Planeta S-1 jest na skraju ruiny. Przez wiele lat zanieczyszczana radioaktywnymi odpadami, nie nadaje się już praktycznie do życia. W najlepszym wypadku pozostały jej 2 lata, nim ulegnie kompletnemu zniszczeniu. Szukając wyjścia z trudnej sytuacji, władca planety zwołuje naradę. Wojsko postuluje by natychmiast opuścić planetę i znaleźć nową do podbicia i zasiedlenia. Planu temu sprzeciwiają się naukowcy, którzy obiecują że jeśli dostaną jeszcze trochę czasu to skończą swoje urządzenie, które pozwoli odnowić zdewastowany ekosystem. Na ukończenie wynalazku potrzeba jednak sześciu miesięcy, co przy rosnących z dnia na dzień protestach i zamieszkach jest czasem zbyt długim. Król daje więc naukowcom 5 dni i jeśli do tego czasu nie ukończą prac, w życie zostanie wcielony plan wojska. Głównodowodzący armii – Gattler – nie zamierza jednak czekać. W nocy przeprowadza przewrót i rozkazuje swej oficer – pięknej Aphrodii - zamordować króla i zniszczyć laboratorium, w którym naukowcy pracują nad wynalazkiem. W trakcie ataku ginie doktor Reigan odpowiedzialny za projekt a jego syn – Marin – zabija w samoobronie brata Aphrodii. Tuż przed swą śmiercią, doktor Reigan pomaga synowi uciec na pokładzie eksperymentalnego statku Pulsaburn. W trakcie ucieczki Marin wpada jednak w zasięg warpu floty Gattlera i zostaje wyrzucony daleko w przestrzeń kosmiczną. Ląduje na księżycu, nieopodal pięknej błękitnej planety – Ziemi.
"Baldios" to kawał świetnego dramatu s-f z niesamowicie przekonującymi postaciami i wiarygodnie nakreślonym, nieustannie eskalującym konfliktem. Show nie boi się pokazywać ofiar po obu stronach, tego jak z wojną radzą sobie zwykli cywile, czy też jak długotrwały konflikt wyniszcza morale wszystkich walczących, co prowadzi do zdrad i wielu innych obrzydliwych zachowań, nawet wobec swoich pobratymców. I choć było przed nim kilka seriali poruszających podobne wątki, to mało który z nich posuwał się tak daleko. "Baldios" w naturalistyczny wręcz chwilami sposób kreśli następujące w trakcie międzyplanetarnej wojny tragedie i konsekwencje działań po obu stronach frontu. Jednym z moich ulubionych odcinków jest ten, w którym żołnierze obu stron mają tak bardzo dość bycia mięsem armatnim wykorzystywanym przez ukrytych bezpiecznie swoich przełożonych, że przestają się tłuc i zawierają sojusz wymierzony przeciwko nim. Inny epizod pokazuje z kolei, jak zapędzeni w kozi róg ludzie zaczynają stosować taktyki bardziej obrzydliwe niż najeźdźcy. A do tego dochodzi jeszcze cała masa epizodów z osobistymi, mniejszymi tragediami. Kochająca córka przerażona zachowaniem swojego ojca, który zmuszony jest kolaborować z wrogiem. Zakochany beznadziejnie żołnierz, desperacko próbujący przed pójściem na pewną śmierć na froncie zbliżyć się do swej ukochanej. Czy też pogrążony w tęsknocie za swą rodziną pilot robota, któremu bolesne wspomnienia spędzają sen z powiek każdej nocy. Warto także wspomnieć, że takie personalne dramaty i tragedie nie są przedstawiane jedynie z perspektywy ludzkości. Jak się bowiem szybko okazuje, najeźdźcy również mają swoje historie. W szczególności Aphrodia której relacja z Gattlerem i rola jaką pełni na polu bitwy oraz wiążący się z tym, narastający w niej konflikt wewnętrzny zostają wyeksplorowane w najdrobniejszych detalach.
Bardzo podobało mi się również, że w przeciwieństwie do wielu podobnych opowieści, główny bohater nie jest od razu przyjmowany z otwartymi ramionami jako zbawca i jedyny wojownik zdolny uratować ziemię za sterami wielkiego robota. Jako że jest przybyszem z tej samej planety, co najeźdźcy, to z początku wszyscy ziemianie podchodzą do niego bardzo podejrzliwie. Marin musi naprawdę bardzo się postarać, by zyskać szacunek i zaufanie nawet własnych kolegów z oddziału. Dodatkowo, fakt że jest obcym walczącym po stronie ziemian, świetnie buduje także jego personalną tragedię – na dobrą sprawę musi bowiem zabijać swoich własnych rodaków. I bynajmniej nie przychodzi mu to z łatwością, szczególnie gdy staje oko w oko z Aphrodią, wciąż zżerany przez poczucie winy za przypadkowe zabicie jej brata.
Kolejną świetną rzeczą jest fakt, że tytułowy Baldios nie jest rozwiązaniem na każdy problem. Owszem, w bezpośrednim starciu z najeźdźcami i ich machinami wielki robot przydaje się bohaterom bardzo, ale w serialu jest też wiele sytuacji, w których muszą poradzić sobie bez niego. Marin i jego towarzysze nie raz będą prowadzili infiltracje wrogich baz na piechotę; zmagać będą się ze straszliwym wirusem zarażającym kolejnych członków załogi na terenie ich bazy; wreszcie będą nawet musieli stawić czoła skorumpowanym politykom i ich niesprawiedliwym osądom.
Wszystko to czyni z "Baldiosa" niesamowicie angażujący show, co tylko jeszcze bardziej potęgowane jest przez fenomenalne tempo rozwoju akcji. W mało którym innym anime widziałem tak dobrze przedstawione jak z pozoru mało znaczące wydarzenia i wypadki mogą gradualnie, niczym turlająca się i nabierająca masy kula śnieżna, urosnąć do rangi gigantycznych, zmieniających bieg konfliktu i historii przełomów. Jak pozornie jasny podział na agresora i ofiarę zaczyna się coraz bardziej zacierać w miarę jak obie strony muszą uciekać się do coraz to brutalniejszych taktyk. A jeszcze do tego wszystkiego dochodzi niesamowity twist, pod który podwaliny budowane są już od pierwszego odcinka serialu.
Niestety, przez to wszystko serial okazał się też zbyt ambitny dla ówczesnych widzów, przez co został przedwcześnie anulowany i zdjęty z anteny. Z 34 zrealizowanych odcinków wyemitowano pierwotnie tylko 31. Jakby tego było mało, ostatni wyemitowany epizod kończył się niesamowicie dramatycznym cliffhangerem, implikującym kompletną porażkę Marina i ziemian. Mogę sobie jedynie wyobrażać jak dużym szokiem musiało być to dla widzów śledzacych serial podczas jego oryginalnej emisji. Prawdziwe zakończenie historii zostało dopisane dopiero rok później, w pełnometrażowym filmie. Sytuacja podobna trochę do słynnego "Ideona" Yoshiyukiego Tomino, który również potrzebował pełnometrażowego filmu by dopowiedzieć to, na co ograniczające ramy emisji telewizyjnej mu nie pozwoliły.
Na pochwałę zasługuje także oprawa audiowizualna. Szczególne wrażenia zrobiła na mnie świetna reżyseria potrafiąca wywindować nawet te sceny, w których nie ma aż tak dużo ruchu. Fenomenalnie buduje napięcie za pomocą sprytnego kadrowania, barw i oświetlenia, odpowiednio zastosowanych pauz czy szybkich, drastycznych cięć, potęgujących szok. Moim ulubionym tego przykładem jest chyba wspomniana wyżej sytuacja gdzie Marin i jego towarzysze zmagają się z zagrażającym bazie wirusem. Scena w windzie, gdzie jeden z pilotów jest świadkiem strasznej śmierci kilku swoich towarzyszy nie tylko zostaje poddana nerwowym, budującym niepokój cięciom, ale też podjęto w jej przypadku decyzję o zastosowaniu nieregularnego, urywanego timingu w ruchach. Postaci ruszają się znacznie mniej płynnie niż zazwyczaj, w urwanych uskokach, co jeszcze bardziej potęguje poczucie grozy wobec tego co rozgrywa się na ekranie.
Bardzo przypadły mi również do gustu szczegółowe, a jednocześnie bardzo dobrze animowane i ekspresywne projekty postaci. Każdy z bohaterów jest bardzo charakterystyczny i łatwo ich rozpoznać nawet gdy ukazani są na ekranie w tłumach lub z dalekiej odległości. Co do robotów zaś, o tym jak podoba mi się Baldios pisałem już na początku tekstu, ale bardzo pozytywne wrażenie zrobiły na mnie także wszelkie maszyny najeźdźców. Surrealne, bardzo odstające od typowo ziemskiej technologii, z mocno futurystycznym zabarwieniem, ale jednocześnie nie przekombinowane do przesady, dzięki czemu sprawiają wrażenie czegoś co faktycznie mogłoby funkcjonować na polu kosmicznej bitwy.
Zachwycająca jest scena transformacji i kombinacji tytułowego robota, obfita w detale tak bardzo, że mogłaby z powodzeniem służyć jako instrukcja dla faktycznej zabawki. Pokazane są dokładnie wszystkie otwierające i przesuwające się elementy, poruszające nimi dźwigienki i spusty, wewnętrzne machinacje wprawiające gotowego robota w ruch. Co zabawne, wydany przez firmę "Good Smile Company" model robota - Moderoid - dokładnie tą scenę kombinacji naśladuje, bo cały proces jego transformacji odbywa się 1:1 zgodnie z tym co na ekranie.
Pozytywne wrażenie robią też wszelkie sceny potyczek i strzelanin między bohaterami, pełne solidnej animacji postaci i efektów. Ale największe pozytywne wrażenie wywarły na mnie starcia między wielkimi mechami – Baldios to idealny przykład na to, że super robotowe potyczki wcale nie ograniczają się tylko do krzyczenia nazwy ataku i wyciągania olbrzymiego miecza. Pilotowany przez Marina i jego towarzyszy robot potrafi w trakcie walki np. zmiażdżyć wrogie myśliwce i cisnąć pozostałymi po nich odłamkami w nadlatujące posiłki; taktycznie łączyć się i rozdzielać, by maksymalnie wykorzystać silne i słabe strony poszczególnych trybów maszyny; wykorzystywać teren, na którym toczy się walka, by zyskać przewagę; wreszcie wykorzystywać standardowe – wydawać by się mogło – uzbrojenie w niestandardowy sposób, jak np. robiąc z miecza kołowrotek, czy używając odrzutu po wystrzale broni do skutecznego przemieszczania się.
Byłem też zachwycony art direction serialu. Nie tylko projekty postaci są bardzo charakterystyczne i pełne ekspresji, ale i tła robią piorunujące wrażenie. Pełne detali, przepięknych barw i scenerii, natychmiastowo przyciągają oko i wiele razy przyłapałem się na pauzowaniu serialu żeby zrobić dobre zrzuty ekranu. Szczególną sympatią mam wrażenie rysownicy teł darzyli zachody słońca, bowiem scenerii z "ich udziałem" pojawia się zdecydowanie najwięcej.
Fantastyczną muzykę skomponował genialny Kentarou Haneda, znany z prac przy takich tytułach jak "Macross", "Takarajima","Onii-sama e...", "Space Battleship Yamato", czy też "Project A-ko". Wszystkie tracki w Baldiosie, z fenomenalnym openingiem na czele, mają w sobie magiczną melancholię, ale z wyczuwalną nutką nadziei, co świetnie oddaje ogólną atmosferę serialu. W pamięć zapadł mi szczególnie ending, podkreślający wewnętrzny dramat Marina i pytanie, jakie zadaje sobie na każdym kroku, widząc jak konflikt w którym bierze czynny udział doprowadza do coraz to kolejnych i coraz bardziej druzgoczących tragedii.
Słówko jeszcze o obsadzie aktorskiej, bo wywarła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Na front wysuwa się zdecydowanie legendarny Kaneto Shiozawa, który wciela się tutaj w Marina. Aktor ten kojarzony jest zawsze z bardzo charyzmatycznymi protagonistami i czarnymi charakterami, więc spodziewałem się że świetnie spisze się w tej roli. Ale przeszedł moje wszelkie oczekiwania, bo Marin to - obok księcia Bundle'a z "Goshoguna" - chyba moja ulubiona jego rola. Bardzo honorowy i heroiczny, ale również wciąż nieco naiwny Marin wypadł w jego wykonaniu bardzo przekonująco i wyraźnie czuć wszelkie noszące go emocje, zarówno w trakcie dramatycznych potyczek jak i bardziej stonowanych, nastrojowych scen. Oprócz niego, w "Baldiosie" dane nam będzie również usłyszeć takich seiyuu jak m.in: Tesshou Genda, Shouzou Iizuka, Toshio Furukawa, Kazuhiko Inoue, czy Akira Kamiya.
"Baldios" to naprawdę świetny show i bardzo cieszy mnie że dzięki uprzejmości wydawnictwa Discotek każdy może w końcu się z nim zapoznać. Wciągający i emocjonujący a jednocześnie bardzo melancholijny i skłaniający do refleksji, szczególnie powinien przyciągnąć do siebie wielbicieli ludzkich dramatów i historii wojennych. Tylko pamiętajcie by obejrzeć potem też koniecznie pełnometrażowy film! Pierwsza jego połowa streszcza pokrótce wydarzenia z serialu, ale druga to zupełnie nowe sceny, w satysfakcjonujący sposób domykające niepełne zakończenie wersji telewizyjnej.
Pełny Tytuł: „Uchuu Senshi Baldios”
Scenariusz: Sakai Akiyoshi, Shudou Takeshi
Muzyka: Haneda Kentarou
Liczba Odcinków: 34
Studio: Ashi Productions
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz