czwartek, 21 listopada 2013

Mężczyzna w płaszczu, mechaniczny miecz czwartku, mała dziewczynka i meksykański GaoGaiGar walczący w rytm latynoskich piosenek - "Gun X Sword" (2005)

Zastanawiacie się pewnie, dlaczego na blogu, poświęconym głównie rzeczom i produkcjom z lamusa, postanowiłem po raz kolejny umieścić recenzję nowszego tytułu. Już spieszę z wyjaśnieniem - powodów jest kilka. Po pierwsze - blog ten poświęcony jest także seriom niszowym, a recenzowany dziś tytuł zdecydowanie do takich się zalicza. Po drugie - obfituje w liczne nawiązania do staroszkolnych mecha anime i w odświeżony sposób przedstawia wiele stereotypów w nich występujących. Po trzecie w końcu, jest to anime z mojego ukochanego gatunku - Super Robot - oprócz tego jednak oczarowało mnie niezwykle oryginalnym podejściem do tej tematyki. Dlatego właśnie stwierdziłem, iż tytuł ten zdecydowanie wart jest tego, by tu o nim wspomnieć. Bez dłuższego przeciągania zatem - oto przed państwem jedno z najlepszych i najoryginalniejszych anime, jakie przyszło mi obejrzeć - "Gun X Sword".

Do pustynnego miasteczka "Evergreen" przybywa wygłodniały jegomość ubrany w długi czarny płaszcz. Postanawia on udać się do pobliskiego kościółka, by spytać stacjonujących tam księży, czy przypadkiem nie mają czegoś do jedzenia, dla głodnego wędrowca. Zamiast księży jednak zastaje tam... dziewczynkę, która dopiero co została postrzelona (szczęśliwie jednak przeżyła, gdyż skorupa jej żółwika zatrzymała pocisk) przez grupkę bandziorów. Jak nietrudno się domyślić, gdy tylko dostrzegają oni jegomościa w drzwiach, postanawiają wykorzystać okazję i obrabować go. Nasz bohater nie należy jednak do ludzi, których łatwo pozbawić dobytku i spuszcza rzezimieszkom tęgie lanie. Dziewczynka jest pod wrażeniem widząc jego umiejętności. Tajemniczy  wędrowiec przedstawia się w końcu - nazywa się Van - po czym... pada z głodu i wycieńczenia.
Jak się okazuje, grupka której Van spuścił łomot należy do gangu "Wild Bunch", który regularnie najeżdża na miasteczko i terroryzuje jego mieszkańców. Burmistrz "Evergreen" dowiedziawszy się o niezwykłych umiejętnościach przybysza, postanawia poprosić go o pomoc w zwalczeniu bandytów, oferując mu w zamian jedzenie oraz pieniądze. Zanim Van zdąży jednak podjąć decyzję, ponownie zjawiają się bandyci. Okazuje się, że mają już dość czekania na to, aż mieszkańcy w końcu skapitulują i zaakceptują ich warunki, toteż ogłaszają, iż następnego dnia dokonają ostatecznego ataku, chyba że miasto odda im wszelkie pieniądze z banku. Okazuje się także, że przywódca rzezimieszków jest w posiadaniu potężnej "Zbroi" - ogromnego mecha. Po wyłożeniu swoich warunków bandyci odjeżdżają.
Burmistrz zaczyna desperacko naciskać na Van'a, by stanął on w obronie miasta. Nasz bohater stwierdza jednak, że pan burmistrz winien sam zatroszczyć się o bezpieczeństwo swoich mieszkańców, po czym wychodzi. Widząc to, Wendy postanawia za wszelką cenę przekonać go jednak, by stanął do walki z bandytami. Zwłaszcza, iż ma nadzieję, że tajemniczy wędrowiec pomoże jej również odszukać jej brata, który został przez nich rzekomo porwany. Van początkowo stara się odpędzić od siebie natrętną dziewczynę, w końcu jednak ulega i zgadza się ocalić miasto. Jak się okazuje jednak, postanawia uczynić to ponieważ widzi w tym zysk dla siebie - przywódca bandytów bowiem jest w posiadaniu informacji na temat miejsca pobytu człowieka znanego jako "Szpon", którego nasz bohater ściga.
Zapytacie pewnie tylko, jakim cudem jeden człowiek ma sobie poradzić z potężnym robotem? A no, jak nietrudno się domyślić, nasz bohater tak do końca zwykłym człowiekiem nie jest. Okazuje się bowiem, iż sam również jest pilotem robota i to nie byle jakiego. Van jest bowiem właścicielem legendarnej maszyny znanej jako "Dann of Thursday". Przy użyciu swej potężnej zbroi Van z łatwością pokonuje szefa bandytów i wypytuje go, gdzie jest "Szpon". Ten odpowiada jednak iż nie wie nic poza tym, że wraz z bratem Wendy opuścił on miasto jakiś tydzień temu.
Następnego dnia rozczarowany Van wyrusza na dalsze poszukiwania "Szpona". W swej dalszej podróży nie będzie jednak osamotniony, ponieważ Wendy postanawia dołączyć do niego, licząc na to, że uda jej się odnaleźć swojego zaginionego brata. Tak oto zaczyna się ich pełna przygód i niebezpieczeństw podróż, podczas której poznają oni wielu nowych przyjaciół, stoczą wiele ciężkich bitew i odkryją tajemnicę, która może wywrócić do góry nogami cały porządek świata.

Pierwszy odcinek "Gun X Sword" nie wygląda na początek czegoś wyjątkowego. Ot, kolejna historia o tajemniczym wędrowcu, który przybywa do nękanego miasta i przy użyciu potężnego robota ratuje jego mieszkańców. Dlaczego zatem ta seria mnie tak zauroczyła? A no bo jak się dość szybko okazuje, opowieść w tym anime ukazana jest dużo bardziej epicka, niż mogłoby się na początku wydawać. Historia o zwykłym wędrowcu bardzo szybko przeradza się w niesamowitą i cholernie wciągającą opowieść o zdradzie, miłości, odwadze i poświęceniu oraz odkrywaniu swojego prawdziwego ja. Co więcej - opowieść ta jest niezwykle spójna i prowadzona w tak zgrabny sposób, że nie nuży ani przez chwilę. Wart uwagi jest swoją drogą fakt, że wszelkie, względnie przypadkowe starcia z kilku pierwszych odcinków mają, jak się potem okazuje, bardzo istotny wpływ na dalszy przebieg historii. Prawdziwego tempa seria nabiera po pamiętnym (i dość symbolicznym swoją drogą) odcinku o stacji kolejowej. Od tego momentu naprawdę dobre już anime, przeradza się w coś niesamowitego. Więcej jednak nie wspomnę, by nie zepsuć wam frajdy z oglądania.
Seria prócz świetnej historii serwuje widzowi również dawkę całkiem dobrego humoru, który utrzymany jest w granicach dobrego smaku i zdecydowanie potrafi rozbawić. Spodziewajcie się zatem świetnych gagów i zabawnych gier słownych.

Bohaterowie również, choć początkowo wyglądają na typowe charaktery, jakich pełno w innych anime, dość szybko ewoluują. Ba, menażeria z "Gun X Sword" jest niezwykle barwna i potrafi zaskoczyć wieloma ciekawymi i nietuznikowymi osobowościami. Van np. nie jest typowym bohaterem anime z gatunku "Super Robot" - nie ma zamiaru z czystej dobroci ratować całego wszechświata w imię dobra i sprawiedliwości. Swoją pomocą służy jedynie wtedy, gdy widzi w tym wyraźny zysk dla siebie, bądź gdy osoba potrzebująca pomocy czymś mu zaimponuje; Wendy, choć wygląda na typową lolitkę z anime, dość szybko pokazuje, że jest niezwykle zaradna i potrafi poradzić sobie z wieloma problemami, z którymi jej "koleżanki z innych anime" niekoniecznie dałyby radę. Co więcej, nie raz to właśnie ona zmuszona będzie stanąć na wysokości zadania i wbić Vanowi do głowy, co w danej sytuacji winien zrobić. Nie oznacza to jednak, iż jest idealną i wszechwiedzącą postacią, nie - nadal jest dzieckiem, które wielu spraw jeszcze nie rozumie, dzięki czemu w trakcie trwania serii, dane nam będzie zobaczyć jak dorasta i sprawy te zaczyna pojmować; Bardzo ciekawymi i nietuzinkowymi bohaterami są również piloci super robota zwanego "ElDora V" - nie są to piękni i młodzi chłopcy, jakich na pęczki w innych anime z tego gatunku. O nieee, piloci Eldora V to... banda starych, nadużywających alkoholu dziadów, którzy swoje lata świetności mają już za sobą. Potrafią jednak, gdy wymaga tego sytuacja, pokazać iż nadal płonie w nich płomień odwagi, dzięki czemu zawsze staną do walki w obronie tego, co jest im bliskie. Jest to przepiękny ukłon w stronę staroszkolnych anime z wielkimi robotami, który równocześnie w swoisty sposób wytyka iż utarte w nich schematy, mimo że teoretycznie odeszły już do lamusa, nadal mogą działać wyśmienicie.
Równie ciekawi są również antagoniści. Nie są to typowi "ci źli", którzy chcą zniszczyć świat, bądź zawładnąć nad nim tylko i wyłącznie dlatego, że tak im się podoba. Każdy z nich ma bardzo wyraźny cel w życiu, którym się kieruje. Co więcej, niektóre z tych celów są bardzo logiczne i powiem szczerze że chwilami zastanawiałem się, czy to aby Ci źli nie mają chwilami przypadkiem racji.

Oprawa audiwizualna również zasługuje na pochwałę. Za projekty postaci odpowiada Takahiro Kimura, który wśród fanów mecha anime jest bardzo lubiany ze względu na to, iż wykonał projekty również do tak hitowych wśród nich serii jak "King of Braves GaoGaiGar", "Brigadoon", "Shinkon Gattai Godannar!!" czy też "Betterman". W anime tym dominują zatem piękne dziewczęta i przystojni mężczyźni.
Strasznie podobały mi się również projekty robotów. Wiele z nich to niezwykle oryginalne i nietuzinkowe maszyny, które po prostu oczarowują swym zgrabnym i niesamowitym wyglądem. Co więcej - fani starszych mecha anime z pewnością wychwycą tutaj wiele nawiązań do produkcji z dawnych lat. Wspomniany "ElDora V" np. to meksykańska wariacja słynnego GaoGaiGara, która różni się od niego jedynie kilkoma szczegółami, takimi jak ptasie skrzydła, kolory, czy też ptak, zamiast lwa na klacie.
Animacja jest płynna i raczej nie dopatrzyłem się w niej większych zgrzytów. Na ogromną pochwałę zasługują zdecydowanie walki (zarówno ludzi jak i robotów). Ich choreografia jest po prostu przepiękna i chwilami dosłownie siedziałem z otwartą paszczą i nie mogłem się nadziwić, jak wiele epickości wylewa się z ekranu. Swoją drogą, to chyba jedyne anime, w którym roboty walczą w rytm latynoskich utworów...
Stety niestety, pojawiło się kilka przypadków "QUALITY". Nie było ich jednak tak wiele, by jakoś szczególnie podziałało mi to na nerwy.
Muzyka jest krótko mówiąc: CUDOWNA. Ścieżka dźwiękowa w "Gun X Sword" jest tak świetna i netuzinkowa dla anime z gatunku "Super Robot", że natychmiastowo mnie zauroczyła. No bo, powiedzcie mi, w jak wielu innych mecha anime dane było wam usłyszeć jazzowe kawałki, latynoskie utwory, bądź też przepięknie wykonane chóry a capella? Sam opening również jest niezwykle oryginalny - szybki, rytmiczny, przeplatany uderzeniami ostrzy, a co więcej... pozbawiony bardziej znaczących słów! Tak, zamiast tego słyszymy jedynie krzyki pokroju "GUN!" albo "SWORD!" oraz okazjonalne chóry śpiewające "oooo(...)". Zabieg ciekawy i działa naprawdę wyśmienicie.
Głosy postaci również należy pochwalić. Aktorzy spisali się naprawdę wyśmienicie i idealnie oddali charakter każdego z bohaterów. Co więcej - w obu wersjach językowych! "Gun X Sword" to jeden z tych rzadkich okazów anime, który pokazuje, że jak się chce, to można zrobić naprawdę świetny dubbing. Wszyscy aktorzy podkładający głos w dubbingach japońskich kreskówek winni brać przykład z ekipy grającej w "Gun X Sword".

Czy "Gun X Sword" polecam? Odpowiedź jest oczywista - JAK NAJBARDZIEJ. Zdecydowanie jest to jedno z tych anime, które powinno być bardziej popularne, a ginie w gąszczu kiepskiego szajsu, jaki zalewa rynek ostatnimi czasy. Posiada dosłownie wszystko, co najlepsze anime mieć powinny - świetną i wciągającą historię, pomysłowe nawiązania do starszych produkcji, wspaniały klimat, przepiękną muzykę, ciekawe postacie oraz przyjemną dla oka oprawę wizualną. Jestem naprawdę zdumiony, że tak mało ludzi kojarzy tę serię, a co więcej, że co poniektórzy uważają ją za "kiepskawy plagiat bla bla bla", podczas gdy zdecydowanie jest to jedna z najoryginalniejszych produkcji, jakie gatunek "Super Robot" ma do zaoferowania.
Brać w ciemno. Jeśli kiedykolwiek dopadniecie w sklepie pełen box DVD, kupować instant. Nie rozczarujecie się.
Na zachętę dodam, iż jest to jedna z 5 serii (spośród ponad 800 mi znanych), którym kiedykolwiek z czystym sumieniem wystawiłem maksymalną notę.

Typ Anime - Seria Telewizyjna
Rok produkcji - 2005
Pełny Tytuł: „Gun X Sword”
 Reżyseria: Goro Taniguchi
Scenariusz: Hideyuki Kurata
Muzyka:
 Koutarou Nakagawa
Gatunek: Super Robot, Komedia, Przygodowy, Science Fiction
Liczba Odcinków: 26
Studio: AIC
Ocena Recenzenta: 10/10

-Jak do tej pory seria wystąpiła tylko jeden raz (dwa, jeśli liczymy mizerne "SRW Gakuen") w cyklu "Super Robot Taisen" - "SRW K" na Nintendo DS. Warto wspomnieć, iż pilotowany przez Van'a Dann of Thursday był tam najpotężniejszą jednostką, którą DOSŁOWNIE dało się przejść niemal każdą misję w pojedynkę.
Fani cyklu ubolewają niezmiernie, że Banpresto olewa tak świetną serię i liczą na to, iż pojawi się ona ponownie w jednym z nadchodzących SRW. Najlepiej obok pozostałych świetnych, a zaniedbywanych serii takich jak Godannar, czy Escaflowne.

-Wart uwagi jest fakt, że tylko siódemka, spośród wielu mechów pojawiających się w tym anime, nosi nazwy dni tygodnia. Jak się potem okaże, ma to dość istotny związek z fabułą, stąd nie zdradzę dlaczego tak jest.

-Bardzo ciekawy jest również sposób pilotażu w tym anime ukazany. Każdy z mechów bowiem kierowany jest w odmienny sposób. Ba, jedna z bohaterek kieruje swoją maszyną wykonując erotyczny taniec na swoim kiju.

Screeny:










piątek, 15 listopada 2013

Piękna i Bestia kontra demoniczne świeczki i portmonetki - "Jewel BEM Hunter Lime" (1996)

Dawno nie było tu żadnej nowej recenzji starego animu. Wypadałoby by zatem zabrać się do roboty, a że akurat mam wolną chwilę między zajęciami...
Dziś na warsztat bierzemy krótką, śmieszną i głupawą OVA z lat 90tych - "Jewel BEM Hunter Lime".

Anime zaczyna się od emocjonującej sceny pościgu. Oto pewien rzezimieszek skradł z królestwa magii szkatułę z czarodziejskimi klejnotami, które zapewniają tamtejszemu krajowi pokój i dostatek. Złodzieja ściga trójka bohaterów - potężny (aczkolwiek nieco zboczony i przygłupi) demon imieniem Bass; piękna anielica mogąca zmieniać swą postać - Lime; oraz mała i sympatyczna zmiennokształtna kulka imieniem Poogie.
Prawie udaje im się już dopaść złodzieja, jednak podczas pościgu, w wyniku niekompetencji Bassa, szkatułka niefortunnie otwiera się, a jej zawartość rozsypuje się po całym mieście. I co tu teraz mają począć nasi bohaterowie? A no nie pozostaje im nic innego, jak zejść na ziemię i rozejrzeć się za zgubami. Muszą jednak uważać, by swą dziwacznością nie wywołać zbytniej paniki u zwykłych śmiertelników co, jak się okaże, będzie dość trudnym zadaniem.
Nasi bohaterowie dość szybko przekonają się również, że odzyskanie klejnotów będzie zadaniem dużo bardziej skomplikowanym, niż mogliby sobie to wyobrażać. Na zebranie ich bowiem mają zaledwie miesiąc czasu. Co więcej -  dość szybko nasiąkają one smutkiem i innymi negatywnymi ziemskimi emocjami, co ostatecznie prowadzi do tego, iż przemieniają się w okropne potwory... choć może okropne to nie do końca właściwe określenie...

"Jewel BEM Hunter Lime" to kolejna, typowa dla okresu lat 90tych stuknięta komedyjka z lekko erotycznym zabarwieniem. Oznacza to, że spodziewać się możemy tutaj mnóstwa głupawych gier słownych, szalonego humoru sytuacyjnego oraz kilku nieco bardziej pikantnych scen.
Szczerze powiem, że podczas seansu nie do końca miałem pewność, do jakiej grupy wiekowej to anime było kierowane. Chwilami bowiem seria wygląda jak typowa bajka dla dzieci, która serwuje widzowi dawką infantylnego humoru i prawi morały, po czym nagle na ekranie uświadczyć można kilka ujęć, podczas których Bass usiłuje poderwać kolejną pannę/obejrzeć jej pantalony/dotknąć piersi. I o ile w dwóch pierwszych odcinkach mieściło się to jeszcze w granicach dobrego smaku, tak niektóre sceny z epizodu trzeciego były już dla mnie nie tyle co zabawne, co żenujące i dość niesmaczne. Oh well, kwestia gustu.
Sama konstrukcja fabuły jest niezwykle prosta. Każdy kolejny odcinek traktuje o kolejnym klejnocie, nasi bohaterowie spotykają "monstrum" które z danego klejnotu się narodziło, walczą z nim, pokonują, odzyskują klejnot i koniec. I tak w kółko. Historia jest raczej przewidywalna i nie uraczy nas zbyt wieloma zwrotami akcji. Co więcej - anime jest niekompletne. Najwidoczniej nie przynosiło odpowiednio wysokich zysków i twórcy postanowili je urwać na 3 epizodzie. Tak więc nigdy nie dowiemy się, czy Lime i Bassowi udało się odnaleźć wszystkie klejnoty.

Wypadałoby wspomnieć także co nieco o postaciach - nie są one jednak na tyle głębokie, by można było wiele o nich napisać. Są to bardzo proste charaktery, które jednak idealnie sprawdzają się w komedii. Bass jest głupi i zboczony, Lime zadziorna i inteligentna, Poogie...jest po prostu typową maskotką. Najbardziej wyróżniają się antagoniści. Potwory w tym anime ukazane bowiem są dość... nietuzinkowe. No bo powiedzcie mi, w którym innym anime bohaterom przyszło walczyć z tak straszliwymi monstrami jak... świeczka, portmonetka czy strzykawka? Co jeszcze zabawniejsze, każdy z nich ma niezwykle ważny powód, by czynić to co czyni. Świeczka na przykład, jest niezwykle rozżalona, ponieważ odkąd w domach ludzkich pojawił się prąd, stała się ona niepotrzebna i ludzie po prostu ją porzucili. O ile zatem protagoniści to typowa menażeria, tak ich przeciwnicy są dość oryginalni i z pewnością potrafią chwilami nieźle rozbawić.

Oprawa audiowizualna raczej nie odstaje od standardów lat 90tych. Projekty postaci są urocze i miłe dla oka, tła barwne i szczegółowe, animacja zaś płynna, choć zdarza się w niej kilka przypadków QUALITY czy powtórzonych ujęć. Muzyka jest rytmiczna i bardzo dobrze wpasowuje się w stuknięty klimat produkcji. Najbardziej podobał mi się opening - jest to przyjemna, szybko wpadająca w ucho piosenka, zaśpiewana z odpowiednim uczuciem. Nic dodać, nic ująć.
Głosy postaci wypadły rewelacyjnie. Aktorzy dołożyli wszelkich starań, by każdy z bohaterów brzmiał tak, jak brzmieć powinien. I mowa tu zarówno o pięknym głosie Lime,  pełnym energii głosie Bassa czy też skrzekliwych piskach potworów, z którymi naszym bohaterom przyjdzie walczyć.

Pozostaje zatem pytanie, czy "Jewel BEM Hunter Lime" warte jest uwagi? Bardzo dużo zależy szczerze mówiąc od tego, w jakich gatunkach anime gustujecie. Jeśli lubicie stuknięte komedie, możecie dać tej serii szansę. Jeśli jednak nie, to nie znajdziecie tu raczej nic ciekawego, bowiem poza humorem niewiele ma ona do zaoferowania. Nie pomaga również fakt, że urywa się w połowie.
Obejrzeć można, nie należy się jednak spodziewać przełomowego anime. Typowa pierdółka, w sam raz na półtorej godzinki czasu wolnego.

Typ Anime - OVA
Rok produkcji - 1996
Pełny Tytuł: „Houma Hunter Lime” ("Jewel BEM Hunter Lime")
 Reżyseria: Tetsurou Amino
Scenariusz: Ken'ichirou Nakamura
Muzyka: Masao Mizuno, Michiaki Katou
Gatunek: Komedia, Ecchi
Liczba Odcinków: 3
Studio: Ashi Productions
Ocena Recenzenta: 5/10

-Jak wspominałem, anime urywa się w połowie i niestety nie jest nam dane zobaczyć, jak dalej potoczyły się losy bohaterów. Na PS1 i Segę Saturn ukazała się jednak gra, która dopowiada dalsze wydarzenia, tak więc Ci, którym anime się spodobało, mogą się w nią zaopatrzyć. Niestety, dostępna jest ona tylko w języku japońskim.

Screeny:









czwartek, 7 listopada 2013

RECENZJA FIGURKI - "figma" Miki Sayaka z "Puella Magi Madoka Magica"


Na dworze zimno, leje jak cholera, a ja jakoże mam chwilę wolnego między zajęciami, to postanowiłem zrecenzować w końcu kolejną figurkę ze swojej kolekcji. Wypadałoby, zwłaszcza że ostatni tekst o Ryu Rycerzu już się trochę przedawnił.

Kogo bierzemy dziś na celownik? A no moją ulubioną czarodziejkę z hitowego anime "Puella Magi Madoka Magica". Oto przed państwem piękna i waleczna Sayaka Miki

"Puella Magi Madoka Magica" - figma Miki Sayaka

Na początek standardowa garść informacji:

Typ figurki: Figurka ruchoma, "figma"
Seria: "Puella Magi Madoka Magica"
Postać: "Miki Sayaka"
Producent: Max Factory
Materiały: ABS, PVC
Wysokość: Ok.14 cm
Cena: 90zł (bez przesyłki)
Data wydania: Kwiecień 2012 / Październik 2012 (Re-release)
Nakład:Standardowy
Data zakupu: Sierpień 2013
Sklep: Mandarake

Sayaka to najbliższa przyjaciółka Madoki Kaname - głównej bohaterki anime. Poznajemy ją już praktycznie na samym początku serii. Jest to zawsze roześmiana, pełna życia dziewczyna, która nie zawaha się ni chwili, by pospieszyć z pomocą swym przyjaciołom. Czarodziejką zostaje po tym, jak zawiera z Kyubeyem kontrakt, w zamian za uzdrowienie swojego ukochanego.

Powiem szczerze, że sam się sobie dziwię, że tak późno nabyłem Sayakę. Jest to zdecydowanie moja ulubiona postać z "Madoki" a jednak niezwykle długo zwlekałem z zakupieniem jej, mimo że miałem ku temu nie raz okazję (pierwsza nadarzyła się na konwencie Baka 2012, jednak wybrałem wtedy Mami). Koniec końców jednak coś mnie w końcu tknęło i postanowiłem dopaść figurkę swojej ulubionej czarodziejki. I tu pojawił się problem - na AmiAmi, gdzie kupuję większość swoich figurek, była ona już wyprzedana. Cóż tu zatem zrobić? Postanowiłem poprosić o pomoc kogoś, kto lepiej ode mnie orientuje się w różnych figurkowych sklepach - hipo. Od razu w tym miejscu dziękuję jej niezmiernie za szybką pomoc.
Udało jej się znaleźć Sayakę w internetowym sklepie z używanymi figurkami - "Mandarake". Tutaj sprawy się trochę skomplikowały, bowiem nigdy wcześniej nic ze sklepu tego nie zamawiałem i nie bardzo wiedziałem, co i jak. Hipo na szczęście ponownie przyszła mi z pomocą i objaśniła jak dokładnie tenże sklep działa. Pozostało zatem zamówić tylko Sayakę i czekać.
Powiem szczerze, że po raz pierwszy od dawna miałem faktyczne obawy, czy figurka do mnie dotrze. Trudno się temu dziwić, skoro był to pierwszy od bardzo dawna raz, kiedy zamówiłem figurkę z innego sklepu niż AmiAmi.
Po ok.10 dniach jednak, zaledwie chwilę po tym, jak wróciłem z pracy do domu, do drzwi zadzwonił listonosz i po krótkiej pogawędce "Co tym razem z tej Japonii do mnie przyszło" wręczył mi paczuszkę.



Bardzo miłym zaskoczeniem był dla mnie fakt, iż Mandarake nie tylko oznaczyło paczuchę jako "Gift", by łatwiej ominęła urząd celny, ale również znacznie zaniżyło wartość całego zamówienia. Bardzo miły gest z ich strony.

Przejdźmy teraz do głównej części recenzji...

Rzeźba i Malowanie

Muszę przyznać, że figurką byłem (i dalej jestem!) niezmiernie oczarowany. Zaraz po tym, jak wyjąłem Sayakę z pudełka, spędziłem dobre pół godziny na dokładnym jej podziwianiu.
Prezentuje się po prostu prześlicznie. Wszelkie proporcje postaci zostały wiernie odwzorowane. Wszystko wykonane jest schludnie i z dbałością o detale.I mowa tu zarówno o tych większych elementach, jak np. spódniczka, jak i tych mniejszych, jak drobniutkie guziczki na stroju czarodziejki. Malowanie również należy pochwalić. Każdy, nawet najdrobniejszy detal, zamalowany został z pieczołowitą wprost dokładnością. Nie dopatrzyłem się również żadnych odprysków, co niezwykle mnie cieszy.
Jedyne co może się co poniektórym wydać nieco nieestetyczne to dość widoczne na gołym ciele stawy. Uroki ruchomych figurek. Mi to osobiście bardzo nie przeszkadza, ale wiem że niektórzy kolekcjonerzy wybitnie za takowymi łączeniami nie przepadają.
Niezmiernie miłym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że pelerynka Sayaki nie jest standardowym kawałkiem plastiku. Wykonana jest z miękkiego i przyjemnego w dotyku materiału. Rewelacja!
Strasznie podoba mi się również fakt, z jaką dbałością o szczegóły wykonano twarze bohaterki oraz szpady, którymi walczyła. Ale o nich więcej za chwilę...

Akcesoria i Pozowalność

Prócz samej figurki Sayaki, w pudełku znajdziemy również kilka naprawdę ciekawych akcesoriów. W skład zestawu wchodzą:
-Szpady x8
-Stojaki na szpady x8
-Wymienne rączki x10
-Wymienne twarze x3 (uśmiechnięta, bojowa, zarumieniona - moja ulubiona)
-Plastikowa, powiewająca na wietrze peleryna
-Peleryna z materiału
-Podstawka
-Kartonowa podstawka odwzorowująca ulicę, na której Sayaka stoczyła swoją pierwszą walkę z Kyoko 

Podobnie jak wszystkie moje pozostałe figmy, Sayaka jest dość pozowalną figurką. Ustawić można ją na naprawdę wiele różnorakich sposobów. Sayaka może zarówno stać w majestatycznej pozie, prezentując swą urodę w całej krasie, jak i wykonywać spektakularne akrobacje w powietrzu. Podstawka sprawdza się wyśmienicie i utrzymuje figurkę, nawet jeśli ustawiona jest ona w bardziej dynamicznych, bojowych pozach.
Niestety jednak, mam jedno zażalenie - spódniczka jest zbyt sztywna, przez co nie ma możliwości, jak np. w przypadku Eili, posadzenia Sayaki na półeczce. A szkoda, bo z pewnością uroczo by się w ten sposób prezentowała.
Dość ciężko również wymienia się pelerynę (należy odczepić figurce głowę, co jest o dziwo zadaniem trudniejszym, niż powinno być), stąd na zdjęciach Sayaka ma cały czas tylko tę wykonaną z materiału.

Poniżej, standardowo, kilka przykładowych zdjęć (z góry przepraszam za ich nierówną jakość. Kiepskie jesienne oświetlenie robi swoje...):


D'awww...


J-just keep on smiling~!



Dat Cape<3



Pudełko

Podobnie jak w przypadku innych figm, pudełko jest schludne i ozdobione zdjęciami Sayaki z każdej strony. Z przodu umieszczone jest również "okienko" przez które widać zawartość pudełka. Szału raczej nie ma, ale jest ono wykonane na tyle ładnie i solidnie, że spełnia swoje zadanie a równocześnie przyjemnie się nań patrzy.
Nie jest też strasznie duże, więc nie miałem zbyt dużych problemów ze zmieszczeniem go na półeczce. Nawet, po przeprowadzeniu się do mniejszego mieszkanka studenckiego.
Poniżej zdjęcia, zrobione jeszcze przed przeprowadzką:






Podsumowanie

Sayaka jest moim zdaniem figurką udaną. Jest niezwykle urocza, szczegółowo wykonana i patrzy się na nią z nieskrywaną przyjemnością. Pozowalnością co prawda nie dorównuje moim pozostałym figurkom (no, przynajmniej jest bardziej ruchoma niż EVA-01 czy GaoGaiGar), ale nadal da się ją ustawić na tyle sposobów, że jestem z niej zadowolony. Figurka nie jest także zbyt droga - 90zł to naprawdę niewiele za ładną figurkę. Zwłaszcza, jeśli jest to figurka jednej z moich ulubionych postaci~


OCENA KOŃCOWA:
Rzeźba8/10
Malowanie: 10/10
Pozowalność: 7/10
Cena/Jakość: 9/10



Na sam koniec zdjęcie mojej obecnej półeczki na figurki:


Więcej zdjęć moich figurek tradycyjnie znaleźć możecie na moim profilu na MFC (link w mozaice po prawej stronie bloga) oraz na moim Facebooku (link w profilu na MFC)

Następna recenzja figurki będzie poświęcona prawdopodobnie figmie Mami, lub modelowi HG 1/144 Gundam Griepe.

sobota, 2 listopada 2013

Otaru i jego Marionetki znów w akcji - "Saber Marionette J Again" (1997)

"Saber Marionette J" zdecydowanie jest jedną z moich ukochanych serii. Jest to świetnie zrealizowana, ślicznie zanimowana bajka, nie tylko dla najmłodszych, która w zgrabny i zrozumiały dla każdego sposób objaśnia jak właściwie działa nasze serce, oraz co to faktycznie znaczy kochać.
Stąd nie ukrywam, że do kontynuacji - "Saber Marionette J Again" - podchodziłem bardzo optymistycznie, mając nadzieję, że ponownie dane mi będzie obejrzeć mądrą a przy tym łatwą w odbiorze historię. No i się niestety szczerze mówiąc trochę rozczarowałem... 
Ale od początku...

Akcja anime dzieje się natychmiastowo po wydarzeniach, przedstawionych w oryginalnej serii. Lime, Cherry i Bloodberry powstrzymały zagrażającą mieszkańcom Terra II stację kosmiczną "Mezopotamia" i wróciły całe i zdrowe do swojego ukochanego Otaru. Dzięki genom Lorelei rozpoczęto również produkcję klonów kobiet, zatem ludzkość jest na drodze do całkowitej regeneracji.
Pewnego dnia do Japoness niespodziewanie przybywają 3 Marionetki Fausta - Tiger, Luchs i Panther. Okazuje się, że Faust przysyła je do Otaru, by ten nauczył je, jak prowadzić normalne życie. Nasz młody bohater ma również sprawić, by ich "Maiden Circuit" rozwinęły się tak bardzo, jak te u Lime i ekipy.
Jak nietrudno się domyślić, nie będzie to zadanie łatwe. Faustowe marionetki bowiem do tej pory służyły głównie swojemu panu jako wojowniczki i tajne agentki, stąd o prowadzeniu normalnego życia mają całkowicie zerowe pojęcie.
Sprawę komplikuje dodatkowo pojawienie się nowej, dość nietypowej marionetki, która kryje w sobie dość intrygujący sekret...

"Saber Marionette J Again" zapowiadało się niezwykle ciekawie. Spodziewałem się, iż da nam ono szansę do jeszcze bliższego poznania charakterów postaci z poprzedniej serii, a dodatkowo, za sprawą nowej bohaterki, wprowadzi do sagi coś nowego i ciekawego. Niestety, nie wszystko poszło tak jak powinno.
Pierwsze, co mi się w oczy rzuciło i nieszczególnie zachwyciło, to wyolbrzymiony chwilami i niezwykle głupi fanserwis. O ile w poprzedniej serii nutka erotyzmu pojawiała się okazjonalnie, głównie dla śmiechu i utrzymana była w granicach dobrego smaku, tak to co w "Again" się chwilami wyprawia sprawiło, iż zacząłem kwestionować, czy seria ta nadaje się dla młodszego widza. Najbardziej zażenował mnie trzeci epizod. Poruszono w nim bardzo mądrą i ciekawą tematykę dorastania - u Lime i Otaru zaczynają buzować hormony, przez co dochodzi między nimi do kilku spięć (Lime nie życzy sobie np., by Otaru był w jej otoczeniu, kiedy się przebiera; niewinne niegdyś trzymanie się za ręce powoduje teraz zawstydzenie itd.). Brzmi dobrze, prawda? W czym zatem jest problem? A no w tym, że miast faktycznie skupić się tylko i wyłącznie na tym problemie i pokazać go w przystępny dla dzieci sposób, twórcy z niewiadomych przyczyn napchali cały odcinek fanserwisem, który staje się niezwykle niesmaczny w scenie, w której skąpo ubrana Luchs zaczyna w sprośny sposób uwodzić Otaru. Zagranie to było dla mnie całkowicie niezrozumiałe i zniszczyło cały morał, który odcinek ten chciał początkowo przekazać.
Sama fabuła również nie jest tak dobra, jak ta z oryginalnej serii. Miałem dość spore wrażenie, że twórcy nie bardzo wiedzieli jak rozplanować wszystkie wydarzenia, które chcą pokazać, co w efekcie poskutkowało tym, iż całe anime wydało mi się być chwilami na siłę pospieszane. Samo zakończenie zaś jest dokładną powtórką tego, co mogliśmy uświadczyć w pierwszej serii, z tą różnicą, że tym razem antagonistą nie jest wielka stacja kosmiczna.

Relacje między postaciami nadal są jednak dobre. Nakreślone zgrabnie i wyraziście, zdecydowanie nie powiewają sztucznością. Niestety jednak, rozwój postaci nie jest tu zaznaczony tak wyraziście, jak w oryginalnym anime. Najwięcej uwagi poświęcono tu szczerze mówiąc nowej postaci - Marine - i to głównie u niej zaobserwujemy najwięcej zmian w charakterze.
Dane nam również będzie przyjrzeć się trochę bliżej Faustowi i jego marionetkom, jednak nie należy spodziewać się wielkich rewelacji.

Oprawa audiowizualna nadal prezentuje się bardzo ładnie. Projekty postaci są nadal tak samo urocze, jak te znane z oryginału, tła nadal są barwne i pełne detali, a animacja płynna i prawie nie widać w niej oszczędności. Okazjonalnie tylko rzuciło mi się w oczy kilka przykładów quality. Dla widza, który nie bawi się w doszukiwanie wpadek jednak, uproszczenia te nie powinny być widoczne.
Ponownie muszę pochwalić również muzykę. Zarówno opening jak i ending zaśpiewane przez Megumi Hayashibarę brzmią bardzo przyjemnie i wpadają szybko w ucho. Podobnie ma się sprawa z regularnymi utworami, które możemy usłyszeć w trakcie anime. Dopasowane są dobrze i stanowią przyjemne tło dla wydarzeń na ekranie.
Głosy postaci również są świetne. Aktorzy ponownie przyłożyli się do roboty i idealnie oddali charakter każdej nich. W ich głosach czuć każdą emocję i nie powiewają one sztucznością.
Od strony technicznej zatem, "Saber Marionette J Again" jest tak dobre jak oryginał.

Cóż mogę ogólnie o anime tym rzec? Nie jest ono tragedią, ale niestety posiada kilka aspektów, które nieszczególnie mi się spodobały. Miast dobrej i pouczającej bajki dostajemy tym razem serię, która owszem, usiłuje dalej przekazać nam bardzo mądre morały, jednak niszczy te chęci wstawionym chwilami bzdurnym i sprośnym fanserwisem. Fabuła tym razem nie wciąga tak bardzo, jak ta z oryginału i jest dość schematyczna, i chwilami nader pospieszana. Postacie nadal dają radę, jednak brakowało mi tu trochę wyrazistości w ich rozwoju. Najwięcej widać go u Lime, Marine i Faustowych "Saber Dolls".
Oprawa audiowizualna jednak nadal jest urocza i zdecydowanie działa na korzyść tego anime.
Produkcja zdecydowanie dla fanów oryginalnej serii. Ci, którzy z Otaru i jego Marionetkami styczności jeszcze nie mieli, niech lepiej wpierw zapoznają się z oryginalną serią.

Typ Anime - OVA
Rok produkcji - 1997
Pełny Tytuł: „Mata Mata Saber Marionette J” ("Saber Marionette J Again")
 Reżyseria: Masami Shimoda
Scenariusz: Mayori Sekijima
Muzyka: Megumi, Parome
Gatunek: Komedia, Ecchi, Science-Fiction
Liczba Odcinków: 6
Studio: Hal Film Maker
Ocena Recenzenta: 7/10

Screeny:






-Możliwe jest, że nadmierna doza fanserwisu w tej serii związana jest z faktem, iż manga, która powstała na podstawie serii TV, również takowym przeładowana była. Być może twórcy chcieli w ten sposób przypodobać się zwolennikom "dojrzalszej" mangi. Moim skromnym zdaniem jednak, niepotrzebnie.

-Seria stanowi swoisty pomost pomiędzy oryginalnym "Saber Marionette J" a "Saber Marionette J to X".

wtorek, 29 października 2013

CHAMSKA REKLAMA - czyli co Goge wam na Bakę przygotował~

Ci, co mojego ryjbuka śledzą, pewnie pamiętają, że ok. 2 tygodnii temu zamieściłem na tablicy wzmiankę o tym, iż poprowadzę trzy dość nietuzinkowe panele na tegorocznej edycji konwentu B.A.K.A. Co wam na ten rok przygotowałem? 

"Magią i Mechem"


Dzień: Sobota
Godzina: 11:00-11:45
Sala: Panel 4

Opis Atrakcji:
Czy mechy i magia mogą iść ze sobą w parze? Co powinno być zawarte w dobrym mecha fantasy? I czy seria takowa faktycznie ma szansę spodobać się komuś poza fanami mecha? By poznać odpowiedzi na te i inne pytania, musicie koniecznie wpaść na ten panel. Przyjrzymy się na nim zarówno bardziej znanym magicznym mechom - jak choćby "Escaflowne" - jak i tym mniej popularnym - jak "Lord of Lords Ryu Knight". Zapraszam gorąco wszystkich entuzjastów baśniowych światów i wielkich maszyn!

O czym to tak wgl będzie:O magicznych mecha, rzecz jasna. Starsi fani na pewno pamiętają kilka takich serii, które przewinęły się w naszej telewizji. Ale nie tylko o nich ten panel będzie, o nieee... Opowiem wam także o tych naprawdę rodzynowych i rzadkich seriach - na liście są takie tytuły jak "Five Star Stories", "Aura Battler Dunbine" (dzięki za przypomnienie, ekipo z /m/!), "Knight Lamune"... A to zaledwie wierzchołek góry lodowej!
Planuję przynieść również ze sobą kilka ciekawych eksponatów, z czarodziejskimi robotami powiązanych, więc będzie co oglądać~
Nie zabraknie oczywiście openingów i co smaczniejszych scen z różnych anime o czarodziejskich robotach.

"Głupki w Kosmosie - Martian Successor Nadesico"


Dzień: Niedziela
Godzina: 10:30 - 11:15
Sala:  Panel 1

Opis Atrakcji:
W anime z gatunku Space Opera przywykliśmy do historii o dzielnej, świetnie przeszkolonej załodze przemierzającej zakamarki kosmosu. Co by było jednak ,gdyby miast ekspertów, załogę statku stanowiła banda wariatów z modelarzem, otaku i rysowniczką doujinshi m.in? O tym właśnie jest świetna parodia większości anime z lat 90tych - Martian Successor nadesico. Na panelu tym przyjrzymy się dokładniej pojawiającym się w tej serii bohaterom, nawiązaniom do innych anime oraz zjawisk fandomowych, zwórcimy także uwagę na genialny i niezwykle zabawny humor w tej produkcji zawarty. Zapraszam gorąco!

O czym to tak wgl będzie:
O moim ulubionym anime, oczywiście! Ci, którzy śledzą mojego bloga od samego jego początków (oraz ci, co przeglądają starsze posty) mieli już pewnie okazję trochę więcej o nim sobie poczytać i wiedzą, iż zdecydowanie jest to jedna z najciekawszych perełek japońskiej animacji. A że rzadko pojawia się na naszych polskich konwentach, to postanowiłem to zmienić i poprowadzę o niej panel.
Przygotujcie się na zdrową dawkę humoru. Postaram się przybliżyć wam jak najwięcej ciekawostek i nawiązań z "Nadesico" związanych. Pokażę wam też, w jaki cwany sposób twórcy tego anime wyśmiali 90% stereotypowych otaku oraz dram, jakie między nimi powstają.
Wspomnę także co nieco o kontynuacjach i występach Nadesico w SRW.
*Tak, będzie też coś dla Rurifagów*

"Made in Korea - o podróbkach anime słów kilka..."



Dzień: Niedziela
Godzina: 12:00-13:15
Sala: Panel 3

Opis Atrakcji:
Chyba każdy popularny produkt doczekał się choć jednej fałszywki, podpisanej słynnym „Made in China” lub też „Made in Korea”. Nie inaczej jest i z anime – choć w ich przypadku wygląda to dużo ciekawiej. Koreańscy i chińscy twórcy bowiem poszli o krok dalej i zamiast po prostu skopiować dokładnie całą jedną serię, postanowili pozlepiać ze sobą kilka różnorakich tytułów, tworząc takie dziwactwa jak „Space Black Knight” czy też „Obrońcy Kosmosu”.

O czym to tak wgl będzie:
Jak nietrudno się domyślić, o zrobionych przez Koreańczyków podróbach słynnych anime. Pokażę wam jak to Amuro został czarnym rycerzem kosmosu, jak współpracował z bohaterami Marvela; opowiem wam także o tym, jak to Ryu i Ken ze "Street Fighter" tłukli na pegazusach i walczyli o rękę pięknej Chun-Li; nie zabraknie także nabijania się z "Hitowych Produkcji" które wydano nam w Polsce - Kojarzycie "Obrońców Kosmosu"? Jeśli nie, to macie kolejny powód by na ten panel zajrzeć~


BONUS


Być może podrzucę również kilka swoich anime na "Noc z Klasyką anime". Wszystko zależy jednak od zgody organizatorów. Jeśli wyrażą oni zgodę, możecie się spodziewać prawdziwych rarytasów, bowiem w planach mam m.in:

-Dream Hunter Rem
-NEW Dream Hunter Rem
-Burn Up!
-Lord of Lords Ryu Knight
-Devilman OVA
-Honoo no Tenkousei
-Those who hunt Elves
-Madou King Granzort
-Bubblegum Crisis


niedziela, 27 października 2013

Legendarni wojownicy, cybernetyczne "Elfy" i samozwańczy bogowie - "Genesis Survivor Gaiarth" (1992)

Okej, dziś na warsztat bierzemy - zaskoczenie! - kolejną obskurną OVA z lamusa.  Ale, aby było ciekawiej, anime które dzisiaj chcę wam przybliżyć jest aż tak bardzo obskurne, że nawet co poniektórzy nerdowie nie mają pojęcia o jego istnieniu. Cóż takiego Goge tym razem z czeluści internetu wykopał, spytacie? A no anime zwie się "Genesis Survivor Gaiarth" i pochodzi z wczesnych lat 90tych.

W niewielkim domku położonym na odludziu mieszka sobie młodzieniaszek imieniem Ital. Naszego bohatera od najmłodszych lat wychowuje stary android - Randis - który jest jednym z bohaterów "Wielkiej Wojny", która rozegrała się wiele, wiele lat temu. Randis przeczuwa, że panujący obecnie pokój jest jedynie ułudą i dlatego też stara się wyszkolić swego adoptowanego syna na wspaniałego szermierza.
Pewnego dnia ich spokojny żywot zostaje zmącony przez atak "automatycznych żołnierzy", którym przewodzi "Beast Master". Poszukują oni kobiety imieniem "Sakuya". Randis każe Italowi uciekać, podczas gdy sam rusza do walki z agresorami. Jak nietrudno się domyśleć, cybernetyczny wojownik zostaje rozwalony na kawałki, a Ital cudem uchodzi z życiem.
Nasz bohater postanawia pomścić śmierć swego "ojca" i wyrusza na poszukiwania "Beast Mastera" i jego oddziału. Podczas swej podróży spotka starego androida - Zaxona - który całkowicie stracił pamięć oraz piękną rudowłosą chłopczycę - Sahari. Jak się szybko okaże, ich spotkanie nie było tak przypadkowe, jak mogłoby się zdawać, i wspólnie będą musieli stawić czoła ogromnemu niebezpieczeństwu, które zagraża dosłownie całemu światu.

Nie ma co ukrywać faktu, że "Genesis Survivor Gaiarth" do najoryginalniejszych anime nie należy. Jest to kolejna, ograna już historia, o osieroconym chłopcu, potężnym wojowniku z amnezją i pięknej panience, którzy razem ratują świat. Takich historii, lepszych lub gorszych, było już na pęczki.
Fabuła jest dość prosta i - niestety- chwilami nudna i niezwykle przewidywalna.
Najgorzej wypada jednak samo zakończenie, które jest niezwykle rozczarowujące i antyklimatyczne.

Jak z postaciami sprawa wygląda? Jak już wspomniałem, dostajemy tu raczej totalnie oklepaną menażerię. Mamy osieroconego chłopaka, o którego przeszłości nie wiemy praktycznie nic; potężnego androida wojownika, który jednak cierpi na amnezję (jak nietrudno się domyślić, jest on dużo ważniejszą postacią niż na początku jest to pokazane); piękną dziewuszkę, która podkochuje się skrycie w głównym bohaterze... och, mamy też obligatoryjną tajemniczą piękność, która stanowi istotny element fabuły oraz głównego złego... o którym w zasadzie nie można powiedzieć za dużo poza tym, że jest zły.
Relacje między postaciami nakreślone są po łebkach i raczej nie spotkamy tu ciekawego, wybijającego się ponad schematy wątku. Zdarzają się lepsze momenty, tak, ale niestety z reguły są one tak krótkie, że szybko giną w gąszczu monotonii.

Oprawa audiowizualna zła nie jest. Projekty postaci są przyjemne dla oka, podobnie jak i maszyn oraz broni. Bardzo podobały mi się także futurystyczne miasta, jakie można w tym anime zaobserwować. Zaprojektowano je z pomysłem i naprawdę potrafią przyciągnąć uwagę widza.
Animacja jest nierówna. Zdarzają się świetne i efektownie zanimowane sceny walki, zdarzają się jednak również obfitujące w QUALITY momenty, podczas których bohaterowie poruszają się trochę za sztywno. Z tego co mi wiadomo, może to być związane z faktem, że każdy z 3 odcinków tworzyła nieco inna ekipa.
Soundtrack jakiś niezwykle zjawiskowy nie jest, ale znalazło się w nim kilka szybkich i fajnych utworów, które całkiem przypadły mi do gustu. Fani cyberpunkowych klimatów będą pewnie zadowoleni, bowiem zdecydowanie przeważają w tym anime utwory charakterystyczne właśnie dla tego gatunku.
Głosy postaci wypadają całkiem dobrze. Co warto nadmienić - także w dubbingu. Jedyny głos, który średnio mi się spodobał (w obu wersjach językowych) to głos Itala. Był moim skromnym zdaniem nieco zbyt drętwy i chwilami brakło w nim znacznie odpowiednio silnych emocji.
Najlepiej brzmi zaś Zaxon. Poważny, niski głos idealnie pasuje do jego charakteru. Nie zawiodłem się również na jego okrzykach bojowych, które odegrane zostały z odpowiednią dawką emocji i brzmiały przekonująco.

"Genesis Survivor Gaiarth" jest jednym z tych obskurnych anime, w przypadku których nie dziwię się raczej, że zostały szybko zapomniane. Poza oprawą audiowizualną bowiem (która też do najlepszych nie należy) nie ma ono raczej nic interesującego do zaoferowania. W okresie, z którego pochodzi, pojawiło się dużo więcej serii, które popisać się mogły ciekawszymi postaciami i wątkiem fabularnym.
"Gaiartha" polecam głównie zatwardziałym fanom oldschoolu oraz miłośnikom cyberpunku i postapokaliptycznych realiów. Widzowie o innych gustach raczej na seansie z tym anime się wynudzą.

Typ Anime - OVA
Rok produkcji - 1992
Pełny Tytuł: „Genesis Survivor Gaiarth”
 Reżyseria:  Shinji Aramaki, Masayuki Ooseki, Kitazume Hiroyuki
Muzyka: Kazunori Ashisawa
Gatunek: Cyberpunk, Akcja, Science-Fiction
Liczba Odcinków: 3
Studio: AIC, Artmic Studios
Ocena Recenzenta: 4/10

-Seria sprzedała się tak źle, że nigdy nie doczekała się wydania na DVD. Ukazała się tylko na kasetach VHS. Poza Japonią również nie zdobyła zbyt dużej popularności.
Screeny:






piątek, 25 października 2013

Uroczej "Łowczyni Snów" przygód ciąg dalszy! - "NEW Dream Hunter Rem" (1990)

*Recenzję pierwszej części sagi, mojego autorstwa, można znaleźć tutaj
---> http://jfan.pl/newsy/recenzja-dream-hunter-rem-zwycieska-praca-w-konkursie-konwentu-b-a-k-a/ *

Pamiętacie Ayanokouji Rem? Piękną i odważną dziewczynę, która jako potomkini legendarnego plemienia "Strażników Snów" trudniła się wypędzaniem ze snów ludzi okrutnych istot zwanych "Sennymi Demonami"? Jeśli tak, to z pewnością ucieszy was fakt, że powstała kontynuacja przygód tej bohaterki - wydana w roku 1990 dwuodcinkowa OVA zatytułowana "NEW Dream Hunter Rem".


Wszystko zaczyna się od tajemniczej, nieco niepokojącej sceny, w której zamaskowana kobieta, niczym zła królowa z "Królewny Śnieżki" wypytuje swe czarodziejskie zwierciadło o to, "Któż jest najpiękniejszy w marzeń świecie?". Jak nietrudno się domyślić, lustro chwali swą królową, jednak uświadamia jej, że istnieje dziewczę dużo bardziej od niej urodziwe. I zgadnijcie, któż tą piękną dziewoją jest? Nikt inny, jak tylko nasza bohaterka - Rem. Rozwścieczona wiedźma postanawia oczywiście zgładzić piękną egzorcystkę. W końcu nie może pozowolić, by na świecie był ktoś piękniejszy od niej.
Tymczasem, w pewnym szpitalu, leży mała dziewczynka, która ma sparaliżowane nogi po pewnym wypadku samochodowym. Od czasu do czasu odwiedza ją jej niezwykle zapracowana mama. Za każdym razem, gdy przychodzi w odwiedziny, jest świadkiem, jak jej córka rozmawia ze swoimi lalkami. Stwierdza zatem w końcu, że dziewczynka powinna dorosnąć i postanawia zabrać jej zabawki. Małej udaje się jednak uprosić mamę, by pozwoliła jej zachować je aż do czasu, gdy wydobrzeje.
Pewnego dnia jednak, małą pacjentkę odwiedza dość nietypowy gość - mianowicie Rem we własnej osobie. W trakcie ich rozmowy dowiadujemy się, iż mała, podobnie jak Rem, posiada zdolność wchodzenia do snów innych ludzi i to właśnie tam, ona i "Łowczyni Snów" spotkały się po raz pierwszy. Także wtedy Rem obiecała jej, że odwiedzi ją w szpitalu.
Po krótkiej rozmowie, w której Rem stara się dodać małej otuchy, nasza bohaterka wręcza jej również ciasto (a raczej to, co z niego zostało, bowiem Alfa i Beta "poczęstowali" się nim po drodze), po czym wraca do domu.
Tam dokonuje ona strasznego odkrycia! Otóż, jak się okazuje... PRZYBRAŁA NIEZNACZNIE NA WADZE (oh, the horror...). Postanawia zatem przejść na dietę (jakby jeszcze miała po co...) i idzie spać głodna, co w rezultacie sprawia, że śni o tym, jak to bardzo chce się jej jeść. Podczas gdy idzie przez las i biadoli napotyka niepozorną babunię, która wręcza jej "śliczne jabłuszko". Nasza bohaterka najwyraźniej nie czytała nigdy "Królewny Śnieżki" (albo żołądek przejął kontrolę nad jej rozumkiem) i postanawia skosztować owocu. Wiadomo jak się to kończy, prawda? Rem zapada w śpiączkę i zostaje uwięziona przez podłą wiedźmę. Co gorsza, podejrzane jabłko jakimś cudem przenika do świata realnego.
Na szczęście, wierni pomagierzy naszej bohaterki - kot Alfa i pies Beta - szybko wzywają na pomoc Inspektora Sakaki, który zabiera ze sobą swych przyjaciół - mnicha Enkou i naukowca Kido - i razem ruszają na odsiecz. Jak się potem okaże, z pomocą naszej bohaterce pospieszy jeszcze jedna osoba a wraz z nią oddział dość... nietypowych wojowników.

"NEW Dream Hunter Rem" składa się z dwóch epizodów, z których każdy opowiada inną historię. Pierwszy, jak z opisu wynika, skupia się na wątku dziewczynki cierpiącej na paraliż nóg, a dodatkowo garściami czerpie z bajki o "Królewnie Śnieżce" przedstawiając nieco (właściwie, to bardzo) odmienną wersję tej historii. Pokazuje również w dość ciekawy sposób, jak poważnym i trudnym chwilami procesem jest dla dziecka dorastanie.
Drugi epizod zaś silnie bazuje na legendach i wierzeniach chrześcijańskich oraz na opowieści o Dr. Frankenstein i stworzonej przez niego istocie. Rem zostaje zaproszona do zamku Freuda znajdującego się w Europie, ponieważ jej niezwykła zdolność jest potrzebna jego właścicielowi do pewnego eksperymentu. Stworzył on bowiem androida, który do złudzenia przypomina człowieka. By jednak sprawdzić, czy rzeczywiście jest on człowiekiem idealnym, naukowiec chce przekonać się, czy jego twór potrafi śnić. I tutaj właśnie niezwykle pomocna okaże się umiejętność naszej bohaterki.
W późniejszej części tego odcinka, w wyniku niesamowitego splotu wydarzeń, Rem przyjdzie również ponownie zmierzyć się ze swoim arcywrogiem...

Muszę przyznać, że ponownie bardzo pozytywnie zaskoczył mnie fakt, jak zgrabnie poprowadzono w tym anime historię. Wszystko dzieje się w odpowiednim tempie, wydarzenia następują po sobie w logicznym porządku, a fabuła jest spójna i brak w niej luk. Odpowiednio zbalansowano również dawkę akcji i informacji, dzięki czemu żadna scena nie jest zbyt przegadana a i na niedobór efektownych pojedynków z Sennymi Demonami nie można narzekać.

Jedyne, co mi się szczerze mówiąc trochę nie podobało, to fakt, że zniknęły edukacyjne epizody. Dostaliśmy co prawda dzięki temu więcej czasu na główną historię w odcinkach ukazaną, jednak "Studium Pięknego Snu" miało w sobie niezwykły urok, który sprawił że naprawdę tę mini-serię polubiłem i trochę szkoda mi było, że nie mogłem jej tu ponownie uświadczyć.

Postacie są tu ukazane jeszcze ciekawiej, niż w poprzedniej serii. Ba, trio Sakaki, Enko i Kido grają tym razem nawet większą rolę, bowiem podczas gdy Rem pogrążona jest w śpiączce, to właśnie oni przejmują inicjatywę i starają się w jakiś sposób ją uratować.
Również Senne Demony, z którymi Rem przyjdzie się zmierzyć tym razem, są dużo bardziej przebiegłe i okrutne niż te z pierwszej serii. Nie cofną się przed niczym, by zrealizować swe diaboliczne plany i naszej bohaterce wcale nie będzie tak łatwo je pokonać. Ba, chwilami znajdzie się ona w takiej sytuacji, że nawet jej specjalna moc na nic się nie zda.
Bardzo podobała mi się również mała Mina (dziewczynka z paraliżem nóg). Całkiem zgrabnie zarysowano jej charakter i w przekonujący sposób przedstawiono jej rozwój.
Niezwykle do gustu przypadł mi również wątek przyjaźni pomiędzy małą, niewidomą dziewczynką a stworem dr. Frankenstein'a, który można zaobserwować w drugim epizodzie. Żałuję tylko, że był on tak krótki i nie rozwinięto go nieco bardziej.

Oprawa audiowizualna zdecydowanie zasługuje na pochwałę. Projekty postaci dopieszczono, dzięki czemu wyglądają jeszcze ładniej, niż w pierwszej serii. Podobnie potraktowano również tła, które nabrały jeszcze więcej barw i detali. Ponownie największe brawa należą się za świat marzeń sennych. Niezwykle podobał mi się zwłaszcza cybernetyczny sen, który możemy zaobserwować w drugim odcinku. Wykonany na modłę starych grafik komputerowych - kolorowe piksele i proste bryły, które razem mają imitować różnorakie obiekty, takie jak drzewa, ptaki, góry itd.
Animacja jest niezwykle płynna. Bohaterowie poruszają się bardzo naturalnie, nawet podczas wykonywania bardziej skomplikowanych ruchów oraz - co miłe - bardzo rzadko zaobserwować można tzw. "QUALITY" (spadek jakości animacji). Przejścia kamery również poprawiono względem oryginału, tak więc nie ma na co narzekać - istna uczta dla oczu. Zwłaszcza pojedynki zanimowane są spektakularnie i ich choreografia jest naprawdę niesamowita.
Jak zaś sprawa ma się z muzyką? Rewelacyjnie. Utwory, które przyjdzie nam usłyszeć w "NEW Dream Hunter Rem" na krok nie odstępują tym z pierwowzoru. Nadal brzmią świetnie, szybko wpadają w ucho i idealnie podkreślają nastrój wydarzeń, które akurat dzieją się na ekranie. Koniecznie muszę gdzieś dorwać płytę z soundtrackiem z tej serii...
Genialnie wypadają również głosy postaci. Aktorzy ponownie spisali się na medal i z przekonaniem oddali charakter każdego z bohaterów. Każdy brzmi tak, jak brzmieć powinien. Rem nadal ma uroczy głos, jednak potrafi pokazać pazur, gdy wymaga tego sytuacja; Inspektor Sakaki nadal brzmi jak świetnie zbalansowany miks stróża prawa i nieco rozkojarzonego żartownisia; czarne charaktery zaś popisać się mogą nie tylko świetnym diabolicznym śmiechem, ale również przekonującym, odpowiednio stonowanym głosem idealnie pasującym do psychopatów.

"NEW Dream Hunter Rem" mnie nie rozczarowało. Jest to moim skromnym zdaniem jedna z najbardziej udanych kontynuacji. Bowiem nie dość, że idealnie oddaje klimat oryginalnej serii, to jeszcze dorzuca doń kilka ciekawych nowości. Obie przedstawione historie są spójne i interesujące; bohaterowie to dalej Ci sami ludzie, których pokochałem w pierwszej serii; oprawa audiowizualna zaś prezentuje się prześlicznie i powiem szczerze, że dorównuje (a kto wie, czy i ich nie przewyższa) wielu dzisiejszym hitowym produkcjom. Jak wspominałem, jedyne co mi się nie podobało, to brak "Studium Pięknego Snu".
Polecam gorąco, zwłaszcza, że napisy do tego anime (zarówno po polsku, jak i po angielsku) już wkrótce będą dostępne w sieci. Nie przegapcie okazji, by zapoznać się z tą naprawdę niedocenianą perełką!

Typ Anime - OVA
Rok produkcji - 1990
Pełny Tytuł: „NEW Dream Hunter Rem” ("NOWA Łowczyni Snów Rem")
 Reżyseria: Okuda Seiji
Scenariusz: Okuda Seiji, Murata Ryouichi
Muzyka: Nagaoka Seikou
Gatunek: Fantasy, Horror, Komedia
Liczba Odcinków: 2
Studio: Sai Enterprise, Zain
Ocena Recenzenta: 8/10

-Jak wspomniałem, anime doczeka się wkrótce (W KOŃCU) napisów w dwóch językach. Podobnie zresztą, jak oryginalna seria z 1985 roku. Za polską wersję językową odpowiadam ja, za angielską zaś grupa [OnDeed].

-Rem jest postacią niezwykle lubianą na /m/, nawet pomimo faktu, że z wielkimi robotami, poza kilkoma nawiązaniami, niewiele ma wspólnego.

-Rem wystąpi niedługo w crossoverze na PS Vita - "Super Heroine Chronicle". Będzie to gra w stylu "Super Robot Taisen", jednak z pięknymi dziewczętami, miast robotów (coś jak "Queen's Gate: Spiral Chaos"). Oprócz Rem wystąpią tam również bohaterki "Higurashi no Naku Koro ni", "Symphogear", czy też "Infinite Stratos".

Screeny: