czwartek, 31 grudnia 2015

Szczęśliwego Nowego Roku!!


Jest godzina czwarta nad ranem, a mi udało się w końcu oderwać od stołu. Wypadałoby zatem życzyć Wam wszystkim, Kochani Czytelnicy, Szczęśliwego Nowego Roku, oraz króciutko podsumować ten ubiegły.

Ogółem rok bardzo dla mnie udany. Dużo świetnych i śmiesznych spotkań z ziomeczkami, nowi fantastyczni ludzie, nowe doświadczenia i przygody. W tym roku śmiałem się chyba najbardziej. Tyle dobrych konwentów, wypadów do pubów oraz na miasto, śmieszków na uczelni. Uwielbiam swoich przyjaciół~. Jeśli chodzi o tematy chińskobajkowe i ogólnociapońskopopkultorowe, to 2015 również wypadł ekstra. Dostaliśmy multum kontynuacji staroszkolnych bajek (wyemitowanych jak i zapowiedzianych), w Polsce wydano oraz zapowiedziano bardzo dużo dobrych komiksów, Bamco dało nam dwa solidne SRW, no i oczywiście wyszło dużo nowych serii mecha. Gdy rok temu życzyłem "Mechowego Nowego Roku" to nie podejrzewałem, że 2015 faktycznie okaże się tak "/m/ as Fuck".  Moja kolekcja powiększyła się też o wiele rzadkich i świetnych książek, modeli, figurek, gier oraz płyt z muzyką, zarówno z lat 80-90, jak i tych bardziej współczesnych. Serdecznie dziękuję w tym miejscu mojemu przyjacielowi, Ranalcusowi, bez którego nie byłoby to możliwe.

W tym roku popełniłem trochę mniej artykułów i recenzji niż zwykle, głównie ze względu na bardzo hardkorowe sesje, z których wyszedłem na szczęście zwycięsko. Mam nadzieję, że z tą nadchodzącą też sobie poradzę...
Bardzo cieszy mnie jednak to, że moje posty czyta coraz więcej ludzi, nawet mimo faktu że zbytnio swego bloga nigdzie nie reklamuję. Dzięki wam wszystkim! Motywujecie mnie do dalszego pisania! Obiecuję że w 2016 opowiem wam jeszcze o wielu mało znanych i starych, ale jarych tytułach. Pochwalę się też, oczywiście, kolejnymi fajnymi rzeczami ze swojej kolekcji.
Na pewno jak co roku odwiedzę też sporo konwentów i poprowadzę mnóstwo paneli. Już dziś mogę was zapewnić, że będę na Pyrkonie, a z pewnością nie będzie to jedyna impreza, na której mnie spotkacie.

Oby rok 2016 okazał się równie dobry, jak 2015, a nawet jeszcze lepszy! I oby też był /m/ as Fuck.

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Błękit wiatru, zieleń morza - "Brigadoon: Marin to Melan" (2000)

Jak już zapewne wiecie mam ogromną słabość do serii będących miksem kilku różnych, chwilami totalnie ze sobą sprzecznych gatunków i motywów. Bardzo łatwo bowiem znaleźć pośród nich anime naprawdę oryginalne i jedyne w swoim rodzaju. Wspomnieć wystarczy tytuły takie jak "Vision of Escaflowne", "Aura Battler Dunbine", "Senki Zesshou Symphogear", "Betterman" czy też "Neo Ranga". Przy tworzeniu tego typu serii trzeba jednak pamiętać, aby z tym mieszaniem nie przesadzić, bo inaczej możemy dostać tak pokraczne potworki jak "Cyberteam in Akihabara", czy też "Amazing Nurse Nanako". Na całe szczęście pan odpowiedzialny za opisywany dziś tytuł - Yoshitomo Yonetani - zna się na swoim fachu i dał nam dzieło bardzo ciekawe i nietypowe. 

Rok 1969. Trzynastoletnia Marin Asagi to świeżo upieczona uczennica siódmej klasy. Nasza mała bohaterka jest sierotą, pozostawioną pewnej nocy na progu skromnego apartamentu. Przygarnięta przez jego mieszkańców, którzy zastąpili jej rodzinę, wyrosła na radosną i pogodną dziewczynkę, której nawet niezbyt ciekawa sytuacja materialna nie jest w stanie zedrzeć uśmiechu z twarzy. 
Pewnego dnia na niebie pojawia się tajemniczy miraż. Wylatywać zaczynają z niego tajemnicze istoty, które z jakiegoś powodu chcą pozbawić Marin życia. Przerażona dziewczynka uciekając przed jedną z nich wpada do opuszczonej kapliczki, w której znajduje tajemniczą ampułkę. Wychodzi z niej władający mieczem oraz laserowym pistoletem robot imieniem Melan. Ratuje on życie Marin i obiecuje chronić ją przed wszelkimi zagrożeniami z tajemniczego świata, który pojawił się na nieboskłonie - "Brigadoon". Od tej pory życie dziewczynki zmieni się diametralnie i przyjdzie jej stawić czoła wielu próbom, przeciwnościom losu i straszliwym niebezpieczeństwom. Szybko okaże się też, że na jej barkach spoczywają losy całego świata. Jak mała Marin sobie z tym wszystkim poradzi? 

Niech nie zmyli was dość sztampowy i oklepany początek! Choć "Brigadoon" zaczyna się tak samo jak wszystkie inne opowieści o dziecku i jego niezwykłym przyjacielu, to bardzo szybko zaczyna eksperymentować i zmienia się w niezwykle ciekawą i szokującą serię, pełną zaskakujących zwrotów akcji oraz niespodziewanych, nagłych zmian nastroju. Seria potrafi w jednej chwili przejść z radosnej, sielankowej scenki rodzajowej do mrożącej krew w żyłach sceny rodem z horroru lub filmu gore. Działa to też w drugą stronę - na ekranie może właśnie mieć miejsce przerażająca, niezwykle mroczna sytuacja, która przerwana zostaje nagle głupkowatą humorystyczną scenką, rozgrywającą się w wyobraźni Marin. Sprawia to, że show nie ma zdefiniowanej konkretnie grupy docelowej. Z jednej strony może to się wydawać największą wadą "Brigadoona", z drugiej jednak jest właśnie tym, co czyni go tak oryginalnym i niepowtarzalnym. Jest to twór, w którym w odpowiednich proporcjach zmieszano kolorową bajkę dla dzieci, mroczną i dołującą historię o końcu świata, obfitującą w erotyczne podteksty komedię, pełen efektownych potyczek mecha show dla nastolatków oraz dojrzały i stopniowo rozwijający się romans. Mieszanka ta niekoniecznie będzie dla każdego zjadliwa, jednak nie w sposób odmówić jej twórcom odwagi i pomysłowości. Warto wspomnieć także, że mimo całego tego skakania między gatunkami, fabuła serii jest bardzo spójna i ani na chwilę nie zbacza z kursu. Każde kolejne wydarzenie jest konsekwencją poprzedniego i nie ma tu mowy o jakichkolwiek większych dziurach fabularnych. Jedynie samo zakończenie jest dość rozczarowujące, bowiem mamy w nim do czynienia z podręcznikowym wręcz przykładem zastosowania Deus Ex Machina. Osobiście czułem się też trochę niekomfortowo widząc w jak wielu scenach Marin biegała nagusieńka jak ją Pan Bóg stworzył. Choć na upartego można to tłumaczyć tym, że każda tego typu sytuacja była fabularnie uzasadniona, to jednak wciąż mi to przeszkadzało. Pół biedy, gdyby była to dorosła kobieta, ale mówimy tutaj o trzynastoletnim dziecku. Dobrze, że twórcy mieli na tyle godności, by ocenzurować te najbardziej intymne części ciała. Marin przypomina może przez to trochę plastikową lalkę, ale lepsze to, niż bezceremonialne otwarte eksponowanie dziecięcych piersi i waginy.

Przejdźmy teraz do bohaterów. W "Brigadoon" dane jest nam ujrzeć naprawdę barwną i zróżnicowaną menażerię postaci. Najważniejsza jest, oczywiście, tytułowa para bohaterów - Marin oraz Melan. Ta pierwsza to z początku bardzo typowa chińskobajkowa dziewczynka, nieustannie ładująca się w tarapaty. Z biegiem czasu jednak dorasta, staje się mądrzejsza i odważniejsza, a kiedy trzeba, potrafi świetnie poradzić sobie nawet z najtrudniejszymi problemami. Melan zaś to wpierw podręcznikowy wręcz przykład robotycznego strażnika - skupiony tylko i wyłącznie na swojej misji, nie potrafi zrozumieć emocji Marin i często przysparza jej swoim zachowaniem kolejnych problemów. Stopniowo zaczyna jednak coraz lepiej rozmieć, czym są uczucia oraz czemu te dziwne istoty zwane ludźmi zachowują się w taki, a nie inny sposób. Bardzo podobało mi się także to, że Melan nie jest ani niezniszczalnym nadbytem, ani też kimś kto wygrywa tylko dzięki szczęściu. Jest to silny i inteligentny wojownik, potrafiący dostosować odpowiednio strategię walki do przeciwnika, jednak nigdy nie wychodzi z potyczki bez szwanku. Dzięki temu widz nigdy nie jest pewien, czy Melanowi uda się zwyciężyć, dzięki czemu każde starcie jest bardzo emocjonujące.  Świetnie przedstawiono też rozwijającą się pomiędzy Melanem a Marin więź, będącą kluczowym elementem całej bajki. "Brigadoon" to bowiem sprytnie opowiedziana historia o dojrzewaniu. Na początku parę bohaterów łączy jedynie wspólna misja, potem przeradza się to w relację podobną do tej między rodzicem a dzieckiem, potem w obustronne zaufanie i przyjaźń, aby w końcu przeistoczyć się w dojrzałą miłość, zdolną przetrwać wszelkie przeciwności losu. 
Nie gorzej prezentują się pozostali bohaterowie. Charakter każdego z nich został nakreślony bardzo wyraźnie i nie ma tutaj kogoś takiego jak statyści. Każdy z bohaterów "Brigadoona" ma swoją rolę do odegrania i istotny wpływ na dalszy przebieg historii. Bardzo podobało mi się także to, że każdy z nich reaguje odpowiednio na czyny Marin oraz Melana, a także stopniowo postępujący rozpad świata. Postacie w "Brigadoonie" to ludzie z krwi i kości, zdolni odczuwać radość i inne pozytywne emocje, ale także strach, co w rezultacie popycha ich czasami do czynów podłych i okrutnych. Kiedy ludzie dostrzegają w końcu związek między kolejnymi katastrofami a Marin, szybko obracają się przeciwko niej i zaczynają jej unikać, by uchronić siebie i swoich bliskich przed nieszczęściami. Ba! Niektórzy gotowi są nawet Marin zabić, bowiem są święcie przekonani, że to z jej winy utracili cały dorobek swojego życia oraz swych ukochanych.
Fantastyczni są także mieszkańcy świata Brigadoon. Zróżnicowani zarówno pod względem wyglądu jak i zachowań, potrafią niesamowicie zaintrygować. Najbardziej zachwycili mnie chyba członkowie komitetów, sprawujący władzę w Brigadoon. Wyglądają i poruszają się jak kreskówkowe zwierzaki ze "Zwariowanych Melodii", bardzo często mówią kryptycznymi zagadkami, dziwacznie przy tym gestykulując i strojąc głupie miny, a wszelkie spory rozwiązują rzucając swemu dyskutantowi w mordę ciastem. To ostatnie wygląda szczególnie komicznie podczas obrad, gdy na sali siedzą tysiące takich stworzonek. Ciasta latają wtedy na wszystkie strony i na oberwanie słodkim wypiekiem narażeni są nawet ci, którzy nie biorą czynnego udziału w dyskusji. Fantastyczna metafora obrad sejmu!

Podobnie jak treść bajki, również jej oprawa jest zderzeniem kilku różnych światów. Za projekty postaci odpowiada Takahiro Kimura, znany z rysowania ludków do "GaoGaiGara", "Code Geass" (CLAMP robił tylko oryginalne koncepty, ich przeniesieniem na ekran zajął się właśnie pan Kimura), czy też "Variable Geo". Możemy się zatem spodziewać uroczych dziewcząt i przystojnych mężczyzn. Prawdziwym rarytasem są jednak, jak już wspomniałem, mieszkańcy Brigadoon. Każdy z ras zamieszkujących ten fantastyczny świat jest tak cudownie surrealistyczna. Jeden stwór może przypominać telewizor z wymionami, kolejny znowuż to żółw-łódź podwodna, jeszcze następny to gigantyczna metalowa salamandra strzelająca z rąk wodą pod wysokim ciśnieniem, jeszcze inny jest motylem wyglądającym jak szklanka oranżady ze słomką. Równie surrealistyczne, wyrwane jakby ze snu są także Brigdoonowe lokacje. Lasy drzew bombonierkowych i ramenowych krzewów, piankowy ocean, sześcienne świątynie unoszące się nad bezdennymi przepaściami. To zaledwie drobny wycinek tego, co zobaczyć można  "Brigadoon". Ludzki świat jest już bardziej realistyczny i pod względem historycznym zgodny z okresem, w którym osadzona jest akcja serii. Wszelkie budowle i lokacje bazowane są na tych z prawdziwego świata.
Animacja jest bardzo płynna i raczej nie dopatrzyłem się w niej spadków jakości. Bardzo podobały mi się zwłaszcza dynamiczne i zróżnicowane potyczki. Żadna z nich nie była taka sama, dzięki czemu show stale zaskakiwał czymś nowym. Bardzo do gustu przypadła mi też nietuzinkowa animacja openingu, gdzie na tle nieba pojawiają się pół-przezroczyste sylwetki postaci. Miłym zaskoczeniem było także wykorzystanie tu i ówdzie animacji wykonanych za pomocą plasteliny. Bardzo fajnie wpasowuje się to w dziwaczny całokształt serii. Niezbyt podobała mi się jednak momentami praca kamery. Czasami poruszała się stanowczo za szybko, przez co nie byłem w stanie bez zapauzowania lepiej przyjrzeć się temu, co aktualnie działo się na ekranie.
Muzyka jest po prostu fantastyczna. Dominują chóry, utwory grane na fletach i fujarkach, plemienne pieśni i bębny. Tak, ścieżka dźwiękowa "Brigadoona" jest bardzo nietuzinkowa jak na chińską bajkę i fenomenalnie wpasowuje się w równie dziwaczny całokształt produkcji. Najbardziej do gustu przypadły mi chyba pieśni wykonywane a capella oraz chóry podobne do tych, jakie można usłyszeć w trakcie liturgii Wielkiej Soboty. Przepiękne i przenikające dogłębnie duszę, oczarowały mnie niezwykle.
Gra aktorska już tak dobrze niestety nie wypada. Jest okej, ale raczej żaden z aktorów nie zachwycił mnie jakoś szczególnie. Sporym zaskoczeniem było jednak dla mnie to, że w rolę Melana wcielił się Ohtsuka Houchu. Aktor ten znany mi jest głównie z ról wyluzowanych, podchodzących do życia z dystansem badassów, szalonych psychopatów oraz postaci typowo komediowych. Czyli ogółem takich bohaterów, których sensowne odegranie wymaga dużej hiperbolizacji emocji. Pierwszy raz dane było mi usłyszeć go w roli poważnego, wyzbytego praktycznie z emocji robota i muszę przyznać, że wypadł zaskakująco dobrze. Niezmiernie z kolei irytowała mnie wcielająca się w Marin Midori Kawana. Jej głos uderza momentami w tak nieprzyjemne dla ucha tony. Zwłaszcza Marinowe "Ahaaaaaa~" okropnie mnie drażniło. Ja wiem, że to jest 13-letnia dziewczynka i że takie teksty i barwa głosu powinny być dla niej naturalne, no ale kurde...

"Brigadoon" to bardzo specyficzny show. Zawarta weń mieszanka gatunkowa oraz liczne, nagłe zmiany nastroju z pewnością nie wszystkim przypadną do gustu. Gorszyć mogą także liczne rozbierane sceny z 13-letnią bohaterką. Nie jest to jednak wcale zły show. Historia jest ciekawa i trzyma w napięciu do samego końca, bohaterowie są naturalni i przekonujący, muzyka to istne arcydzieło a świat Brigadoon i jego mieszkańcy są naprawdę cholernie ciekawi. Zdecydowanie polecam! Tym bardziej, że seria doczeka się już w styczniu wydania Blu-Ray.

Typ Anime - Seria Telewizyjna
Rok produkcji - 2000
Pełny Tytuł: „Brigadoon: Marin to Melan” ("Brigadoon: Marin and Melan")
 Reżyseria: Yoshitomo Yonetani
Scenariusz: Hideyuki Kurata
Muzyka: Youko Ueno, Yuuji Yoshino
Gatunek: Dramat, Komedia, Obyczajowy, Science-Fiction, Ecchi, Mecha
Liczba Odcinków: 26
Studio: Sunrise
Ocena Recenzenta: 8/10

Screeny:






Tow Ubukata i jego Księga Wyjścia - "Soukyuu no Fafner: Dead Aggressor - "Exodus" (2015)

Dobiegający już końca rok 2015 obfitował w dobre bajki. Dostaliśmy piękne i wzruszające "Houkago no Pleiades", kontynuację kultowego "Yattamana" - "Yoru no Yatterman", ciekawe i poprawne historycznie "Junketsu no Maria", poruszające i mogące popisać się fantastyczną ścieżką dźwiękową "Hibike! Euphonium", krzepiące serce "Non Non Biyori Repeat" i wiele, wiele więcej. Wśród wszystkich tych świetnych tytułów pojawił się jednak jeden bardzo szczególny, szerszej widowni niestety niezbyt znany. Show tak cholernie dobry, że bez większego problemu przyćmił wszelkie inne tegoroczne hity i dokonał czegoś, co od dawna nie udało się żadnej innej bajce - z każdym kolejnym epizodem sprawiał, że targało mną multum różnych emocji i z coraz większą niecierpliwością oczekiwałem dalszego rozwoju historii. Dodajmy do tego jeszcze świetnych bohaterów i fantastyczną oprawę audiowizualną. Oto "Fafner Exodus" - zdecydowanie najlepszy, acz okropnie niedoceniany tytuł tego roku.

Wojna z Festum nadal trwa. Choć mieszkańcom wyspy Tatsumiya udało się zaprzyjaźnić z jednym z rojów, tak większość wciąż jest wrogo nastawiona do ludzkości i usiłuje raczej ją zniszczyć, aniżeli koegzystować.
25 czerwca 2150 roku - pomimo znacznego postępu technologicznego, Armia Ludzkości nie jest już w stanie dłużej odpierać ataków Festum. Nieustannie rozwijający się wróg ewoluował już tak bardzo, że nie tylko masowo produkowane Fafnery, ale nawet naloty atomowe nie są w stanie wyrządzić mu krzywdy. W zgliszczach zdewastowanego po jednym takim bombardowaniu miasta znaleziona zostaje mała dziewczynka - jedyna ocalała spośród całej jego społeczności.
28 czerwca 2151 roku - Wyspa Tatsumiya, będąca ostatnim bastionem pokoju i kultury ludzkości. Od jakiegoś czasu Miwa - pierwsze naturalnie poczęte dziecko na wyspie - rozmawia ze zmyślonym przyjacielem. Z początku nie niepokoi to zbytnio żadnego z mieszkańców -  w końcu każde dziecko przez to przechodzi - jednak pewnego dnia staje się coś nieoczekiwanego. Na Tatsumiyę przybywa ścigany przez Festum samolot pasażerski, w wyniku czego rdzeń wyspy zaczyna dziwnie się zachowywać. Co więcej - okazuje się, że na pokładzie pojazdu znajduje się... "zmyślona" przyjaciółka Miwy - Emery. Jej przybycie ponownie rzuci Tatsumiyę oraz jej mieszkańców w sam środek wojny pomiędzy Festum a ludzkością...

"Exodus" jest kontynuacją wydarzeń z pierwszej serii telewizyjnej z 2004 roku oraz filmu kinowego "Heaven&Earth" z 2010. Jeśli zatem nie mieliście jeszcze okazji ich obejrzeć, to mam dla was złą wiadomość - nie jest to serial dla was. "Exodus" bowiem zakłada, że widz zna dobrze bohaterów oraz wydarzenia z poprzednich odsłon cyklu i raczej nie kwapi się, by je mu dokładniej przypominać. Twórcy nie marnują cennego czasu i od razu zaczynają opowiadać nową historię. I chwała im za to, bowiem "Exodus" bardziej na tym zyskuje, niż traci. Historia jest bardzo dobrze rozplanowana, rozwija się stopniowo, w odpowiednim tempie, dobrze balansując sceny bardziej treściwe oraz potyczki. Serial nie serwuje też widzowi przydługich, nudnawych infodumpów mających po raz n-ty wprowadzić go w dobrze już mu znane aspekty uniwersum. Zamiast tego, twórcy bardzo umiejętnie rozszerzają świat przedstawiony, pokazując jak wygląda reszta świata, poza wyspą Tatsumiya, na której do tej pory toczyła się akcja serii. Bardzo mnie to ucieszyło, bowiem do tej pory jedyne, co wiedzieliśmy o świecie zewnętrznym to to, że Japonia została zniszczona i że ludzie od lat toczą wojnę z Festum. Wszystkie te ruiny cywilizacji, rozległe pustkowia, czy też skute wiecznym lodem lądy bardzo dosadnie pokazują, na jak bardzo przegranej pozycji faktycznie znajduje się ludzkość, pozbawiona większości dobrodziejstw z wyspy Tatsumiya. Wszystkie te zdewastowane scenerie i ogólne uczucie beznadziei fantastycznie kontrastują także z rajskim i sielskim obrazem wyspy bohaterów i sprawiają, że zarówno oni jak i sam widz jeszcze bardziej doceniają jej piękno.
Bohaterowie zawsze byli tym najistotniejszym elementem Fafnera. To właśnie proces ich dorastania oraz relacje między nimi oraz Festum są wszakże motorem napędowym serii. Jak poradził sobie z nimi "Exodus"? Fenomenalnie! Zacznijmy od tego, że naprawia największe niedociągnięcie kinówki "Heaven&Earth" i świetnie rozwija charaktery pilotów drugiej generacji. Dzieciaki przez te kilka lat pomiędzy filmem a nową serią bardzo wydoroślały i "Exodus" świetnie to pokazuje. Seri nie tylko niesamowicie wypiękniała, ale też stała się jeszcze bardziej dojrzała i opiekuńcza, Hiroto spełnił swoje marzenie o byciu gwiazdą telewizyjną i jest inspiracją dla wszystkich dzieciaków mieszkających na Tatsumiyi, Akira zaś całkowicie zwalczył swoje problemy z mówieniem i bardzo zmężniał, jednak wciąż zdarza mu się prędzej działać, niż myśleć.  Również stara gwardia z oryginalnego "Dead Aggressor" nie została potraktowana po macoszemu. Strasznie podobało mi się to, że "Exodus" pozwala nam zobaczyć, jakie drogi życiowe obrał każdy z bohaterów pierwszej generacji. Kenji został lekarzem, Sakura nauczycielką, Canon naczelnym mechanikiem i konstruktorem Fafnerów, Soushi znowuż naukowcem. Obserwowanie, jak wygląda ich praca poza kokpitami Fafnerów sprawia naprawdę wiele przyjemności. A i ci nowi piloci są w sumie całkiem w porządku. Mimika to radosna, tryskająca wręcz energią dziewczynka, o wielkiej odwadze; Sui to bardzo inteligentny chłopak, zaskakujący pomysłowością w trakcie walki, borykający się jednak z trudną sytuacją w rodzinie; Leo zaś to honorowy i bardzo waleczny młodzieniec, świetnie władający mieczem.
Bardzo podobało mi się też, że "Exodus" pokazuje w trochę lepszym świetle żołnierzy Armii Ludzkości. Choć wciąż jest wśród nich wielu wrednych sukinsynów, to jednak jak się okazuje, w ich szeregach jest także wielu naprawdę dobrych ludzi, gotowych nieść pomoc potrzebującym. Bardzo spodobała mi się zwłaszcza postać Waltera, który nie tylko był naprawdę mądrym i dobrym człowiekiem, ale również odegrał niezwykle istotną rolę w rozwoju charakteru Akiry. Jakby tego było mało, serial momentami dość dosadnie kwestionuje też to, czy mieszkańcy wyspy Tatsumiya faktycznie są tacy dobrzy i bez winy, jak mogłoby się wydawać. O, a czy wspomniałem już, jak rewelacyjnie pokazano, jak nisko mogą upaść ludzie w tak pozbawionym nadziei na lepsze jutro świecie, jak ten w Fafnerze? Warto nadmienić także, że twórcy nadal nie boją się ciężko ranić lub też nawet uśmiercać kochanych przez fanów bohaterów. W "Exodusie" przyjdzie nam zobaczyć naprawdę wiele śmierci znaczących postaci. Każdą z nich przedstawiono naprawdę dobrze i emocjonalnie, dzięki czemu wiele razy targało mną mnóstwo różnych emocji, od smutku aż po gniew. Ba! Jedna z nich jest tak fantastyczna, że jest moją ulubioną sceną roku. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak bardzo poruszyła mnie śmierć fikcyjnej postaci...
Wierni fani cyklu dostrzegą także liczne korelacje między poszczególnymi epizodami "Exodusa", a oryginalnego "Dead Agressor", co dodatkowo zwiększa frajdę z oglądania i jeszcze bardziej uświadamia, jak starannie rozplanowana jest opowiedziana w serialu historia.

Oprawa audiowizualna jest po prostu cudowna. Nawet ten nieszczęsny "Hirai Face" nie straszy już tak bardzo, jak kiedyś. Pan Hirai bardzo się poprawił i jego postacie nie wywołują już obrzydzenia, a w niektórych wypadkach zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że wyglądają ślicznie. Zwłaszcza gdy spojrzy się na takie piękności jak Seri, Orihime, Maya czy też Canon. Hirai coraz lepiej rysuje też emocje bohaterów. Mimika postaci w "Exodusie" jest po prostu fantastyczna i na ich twarzach wyraźnie widać każdą emocję oraz najdrobniejszy nawet grymas. Na pochwałę zasługują także projekty maszyn oraz Festum - wciąż tak cudownie zróżnicowane i nietuzinkowe. A i słynne Fafnerowe "Scenery Porn" nie zawodzi - tła są po prostu cudowne. Szczegółowe, klimatyczne i utrzymane w odpowiednio dobranej kolorystyce prezentują się naprawdę fantastycznie i niejeden show mógłby ich "Exodusowi" pozazdrościć. No i jest jeszcze ta fantastyczna, niezwykle płynna animacja, zwłaszcza podczas starć. "Exodus" podobnie jak kinówka bardzo umiejętnie miksuje modele 3D z rysowanymi tłami i zachwyca wprost dynamiką i choreografią potyczek. Dawno nie byłem w trakcie oglądania bajki podekscytowany do tego stopnia, że serce biło mi jak szalone i prawie spadłem z krzesła. Ta fantastyczna praca kamery, te efekciarskie ataki, wszędobylskie pociski i wybuchy, drobne smaczki w postaci komend na wyświetlaczu w kokpicie, pomysłowe wykorzystanie najbardziej typowego nawet arsenału. No po prostu cudo!
Nie rozczarowuje także muzyka. Warszawska Orkiestra Filharmoniczna po raz kolejny dała fantastyczny popis i zagrała przepiękne motywy, idealnie oddające klimat rozgrywających się na ekranie wydarzeń. Bez względu na to, czy mamy do czynienia z błogą sceną cichego dnia na wyspie, pełną rozpaczy śmiercią towarzysza broni, czy też przyprawiającą o szybsze bicie serca emocjonującą potyczką możemy być pewni, że muzyka będzie idealna. Warto wspomnieć też, że utwory odpowiednio zmieniają nawet swoje tempo w zależności od tempa akcji w danej scenie - to spora rzadkość. Świetnie spisał się również zespół "angela", ponownie odpowiedzialny za wszelkie piosenki wokalne. Kawałki takie jak "Exist", "An'ya Kouro", "Sono Toki", czy też "Horizon" brzmią po prostu genialnie i natychmiast wpadają w ucho. Drugi openin serii, "Dead or Alive", jest także pełen smaczków dla fanów, w postaci choćby sprytnie wplecionych doń słów tak bardzo uwielbianego przez nich "Shangri-la" - openingu pierwszej serii telewizyjnej.
Gra aktorska także nie zawodzi. Ciężko się temu jednak dziwić, skoro wraca cała fantastyczna ekipa z poprzednich odsłon cyklu. Każda kwestia wypowiedziana jest z zachowaniem odpowiedniej tonacji, w głosach bohaterów czuć każdą, najdrobniejszą nawet emocję a dialogi są naturalne i przekonujące. Niesamowicie podobały mi się także wszelkie okrzyki bojowe bohaterów. Zwłaszcza wcielający się w Soushiego Kohei Kiyasu spisał się fantastycznie i słuchając jego "Uoooooooh!" przechodził mnie dreszcz. No homo.

"Fafner Exodus" to po prostu cudowny, praktycznie pozbawiony wad show. Bawiłem się nań fantastycznie i serio nie wiem, czy jest coś, do czego mógłbym się przyczepić. Fabuła jest bardzo solidna i świetnie zaplanowana, bohaterowie żywi i łatwi do pokochania, a oprawa audiowizualna to istny majstersztyk. Jedynym jego problem jest to, że by móc go obejrzeć, wymagana jest znajomość wszystkich poprzednich odsłon, a trochę tego jest i nie każdy będzie miał cierpliwość przez to przebrnąć. Zdecydowanie jednak warto. "Exodus" to bowiem niesamowity tytuł i zdecydowanie najlepsze anime 2015 roku. Kto wie, czy nie okaże się nawet najlepszą bajką dekady. Czas pokaże. Póki co z radością wystawiam serii tej swoją siódmą dziesiątkę. W końcu!

Typ Anime - Seria Telewizyjna
Rok produkcji - 2015
Pełny Tytuł: „Soukyuu no Fafner: Dead Aggressor - Exodus” ("Fafner in the Azure: Dead Aggressor - Exodus")
 Reżyseria: Nobuyoshi Habara
Scenariusz: Tow Ubukata
Muzyka: Tsuneyoshi Saito
Gatunek: Super Robot, Dramat, Science-Fiction
Liczba Odcinków: 26
Studio: Xebec
Ocena Recenzenta: 10/10

-Fafner jest w Japonii bardzo popularną i kochaną serią. Poza nią nie cieszy się jednak takim uznaniem i bardzo ciężko jest znaleźć kogoś, kto w ogóle miał z nią styczność. W wyniku tego niejapoński fandom Fafnera jest bardzo malutki. Jest to jednak chyba najbardziej zgrany, chętny do dyskusji i potrafiący dostrzec wady swej serii fandom, z jakim miałem do tej pory styczność. Fafnerfagi to najfajniejsi ludzie zwłaszcza na /m/

-Godne podziwu jest to, ile serca w serię tę włożyli pracujący nad nią ludzie. Każdą z części sagi bowiem tworzyła dokładnie ta sama ekipa, zarówno jeśli chodzi o seiyuu, animatorów, reżysera etc. Wszyscy związani z serią ludzie darzą ją tak ogromnym sentymentem, że na swych twitterach bardzo często postowali tweety jej poświęcone, a po jej zakończeniu byli bardzo smutni, że trzeba będzie znów się z nią i resztą ekipy rozstać.

Screeny:







czwartek, 24 grudnia 2015

Wesołych Świąt!!!

Z okazji narodzin naszego małego Zbawiciela życzę wam wszystkim, kochani czytelnicy, ciepłych, pogodnych i spędzonych w rodzinnej atmosferze świąt. Góry prezentów, mnóstwa słodyczy oraz smacznego jadła. Żebyście nie zdarli sobie gardeł na śpiewaniu kolęd i byście nie przemarzli na pasterce oraz podczas powrotu z tejże. Jeśli trapią was jakieś problemy, niech choć ten szczególny okres dane wam będzie spędzić bez żadnych trosk, kłótni i afer. Niechaj spełnią się wszystkie wasze marzenia, a nowonarodzony Jezusek wszystkim wam błogosławi i zleje na was wszelkie łaski.

By post nie był zaledwie drobną ścianką tekstu, dorzucam także Stiletto w świątecznym nastroju. Bardzo dzielnie pomagała mi stroić choinkę. A teraz uciekam na wigilijną wieczerzę...


Czytanie tej recenzji napełnia cię determinacją - "Undertale"


Ostatnimi czasy bardzo dużo słyszy się w sieci o fenomenalnej - jak określają ją fani - retro grze RPG - "Undertale". Ta niepozorna, przypominająca trochę kultowe "Earthbound" gierka, stworzona przez słynnego kompozytora Tobiego Foxa, szybko zaskarbia sobie coraz większe rzesze fanów. Chwalona za swe innowacyjne podejście do wyświechtanej już, wydawać by się mogło, formuły gier RPG, fantastyczną fabułę, świetną muzykę i łatwe do pokochania postacie, przez wielu została okrzyknięta już grą roku, a nawet wszech czasów Czy jest to jednak tytuł rzeczywiście aż tak dobry? Postanowiłem przekonać się o tym osobiście.

NA WSZELKI WYPADEK OSTRZEGAM PRZED EWENTUALNYMI SPOILERAMI. STARAŁEM SIĘ PISAĆ TEKST W TAKI SPOSÓB, BY ICH UNIKAĆ, JEDNAK COŚ MOGŁO MI UMKNĄĆ. JEŚLI ZATEM NIE MIELIŚCIE JESZCZE OKAZJI SAMI W "UNDERTALE" ZAGRAĆ, TO ZASTANÓWCIE SIĘ CHWILĘ, CZY NA PEWNO CHCECIE DALEJ CZYTAĆ! ROBICIE TO NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ!


Wiele lat temu ziemia zamieszkana była przez dwie rasy - ludzi oraz potwory. Obie nacje żyły ze sobą w zgodzie i harmonii, aż do pewnego okropnego wydarzenia, które doprowadziło do wielkiej wojny. Potwory przegrały i zostały zmuszone do ucieczki pod ziemię. Aby nie dopuścić już nigdy do podobnej tragedii, ludzie postanowili zapieczętować wejście do podziemi potężnym zaklęciem. Minęło wiele lat i wszyscy całkowicie zapomnieli o istnieniu potworów...
Góra Ebott to tajemnicze miejsce. Ludzie mówią, że żaden śmiałek, który odważył się nań wybrać, nigdy nie powrócił. Pewnego dnia na tajemniczy szczyt zapuszcza się małe dziecko. Szukając schronienia przed deszczem, wbiega do najbliższej groty, gdzie znajduje olbrzymią dziurę w ziemi. Popychane dziecięcą ciekawością próbuje do niej oczywiście zajrzeć i... spada w dół. Po jakimś czasie budzi się i zdaje sobie sprawę, że znalazło się w jakichś tajemniczych ruinach. Niedługo potem spotyka dobroduszną potworzycę imieniem Toriel, która postanawia się nim zaopiekować i pomóc odnaleźć się w nowej rzeczywistości.


"Undertale" jest bardzo chwalone za swą głęboką i chwytającą za serce fabułę. Wciągającą podobno bez reszty do tajemniczego podziemnego świata i niepozwalającą oderwać się od gry aż do samego jej końca. Osobiście uważam jednak, że pochwały te są trochę przesadzone. Początek historii bowiem, w postaci dość typowego samouczka, pomimo kilku całkiem zabawnych żartów i zdarzeń, jest dość nudnawy i nieszczególnie mnie poruszył. Dopiero starcie na samym jego końcu faktycznie sprawiło, że poczułem lekki niepokój. Po nieco późniejszym spotkaniu ze szkieletem Sansem, historia rzeczywiście jednak bardzo fajnie się rozkręca i wiele razy zdarzyło mi się zareagować szczerym "Awww~" podczas uroczych i wzruszających scen, lub też parsknąć śmiechem podczas zabawniejszych akcji. Kiedy trzeba, gra potrafi także za sprawą świetnej narracji bardzo dobrze trzymać w napięciu. I choć zdarzały się nudnawe momenty, lub też takie, w których gra moim zdaniem zbytnio siliła się na żarty, to ogółem bawiłem się całkiem dobrze. Szkoda ino, że czas zabawy jest dość krótki. W zależności od tego, jak dobrzy jesteście w Touhou-podobne "bullet hell" (więcej za chwilę), "Undertale" da się spokojnie ukończyć w przeciągu 5-6 godzin. Trochu mało.
Gra stara się to jednak rekompensować nieliniowością historii. W zależności od decyzji gracza, opowieść może się potoczyć na kilka różnych sposobów. Na zmianę przebiegu historii jak i samo jej zakończenie wpływ mają różne czynniki - to, kogo zabijemy; z kim nawiążemy bliższą przyjaźń; jakie opcje dialogowe wybierzemy; jaką strategię obierzemy podczas potyczek; ile zdobędziemy EXP etc.  Warto wspomnieć, że nawet nasze poczynania z samouczka mogą mieć bardzo silny wpływ na to, jak zakończy się cała opowieść. Skoro o zakończeniach już mowa - biorąc pod uwagę, jak bardzo ludzie w sieci dostawali świra na ich punkcie, to sam nastawiłem się na coś naprawdę przełomowego i epickiego. Iiii... znowuż muszę powiedzieć, że pochwały są  moim zdaniem przesadzone. O ile podstawowe zakończenie historii całkiem mi się podobało i mocno zaskoczyło tym, jak zabawiało się z graczem, tak już tzw. "True End" mnie nieco rozczarował. Nie chodzi o to, że był zły, bo był bardzo fajny. Problem leży bardziej w tym, że chwilami aż za fajny (jakkolwiek to dziwnie nie brzmi). O ile ekskluzywny dla ścieżki tej dungeon był cholernie klimatyczny i ciekawy, tak już cała reszta, razem z ostatecznym starciem wydała mi się okropnie naciągana i bajkowa aż do przesady. I choć zakończeniu temu naprawdę udało się mnie chwilami mocno wzruszyć, tak nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że gra zmieniła się nagle w bardzo prostą bajeczkę dla przedszkolaków z okropnie sztampowym morałem. I mówię to jako ktoś, kto bajki dla dzieci bardzo lubi. Może brzmi to trochę, jak szukanie dziury w całym, ale tak właśnie było. Side questy zaś to tzw. "mixed bag". O ile "randka" z Papyrusem była bardzo fajna i faktycznie zabawna, tak już kolejne coraz bardziej siliły się na bycie śmiesznymi i momentami przeginały do tego stopnia, że raczej męczyły i irytowały, aniżeli zachęcały do dalszego obcowania z grą. Randka z Alphys jest, moim zdaniem, absolutnie najgorszym, najbardziej wymuszonym i całkowicie zbędnym  wątkiem i bardzo szkodzi całokształtowi "Undertale". Takiej ilości nieśmiesznych żartów i zbyt natarczywego przekraczania czwartej ściany nie widziałem jeszcze chyba nigdzie. Podejrzewam że to m.in właśnie przez to "Undertale" jest przez co poniektórych złośliwie przezywane "Tumblrtale".


Jest jednak w "Undertale" coś, co moim zdaniem faktycznie warte jest wszelkich pochwał. Postacie. Dawno nie miałem okazji zobaczyć w grze tak barwnej, zróżnicowanej i - co najważniejsze - łatwej do pokochania gromadki. Praktycznie każdy z bohaterów jest tak niesamowicie sympatyczny, że już sam z siebie czyni grę o wiele fajniejszą. Interakcje z nimi to w większości sama przyjemność i z każdym z nich dyskutowałem tyle razy, aż wyczerpałem już wszelkie możliwe przezeń do wypowiedzenia linie dialogowe. Z postaciami tymi idzie się naprawdę zaprzyjaźnić, śmiać z nimi, czy też płakać. Sans to wyluzowany, lubiący opowiadać kiepskie żarty lekkoduch, pokazujący jednak nie raz, że jest tak naprawdę jedną z najdojrzalszych w grze postaci; Papyrus to niezwykle naiwny i głupiutki, ale odważny i obdarzony naprawdę wielkim sercem gość, zawsze gotów pospieszyć na odsiecz swym przyjaciołom; Undyne to z pozoru opryskliwa i okrutna kapitan królewskiej gwardii, jednak wystarczy ją bliżej poznać i okazuje się być naprawdę miłą kobitą, a także dumną i honorową wojowniczką; Mettaton zaś to przebojowy i zakręcony android, i najprawdziwsza gwiazda telewizyjna, niezwykle szybko zaskarbiająca sobie kolejne rzesze fanów. I mógłbym tak wymieniać i wymieniać, ale zdecydowanie lepiej będzie, jeśli poznacie ich bliżej sami. Wspomnę jeszcze tylko, że bohaterów "Undertale" pokochałem tak bardzo, że nie miałem po prostu serca przechodzić tzw. "Genocide Route".


Kolejną mocną stroną "Undertale" jest rozgrywka. Choć pod względem eksploracji mapy, czy też zagadek logicznych nie odbiega ono zbytnio od innych RPG-ów, tak niezwykle wprost zaskakuje fantastycznym i nieprzewidywalnym systemem walki. Kiedy rozpoczynamy walkę z przeciwnikiem nie musimy go wcale zabijać - zamiast tego, możemy z nim porozmawiać, pocieszyć go, pomóc mu rozwiązać trapiący go problem, poprosić go by dał nam jeść, zaśpiewać z nim piosenkę, sprawdzić kto ma większe muskuły i wiele, wiele więcej. Na każdego z oponentów trzeba znaleźć inny sposób, co sprawia że gra nie robi się nigdy przesadnie monotonna. I zanim powiecie, że "wystarczy przecież raz odkryć jaka akcja działa na danego potwora" wyprowadzę was z błędu - gra bardzo często zmienia swoje reguły i walki nie zawsze wyglądają tak samo. I tu dochodzimy do wspomnianego "Bullet Hell". Mianowicie, po wykonaniu naszej akcji, przychodzi czas na turę potworów. Nasza postać, reprezentowana przez serduszko, zostaje wtedy zamknięta w prostokątnym pudle i naszym zadaniem jest unikać wystrzeliwanych przez przeciwników pocisków. Na początku jest to raczej dość proste, bowiem bez większych przeszkód poruszać możemy się w dowolnym kierunku, jednak jak wspomniałem, niektóre ze spotkanych potworów całkowicie zmieniają reguły gry. Mogą na przykład sprawić, że nasze serduszko stanie się niebieskie, co czyni je dużo cięższym i sprawia, że miast "fruwać" po całej planszy, możemy jedynie podskakiwać na określoną wysokość. Innym razem znowuż uczynią nas zielonym, w wyniku czego nie będziemy się mogli nawet ruszyć z miejsca. Kolejne monstrum z kolei wywróci nasze serduszko do góry nogami i sprawi, że stanie się żółtym stateczkiem, podobnym do tych z kultowych "Invaders" czy innych automatowych "shmupów", a naszym zadaniem będzie zestrzeliwanie i unikanie spadających przeszkadzajek. Dzięki temu żadna z potyczek nie jest taka sama i gracz nigdy nie jest w pełni przygotowany na to, co przyniesie następne starcie. Sprawia to też, że to, jak dobrze nasz bohater będzie sobie radził w walce nie zależy tylko i wyłącznie od posiadanego ekwipunku oraz poziomu. A na tym niespodzianek nie koniec - niektórych walk bowiem nie da się wygrać w typowy sposób i trzeba wykazać się nie lada sprytem i nietypowym myśleniem, aby zwyciężyć. Jakby tego było mało - gra bardzo często burzy tzw. "czwartą ścianę" i zabawia się z graczem, blokując mu na przykład możliwość wykonania tury, lub też stosując bardziej szczwane zagrywki, o których wspomnienie byłoby jednak zbyt wielkim spoilerem.


Przejdźmy teraz do oprawy audiowizualnej. "Undertale", jak na retrogrę przystało, garściami czerpie inspirację z tytułów z epoki 8 i 16-bitowych konsol. Już sam interfejs gry przypomina mocno ten znany z kultowego "Earthbounda". Strasznie spodobały mi się też duże sprity bohaterów podczas potyczek - zróżnicowane, pełne detali, zachowujące przy tym jednak ten fajny retroklimacik. Bardzo do gustu przypadło mi także to, że nie stoją one w trakcie walki w jednej sztywnej pozie, a nieustannie się poruszają, zmieniają wyraz twarzy czy też gestykulują. Chciałbym pochwalić również fantastycznie zaprojektowane, niesamowicie klimatyczne lokacje, które przychodzi graczowi przemierzać. Od zapomnianych ruin, przez ośnieżone szczyty i rozległe pustynie, na ogromnych pałacach kończąc. Podróżowanie przez te wszystkie lokacje umilać graczowi będzie bardzo klimatyczna, szybko wpadająca w ucho muzyka. Toby Fox znany jest z tego, że potrafi tworzyć fantastyczne kawałki i w przypadku "Undertale" nie jest inaczej. Choć moim skromnym zdaniem Ci, którzy nazywają ścieżkę dźwiękową tego tytułu najlepszym OST roku zdrowo przesadzają, tak ciężko się nie zgodzić z faktem, że zawiera w sobie multum naprawdę dobrych utworów. Z kawałków, które zdecydowanie najbardziej przypadły mi do gustu, wyróżnić chciałbym zwłaszcza "Bonetrousle", "Core", "Another Medium", "Waterfall", "Bergentruckung" czy też moje absolutnie ulubione "Death by Glamour", grające podczas najlepszej, moim zdaniem, potyczki w całej grze. Wspomnieć warto także, że piosenki te nie tylko brzmią cholernie dobrze, ale też idealnie wpasowują się w klimat lokacji w których grają, czy też fantastycznie komplementują charaktery bohaterów, do których należą. Dzięki temu bardzo umiejętnie działają na emocje gracza i tylko zwiększają frajdę płynącą z gry. Kiedy trzeba potrafią zarówno rozbawić, zasmucić, czy też trzymać w napięciu, zwłaszcza podczas tych najtrudniejszych potyczek. Kolejnym miłym akcentem w oprawie audiowizualnej gry jest to, jak że każdy z bohaterów "mówi" innym głosem. Kwestie każdej z postaci są bowiem zapisywane za pomocą innej czcionki, a jakby tego było mało - są one także "czytane" za pomocą innych dźwięków. Sans buczy niskim, przypominającym trochę głęboki rechot głosem; Papyrus ma z kolei wyższy, nieco bardziej skrzeczący; Toriel znowuż bardzo przyjemny dla ucha i melodyjny; a Mettaton nawija elektronicznymi zgrzytami, podobnymi do dźwięków wydawanych przez stare faksy czy też komputery.


"Undertale" to naprawdę solidna i fajna gra. Wykonana bardzo ładnie i z pomysłem, potrafi zaskoczyć, wzruszyć i rozbawić. Zachwyca również niecodziennym systemem walki oraz licznymi ukrytymi smaczkami. Posiada też całą menażerię barwnych i przesympatycznych postaci. Czy jest to zatem rzeczywiście najlepsza gra roku, czy też wszech czasów? Szczerze mówiąc - nie. Historia nie należy bowiem do najbardziej odkrywczych, większość zakończeń jest dość rozczarowująca, niektóre żarty są okropnie wymuszone i nieśmieszne, a przekraczanie czwartej ściany robi się momentami zbyt nagminne. Wciąż uważam jednak, że "Undertale" jest pozycją wartą uwagi, zwłaszcza dla tych, którzy lubią niecodzienne podejście do wyświechtanej już formuły gier RPG. Nie dajcie sobie ino wmówić, że jest to najwspanialsza gra na świecie, bo możecie się mocno rozczarować. W ogóle - starajcie się też unikać fandomu tej gry, serio. Dawno nie miałem okazji obcować z tak okropnymi, rozwrzeszczanymi półgłówkami, nie potrafiącymi przyjąć z pokorą słów krytyki wobec ich ulubionego tytułu... 

wtorek, 15 grudnia 2015

Najlepsza Czarodziejka kończy 30 lat! - o "Dream Hunter Rem" słów kilka


Jeśli śledzicie mojego bloga od dłuższego czasu, albo też po prostu dobrze mnie znacie, to zapewne wiecie już, jak wielkiego fioła mam na punkcie pewnej strasznie mało znanej serii OVA z lat 80-tych - "Dream Hunter Rem". Bajka ta, traktująca o młodej dziewczynie zdolnej wchodzić do ludzkich snów, rozkochała mnie w sobie tak bardzo, że nie tylko uczyniłem jej bohaterkę maskotką swojego bloga, ale także stworzyłem do niej polskie napisy (do tej pory swoją drogą niepokazane nigdzie poza konwentami *śmiech*), a jakby tego było mało, z uporem maniaka począłem gromadzić wszelki stuff z serią tą powiązany - artbooki, obrazki, dojinshi (kolejne powinienem mieć na początku przyszłego roku), przypinki, muzykę, etc. Jestem też najbardziej rozpoznawalnym "Remfagiem" na 4chanie, z racji tego, że serię tę forsuję tam od dobrych paru lat (do tego stopnia, że została zsubowana przez grupę OnDeed) i pojawiam się w absolutnie każdym temacie, w którym padnie choćby najdrobniejsza o niej wzmianka. To również za sprawą recenzji tej serii zostałem zwerbowany przez ekipę Jfan.pl i pracuję jako dziennikarz konwentowy.
No ale dobrze, dlaczego właściwie tak bardzo uwielbiam tę serię, spytacie? Co czyni ją tak wyjątkową na tle mnóstwa innych OVA z 80's i bajek o czarodziejkach, i sprawia, że tak bardzo ją sobie cenię, że stawiam nawet o wiele wyżej, niż słynną Madokę? Z miłą chęcią wam dziś na te pytania odpowiem. Tym bardziej, że seria kończy dzisiaj okrągłe 30 lat i okazja jest ku temu idealna. Zacznijmy zatem od samiutkiego początku...

Chińska pornobajka

Za stworzenie Rem odpowiada założone przez Moriyasu Taniguchiego oraz Hiromi Muranakiego studio z Osaki - "Anime R". Powstało ono w późnych latach siedemdziesiątych i służyło jako studio wspomagające Sunrise i inne większe studia przy wielu projektach. Z bardziej znanych tytułów, w których tworzeniu "Anime R" brało udział, wspomnieć warto "Black Magic M-66", "Akira", "Mobile Suit Gundam: Char's Counterattack", czy też "Bakemonogatari". Są to zatem prawdziwi specjaliści, znający się dobrze na swoim fachu i potrafiący wykonać bardzo dobrą i płynną animację.


Strona z "Dream Hunter Rem SP" z mojej kolekcji
Reżyserem serii oraz twórcą postaci Rem jest prawdziwy weteran animator oraz reżyser - Okuda Seiji - założyciel grupy projektowej "Eikyuu Kikan", zrzeszającej utalentowanych animatorów. Grupa działała aktywnie przez ponad 20 lat i została ostatecznie rozwiązana w roku 2009. Debiutem Okudy było "Psycho Armor Govarian". Z ciekawszych tytułów, przy których pan ten pracował wspomnieć warto też "Legend of the Galactic Heroes", "Lupin III", "Turn A Gundam", czy też "Space Battleship Yamato". Inne słynne osobistości, które pracowały nad "Rem" to choćby: genialny animator - Masami Oobari - znany przede wszystkim ze swoich fantastycznych scen akcji oraz pysznie rysowanych i animowanych robotów; Habara Nobuyoshi - reżyser i animator takich hitów jak "Break Blade" czy też emitowany obecnie "Fafner Exodus"; Inoue Toshiyuki, który przyłożył swą rękę do takich tytułów jak "3x3 Eyes", "Rebuild of Evangelion", "Memories" czy też "Wilcze Dzieci"; Hiroyuki Kitakubo - utalentowany reżyser, który swą przygodę z anime zaczął już jako nastolatek, kiedy to pomagał przy tworzeniu tak kultowego dzieła jak "Mobile Suit Gundam"; a także animator geniusz - Hiroyuki Okiura, który najbardziej zasłynął pysznie zanimowaną, pełną detali sceną ze śmigłowcem z drugiego filmu kinowego "Patlabor".

Pierwszy epizod Rem wydany został w roku 1985 na VHS jako... hentai. Pomysł na serię oraz jej solidna fabuła spodobały się jednak widzom o wiele bardziej, niż sceny erotyczne, w wyniku czego twórcy postanowili zmienić Rem w zwykłą serię OVA. Przerobili zatem cały pierwszy epizod, wycinając z niego wszelkie sceny seksu, a potem stworzyli także 3 kolejne odcinki. Również i one spotkały się z bardzo pozytywnym odezwem, w wyniku czego, zaledwie 3 lata po zakończeniu pierwszej serii OVA, powstały jeszcze dwa epizody kontynuacji - "NEW Dream Hunter Rem". W międzyczasie powstało także kilka historii pobocznych, w postaci słuchowisk, nowelek oraz krótkich komiksów, zamieszczanych w artbookach. Żadna z nich nie została jeszcze, niestety, przetłumaczona. 

Przełomowa Czarodziejka

Jak wspomniałem, "Dream Hunter Rem" zaskoczyło odbiorców przede wszystkim ciekawym pomysłem. Była to bowiem pierwsza seria, która podchodziła do gatunku "Magical Girls" w sposób tak bardzo nietypowy. Owszem, bohaterką ponownie była młoda, urocza panienka zwalczająca wredne potwory, jednak twórcy wywrócili do góry nogami większość typowych dla tego typu serii schematów oraz zastosowali kilka bardzo ciekawych zabiegów. Po pierwsze - seria była dużo mroczniejsza i brutalniejsza, niż typowe Mahou Shoujo. Choć już pochodzące z lat siedemdziesiątych "Majokko Megu-chan" (znane u nas jako "Bia - Czarodziejskie Wyzwanie") ocierało się o cięższe klimaty, tak to dopiero Rem faktycznie bardzo dosadnie pokazywała sceny tortur, morderstw oraz wiele innych okropieństw. Tak, tak, moi drodzy - Madoka nie była wcale pierwszą serią, która umiejętnie miksowała urocze, czarodziejkowe klimaty z grozą i mrokiem. Dalej - przeciwnicy Rem byli też dużo straszniejsi, niż ci z którymi zmagały się bohaterki innych serii. Nie byli głupi i nie grali fair, wykorzystując każdy, najpodlejszy nawet fortel, jeśli dawało im to szansę na zwycięstwo. Kolejnym nietypowym rozwiązaniem było mocne ograniczenie mocy bohaterki. Ze swoich nadludzkich umiejętności Rem mogła bowiem korzystać tylko w świecie snów. Co więcej - nawet samo dostanie się do tego świata zostało bohaterce utrudnione, ponieważ sama nie mogła śnić. Do świata marzeń dostać się mogła tylko wchodząc do czyjegoś snu. Jakby tego było mało - w zależności od mocy wyobraźni śniącej osoby zdarzały się sytuacje, w których moce Rem bywały nawet jeszcze bardziej ograniczane. Ze względu na to wszystko, Rem zmuszona była często radzić sobie z przeciwnikami bez możliwości zmieniania się w czarodziejkę.  Na całe szczęście jednak, w przeciwieństwie do wielu swoich koleżanek z innych bajek, nie była wtedy kompletnie bezbronna - wysportowana, inteligentna, świetnie posługująca się bronią palną i wyposażona w super szpiegowskie auto, bardzo dobrze radziła sobie z niebezpieczeństwami. 

Jak każda szanująca się czarodziejka, również Rem miała swoje magiczne zwierzaczki - kotkę Alfę oraz psa Betę. I tu pojawia się kolejna ciekawostka wyróżniająca tę bajkę na tle innych Mahou Shoujo. Jak dobrze wiemy, czarodziejki otrzymują swe magiczne moce od uroczych, gadających stworzonek, które pewnego dnia przybywają na zagrożoną atakiem sił zła ziemię i stwierdzają, że najlepszą jej obrończynią będzie pierwsza lepsza rozkapryszona dwunastolatka. A w Rem znowu odwrotnie - nie dość, że zwierzaki nie są w stanie powiedzieć po ludzku nawet jednego słowa, to jeszcze nikomu żadnej mocy nie dają - zamiast tego, to Rem użycza im swoich umiejętności, zabierając je ze sobą do świata marzeń sennych.Oprócz pary wiernych zwierzaczków, Rem mogła także liczyć na pomoc bardziej ludzkich sojuszników. W dodatku niezwykle zróżnicowanych. Nasza bohaterka bowiem wspierana była między innymi przez inspektora policji, buddyjskiego mnicha, młodego i przystojnego naukowca, potwora Frankensteina i wiele innych barwnych postaci.

"Studium Pięknego Snu"

Kolejną rzeczą, za którą bardzo "Dream Hunter Rem" lubię jest to, jak fantastycznie i trafnie przedstawione są weń surrealistyczne światy powstające w snach. Kojarzycie zapewne bariery tworzone przez wiedźmy w Madoce? W "Rem" było coś bardzo podobnego, ale moim zdaniem pokazano to o wiele lepiej. W zależności bowiem od tego, czy mieliśmy do czynienia z błogim snem, czy też koszmarem, sceneria odpowiednio się zmieniała, paleta kolorów robiła się mniej lub bardziej psychodeliczna, a na ekranie pojawiały się coraz dziwniejsze obiekty i kreatury. I tak oto mogliśmy podziwiać głębokie jaskinie, pełne fallicznych (pozostałych zapewne po wersji hentai) stalaktytów i stalagmitów, rozległe pustkowia, po których latały niezwykle realistycznie wyglądające koła zębate i klepsydry, piękne, usiane kwiatami polany, czy też zamieszkane przez bajkowe postacie królestwa. W jednym z epizodów, nawiązującym poniekąd do słynnej powieści "Czy androidy śnią o elektrycznych owcach", mamy także okazję zobaczyć sztuczny, komputerowo wygenerowany sen, powstały w umyśle robota. Jakby tego było mało - pomiędzy połówkami odcinków pojawiało się tzw. "Studium Pięknego Snu", w którym Rem w prosty i ciekawy sposób tłumaczyła widzom, czym właściwie jest sen, na jakie dzieli się fazy, a także w jaki sposób działa nasz organizm, kiedy śnimy. Wszystko to sprawia, że "Rem" jest chyba najlepszą spośród wszystkich znanych mi serii traktujących o marzeniach sennych.

"Dream Hunter Rem" nawiązuje również mocno do wierzeń chrześcijańskich a także wielu kultowych baśni i powieści. Cały drugi epizod jest niejako alternatywną wersją "Alicji po Drugiej Stronie Lustra", a finał serii pełen jest odniesień do "Fausta", "Frankensteina" oraz wspomnianego wyżej "Czy androidy śnią o elektrycznych owcach". Seria nie idzie jednak po najmniejszej linii oporu i nie zrzyna bezczelnie wątków oraz pomysłów z tych tytułów, a raczej stara się pokazać je w alternatywny i ciekawy, momentami nawet surrealistyczny (jak na sny przystało) sposób.

Artbooki, figurki, gry i inne gadżety

"Dream Hunter Rem" nie było może najpopularniejszą serią z 80's, jednak zaskarbiło sobie sympatię widzów na tyle, że doczekało się całkiem pokaźnej ilości dobroci. Oprócz czterech prześlicznych artbooków (z których dwa mam w swojej kolekcji) wydano także aż 6 płyt z muzyką z serii oraz dodatkowymi historiami w postaci słuchowisk, kilka tomów powieści, dwie mangi, kilka świetnych figurek (większość to niestety koszmarnie trudne do dorwania Garage Kity), wallscrolle a nawet... ubrania. Oprócz tego, zarówno pierwsza seria jak i "NEW" doczekały się zremasterowanych wydań na Laser Dyskach oraz DVD. Jedynie pierwszy, pornograficzny epizod nie został nigdy wydany na innym nośniku niż VHS i do dziś pozostaje dla wielu fanów serii najbardziej nieuchwytnym Świętym Graalem.

Okładka pierwszej płyty z OST z "NEW Dream Hunter Rem". Podziękowania dla anona z /m/ za skan

Ku wielkiemu zdziwieniu i radości fanów, Rem miała także okazję wystąpić w wydanym na PlayStation 3 oraz Vita cross-overze - "Super Heroine Chronicle". Wraz z nią pojawiły się tam bohaterki takich tytułów jak "Senki Zesshou Symphogear", "DiGi Charat", "Infinite Stratos", "Kyousou Giga", czy też "Higurashi no Naku Koro Ni". Co ciekawe, obok Hibiki z Symphogeara Rem jest tam jedną z najważniejszych oraz najsilniejszych postaci i często zdarza jej się przejmować inicjatywę i popychać historię do przodu.


Rem poza Japonią

Choć wśród skośnookich Rem jest wciąż mile wspominaną bohaterką, tak poza Krajem Kwitnącej Wiśni mało kto o niej słyszał. Ciężko się temu jednak dziwić, skoro przez dłuższy czas jedynie połowa pierwszego odcinka była dostępna w zrozumiałym języku. Do roku 2013 w sieci można było bowiem znaleźć jedynie rosyjskie suby. Dopiero kiedy sam wziąłem się za spolszczanie serii i zacząłem postować swój progress w 80's Tematach na 4chanowym /m/, coś się ruszyło i bajką zainteresowała się grupa OnDeed. Dzięki nim więcej ludzi dowiedziało się w końcu o istnieniu tej perełki, jednak nadal pozostaje ona niezwykle niszowym, niedocenianym tytułem. Ba! Jak się ostatnio okazało, jestem jedną z dwóch osób na całym 4chanie, które posiadają jakikolwiek stuff z serią tą związany. Na całe szczęście jednak, ostatnimi czasy zauważyłem, że dzięki mojemu forsowaniu tego tytułu coraz więcej ludzi się z nim zapoznaje i nie jestem już jedynym użytkownikiem, który zakłada poświęcone bajce tej tematy. Kto wie, może za kilka lat Rem doczeka się swojej drugiej młodości i zostanie w końcu należycie doceniona? Mam szczerą nadzieję, że tak się stanie, bowiem jest to zdecydowanie jedna z najciekawszych i najbardziej nietypowych serii Mahou Shoujo, o wiele oryginalniejsza i bardziej przełomowa, niż ostro przereklamowana pod tym względem  Madoka.


"30 lat minęło, jak jeden dzień" a Rem wciąż jest tak samo fajna i urocza, jak była w latach 80-tych. Seria ta nie postarzała się moim zdaniem ani trochę i wciąż uważam ją za swoje ulubione Mahou Shoujo. Do dziś nie powstała też w mej opinii żadna inna bajka tak dobrze oddająca szalone lata 80-te oraz surrealistyczny świat marzeń sennych. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji zapoznać się z tą perełką, to zdecydowanie polecam. Zapewniam was, że drugiej takiej serii nie znajdziecie. Mam nadzieję, że tekst dobrze się wam czytało i że dowiedzieliście się czegoś nowego i ciekawego. Do zobaczenia następnym razem!

piątek, 11 grudnia 2015

Wojownicze Meido - "Variable Geo" (1996)

Bijatyki to, obok turówek, zdecydowanie mój ulubiony gatunek gier wideo. Uwielbiam wziąć z lodówki dobre piwo, siąść wygodnie na kanapie, i za pomocą efekciarskich łańcuchów kombosów obijać mordy ludziom. Czy to tym w sieci, czy to tym siedzącym obok mnie. Odkąd rozpocząłem swoją przygodę z grami wideo (a było to bardzo dawno temu, bo zaczynałem od takich sprzętów jak tatusiowy Commodore, czy też Amiga) miałem okazję ograć bardzo wiele najróżniejszych fajterów. Zarówno tych bardziej popularnych, jak "Street Fighter", "Guilty Gear", "BlazBlue" czy też "Mortal Kombat", jak i tych znanych głównie ludziom bardziej wtajemniczonym: "Melty Blood", "Waku Waku 7", "Darkstalkers", czy też "Variable Geo", którego animowaną adaptacją się w dzisiejszej recenzji zajmiemy. 

Na początek krótka lekcja historii - "Variable Geo" to seria bijatyk 2D, bazujących mocno na systemie znanym z kultowego "Street Fighter II". Pierwsza gra z serii ukazała się w roku 1993 na PC9800. Podobnie jak twór CAPCOM oddawała do dyspozycji gracza kilku zróżnicowanych zawodników oraz korzystała z czteroprzyciskowego systemu wyprowadzania kombosów. Nowością był jednak fakt, że każda z sześciorga dostępnych postaci była kobietą. Tym samym "V.G." było pierwszą w historii bijatyką o w pełni kobiecej obsadzie. Nie było to jednak jedyne, co wyróżniało ten tytuł na tle innych fajterów z wczesnych lat 90-tych. Twórcy postanowili bowiem wykorzystać fakt całkowicie dziewczynkowej bijatyki w bardzo... kontrowerysjny sposób. Mianowicie - pokonana bohaterka zmuszona była rozebrać się do naga, po czym zostawała zgwałcona, ku uciesze gawiedzi. Miało się to wiązać z doświadczeniem prawdziwego wstydu porażki, czy coś w ten deseń...
Kontrowersyjny aspekt gry został w kolejnych częściach okrojony, lub też całkowicie wycięty, co wyszło serii tylko na dobre. Stała się dzięki temu przystępna dla każdego i szybko zyskała na popularności, choć nigdy nie dogoniła tak znanych marek jak "Street Fighter", "King of the Fighters", czy też "Garou Mark of the Wolves". Warto wspomnieć, że seria próbowała również eksperymentować z innymi gatunkami, niż typowy fajter i kilka jej nowszych odsłon było, podobnie jak pierwsze części "Melty Blood", visual novelkami z elementami bijatyki. 

Przejdźmy teraz do recenzji właściwej, zaczynając tradycyjnie od krótkiego streszczenia fabuły. W niedalekiej przyszłości zorganizowany zostaje wielki turniej sztuk walki - "Variable Geo" - w którym udział biorą same piękne dziewczęta, pracujące jako kelnerki w restauracjach. Finansowany przez tajemniczych fundatorów z Jahana Group, nie tylko pozwala jadłodajniom na szybką i skuteczną reklamę, ale umożliwia też pracującym za minimalną średnią krajową dziewczętom zbić wielką kasę. Nagroda za wygraną w turnieju to bowiem olbrzymia suma - dziesięć milionów dolarów. Dodatkowo, zwyciężczyni okrzyknięta zostaje najpiękniejszą i najsilniejszą kobietą na świecie - "Dziewiczą Boginią" - i otrzymuje możliwość zamieszkania w pięknej willi gdziekolwiek na świecie. Atrakcyjna nagroda przyciąga oczywiście wiele młodych dziewcząt, chcących spełnić swe marzenia. Gra toczy się jednak o olbrzymią stawkę - każda z przegranych zostaje bowiem obdarta z wszelkiej godności i zmuszona do rozebrania się do naga na oczach rozbawionej gawiedzi. 
Główną bohaterką jest młoda i piękna Takeuchi Yuka. Po tym jak jej rodzice umarli, gdy była małym dzieckiem, została przygarnięta przez dziadka, który nauczył ją karate oraz kontrolowania swego Ki. Yuka z początku dołącza do turnieju tylko po to, by sprawdzić swoje umiejętności, jednak kiedy jej najbliższa przyjaciółka znika w tajemniczych okolicznościach, postanawia wyruszyć na jej poszukiwania. Nie będzie to jednak proste, bowiem na drodze naszej bohaterki staną nie tylko silne przeciwniczki, ale także tajemnicza organizacja sponsorująca turniej, która ma wobec dziewczyny własne plany.

Ogólny zarys fabularny, choć prosty i stereotypowy, może się podobać. Całkiem zgrabnie łączy bowiem sztandarowe dla tego typu serii wątki z całkiem dobrymi interakcjami między bohaterkami. Niestety, tylko z początku. Seria bardzo szybko robi się za ambitna i próbuje udawać coś, czym nie jest, a co gorsza wyraźnie widać, że twórcy zakładali, że po tytuł ten sięgną tylko fani gier. Bajka nie kwapi się bowiem, by cokolwiek widzowi wyjaśniać. I to zarówno jeśli chodzi o ważne wątki fabularne, jak i motywacje bohaterek, czy też interakcje między nimi. I choć część z nich idzie rozkminić na tak zwany "chłopski rozum", tak zdarzają się takie, których widzowie niezaznajomieni z grami za cholerę nie zrozumieją. Kolejnym problemem jest to, że bardzo wiele wątków poruszonych w tej OVA zostaje nagle porzuconych i na próżno oczekiwać jakiegokolwiek sensownego ich domknięcia. Zdecydowanie nie jest to zatem tytuł dla widzów, którzy wymagają od bajki solidnej, dobrze poprowadzonej historii.
Bohaterki, choć nie należą do wybitnie skomplikowanych, to prezentują się całkiem sympatycznie. Zwłaszcza te odgrywające główne role potrafią pozyskać sobie sympatię widza. Ich charaktery są dość wyraziste i odpowiednio zróżnicowane, dzięki czemu każdy znajdzie tu dziewczynkę w swoim typie. Moją osobistą faworytką jest Yuka, choć może to być spowodowane tym, że była (obok Tamao z dwójki) moją ulubioną postacią w serii gier. Silna, zdeterminowana i wierna swoim przyjaciołom, a przy tym potrafi się świetnie bić.

Oprawa audiowizualna to zdecydowanie najmocniejsza strona tej produkcji. Dziewczęta są po prostu przepiękne, czemu nie ma się co dziwić, bowiem za ich projekty odpowiada słynny Takahiro Kimura, który rysował także bohaterki takich świetnych serii jak "Gun x Sword", "King of Braves GaoGaiGar", czy też "Shinkon Gattai Godannar!!". Najbardziej podoba mi się zdecydowanie Satomi. Mam ogromną słabość do tego typu buzi oraz chłopczycowego uczesania. 
Spore wrażenie robi także animacja, zwłaszcza podczas potyczek. Płynna i dynamiczna, przykuwa uwagę widza do ekranu i cieszy oczy. I choć tu i tam pojawi się kilka powtórzonych ujęć, to ogółem prezentuje się to bardzo ładnie i spokojnie może służyć jako przykład na to, że te stare bajki wcale nie wyglądały brzydziej niż to, co dostajemy dzisiaj.
Pochwalić wypada także i tła - kolorowe, zróżnicowane i bardzo szczegółowe. Nie ma tu mowy o fuszerce - niezależnie czy akcja dzieje się akurat na arenie, czy też w opuszczonym budynku należącym do tajnej organizacji, wszystko wygląda bardzo ładnie i schludnie.
Muzyka też jest super. Nie dość, że dane nam jest usłyszeć tu kilka zremasterowanych kawałków z oryginalnej gry, to jeszcze dostajemy multum nowych, szybko wpadających w ucho kawałków. Najbardziej do gustu przypadły mi zdecydowanie szybkie i rytmiczne utwory, grające w trakcie potyczek. Świetnie podkreślają dynamikę starć a i poza samą bajką słucha się ich bardzo fajnie. Bardzo spodobały mi się też opening oraz ending. Zalatujące mocno utworami ze starych gier (opening brzmi momentami jak coś żywcem wyciągniętego z "MegaMan Battle Network!"), bardzo przyjemne dla ucha i zapadające w pamięć. I choć można się przyczepić do dość leniwej animacji w endingu, to poza tym nie mam raczej żadnych zastrzeżeń.
Złego słowa nie można też powiedzieć o grze aktorskiej. Mamy tu do czynienia z tak znanymi nazwiskami jak Mitsuishi Kotono (Misato z "Neon Genesis Evangelion", Usagi z "Sailor Moon"), Yuko Miyamura (Asuka z "NGE", Tamano Hinagiku z "Wedding Peach"), czy też Neya Michiko (Rally z "Gunsmith Cats", Talho z "Eureka Seven). Nie ma co się zatem obawiać, że postacie są kiepsko odegrane, i że w ich głosach brak emocji. Każda z bohaterek brzmi bardzo przekonująco i w zgodzie ze swym charakterem, a co więcej bardzo fajnie brzmią wypowiadane przez nie nazwy ataków specjalnych.

"Variable Geo" nie jest hitowym anime. To raczej zjadliwy, bardzo ładnie wykonany średniaczek, który może spodobać się mniej wymagającym widzom. Nawet oni jednak mogą czuć się lekko zagubieni, jeśli nie mieli styczności z grami. Tym bardziej, że wiele wątków przedstawionych zostało bardzo po łebkach.
Warto zatem dać tej serii szansę? Raczej tylko jeśli znany wam jest growy pierwowzór, albo też szukacie po prostu ślicznie wyglądającej bajki z pięknymi dziewczętami. Jeśli poszukujecie czegoś z solidną, rozbudowaną fabułą, to rozejrzyjcie się za tym gdzie indziej. W "Variable Geo" tego nie znajdziecie.

Typ Anime - Seria OVA
Rok produkcji - 1996
Pełny Tytuł: „Variable Geo”
 Reżyseria: Yoshida Tooru
Scenariusz: Yousuke Kuroda
Muzyka: Harukichi Yamamoto
Gatunek: Komedia, Ecchi, Akcja
Liczba Odcinków: 3
Studio: Chaos Project
Ocena Recenzenta: 5/10

Screeny:






środa, 2 grudnia 2015

Piękno psychodelii - "Kanashimi no Belladonna" (1973) (+18)

Mniej więcej rok temu, wspominałem przy okazji recenzji RahXephona, że zauważyłem ostatnimi czasy wśród członków naszego chińskobajkowego fandomu, zwiększone zainteresowanie tytułami psychologicznymi i psychodelicznymi. Wyraziłem wtedy również swoje rozczarowanie (oraz  zdegustowanie) faktem, że ilekroć pytanie o tego typu tytuły pada, to zaraz zlatuje się chmara typowych otaczków, polecających gnioty pokroju "Mirai Nikki", "Another", czy też, o zgrozo, "Elfen Lied". Z kolei produkcji faktycznie przełomowych i awangardowych, dokonujących szczegółowej i dogłębnej analizy psychiki ludzkiej, czy też umiejętnie operujących bogatą, psychodeliczną nawet symboliką, nie poleca prawie nikt. Z drugiej strony ciężko się jednak takiemu stanowi rzeczy dziwić, skoro lwia część tego typu tytułów pochodzi z wieku dwudziestego, od którego ta dominująca obecnie, młodsza (odezwał się ten stary), stroniąca od "brzydkiej" kreski część fandomu trzyma się z dala. 
Dlatego też, jako "Naczelny Archeolog" (hue) polskiego fandomu poczuwam się do obowiązku przybliżania tych starszych, zdecydowanie wartych uwagi tytułów, coby nie zaginęły one na zawsze w mrokach dziejów. Dziś przyjrzymy się jednej z najbardziej ambitnych i kultowych produkcji w historii anime, z której garściami czerpali inspirację twórcy takich tytułów jak "Shoujo Kakumei Utena", czy też "Mawaru Penguindrum". Mowa oczywiście o genialnym, acz mocno kontrowersyjnym "Kanashimi no Belladonna". Ostatniej produkcji z trylogii "Animerama" od Mushi Productions.

Film oparty jest na książce "Czarownica" autorstwa Jules'a Micheleta i opowiada historię słynnej Joanny D'Arc. Wszystko zaczyna się od ciepłych, kolorowych scen ze ślubu  naszej bohaterki - prostej, ale pięknej wieśniaczki Jeanne - oraz jej ukochanego imieniem Jean. Żywe i radosne barwy bardzo szybko ustępują jednak miejsca tym mrocznym i ponurym, kiedy to możnowładca krainy zaczyna upominać się o tradycyjną zapłatę, za zawarcie związku małżeńskiego. Jako że Jean wywodzi się z równie biednej rodziny, co jego ukochana, nie jest w stanie jej zapłacić. W wyniku takiego obrotu spraw, władca postanawia w ramach zapłaty skorzystać z przysługującego mu prawa pierwszej nocy i w brutalny sposób gwałci Jeanne. Jakby tego było mało, zaraz po nim robi to także cały jego dwór i straż. Gdy zdruzgotana, pozbawiona dziewictwa Jeanne wraca do domu, czeka ją kolejny cios. Jej własny mąż bowiem nie jest w stanie na nią patrzeć i odtrąca ją. Zrozpaczona, skrzywdzona przez świat kobieta zostaje niedługo potem odwiedzona przez Diabła, który składa jej propozycję nie do odrzucenia...

"Kanashimi no Belladonna" to bardzo ciężki w odbiorze film. Nie tylko bowiem nasycony jest seksem oraz okrucieństwem, ale operuje też bardzo obficie symboliką. W praktycznie każdej ze scen doszukać można się drugiego, trzeciego, a nawet i czwartego dna, przez co zdecydowanie nie jest to odpowiedni film dla tych, którzy nie lubią myśleć podczas seansu. Co więcej, symbolika ta jest bardzo osobliwa i wyszukana - pełno w niej mocno dwuznacznych, momentami niezwykle psychodelicznych obrazów, potrafiących wprawić widza w konsternację. Podobnie wygląda sprawa ze wspomnianymi okrucieństwem oraz erotyką. Ciężko odmówić filmowi kreatywnego, awangardowego wręcz sposobu ich przedstawiania i stwierdzić trzeba, że zdecydowanie potrafią one wprowadzić w stan przygnębienia, napełnić serce nieprzyjemnym uczuciem niepokoju, czy też po prostu zniesmaczyć. Dodajmy do tego jeszcze bardzo ponury, przygnębiający klimat produkcji oraz liczne odniesienia do najmroczniejszych aspektów średniowiecznej Europy. W tym wszystkim jednak objawia się właśnie siła tego tytułu. Twórcy doskonale wiedzieli, jakie emocje chcieli u widzów wywołać i udało im się to świetnie. Co więcej - w przeciwieństwie do takiego "Elfen Lied", zawarte w filmie tym dosadne sceny nie pełnią jedynie funkcji taniego szokera, a faktycznie kryją za sobą jakiś głębszy, niewidoczny na pierwszy rzut oka sens. Również bohaterowie nie są tylko tym, kim zdają się być. Praktycznie każda z występujących w filmie postaci już sama z siebie jest jakimś symbolem, podobnież jak i jej osobowość oraz interakcje z pozostałymi, występującymi w dziele tym indywiduami. Ciężko jest właściwie sensownie i szczegółowo opisać cały symbolizm tych scen czy postaci, w taki sposób, by nie spoilerować nadmiernie fabuły filmu, dlatego też polecałbym raczej obejrzeć twór ten samemu i spróbować nad nimi pogłówkować.

Oprawa audiowizualna filmu jest równie wyszukana i sugestywna, co jego treść. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to nietypowy styl rysunku, któremu bliżej jest do europejskich ilustracji, aniżeli typowej chińskiej bajki. Dochodzi do tego jeszcze nietypowy sposób animacji. Dominują statyczne, ale niezwykle piękne, malowane jakby akwarelami plansze, po których od czasu do czasu porusza się jeden, czasem więcej obiektów. Przeplatane są one na przemian w pełni zanimowanymi scenami, pojawiającymi się z reguły w bardziej psychodelicznych momentach, oraz delikatnymi, chwilami ledwie zacieniowanymi szkicami, wyciągniętymi jakby prosto ze szkicownika. Film fantastycznie operuje też kolorystyką i sugestywnymi ujęciami, dzięki czemu świetnie buduje klimat. Bardzo ciekawie prezentują się także same projekty bohaterów. W całym filmie pojawiają się zaledwie dwie, może trzy wyglądające jak normalni ludzie postacie. Są to, oczywiście, Jeanne i jej ukochany. Cała reszta bohaterów jest karykaturalnie zniekształcona, część z nich przypomina nawet bardziej potwory z horrorów, aniżeli istoty ludzkie. Zabieg ten sprawia, że widz jeszcze bardziej ma szansę zrozumieć, jak po doświadczeniu wszystkich tych cierpień czuje się Jeanne, jak bardzo zmienił się jej sposób postrzegania świata.
Muzyka jest bardzo nietypowa i niepokojąca. Masahiko Satou to prawdziwy geniusz - udało mu się stworzyć kompozycje fantastycznie budujące klimat, w pełni wydobywające z każdej ze scen towarzyszące im emocje oraz atmosferę. Każdy z utworów brzmi po prostu wyśmienicie, idealnie komplementując pojawiające się na ekranie surrealistyczne, chwilami nawet mocno psychodeliczne obrazy. Świetne są także wszelkie piosenki śpiewane - wykonane z doskonale oddanymi emocjami, brzmią wspaniale i potrafią chwycić za serce.
Gra aktorska również jest specyficzna. Żaden z występujących w tym filmie seiyuu nie był profesjonalnym aktorem ani nie wystąpił później w żadnej innej produkcji. Wszyscy byli, po prostu, zwykłymi ludźmi. Stąd też niektóre wypowiadane przez nich kwestie niekoniecznie brzmią tak dobrze, jak te odgrywane przez zaprawionych aktorów w innych produkcjach. Nadal jednak brzmią naturalnie i przekonująco. Zwłaszcza aktorzy wcielający się w postacie Jeanne oraz Diabła spisali się bardzo dobrze.

Jak wspomniałem, "Kanashimi no Belladonna" nie jest filmem dla każdego. To bardzo ciężki w odbiorze obraz, pełen kontrowersji i szokującej symboliki. Jeśli jednak duża dawka psychodelii jest wam niestraszna a i lubicie w trakcie seansu troszkę pogłówkować, to z całego serca tytuł ten polecam. Jest to bowiem film jedyny w swoim rodzaju, niezwykle awangardowy i pokazujący, jak ogromne możliwości w opowiadaniu historii daje medium animacji. Jest to też jedno z tych anime, które naprawdę można określić dojrzałym i psychologicznym. Powiem więcej - to prawdziwe dzieło sztuki i pozycja obowiązkowa dla koneserów dobrej animacji, którzy lubią doświadczać nowych wrażeń i napawać się cudownym surrealizmem. 

Typ Anime - Film Kinowy
Rok produkcji - 1973
Pełny Tytuł: „Kanashimi no Belladonna” ("The Tragedy of Belladonna")
 Reżyseria: Eiichi Yamamoto
Scenariusz: Eiichi Yamamoto, Yoshiyuki Fukada
Muzyka: Masahiko (Nobuhiko) Satou
Gatunek: Dramat, Erotyka, Psychologiczny
Liczba Odcinków: 1
Studio: Mushi Productions
Ocena Recenzenta: 9/10

Screeny:






środa, 25 listopada 2015

Bostońskie Wojaże Hrabiego Drakuli - "Dracula: Sovereign of the Damned" (1980)

Wampiry niemal od zawsze były popularnym tematem w kinematografii. Pierwszy poświęcony im film - "The Secrets of House No. 5" - nakręcony został już w roku 1912. Już 8 lat później powstała pierwsza filmowa adaptacja słynnej książki Brama Stokera - "Dracula's Guest". Niestety jednak, nie zachowała się jej żadna kopia. W roku 1922 nakręcony został jeden z najsłynniejszych wampirzych filmów w historii - "Nosferatu: Symfonia Grozy". Oprócz niego powstało jeszcze później wiele produkcji poświęconych krwiopijcom, z których warto wspomnieć takie tytuły jak "Wywiad z Wampirem", "Dracula", czy też "Nieustraszeni Pogromcy Wampirów", z tych zabawniejszych. Z bardziej znanych mang oraz anime o tej tematyce wyróżnić wypada zaś "Vampire Hunter D" oraz "Hellsing".
To nie im jednak poświęcony będzie dzisiejszy tekst. O nie. My przyjrzymy się produkcji podchodzącej do opowieści o legendarnym krwiopijcy z Transylwanii w sposób bardzo... specyficzny. Produkcji, która u nas jest jeszcze dość obskurna, ale za granicą dorobiła się już na dobrą sprawę miana kultowej i bardzo często wyświetlana jest na konwentach. Na warsztat bierzemy dziś jedną z najbardziej (nie)sławnych adaptacji marvelowskich komiksów - "Dracula: Sovereign of the Damned".

Nasza historia zaczyna się w momencie, gdy legendarny wampir - Hrabia Drakula - wparowuje do opuszczonego, bostońskiego kościoła, w którym odbywa się satanistyczny rytuał. Krwiopijca robi wielki ambaras, po czym porywa dziewicę, która miała być ofiarą dla samego księcia ciemności i odlatuje w siną dal. Nasz bohater chce z początku oczywiście zatopić kły w jej bladej szyi i pożywić się jej świeżą krwią, jednak ku swemu własnemu zdumieniu... zakochuje się w niej i postanawia uczynić ją swoją wieczną małżonką. Niedługo potem na świat przychodzi owoc ich miłości - mały Janus. Wampirze małżeństwo nie będzie mogło jednak w spokoju wychować swojego potomka. Zdrowo wkurzony Lucyfer bowiem dopomina się o swoje i nieustannie nasyła na hrabiego swoich popleczników, a jakby tego było mało, wkrótce okazuje się też, że na tropie naszego bohatera jest cała drużyna pogromców wampirów. Drakula będzie musiał zatem nieustannie stawiać czoła kolejnym, coraz potężniejszym przeciwnikom, starając się w tym samym czasie chronić swoją nową rodzinę. Czy podoła?

Na podstawie tego krótkiego streszczenia wydawać by się mogło, że będziemy mieli do czynienia z ciekawą i emocjonującą opowieścią, w której to dla odmiany to transylwański hrabia jest tym dobrym. Niestety (a może "stety"?), ze względu na to, jak nieumiejętnie jest to wszystko przedstawione, robi się z tego raczej niezamierzona, durnowata komedia, która nieustannie wywołuje u widza uśmiech politowania, albo też nawet przyprawia go o napady histerycznego śmiechu. Przykładowo, już na samym początku filmu dostajemy sceny, w których Drakula wysysając ludzi zamienia ich w... Smerfy. Potem znowuż uraczeni zostajemy sceną, w której sędziwy pogromca wampirów na wózku inwalidzkim, popychany przez swoją pielęgniarkę, wywija szpadą, usiłując pogonić pewnego młodziana. A czy wspomniałem już, że nikt jakoś nie wydaje się przejmować tym, że Drakula, ze szpiczastymi uszami i ubrany w swój charakterystyczny płaszcz (podobnie jak i jego małżonka), wbijają na obiad do najpopularniejszej w mieście restauracji? A to jeszcze małe piwo! Potem mamy jeszcze okazje zobaczyć, jak pozbawiony swoich mocy Drakula, zmuszony jest okradać losowych przechodniów i przeznaczać ich ciężko zarobione pieniądze na... hamburgery. Nie, serio! To prawdopodobnie jedyny film, w którym widziałem jak wampir wpieprza ze smakiem burgera. Całej historii absurdu dodaje jeszcze fakt, że osadzona jest nie w strasznej  mrocznej Transylwanii, a żywym, kolorowym Bostonie. No i są jeszcze wybornie kretyńskie, pozbawione sensu dialogi, które swoją głupotą sprawiają, że te z "Elfen Lied" brzmią jak faktycznie sensowne i inteligentne wywody. Wszystko to sprawia, że Dracula jest filmem wręcz idealnym na głupawkowe popijawy z kumplami. Pamiętam, że miałem przyjemność oglądać go po raz pierwszy, wraz ze społecznością popularnej satyrycznej strony - "Encyclopedia Dramatica" - podczas jednego z ich wieczorków z najgorszymi anime. Dzięki komentarzom innych widzów oraz samej ogromnej głupocie filmu, ryczałem ze śmiechu tak mocno, że ledwo łapałem oddech, a żebra i brzuch bolały mnie potem przez kilka dobrych dni.
Jak nietrudno się domyślić, postacie są równie durne, co sama historia. Zwłaszcza Dracula, starający się udawać śmiertelnie poważną i tragiczną postać, serwując przy tym pokaz ostro przejaskrawionych emocji sprawiał, że płakałem ze śmiechu. Podobnież jego niekompetentni przeciwnicy, których nieudolne plany i ataki wywoływały u mnie tak histeryczny śmiech, że aż z sąsiedniego pokoju przyszedł współlokator, by zobaczyć czy wszystko w porządku.

Oprawa graficzna jest okropnie tania i brzydka, co jeszcze bardziej potęguje niezamierzoną śmieszność tej produkcji. Pokraczne ruchy bohaterów w połączeniu ze zbyt sztywną, albo przesadzoną mimiką potrafią sprawić, że napój który pijecie, bardzo szybko trafi na ekran waszego komputera. Podobne działanie mają także same projekty postaci, które są albo do przesady paskudne i groteskowe, albo do przesady wyidealizowane, tak że przypominają kilkukrotnie przepakowanych bohaterów amerykańskich komiksów. Tła są z reguły utrzymane w nudnych, ciemnych barwach. Do tego stopnia, że momentami na ekranie kompletnie nic nie widać. Zdarza się jednak kilka takich, na które miło jest popatrzeć.
Muzyka zaś? Szczerze mówiąc jest tak niezauważalna, że natychmiast ginie gdzieś tam w tle i nie jestem w stanie przypomnieć sobie brzmienia nawet jednej piosenki. Prawdziwą gratką jest tu jednak gra aktorska, zwłaszcza ta ze ścieżki anglojęzycznej. Aktorzy wczuli się w swoje postacie aż do przesady i każdą swoją wypowiedź akcentują z tak wielkimi impetem i dramaturgią, że słuchając ich ciężko nie parsknąć szczerym śmiechem. Zwłaszcza pełne patosu przemowy głównego bohatera potrafią przyprawić o ból brzucha. Przekomicznie brzmią też wszystkie wampirze ryki i syki, czy inne onomatopeje. Z reguły jestem zwolennikiem oryginalnych ścieżek dźwiękowych, ale Dracula jest jednym z tych nielicznych przypadków, gdzie całym sercem opowiadam się po stronie angielskiego dubbingu. Jest po prostu tak cudownie zły, że aż dobry.

Widziałem wiele okropnie złych anime, ale "Dracula" bez większego problemu deklasuje je wszystkie i od długiego czasu zajmuje "chwalebne" miejsce mojego ulubionego guilty pleasure. Ten film jest po prostu tak cudownie głupi i niezamierzenie zabawny, że dostarcza mi mnóstwa głupawki i rozrywki za każdym razem, gdy go oglądam. I nie ważne, że widziałem go już tyle razy, że znam go już na pamięć. Zawsze bawię się na nim równie dobrze, co za pierwszym razem. Ba! Pałam do tego filmu taką miłością, że zabieram go ze sobą na praktycznie każdy konwent i często przejmuję nudne, nocne panele, i puszczam go znudzonym uczestnikom. Ożywiają się niemal natychmiast i rżą jak durni. Zwłaszcza gdy odpalę specjalnie spreparowane polskie napisy, wykonane przez autotłumacza YouTube, które czynią dialogi jeszcze bardziej absurdalnymi. Film ten stał się już na dobrą sprawę ulubioną bajką aktywniejszej części poznańskiego fandomu. Kto wie, czy za parę lat, dzięki naszemu forsowaniu, nie stanie się równie lubiany w pozostałych rejonach kraju. Wypatrujcie nas na konwentach!

Typ Anime - OVA
Rok produkcji - 1980
Pełny Tytuł: „Yami no Teio: Kyuuketsuki Dracula” ("Dracula: Sovereign of the Damned")
 Reżyseria: Minoru Okazaki
Scenariusz: Tadaaki Yamazaki
Muzyka: Seiji Yokoyama
Gatunek: Horror, Dramat, Komedia
Liczba Odcinków: 1
Studio: Toei Animation
Ocena Recenzenta: 2/10

Screeny: