i złaknione krwi bestie, to nie możemy po prostu ładnie poprosić, tylko wysyłamy do walki olbrzymie roboty. Inwazję powstrzymać może tylko wojownicza, zielonowłosa piękność wspierana przez zaprzyjaźnione różowe potworki.

W latach 80-tych animacje otwierające konwenty były czymś, bez czego nie mogła się obyć żadna szanująca się impreza. Nie inaczej było więc i w przypadku trzeciej edycji popularnego Uraconu. Warto nadmienić, iż animacja ta powstała zaledwie rok po słynnym openingu Daiconu IV. Brak jej jednak zaskakującej płynności i doszlifowania znanych z produkcji (wtedy dopiero mającego powstać) Gainaxu. Postacie ruszają się dużo sztywniej i toporniej, a i niektóre przejścia są bardzo dziwne i nagłe, co wprowadzić może widza w zakłopotanie. Mimo wszystko jednak, Uracon III to wciąż bardzo imponujące dzieło, zwłaszcza jak na coś wykonane przez niewielką grupkę amatorów zapaleńców. Szczególnie sceny akcji z wielkimi robotami i myśliwcami wyglądają świetnie.
Nie mogło oczywiście zabraknąć również nawiązań do popularnych w tamtym okresie produkcji. Wprawne oko dostrzeże zapewne m.in Scopedogi z "Armored Trooper VOTOMS", a w innej scenie zaobserwować można także słynne "AREA 88" wyświetlające się na jednym z monitorów.

Bardzo podobało mi się jak rozwiązano kwestię głosów postaci. Choć nie usłyszymy tutaj żadnych seiyuu, to za każdym razem kiedy jakiś bohater powinien się wypowiedzieć, podłożony zostaje pod niego inny dźwięk. I tak, przykładowo, gdy jeden z kosmitów wrzeszczy wniebogłosy bo poparzył się herbatą to słychać wysokie, rozstrojone nieco tony; a kiedy bohaterka zasadza innemu najeźdźcy kopniaka w klejonty, ten zaczyna ryczeć jak rozgniewany lew.
Na plus również bardzo przyjemna dla ucha, ładnie zaśpiewana piosenka kończąca animację - "Violet Zone" - okraszona dodatkowo bardzo ciekawą animacją, pokazującą szkice konceptowe oraz jak wyglądały prace nad poszczególnymi scenami. Co ciekawe! Została ona nawet wydana na specjalnym singlu, wraz z pozostałymi piosenkami pojawiającymi się w animacji!



Generalnie jeśli zawsze chcieliście zobaczyć animację "Girls vs Boys", gdzie bohaterka wkurzona że robot zajrzał jej pod spódniczkę, zaczyna ciskać we wszystko wieżowcami, to coś idealnie dla was. Całkiem toto sympatyczne i zabawne. Warto poświęcić chwilkę czasu, by obejrzeć.

4. Awake (1984)



Pewne miasto w Japonii zostaje zaatakowane przez olbrzymie potwo- em, to znaczy, olbrzymie dziewczynki przebrane za potwory! Moe monstra sieją zniszczenie i spustoszenie, wojsko jest całkowicie bezradne! W tej sytuacji jedna z bohaterek bierze sprawy w swoje ręce, wsiada do wielkiego robota i spuszcza manto słodkim kreaturom. Pozbawiając je przy okazji odzienia. Zaraz potem jednak na naszą planetę napada wielki pomarańczowy potwór. Po zderzeniu z nią doprowadza do totalnej anihilacji. Na całe szczęście jednak, mieszkańcy ziemi znajdują nowe miejsce do życia na cielsku wielkiego potwora, na którym kwitnie zaskakująco rozwinięty, zdatny do egzystencji ekosystem. Jakby tego było mało, znajdują tam również... śpiącego Godzillę, który wyczuwając ich obecność wybudza się ze snu.

No! Nareszcie coś, co jest na MAL-u. Krótka animacja stworzona jako opening konwentu "Uru Matsuri III" z 1984 roku. Zdecydowanie najładniej zanimowana z opisywanych dzisiaj produkcji. I też chyba najbardziej zboczona. Praktycznie wszystkie bohaterki zostają bowiem pozbawione odzienia i biegają nagusieńkie, jak je Pan Bóg stworzył. Dobrze, że twórcy mieli chociaż na tyle godności, że nie pokazali sutków i miejsc intymnych...
Warto wspomnieć, że swą płynną, fenomenalną animację "Awake" zawdzięcza w dużej mierze temu, że prócz zapaleńców, pracowało nad nim także kilku prawdziwych, utalentowanych animatorów i rysowników. W tym m.in Asari Yoshitoh ("Uchuu Kazoku Carlvinson", "LuCu LuCu") czy też Kenichi Sonoda ("Gunsmith Cats", "Bubblegum Crisis", "Gall Force")

Animacja usiana jest odniesieniami do starych filmów z wielkimi potworami oraz innych Tokusatsu (seriali aktorskich o odzianych w spandex super bohaterach). Praktycznie każda z dziewczynek ma na sobie strój jakiegoś słynnego monstrum pojawiającego się w filmach o Godzilli, czy też Ultramanie. A jakby tego było mało, muzyka z początku to opening pierwszej serii Ultraman, a główny motyw przewodni całej kreskówki zaś to marsz militarny autorstwa słynnego Akiry Ifukube. Z mniej japońskich rzeczy jest tutaj także fragment utworu z kultowego filmu fantasy "Dark Crystal".

Co ciekawe, animacja doczekała się nawet specjalnej książeczki wypełnionej ilustracjami, szkicami konceptowymi oraz samymi plakatami reklamującymi konwent, na którego potrzeby ją stworzono. Jakby tego było mało, doczekała się także podobno drugiego epizodu, jednak nie wiadomo o nim nic poza tym, że ukazał się gdzieś w roku 1987.





Warto jako ciekawostkę wspomnieć też, że twórcy pieprznęli się w translacji angielskiego "Awake" na japoński. Napis pojawiający się po angielskim tytule czyta się bowiem jak "Ałoku". Obligatoryjny Engrish odhaczony.


Wszystkie te animacje możecie spokojnie obejrzeć nawet na Youtube. Ostrzegam jednak, że są raczej w bardzo słabej, ziemniaczanej wręcz jakości. Kurczę, kiedy ktoś się kopsnie i powydaje te wszystkie  kultowe animowane shorty na jakimś Blu-reju, czy coś...

Gliniarz z Nowego Jorku - "Mad★Bull 34" (1990)

"Mad★Bull 34" znajdował się na mojej liście do obejrzenia od bardzo długiego czasu. Besztany bez końca przez wszystkich "Bardzo Poważnych i Cynicznych Krytyków" na Youtube, MAL-u czy innych portalach; wyśmiewany za sprawą słynnych gifów i zrzutów ekranu, na których główny bohater odrywa sobie granaty z łonowców i ciska nimi w terrorystów;  forsowany na kunwentowych panelach poświęconych najgorszym OVA z dawnych lat. Wszystko wskazywało na to, że będzie to tytuł okropny, albo co najwyżej "tak zły, że aż dobry". Jakże wielkie było więc moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że jest to... autentycznie wciągająca i zabawna komedia policyjna.

Młody gliniarz Daizaburo Edi-Ban zostaje przydzielony do oddziału policji zajmującego się niesławną dzielnicą 34 - najniebezpieczniejszym rejonem Nowego Jorku, gdzie najgorsze przestępstwa są na porządku dziennym. Zostaje partnerem doświadczonego, acz nieokrzesanego osiłka którego wszyscy koledzy nazywają "Mad Bull". Przydomek ten zawdzięcza swoim szalonym metodom działania - z przestępcami się nie pierniczy i najpierw strzela, potem zadaje pytania. Młody Daizaburo jest przez to na początku niezbyt przychylnie nastawiony do swojego nowego towarzysza. Po kilku wspólnych akcjach szybko odkrywa jednak, że w tym olbrzymim, przerażającym cielsku kryje się prawdziwe serce ze złota.

"Mad Bull" utrzymany jest w formacie epizodycznym. Każdy z czterech odcinków serii koncentruje się na innej, niezwiązanej bezpośrednio z pozostałymi sprawie. I choć żadna z nich nie jest jakoś wybitnie skomplikowana, to są na tyle różnorodne i naładowane wartką akcją, że potrafią zaintrygować i trzymać w napięciu. Naszym bohaterom przyjdzie stawić czoła m.in ojcu chrzestnemu cyborgowi, nieustraszonym Chińskim asasynom o bardzo rygorystycznym kodeksie, czy też nawet samemu Predatorowi, odzianemu w futurystyczną zbroję. Pomysłowość scenarzystów naprawdę nie miała końca. Byłem serio pod wrażeniem, bo za każdym razem gdy myślałem, że nic bardziej szalonego twórcy już nie wymyślą, pokazywali mi, że jednak wymyślą. 
Na plus serii działa też niesamowicie absurdalny, cudownie kiczowaty humor. Wspomniałem już o ciskaniu granatami z łonowców, a to zaledwie jedna z wielu komicznych i absurdalnych akcji, jakie odwalają Daizaburo i jego partner. Oprócz tego przyjdzie nam zobaczyć m.in: jak depczą po piętach seryjnego mordercy odziani we wcale nie rzucające się w oczy habity zakonnic; jak przebrani za prostytutki ratują dziennikarkę przed gwałcicielami; jak "Mad Bull" zostaje postrzelony w pupę, która zaczyna krwawić strużkami jak fontanna, przypominając coś żywcem wyciągniętego z odcinka "Toma i Jerry'ego" lub "Zwariowanych Melodii"; jak nieokrzesany osiłek próbując uwolnić się z przykuwających go do łóżka łańcuchów, zabiera cały mebel ze sobą i rusza w pogoń za przestępcą; czy też jak ciska czołgami, by pokonać Chińskich asasynów. Komediowość produkcji nie bierze się jednak tylko z absurdalności sytuacji, czy też typowo slap-stickowych gagów. Niesamowicie potrafią rozbawić także dialogi, w szczególności te które prowadzą ze sobą Daizaburo i "Mad Bull". Słuchając ich wzajemnych przekomarzanek ciężko jest nie parsknąć szczerym śmiechem.
Niestety, "Mad Bull" ma też pewien dość poważny problem. Wielu widzów bardzo gorszyć będą zapewne sceny gwałtów, pojawiające się często w zwłaszcza pierwszych dwóch epizodach. Rozumiem, że twórcy chcieli w ten sposób pokazać bezwzględność i okrucieństwo bandziorów, z którymi bohaterowie walczą, ale jednak trzeba przyznać, że momentami trochę z tym przesadzają.

Zaskakująco silną stroną tego tytułu są jego postacie. Nie należą może do wybitnie skomplikowanych, jednak nakreślone są na tyle wyraziście i mają na tyle zróżnicowane osobowości, że nie w sposób ich nie polubić. Świetnie przedstawiono także ich wzajemne interakcje i relacje. W szczególności dynamika między Daizaburo a "Mad Bullem" jest bardzo fajna i stanowi jeden z głównych motorów napędowych całej kreskówki. Chłopak jest z początku dość niepewny i nie potrafi odnaleźć się w nowym miejscu pracy. Tym bardziej, że zawsze stara trzymać się sztywno zasad, jakie wpojono mu w szkole policyjnej, przez co jest absolutnie zdegustowany zachowaniem swojego nowego partnera. Widząc jak ten bezwzględnie morduje bandziorów, czy też bez wyrzutów sumienia korzysta z usług prostytutek, dodatkowo odbierając im połowę zapłaty, młody Daizaburo coraz bardziej zastanawia się, czy nie zgłosić go przełożonym. Z biegiem czasu jednak, kiedy dowiaduje się więcej o jego motywacjach oraz przeszłości zaczyna darzyć go coraz większą sympatią i wkrótce między parą gliniarzy powstaje bardzo silna, braterska wręcz więź. Potem do duetu dołącza jeszcze piękna, silna i odważna pani detektyw - Perrine Valley. W walce z bandziorami radzi sobie ona nie gorzej, niż Daizaburo i "Mad Bull", i "damulką w opresji" staje się w trakcie serii tylko raz, kiedy bandyci mają nad nią zdecydowaną przewagę liczebną. Przeciwników tego typu zagrywek uspokajam jednak zawczasu, że w podobnej sytuacji znajduje się wtedy także "Rycerz w Lśniącej Zbroi" - Daizaburo dostaje od przestępców tęgie lanie i dopiero gdy na scenę przybywa "Mad Bull", bohaterowie wspólnymi siłami odnoszą zwycięstwo.
Z czarnymi charakterami sprawa wygląda już niestety gorzej. Większość z nich to stereotypowo źli, zepsuci do szpiku kości bandyci, bez żadnych zasad moralnych czy też bardziej rozbudowanych osobowości. Wyjątek stanowią członkowie Chińskiej mafii oraz pojawiający się w ostatnim odcinku Predator. Choć co do niego akurat też mam trochę mieszane odczucia. Wspomnienie dlaczego byłoby jednak spoilerem, więc więcej napisać nie mogę.

Bardzo spodobały mi się szczegółowe i w miarę realistyczne projekty postaci. Poza karykaturalnie napakowanym, ogromnym "Mad Bullem" wszyscy narysowani są sensownie i z zachowaniem naturalnych proporcji ciała. Nie mamy tutaj zatem do czynienia z typowymi dla chińskich bajek biustami rozmiarów piłek do koszykówki, czy też zniewieściałymi, wychudzonymi do przesady chłoptasiami. Trochę gorzej wygląda jednak sprawa z tłami, które są chyba po prostu potraktowanymi filtrem fotografiami. Jeśli idzie o animację zaś, to jest ona poprawna, acz dość rozczarowująca jak na OVA. Wybitnej tragedii nie ma, widziałem już o wiele brzydziej zanimowane bajki, ale też ciężko tutaj o jakąś ciekawszą, zapierającą dech w piersiach sekwencję.
Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie jednak muzyka. Nie są to brzmienia typowe dla chińskich bajek. Ścieżka dźwiękowa "Mad Bulla" bardziej przypomina coś z kultowych amerykańskich seriali policyjnych z lat 80-tych i 90-tych. W szczególności fenomenalne, zaśpiewane w pełni po angielsku piosenki kończące każdy z odcinków, w wykonaniu utalentowanej Maizurah. Najbardziej do gustu przypadło mi zdecydowanie "We Can Make It" - świetna, rytmiczna, zapadająca w pamięć i nie chcąca jej potem opuścić piosenka.
Obsada "Mad Bulla" również jest wcale nie najgorsza, zwłaszcza dla widzów siedzących troszkę w przemyśle seiyuu. Występują tutaj m.in Akio Ootsuka (Benares z "3x3 Eyes", Hazama Kuroo z "Black Jack", Batou z "Ghost in the Shell"), świetnie odnajdujący się w rolach "złodupców" i skurczybyków; jedna z moich ukochanych seiyuu kobiecych - Matsui Naoko (Rem z "Dream Hunter Rem", Pai z "Haja Taisei Dangaioh") uwielbiająca wcielać się w silne, pewne siebie babki, ale potrafiąca również bardzo dobrze odegrać te bardziej moe, urocze dziewczynki; czy też Yasunori Matsumoto, który powinien być znany w szczególności z roli Gourriego z kultowego "Slayers", ale oprócz tego wcielił się także w tak świetne postacie jak Gai z "Change!! Shin Getter Robo: Sekai Saigo no Hi", Dick Saucer z "Dragon Half"czy też Wataru Akiyama z "Initial D". Młodsi fani kojarzyć go mogą także z "Fullmetal Alchemist", gdzie użyczał głosu Jeanowi Havocowi, albo "Gravitation", gdzie wcielił się w Nakano Hiroshiego.

Podobnie jak niesławny "M.D. Geist", "Mad Bull 34" jest moim zdaniem bardzo niesłusznie besztaną serią OVA. Wbrew wszystkim prześmiewczym obrazkom i nieprzychylnym opiniom jest to naprawdę kawał dobrego kina akcji ze świetnym humorem, przesympatycznymi bohaterami, niezłą obsadą i fantastyczną muzyką. I choć tytuł swoje za uszami ma, zwłaszcza jeśli idzie o zbytnie nadużywanie scen o charakterze erotycznym, to wciąż jak najbardziej jest wart polecenia. Najlepiej zdecydowanie oglądać go w gronie znajomych, bowiem wtedy bawi jeszcze bardziej.

- Warta wspomnienia jest swoją drogą ciekawostka, że reżyserem "Mad Bulla" jest niejaki Satoshi Dezaki - brat słynnego Dezakiego Osamu, będącego jednym z największych pionierów jeśli idzie o reżyserię w chińskich bajkach.

Typ Anime - Seria OVA
Rok produkcji - 1990
Pełny Tytuł: „Mad★Bull 34”
 Reżyseria: Satoshi Dezaki
Scenariusz: Toshiaki Imazumi
Muzyka: Shimizu Katsunori
Gatunek: Komedia, Akcja, Sensacyjny
Liczba Odcinków: 4
Studio: Magic Bus
Ocena Recenzenta: 7/10

Screeny:






piątek, 16 grudnia 2016

"Saint Seiya: Saintia Sho" otrzyma animowaną adaptację!



Darujcie, że ostatnio więcej tutaj "njusów", aniżeli recenzji, ale zapowiadają tyle interesujących mnie rzeczy że ciężko mi się tym nie podzielić. 

W każdym razie - kultowa franczyza o pięknych chłopcach w pięknych pancerzach otrzyma kolejną serię anime. Tym razem będzie to adaptacja mangowego spin-offu, rozgrywającego się między sagą Sanktuarium a sagą Poseidon - "Saint Seiya: Saintia Sho". Od innych części wieloletniej naparzanki "Saintia Sho" różni się jednak tym, że jej bohaterami nie jest banda błyszczących bishounenów a... piękne, wojownicze dziewczęta. Komiks zadebiutował w roku 2013 w magazynie "Champion RED" i od tamtej pory doczekał się już ośmiu tomów, a wkrótce zostanie wydany także dziewiąty.

Mango jeszcze nie czytałem, bo szczerze mówiąc po tym jakim badziewiem było "Saint Seiya Omega" i jak nierówne okazało się być "Soul of Gold" podchodzę do nowych odsłon serii bardzo ostrożnie. Ale z tego co slyszałem, "Saintia Sho" jest podobno zaskakująco dobre i w fajny sposób rozwija znane z poprzednich części wątki. Podobno jest nawet lepsze, niż bardzo udane "Lost Canvas". Może się w końcu skuszę? Tym bardziej, że styl rysunku mi się bardzo podoba.

Nie wiadomo jeszcze konkretnie, czy adaptacja "Saintia Sho" będzie serią telewizyjną, filmem, czy też OVA. Za animację będzie najprawdopodobniej odpowiadać Toei, co bardzo mnie martwi, bo wspomniane "Soul of Gold" wyglądało nad wyraz paskudnie...

poniedziałek, 12 grudnia 2016

"Cenatur no Nayami" dostaje anime!



Nareszcie nadszedł ten cudowny dzień! Gdy rok temu "Monster Musume" doczekało się animowanej adaptacji było mi strasznie smutno, że nie spotkało to o wiele lepszego "Centaur no Nayami" - niesamowicie ciepłej, wzruszającej, świetnie narysowanej i przemyślanej mangi opowiadającej o tym, jak wyglądałby nasz świat, gdyby miast ludzi zamieszkiwały go fantastyczne stworzenia.
Dziś moje modły zostały w końcu wysłuchane - na obwolucie najnowszego tomu komiksu pojawiła się bowiem wspaniała wieść, iż doczeka się on bajki! Nie wiadomo jeszcze póki co nic na temat formatu, obsady, czy też studia, które tym się zajmie, ale i tak jaram się mocno. Jedna z moich najukochańszych mang dostanie w końcu zasłużoną adaptację! Będę mógł w końcu posłuchać głosów Himeno i jej koleżanek! Mam szczere nadzieje, że ktokolwiek się za to anime weźmie, spisze się na medal i sprawi że będzie równie cudowne, co oryginalny komiks.

Naprawdę, jeśli jeszcze nie czytaliście "Centaur no Nayami" to gorąco polecam! Zdecydowana perełka gatunku, wyróżniająca się spośród wszystkich tych "hehe śmiesznych" komedyjek erotycznych o Potworodziewczynkach.

Cholera, aż chyba zaimportuję sobie wszystkie wydane do tej pory tomiki...

niedziela, 27 listopada 2016

"Code Geass" dostaje kontynuację


Z ostatniej chwili - na evencie z okazji 10-lecia serii "Code Geass" oficjalnie potwierdzono, że serial dostanie kontynuację. Reżyser - Goro Taniguchi - mówi jednak, że na chwilę obecną nie może jeszcze zdradzić, czy będzie to seria telewizyjna, czy też film kinowy.
Nowy Geass będzie nosił podtytuł "Lelouch of the Revival" i jego głównym bohaterem będzie Lelouch.
Dodatkowo zapowiedziano też trzy recapowe filmy, pierwszy startuje w styczniu.

Średnio się cieszę, biorąc pod uwagę jakim syfem było R2, no ale może zostanę pozytywnie zaskoczony.


O, ale w sumie z jednego się cieszę - dostaniemy wincyj ładnych robotów. I ślicznych dziewcząt rysowanych przez pana Kimurę.

piątek, 25 listopada 2016

Wielkie roboty to wielka odpowiedzialność - "Densetsu no Yuusha Da Garn" (1992)

Początek lat 90-tych. Dwie pierwsze odsłony "Brave Series" - "Yuusha Exkaiser" oraz "Taiyo no Yuusha Fighbird" - odniosły satysfakcjonujący sukces i skutecznie nakręciły sprzedaż nowych zabawek Takary. Dość widoczny zaczął być jednak pewien problem. Mimo kilku nowatorskich pomysłów, oba tytuły wciąż były na dobrą sprawę po prostu inaczej nazwanymi seriami "Transformers". Wkrótce jednak miało się to zmienić. W roku 1992 na ekrany telewizorów trafił "Densetsu no Yuusha Da Garn" - pierwsza odsłona cyklu, która w bardzo wyraźny sposób zaczęła odchodzić od Transformerowych korzeni i nadała mu jego własną, konkretną tożsamość.

Takasugi Seiji to typowy uczeń podstawówki. Radosny rozrabiaka, bardziej skory do psot i zabaw, aniżeli nauki. Pewnego dnia na jego rodzinne miasto napada armia kosmicznych robotów. Gdy wydaje się, że wszystko jest stracone, Seiji wybudza ze snu legendarnego strażnika ziemi - olbrzymiego robota imieniem Da Garn. Zdezorientowany chłopak zostaje wprawiony w jeszcze większe zdumienie, kiedy mechaniczny olbrzym obwieszcza mu, że jest na jego rozkazy. Nowy przyjaciel Seijiego szybko powstrzymuje atak wrogich maszyn. Jak się jednak okazuje, to dopiero początek o wiele poważniejszej afery, w której stawką będą losy całego wszechświata. 

Niech nie zwiedzie was stereotypowo brzmiący zarys fabularny serii! Choć "Da Garn" zaczyna się bardzo podobnie, jak wiele innych produkcji z gatunku "Super Robot", to dość szybko pokazuje, że jest czymś znacznie więcej. Wyraźnie różni się także od poprzednich odsłon "Brave Series". Już na samym początku dowiadujemy się przykładowo, że roboty nie są przybyszami z kosmosu, których konflikt przeniósł się na ziemię. Tym razem mamy do czynienia z antycznymi bytami, stworzonymi przez naszą planetę by pełnić rolę systemu obronnego na wypadek inwazji. Jakby tego było mało, "Da Garn" bardzo fajnie bawi się ze charakterystycznymi dla swojego gatunku schematami. Przykładowo, sceny kombinacji nie dają bohaterom żadnej krótkiej niezniszczalności, a wręcz przeciwnie - w trakcie ich trwania są szczególnie narażeni na ataki, co wrogowie sprytnie wykorzystują. Kolejną istotną różnicą jest też format fabuły. "Exkaiser" oraz "Fighbird" były serialami epizodycznymi - każdy z odcinków stanowił osobną, zamkniętą historyjkę, bazującą na dokładnie takim samym schemacie. "Da Garn" zaś jest taki tylko z początku. Po kilku schematycznych odcinkach przedstawiających postacie i wprowadzających widza w świat przedstawiony, rozpoczyna się główny, nad wyraz dobrze rozbudowany wątek fabularny. I choć tu i ówdzie przewinie się kilka dziur czy też głupot, to ogólnie historia wypada zaskakująco dobrze, zwłaszcza jak na tytuł kierowany przede wszystkim do widzów najmłodszych.
Warto wspomnieć także, że "Da Garn" jest chyba najbardziej proekologiczną serią całego cyklu. Wiele epizodów porusza takie problemy jak zagrożone gatunki, cywilizacja wyniszczająca naturalne środowiska życia zwierząt czy też nadmierne wycinanie drzew. Jedna z bohaterek jest nawet personifikacją głosu ziemi i nieustannie mówi, jak nasza planeta cierpi przez najazdy kosmitów.

Kolejną istotną zmianą względem poprzednich odsłon cyklu jest rola głównego bohatera ludzkiego. Mimo że już w "Brave Exkaiser" istotnym wątkiem była przyjaźń między chłopczykiem a robotem, to jednak nadal mały bohater schodził na dalszy plan w momencie, gdy rozpoczynała się walka. I choć w "Taiyo no Yuusha Fighbird" próbowano już wynaleźć sposób, by pełnił on istotniejszą rolę, tak to właśnie dopiero "Da Garn" zrobił pod tym względem olbrzymi krok na przód. Seiji nie jest jedynie przyjacielem obserwującym i dopingującym z ukrycia swoich wielkich towarzyszy. Zamiast tego pełni rolę ich przywódcy! Za pomocą specjalnego urządzenia staje się zamaskowanym super bohaterem i wydaje mechanicznym olbrzymom rozkazy oraz umożliwia wykonanie takich akcji jak transformacja czy kombinacja. W starciach z potężniejszymi przeciwnikami jest to wręcz kluczem do zwycięstwa. Dalej - podczas gdy wielcy Waleczni toczą starcia z wrednymi najeźdźcami, młody Takasugi ratuje życia ludziom, którzy mieli to nieszczęście trafić w sam środek walki. A jakby tego było mało, Seiji często bierze nawet bezpośredni udział w potyczkach, wchodząc do kokpitów swoich wielkich towarzyszy.

Ogółem Seiji jest bardzo fajnym, niezwykle barwnym bohaterem, z którym dzieciaki z pewnością mogą sympatyzować. Pewny siebie i uparty rozrabiaka, lubiący płatać innym psikusy. To jednak nie wszystko, co można powiedzieć o Seijim. Bardzo podobało mi się także to, jak przedstawiono jego relacje z rodzicami. Ojciec to wysoko postawiony wojskowy, matka zaś dziennikarka, w związku z czym rzadko bywają w domu. Tym bardziej teraz, kiedy ziemia jest w niebezpieczeństwie i oboje mają pełne ręce roboty. Chłopiec musiał więc szybko nauczyć się zaradności - gotuje, sprząta i wykonuje inne prace domowe całkiem sam. Bardzo szybko da się jednak dostrzec, że choć zgrywa silnego, to bardzo tęskni za kontaktami z rodzicami. Jego staruszkowie także bardzo za nim tęsknią i wykorzystują każdą tylko szansę, by oderwać się od swych obowiązków i spędzić trochę czasu ze swym kochanym synkiem. Świetnie jest to pokazane zwłaszcza w nieco późniejszych epizodach, kiedy to zarówno ojciec jak i matka Seijiego pomagają mu na swoje sposoby w wykonywaniu jego nowego, niezwykle ważnego obowiązku. Mało tego - stanowią dla niego silne wsparcie psychologiczne w chwilach, kiedy chłopiec nie jest już w stanie sam sobie poradzić z problemami. Strasznie mnie to kupiło, tym bardziej że w wielu anime, nawet tych kierowanych do najmłodszych, rodzice są raczej bardzo płytkimi postaciami, spychanymi raczej na bok. Ewentualnie pełnią funkcję rozładowywacza napięcia. Albo też - szczególnie mamy - są jedynie atrakcyjnymi postaciami, żeby dorośli oglądający bajkę ze swoimi pociechami też mogli na czymś zawiesić oko.
Na tym jednak moich pochwał dla Seijiego nie koniec. Chłopiec przechodzi bowiem w trakcie serii bardzo rozbudowany rozwój charakteru. Stopniowo dorasta i uczy się ponosić odpowiedzialność za swoje czyny. Szybko dostrzega, że teraz gdy na jego barkach ciąży tak poważny obowiązek, to musi dużo bardziej kontrolować swoje lekkomyślne zachcianki. Co czasami jest dość trudne, bo ciężko jest nie upraszczać sobie życia, kiedy ma się na swoje usługi cały oddział wielkich robotów.
Wszystko to sprawia, że Seiji jest bohaterem bardzo naturalnym i o wiele bardziej rozbudowanym, niż wielu innych protagonistów bajek kierowanych do małych chłopców.

Nie gorzej wygląda sprawa z bohaterami pobocznymi. Każda z nich ma swoją własną, wyraźnie nakreśloną osobowość i wiele z nich przechodzi w trakcie serii całkiem konkretny rozwój. Zwłaszcza przyjaciółka Seijiego - Hikaru. A później jeszcze pojawia się niejaki Yanchar, który jest nie mniej rozbudowaną postacią, niż sam Seiji. A wiecie, co jest jeszcze fajniejsze? Że słowa pochwały należą się także czarnym charakterom. "Da Garn" to pierwsza odsłona "Brave Series", w której twórcy pokusili się o nadanie antagonistom o wiele bardziej rozbudowanych charakterów, motywacji oraz przeszłości. Trend ten był potem kontynuowany przez cały cykl i w każdej jego kolejnej odsłonie "ci źli" byli coraz ciekawsi i sympatyczniejsi. Szczególnie w recenzowanym przeze mnie jakiś czas temu Goldranie, gdzie rywal głównych bohaterów był postacią tak sympatyczną i świetnie napisaną, że kradł cały show w absolutnie każdej scenie. Choć pierwszy wróg w "Da Garnie" - Redlone - nie należy do jakichś wybitnie skomplikowanych, tak już każdy jego następca wypada coraz lepiej i lepiej. Szczególnie ostatnia para antagonistów - Violecche oraz Lady Pink - prezentują się naprawdę ciekawie. W przeciwieństwie do swoich poprzedników są też o wiele bardziej przebiegli i stanowią naprawdę poważne zagrożenie. A jakby tego było mało, mają miedzy sobą bardzo fajną dynamikę, którą z przyjemnością się obserwuje.

Niestety, trochę gorzej wygląda sprawa z wielkimi Walecznymi. Spośród wszystkich występujących w serialu robotów ważniejszą rolę odgrywają jedynie Da Garn oraz pojawiający się trochę później Gaon i Seven Changer. Cała reszta "Brejwów" to niestety postacie bardzo jednowymiarowe. Co jest rozczarowujące tym bardziej, że jest ich strasznie dużo. W trakcie swej misji Seiji zrekrutuje bowiem ponad 9 nowych towarzyszy! Na domiar złego, twórcy momentami chyba całkowicie zapominają o ich istnieniu, przez co wiele kłopotów, które dałoby się za ich pomocą skutecznie rozwiązać, jest sztucznie przedłużanych.

Projekty postaci w "Da Garnie" wypadają nie najgorzej,choć prawdę mówiąc nie są to najlepsze charadesigny, jakie pojawiły się w cyklu. W większości są przyjemne dla oka, ale jednak niektóre z nich rozczarowują nieco swoją generycznością. Najlepiej prezentują się zdecydowanie kosmici, z którymi przyjdzie zmagać się Seijiemu i jego przyjaciołom. Każdy z nich ma swój własny, niepowtarzalny design, wyróżniający go na tle pozostałych. W szczególności tyczy się to takich bohaterów jak Butcho oraz Violecche. Jeśli chodzi zaś o mechy, to moim zdaniem są to, niestety, jedne z najnudniejszych maszyn jakie pojawiły się w "Brave Series". Większość kombinacji utrzymana jest też w tej samej kolorystyce, co dodatkowo ujmuje im różnorodności. Najciekawiej prezentują się zdecydowanie Seven Changer i Gaon oraz jego późniejsza kombinacja z Da Garnem.
Jako że bohaterom przyjdzie toczyć potyczki w róznych miejscach świata, to tła są bardzo zróżnicowane i z reguły pełne szczegółów. Dane nam będzie tu ujrzeć ogromne metropolie, zapomniane ruiny, lasy deszczowe, pustynie, afrykańskie sawanny czy też, obligatoryjnie, wnętrza wielkich stacji kosmicznych. Na niedobór lokacji nie można zatem narzekać.
Co się animacji zaś tyczy - wypada ona solidnie, choć momentami rzuca się w oczy straszne nadużywanie recyklingu ujęć. Strasznie bawiło mnie też, jak drastycznie zmieniał się styl rysunku w scenach, gdzie do rysowania dobierał się Obari. Jeśli kojarzycie słynny obrazek "At first I was like, but then I was Obari as Fuck" to wiecie zapewne, czego się spodziewać. Styl rysunku, czy też dynamiczny sposób pozowania i animowania postaci Obariego jest bowiem niesamowicie charakterystyczny i odstaje strasznie od całej reszty. Nie oznacza to jednak bynajmniej że jest zły, wręcz przeciwnie - to właśnie sceny w których się pojawia wypadają zdecydowanie najlepiej. Warto pochwalić także świetne, niesamowicie stylowe eye-catche, wzorowane na kartach amerykańskich komiksów. Bardzo kolorowe, pełne dynamicznych póz i różnorakich onomatopei.
Ścieżka dźwiękowa w "Da Garnie" jest całkiem niezła. Zwłaszcza świetny, energiczny opening natychmiastowo wpada w ucho i zachęca widza do rozpoczęcia przygody z serialem. Dodatkowo okraszony jest fantastyczną animacją, za którą odpowiada nikt inny, jak słynny Masami Obari, właśnie. Całkiem przyjemny jest także ending, będący tropikalną, rytmiczną piosenką. Utwory przygrywające w tle wydarzeń zaś bardzo dobrze potęgują klimat, choć prawdę mówiąc poza dwoma, czy trzema kawałkami nie zapadły mi zbytnio w pamięć.
No i jest jeszcze kwestia gry aktorskiej. Obsada "Da Garna" obfituje w jedne z najsłynniejszych nazwisk w przemyśle seiyuu. Usłyszymy tutaj takie znamienite osoby jak Show Hayami (Aizen z "Bleach", Akira z OVA "Devilman"), Matsumoto Rica (Keiko z "Super Świnki", Ash/Satoshi z "Pokemon"), Takehito Koyasu (Dio z "JoJo's Bizzare Adventure", Il Palazzo z "Excel Saga"), czy też Shiratori Yuri (Karin z "Super Świnki", Mokona z "Magic Knight Rayearth"). Nie muszę chyba zatem zapewniać, że aktorzy włożyli całe swe serce w każdą z postaci?

"Da Garn" to jeden z najważniejszych tytułów całego "Brave Series" i całkiem ciekawa produkcja z gatunku Super Robot. Punktuje przełamywaniem wielu charakterystycznych dla bajek z wielkimi robotami schematów, świetnymi bohaterami i ich wrogami, niezwykle dobrą obsadą a także tym, że za jego sprawą "Brejwy" oderwały się w końcu od swych Transformerowych korzeni. I choć nie jest to tytuł pozbawiony wad, ani też najlepsza odsłona "Brave Series", to zdecydowanie warto dać mu szansę.

Typ Anime - Seria Telewizyjna
Rok produkcji - 1992
Pełny Tytuł: „Densetsu no Yuusha Da Garn” ("The Brave Fighter of Legend Da Garn")
 Reżyseria: Yatabe Katsuyoshi
Scenariusz: Hirano Yasushi, Shimo Fumihiko i inni
Muzyka: Iwasaki Yasunori
Gatunek: Super Robot, Komedia, Science-Fiction, Przygodowy
Liczba Odcinków: 46
Studio: Sunrise
Ocena Recenzenta: 7/10

Screeny:







"Frame Arms Girl" dostają anime

W styczniowym numerze magazynu "Comp Ace" Kotobukiya oficjalne potwierdziła, że powstanie anime na podstawie ich nowej linii modeli - "Frame Arms Girl". Niedawno wystartowała oficjalna strona bajki i pokazano krótki trailer. Niestety, wygląda na to, że będzie to w pełni CGI.



Z jednej strony cieszę się, że dostaniemy kolejną bajkę poświęconą mecha-musume, w dodatku z designami bazowanego Fumikane Shimady (ten gość od oryginalnych "Strike Witches", m.in), ale z drugiej to CGI mnie smuci strasznie...

Anime wystartuje w przyszłym roku.


---------------------
Tak na marginesie, przepraszam za swoją długą nieobecność. Posypał mi się dysk twardy, przez co nie miałem dostępu do komputera i dopiero niedawno udało mi się postawić nowy system.