niedziela, 31 grudnia 2017

Szczęśliwego Nowego Roku!!

Ilustracja autorstwa Yoshitakiego Hatakeyamy ilustratora serii "Azure Striker Gunvot"
Kochani Czytelnicy!
Tradycyjnie już, jako że nie wiem w jakim stanie wrócę z inbowania z ziomeczkami, to składam wam życzenia noworoczne z lekkim wyprzedzeniem. Tak więc - wystrzałowego sylwestra i Szczęśliwego Nowego Roku! Mam nadzieję, że nadchodzący wielkimi krokami 2018 okaże się dla was jak najlepszy! Że przeżyjecie go w świetnym zdrowiu i humorze, pozbawieni wszelkich trosk! Że uda się wam w nim zrealizować wszelkie postanowienia noworoczne i spełnić wszystkie swoje marzenia!

I miejmy też nadzieję, że zarówno nasze wydawnictwa, jak i zachodni giganci tacy jak Discotek czy Seven Seas nie przestaną licencjonować pieniężnych staroszkolnych tytułów, by docierały one do coraz szerszego grona odbiorców!

Przepraszam swoją drogą za takie zaniedbanie bloga w tym roku, ale wykańczające sesje egzaminacyjne i pisanie oraz obrona pracy licencjackiej zżarły mi bardzo dużo wolnego czasu. Dzisiaj też - niestety - z powodu noworocznych porządków nie udało mi się opublikować dwóch tekstów, które planowałem - recenzji "Houseki no Kuni" oraz epizodu "Star Trap" z kultowego cyklu "Cream Lemon". Obiecuję jednak, że pojawią się one już na samym początku 2018!

piątek, 29 grudnia 2017

Magiczny powrót do lat 90-tych - "Mahoujin Guru Guru" (2017)

Zrobić dobry remake to nie lada wyzwanie. Szczególnie kiedy oryginalny tytuł pochodzi z całkiem innej dekady, rządzącej się zupełnie innymi zasadami. Często spotykałem się już z takimi odświeżonymi wersjami, które kompletnie tego nie rozumiały i zatracały całkowicie to, co czyniło daną produkcję tak - jakkolwiek cheesy to nie zabrzmi - magiczną i wyjątkową. Albo też takimi, które usilnie i ślepo starały się małpować poprzednią wersję, do tego stopnia, że powielały też wszystkie jej wady.
Czasem jednak znajdzie się taka utalentowana grupa ludzi, którym uda się znaleźć ten słynny złoty środek i stworzyć remake niemal idealny. Taką grupą okazała się ekipa odpowiedzialna za nową wersję kultowej komedii dla dzieci z lat 90-tych - "Mahoujin Guru Guru". Udało się im nie tylko wiernie oddać czar bajek z tamtej dekady, ale jednocześnie stworzyć show przyjemny i przystępny również dla widzów współczesnych.

Dawno, dawno temu, świat terroryzowany był przez armie potworów pod władzą potężnego władcy demonów imieniem Giri. Gdy wydawało się, że cała nadzieja stracona, ludzkości z pomocą pospieszyło Migu Migu - plemię czarnoksiężników władających potężną magią "Guru Guru". Udało im się zapieczętować złowrogiego demona i przywrócić pokój na świecie. Po wielu latach plemię usunęło się w cień, a ludzie zapomnieli o jego istnieniu...
Po wielu latach jednak, nałożona przez Guru Guru pieczęć zaczyna słabnąć i straszliwy demon Giri wkrótce wydostanie się ze swojego więzienia! By temu zapobiec, Król krainy Ainshent wystosowuje apel do wszystkich walecznych herosów - ten, kto zgładzi straszliwego demona, otrzyma wynagrodzenie w wysokości 50.000 sztuk rinów i zostanie mianowany księciem Ainshent! Apel ów dociera do uszu mieszkającego w niewielkiej wioseczce heromaniaka - Bado - który natychmiast postanawia wkręcić w cały ten heroiczny biznes swojego synalka - Nike. Młodzian nieszczególnie jest pomysłem tatusia zachwycony, ale zapalony ojczulek wraz z równie postrzeloną na punkcie heroizmu mamusią nawet jego opinii nie słuchają. Wygłaszają mu szybki wykład o cudowności bycia herosem, dają mu iście heroiczny obiad... po czym wsadzają chłopaczka do wielkiej procy i wystrzeliwują go hen daleko na poszukiwania wielkiej przygody! Po krótkim locie, Nike wrzeszcząc wniebogłosy wpada przez okno do niewielkiej chatki, gdzie poznaje małą, śliczną dziewczynkę - Kukuri. Cudownym zbiegiem okoliczności, okazuje się ona być ostatnią żyjącą przedstawicielką plemienia Migu Migu, oczekującą na bohatera, z którym połączy siły by powstrzymać straszliwego Giri. I zanim Nike zdąży w ogóle wyjaśnić, że zaszła pomyłka i bohaterem został wbrew swej woli, to zostaje wysłany, wraz ze swą nową towarzyszką, w podróż pełną przygód i niebezpieczeństw.

"Guru Guru" zachwyciło mnie już od pierwszych sekund pierwszego odcinka. Już na samym początku dostajemy bardzo fajny zabieg reżyseryjny polegający na prowadzeniu narracji za pomocą... eventów z klasycznego jRPG. Pierwsze sceny anime to znana z kultowych gier ściana rozpikselizowanego, przewijającego się tekstu, a zaraz po niej naszym oczom ukazuje się widziana z góry mapka z małymi spritami ludzików, które rozmawiają ze sobą za pomocą okienek dialogowych. Wspomniane okienka zresztą wyskakują również za każdym razem, gdy na ekranie pojawia się nowa postać, by przedstawić nam jej imię, poziom oraz statystyki. Wykorzystuje się je też do podsumowywania co ważniejszych wydarzeń znanych z gier RPG (np. zdobycie wyższego poziomu doświadczenia, pokonanie danego stwora, zdobycie nowego ekwipunku). W podobnej konwencji zrealizowana jest także zapowiedź każdego kolejnego odcinka, gdzie pikselowe postacie biegają po wykonanej na modłę starych gier z NES-a mapie świata i odwiedzają kolejne lokacje opowiadając, co się wkrótce wydarzy.
Sama historia to oczywista parodia wszystkich tych patetycznych opowieści o ratowaniu świata znanych z kultowych skośnych RPG pokroju "Dragon Quest", "Final Fantasy" czy innego "Phantasy Star". Rozwija się w dokładnie taki sam sposób - bohaterowie w trakcie swej podróży odwiedzają kolejne lokacje, dostają do wykonania różne zadania, rekrutują nowych członków drużyny, uczą się nowych zaklęć i zdobywają lepszy ekwipunek etc. Wszystko to jednak - jak na komedię przystało - podane jest w absurdalny i prześmiewczy sposób. Przykładowo, w genialny sposób uzasadnione zostaje, dlaczego w komnatach bossów i podczas starcia z nimi często gra inna BGM-ka (śpiewana przez chórek ich podwładnych); wyśmiane zostają pojawiające się na minimapie, ułatwiające progres, nazwy lokacji; bajka otwarcie robi sobie także jaja z typowych dla tego typu gier questów "Przynieś, podaj, pozamiataj" czy "Udaj się z punktu A do punktu B i z powrotem". Warto nadmienić jednak, że choć fabuła jest głównie pretekstem do zaserwowania widzowi całej masy gagów i śmieszków, to ciągle potrafi oczarować także w inny sposób. W "Guru Guru" bowiem czuć ten magiczny klimat dziecięcej przygody, jaki miało wiele bajek z okresu lat 90-tych, a którego tak mocno mi brakuje w wielu dzisiejszych tytułach. Wojaże Nike i Kukuri na przemian bawią i wzruszają, dostarczając dużo rozrywki nie tylko widzom młodszym, ale także tym "starym koniom", w których skutecznie rozbudzają drzemiące dziecko.
Bajka punktuje także dużo większą wiernością oryginalnemu komiksowi Hiroyukiego Etou. Jest dwukrotnie krótsza, niż stary show, dzięki czemu nie tylko nie odstrasza liczbą epizodów mniej cierpliwych widzów, ale też udało jej się pozbyć większości fillerów znanych z pierwszej adaptacji. Z drugiej strony jednak, tu pojawia się mój jedyny zarzut pod adresem nowego "Guru Guru" - kreskówka miała przez to dużo mniej czasu na pokazanie wszystkich wydarzeń, co odbiło się dość widocznie na pacingu. Akcja pędzi momentami na złamanie karku, byleby tylko wyrobić się z opowiedzeniem całej historii. Mocno zauważalne jest to zwłaszcza pod koniec, gdy jedna z bohaterek sama zauważa nawet, że tempo akcji gwałtownie przyspieszyło i większość eventów jest szybko skipowana, aby jak najszybciej dotrzeć do finałowej potyczki zakończenia opowieści.

Dużo swojego humoru Guru Guru zawdzięcza także - a może nawet przede wszystkim - swoim bohaterom. To naprawdę postrzelona, prześmieszna gromadka, która swoimi interakcjami nie raz rozbawi do łez i przyprawi o ból brzucha. Tak jak i sama fabuła, wyśmiewają oni najbardziej ograne schematy znane z japońskich gier fabularnych. Nasz główny bohater - Nike - to nie tylko heros z przymusu, ale też dość tchórzliwy, chciwy i leniwy chłopaczek, co jest kompletnym przeciwieństwem heroicznych altruistów, z jakimi z reguły mamy w takich grach do czynienia. Często próbuje chodzić na łatwiznę i migać się od swoich obowiązków, pierwsze co robi po odwiedzeniu każdej nowej lokacji, to plądrowanie jej w poszukiwaniu łupów, a z pomocą dużo chętniej pospieszy ładnym dziewczynkom, aniżeli starym dziadom z jakiejś wioski. W walkach często też zachowuje się jak kompletny dupek, próbując wyprowadzić swych wrogów z równowagi oraz oszukuje, wykorzystując ułomność mechanik gier RPG na swoją korzyść. Mimo tego wszystkiego jednak, kiedy sytuacja naprawdę tego wymaga, staje na wysokości zadania i potrafi pokazać że serce ma na właściwym miejscu. Kukuri zaś to kompletnie inny obraz "potężnego czarnoksiężnika" niż ten znany nam z gier wideo. Miast sędziwego, doświadczonego starca, albo też ponętnej, krągłej uwodzicielki dostajemy małą, nieśmiała i niewinną dziewczynkę o złotym serduszku, czerwieniącą się już na samą tylko myśl o złapaniu się za rączki z bohaterem. Jak każda dziewczynka w jej wieku jest też bardzo wyczulona na punkcie swojego wyglądu. Kiedy dowiaduje się, że jej domyślne ubranko jest strasznie nijakie, natychmiast postanawia zakupić jakieś ładniejsze. W końcu, jako główna bohaterka tej opowieści, nie może nosić tak nudnych szmaciuchów! Ku jej rozpaczy okazuje się jednak, że żaden ze sklepów nie ma jej do zaoferowania niczego lepszego, bo nosi już najlepszy możliwy ekwipunek dla swojej klasy. Ma też tendencję do brania wypowiedzi innych bohaterów zbyt dosłownie - gdy w pewnym momencie dostają wraz z Nike od króla kilka złotych monet, by użyć ich do wyekwipowania się na podróż, Kukuri natychmiast zakłada sobie wszystkie monety na twarz i jest szczerze zdziwiona, że nie to władca miał na myśli. No i jako że dopiero uczy się władać potężnym Guru Guru, to często używa czarów kompletnie niezgodnie z ich przeznaczeniem, a oprócz tego przywołuje postrzelone, czasem bardzo przydatne, a innym razem kompletnie bezużyteczne dziwadła. Bardzo podobało mi się również, że z biegiem czasu mała Kukuri coraz bardziej dojrzewa i jej charakter naprawdę świetnie się rozwija, prawdopodobnie najbardziej spośród wszystkich występujących w bajce barwnych postaci.
Do tej głównej parki z biegiem czasu dołączają kolejni zwariowani bohaterowie. Wśród nich m.in: ostatni użytkownik legendarnego tańca, ubrany w samą tylko liściastą spódniczkę starzec Kita Kita, będący parodią charakterystycznej klasy barda/tancerza podbudowującej morale ekipy; cyniczna kapłanka Juju, potrafiąca w jednej chwili zmienić się w totalnego berserkera i z szerokim uśmiechem na twarzy masakrować legiony potworów potężnymi zaklęciami i świętym uzbrojeniem; pomocny duszek Gipple, dysponujący ogromną wiedzą i potrafiący zmieścić cały obszerny ekwipunek drużyny w swojej "magicznej skrytce", ale za to reagujący atakami irytacji i niestrawności na każdy możliwy cheesy tekst o miłości, sprawiedliwości i tego typu "bzdetach"; młody wynalazca Toma, parający się montowaniem coraz to ciekawszych (i dziwaczniejszych) narzędzi i broni, pomagających ekipie w dalszej podróży; czy też team cool i walecznych dziaduniów, sypiących patetycznymi, cheesy cytatami, przyjmujących "kakkoii" pozy i nawiązujących na potęgę do innych bajek (m.in "Sexy Commando Gaiden", "Brave Series", "Sword Art Online", "Dragon Ball Z", "JoJo's Bizzare Adventure").
Równie fajnie prezentują się ważniejsi antagoniści, z którymi Nike i Kukuri przyjdzie walczyć. W szczególności zakochany bez pamięci w małej czarodziejce książę Raid. Niesamowicie chuuni i narcystyczny cudak, nadający wszystkim swoim rywalom okropnie głupkowate przydomki. W walce posługuje się absurdalnym rodzajem magii, który wymaga nieustannego przyjmowania komicznych i debilnych póz, dzięki czemu dostajemy pokaz naprawdę fenomenalnego character actingu. Raid bardzo szybko okazuje się jednak być nie tylko tzw. "gag relief" antagonistą, ale całkiem sensownie wykreowanym bohaterem z własnymi motywacjami, wewnętrznym konfliktem i nie najgorszym rozwojem.

Oprawa graficzna jest po prostu fantastyczna. Projekty postaci oraz potworów są bardzo zróżnicowane, zabawne i niesamowicie urokliwe. W dodatku - co było dla mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem - nie są non stop ubrane tak samo, jak to bywa w wielu podobnych bajkach. Jako że mamy tu do czynienia z parodią gier RPG, to bohaterom nie raz przyjdzie zmienić ubranka i inne elementy ekwipunku, a czasami nawet i fryzury. Dodaje to serii jeszcze więcej świeżości i atrakcyjności. Równie fajnie prezentują się zróżnicowane barwne, bardzo bajkowe tła. Gęste lasy, pustynne miasteczka, mistyczne świątynie, niezdobyte szczyty otoczone skłębionymi chmurami. Na spory plus także żywa, radosna paleta kolorów, idealnie pasująca do czarującej, absurdalnej komedii jaką jest "Guru Guru". Animacja również nie zawodzi! Co wcale nie jest zaskoczeniem, gdy spojrzy się na staff i zobaczy, jak wielu utalentowanych animatorów przy tym tytule pracowało. Znaleźli się tu m.in: specjalizujący się w świetnym character actingu i smearsach Tetsuya Nishio; Yasunori Miyazawa, kojarzony z over the top, momentami bardzo surrealistycznych ruchów oraz zabawiania się modelami postaci; czy też świetnie operujący efektami specjalnymi Masakazu Sunagawa. W efekcie dostajemy niezwykle płynnie zanimowaną bajkę, w której postacie non stop się poruszają i robią śmieszne miny, a sceny walk (i nie tylko!) zapierają dech w piersiach i okraszone są fenomenalnymi efektami specjalnymi. Mało tego! Znalazło się tu nawet miejsce dla słynnego ujęcia "Brave Perspective". Twórcy "Guru Guru" muszą być chyba w ogóle wielkimi fanami tej franczyzy (wcale im się nie dziwię) bo w trakcie całej bajki naliczyłem chyba grubo ponad 30 przypadków jego użycia, w niektórych odcinkach nawet po 3, 4 razy. A do tego wszystkiego dochodzi jeszcze fantastyczne operowanie retrostylistyką. Na początku tekstu wspomniałem o pikselowych napisach, mapkach jak z gier RPG na NES i wyskakujących tu i ówdzie okienkach dialogowych. Ale tego jest o wiele więcej! Na zoomach postacie często zamieniają się w growe sprity, pikselizacji ulegają także itemki podnoszone przez bohaterów, czy też efekty zaklęć i uzbrojenia. Istna gratka dla miłośników retro gierek!
Dźwiękowo też jest pysznie. Soundtrack "Guru Guru" w umiejętny sposób łączy ze sobą brzmienia podobne do tych z bajek dla dzieci z lat 90-tych z 8-bitowymi chiptunami i bardziej współczesnymi piosenkami. Świetnym tego przykładem jest już sam pierwszy, fenomenalny opening - "Trip, Trip, Trip" w wykonaniu Oresama. Gdy usłyszałem go po raz pierwszy, poczułem się znowu jak mały dzieciak, siedzący wczesnym rankiem przed telewizorem i oglądający nowy odcinek swojej ulubionej kreskówki. Wywołaniu tego efektu pomaga fantastycznie wyreżyserowana, mocno oldschoolowa animacja, odhaczająca po kolei najpopularniejsze ujęcia z dawnych przygodowych bajek. Widok na mapę świata? Jest! Para bohaterów na wzgórzu, przygotowująca się do wyruszenia w pełną przygód podróż? Oczywiście! Cała obsada wykonująca dziwaczny taniec? Tak! I jeszcze potem wyskakują po kolei na ekran, prezentując swoje charakterystyczne ataki i zdolności! O i są też nawet krótkie urywki odcinka, pojawiające się w tle, gdy opening przedstawia nam kolejnych głównych bohaterów! Szkoda trochu, że drugi opening już tak dobry nie jest. Znaczy, animacyjnie dalej ma ten staroszkolny feel, ale jednak pod względem muzycznym wypada nieco gorzej niż pierwszy i nie gra na nostalgii już tak mocno. Za to oba endingi są równie super! Pierwszy to bardzo przyjemna, rytmiczna piosenka z fajną animacją Kukuri oraz Nike, idących po podskakującej do rytmu fali, z kręcącym się w koło (Guru guru~) tłem. Bajkowa nutka z drugiego endingu zaś ubarwiona została śliczną, kolorową animacją, pełną barwnych scen wyjętych jakby z książeczki dla dzieci. Miłą niespodzianką dla fanów oryginalnej bajki z lat 90-tych będzie także fakt, że pojawia się tu jej pierwszy ending, w nowej aranżacji, ale zaśpiewany ponownie przez tę samą wokalistkę!
Równie fajnie wypadają retro efekty dźwiękowe, jakby żywcem wyciągnięte z jakiejś Zeldy czy innego Dragon Questa. Krótki dżingiel po zwycięstwie, fanfary obwieszczające zdobycie kluczowego przedmiotu, syntezowane buczenie i burczenie symulujące dźwięk płomieni czy eksplozji - wszystko to tu jest!
No i obsada też jest fenomenalna! W rolach głównych Shizuka Ikigami jako Nike i Konomi Kohara jako Kukuri. Ta druga to nowy, bardzo obiecujący talent! Jestem pod ogromnym wrażeniem jej umiejętności. Jej Kukuri brzmi tak świetnie, że chwilami brzmiała łudząco podobnie do jednej z moich ukochanych seiyuu - Megumi Hayashibary. Oprócz tej dwójki, usłyszymy tutaj także tak sławne osobistości jak Takehito Koyasu (Dio z "JoJo", Gamlin z "Macross 7"), Nobuhiko Okamoto (Rin z "Ao no Exorcist", Accelerator z "Indexa"), czy też Akira Ishida (Kaworu Nagisa z "Neon Genesis Evangelion", Athrun Zala z "Gundam SEED").

Nowa wersja "Mahoujin Guru Guru" to zdecydowanie jedna z najlepszych pozycji tego roku i strasznie jest mi szkoda, że umknęła uwadze tak wielu ludzi. Punktuje idealnym oddaniem magii serii dla dzieci z lat 90-tych i jeszcze podaje ją w sposób tak fajny, że powinna przypaść do gustu również widzom, którzy z tytułami z tamtego okresu nie mieli styczności. Oczarowuje przesympatycznymi, śmiesznymi bohaterami, genialnym humorem, fenomenalną oprawą audiowizualną i pomysłową reżyserią. Jedyny mój problem to wspomniany pacing, który mógłby być trochę lepszy. Wciąż z całego serca polecam! Nie dajcie się zmylić niepozornej grafice promocyjnej!

Typ Anime - Seria Telewizyjna
Rok produkcji - 2017
Pełny Tytuł: „Mahoujin Guru Guru” ("Magical Circle")
 Reżyseria: Hiroshi Ikehata
Scenariusz: Hisaaki Okui
Muzyka: Technoboys Pulcraft Green-Fund
Gatunek: Komedia, Parodia, Romans, Fantasy, Familijny
Liczba Odcinków: 24
Studio: Production I.G.
Ocena Recenzenta: 9/10

Screeny:

 






niedziela, 24 grudnia 2017

Wesołych Świąt!!

Ilustracja autorstwa Yoshitakiego Hatakeyamy, ilustratora serii "Azure Striker Gunvolt"

Kochani Czytelnicy! 

Z okazji świąt Bożego Narodzenia chciałbym wam złożyć najserdeczniejsze życzenia. Byście po tym całym zabieganiu (i być może nerwowym krzyczeniu na siebie nawzajem) związanym z gorączkowymi przygotowaniami do wieczerzy wigilijnej, mogli ze spokojem siąść przy stole, przeprosić się wzajemnie za wszelkie nieprzyjemności i spędzić ten czas z najbliższymi wam ludźmi. Wspaniałych prezentów, spełnienia wszelkich - szczególnie tych najskrytszych - marzeń i tradycyjnego, smacznego karpia. Niech nowo narodzony Chrystus wam błogosławi i obdarza wszelkimi potrzebnymi łaskami! 

czwartek, 21 grudnia 2017

Nowa "Cutie Honey" w 2018!


To dobry czas dla fanów prac Wujaszka Nagaia. Niedawno do kin trafiła nowa wersja "Mazingera Z" - "Mazinger Infinity". Na początku przyszłego roku ma wystartować "Devilman Crybaby" w reżyserii Masakiego Yuasy. A dziś na twitterze wyłapałem news o nowej adaptacji trzeciej kultowej serii stworzonej przez Go Nagaia - "Cutie Honey". Nowa adaptacja, zatytułowana "Cutie Honey Universe" zapowiadana jest na przyszły rok. Reżyserią zajmie się Akitoshi Yokoyama (Photokano, odcinki RahXephona oraz Tatami Galaxy), Natsuko Takahashi (Togainu no Chi, Urahara, Yuyushiki) będzie odpowiadać za kompozycję serii, a rolę naczelnego reżysera animacji pełnił będzie Syūichi Iseki (The Dragon Dentist, epizod 3 i 13 Japan Animator Expo). Animacją zajmie się studio Production Reed. Podobnie jak wspomniane wcześniej Mazinger Infinity oraz Devilman Crybaby, nowa Honey powstaje w ramach uczczenia 50 lat działalności Wujaszka Go.
Dodatkowo, na najbliższym Comikecie będzie można także nabyć dakimakurę z tytułową bohaterką.

Sos

środa, 20 grudnia 2017

Zagrzmij, lazurowy gromie! - "Azure Striker Gunvolt" (2017)

"Azure Striker Gunvolt" to jedna z moich ukochanych serii gier. Wykonane przez utalentowaną ekipę z Inti Creates, niesamowicie wciągające i bogate w ciekawe rozwiązania mechaniczne platformówki - zręcznościówki, które speedrunnuję z niezwykłą przyjemnością, nieustannie bijąc swoje rekordy. Najbardziej zaciekawiły mnie pomysłowym rozwiązaniem z wielofunkcyjnym polem siłowym oraz nagradzającym skillowe granie systemem "hymnów". Polega on na tym, że gdy gracz bez obrażeń przekroczy odpowiedni próg punktowy, to za jego plecami pojawi się Muza śpiewająca fantastyczną piosenkę, zachęcającą do dalszego umiejętnego unikania ataków. Mechanika ta ma także jeszcze jedną ciekawą wariację, przeznaczoną dla graczy nie radzących sobie za dobrze w tego typu gry - gdy zginą, istnieje szansa, że Muza zaśpiewa specjalną piosenkę przywracającą postać do życia ze zwiększonymi umiejętnościami.
"Gunvolty" są też serią o tyle ciekawą, że nigdy nie były jakoś hucznie reklamowane, a mimo to sprzedały się niesamowicie dobrze i podbiły serca tysięcy fanów na całym świecie. Zyskały sobie tak wielką popularność, że doczekały się audio dram rozszerzających uniwersum, growych spin-offów, live koncertów na których wspomniane Muzy wykonują piosenki z gier, mnóstwa merchandisu w postaci koszulek, przypinek i płyt z muzyką, czy też nawet własnego setu naklejek na Line. Mało tego - ich bohaterowie bardzo często pojawiają się gościnnie w innych grach wideo, jak choćby "Blaster Master Zero", "Indie Pogo", czy też "Runbow". Tylko, kurde, do figurek jakoś nie mają do tej pory szczęścia, nad czym ubolewam niezwykle.
Wszystko to sprawia, że "Gunvolty", w przeciwieństwie do niesławnego "Mighty No.9", dużo bardziej zasługują moim zdaniem na miano następcy "MegaMana", którego CAPCOM przez tak długi czas zaniedbywał. Stąd też niesamowicie ucieszył mnie fakt, gdy zapowiedziano że otrzymają w końcu adaptację anime! Gdy tylko OVA trafiła na nintendowskiego eshopa, natychmiast ją pobrałem i obejrzałem. Czy animowany Gunvolt zachwycił mnie w takim samym stopniu jak gry?

OVA otwiera się szybką ekspozycją zaserwowaną nam w postaci tekstu na tłach przedstawiających futurystyczną metropolię nocą. W niedalekiej przyszłości coraz większym zagrożeniem dla statusu quo zaczynają być "adepci" - ludzie obdarzeni tzw. "Septimą", dającą im nadnaturalne zdolności. Na całe szczęście, olbrzymi konglomerat nazywany "Sumeragi" czuwa nad tym, aby adepci owi nie nadużywali swego cudownego daru, by szkodzić ludzkości. Społeczeństwo nie zdaje sobie jednak sprawy z tego, że ci rzekomi strażnicy prawa i porządku wcale nie są tacy cudowni i wspaniali, na jakich się kreują. Jak się bowiem okazuje, regularnie porywają użytkowników Septimy i przeprowadzają na nich nielegalne, okrutne eksperymenty. Występkom tym kres położyć stara się niewielki ruch oporu nazywany "Quill" oraz sprzymierzony z nim adept Gunvolt. Obdarzony jest on wyjątkowo potężną i rzadką septimą "Azure Thunderclap", umożliwiającą mu swobodne generowanie i kontrolowanie elektryczności. Naszego bohatera poznajemy, gdy jest w trakcie misji, której celem jest zlokalizowanie i zlikwidowanie rdzenia generującego wirtualną idolkę Lumen, której potężnej Septimy Sumeragi chce użyć do kontrolowania całego społeczeństwa. Sytuacja komplikuje się jednak, gdy rdzeń ów okazuje się być... małą, niewinną dziewczynką.

Animowana wersja "Azure Striker Gunvolt" adaptuje z niewielkimi zmianami pierwszą misję z oryginalnej gry i poszerza ją o parę smaczków z wydanych później audio dram. W zrozumiały dla nowego widza sposób przedstawia growe uniwersum i jego podstawowe założenia, pokazuje jak doszło do brzemiennego w skutki spotkania Gunvolta i Joule oraz zapowiada, z kim w niedalekiej przyszłości nasz bohater będzie musiał się zmierzyć. Nie wchodzi co prawda w jakieś głębsze szczegóły, jeśli chodzi o poboczne postacie takie jak Moniqa czy Zeno, ale serwuje na ich temat wystarczającą ilość informacji, by odbiorca mógł zrozumieć jaką pełnią rolę. Całkiem dobrze zatem spełnia moim zdaniem swoją rolę, jaką jest zachęcenie do zapoznania się z growymi pierwowzorami. Czy jednak znajdzie się tu coś interesującego dla tych, którzy w Gunvolty okazję już zagrać mieli? Jak najbardziej, szczególnie jeśli nie mieli okazji przedtem sięgnąć po audio dramy. W grze ciężko było pogodzić szybki, wymagający dużej zręczności gameplay z bardziej rozbudowanymi dialogami. Na dole ekranu pojawiały się co prawda, komentarze poszczególnych bohaterów, ale w zależności od tego jak szybko gracz pokonywał kolejne korytarze poziomu, mogły zostać przewinięte zanim jeszcze miał on okazję w pełni je przeczytać. Nie wspominając już o tym, że wielu graczy z mniej podzielną uwagą je po prostu wyłączało, bo przeszkadzały im w skupieniu się na grze. W kreskówce zmieścić rozmowy między postaciami czy flashbacki przedstawiające ich przeszłość było o wiele prościej, nie tracąc przy tym w tak drastyczny sposób na tempie rozwoju akcji. Dodatkowo pojawiają się tu dosłownie wszystkie sceny znane z adaptowanego fragmentu gry, łącznie z rozmowami, jakie pomiędzy misjami prowadzą ze sobą Gunvolt i Joule czy też komicznym (i jednocześnie całkiem creepy) lalusiem z elektrycznym biczem, próbującym zastraszyć Gunvolta... nie zdając sobie sprawy, że nasz bohater jest odporny zarówno na jego creepy factor jak i piorunujące akcesorium, doładowujące mu jedynie baterie. Wspomniana scena z lalusiem swoją drogą jest tu przedstawiona w sposób o wiele bardziej sensowny, niż była w oryginalnej grze, dzięki czemu faktycznie bawi a nie obrzydza seans widzom, którzy wcześniej z Gunvoltem styczności nie mieli.
Tak więc mi, jako wielkiemu fanowi, sposób przedstawienia historii z gier w OVA spodobał się bardzo i w sumie jedyny problem jaki pod tym względem z bajkowym Gunvoltem mam to fakt, że nie ma go więcej.

Bardzo spodobało mi się również, jak wiernie bajka przedstawiła najważniejsze postacie. Główni bohaterowie, na których koncentruje się animowana adaptacja to Gunvolt, Joule oraz Asimov. Ich charaktery z gier zostały nie tylko idealnie oddane, ale dodatkowo jeszcze bardziej rozwinięte za sprawą nowych dialogów czy też wspomnianych wyżej flashbacków. Mamy okazję m.in lepiej poznać przeszłość i motywacje Gunvolta, czy też dowiedzieć się, jak doszło do jego spotkania z Asimovem i nawiązania współpracy z QUILL. Asimov jest też dużo bardziej prominentny w kreskówkowej wersji pierwszej misji, niż tej znanej z gry. Nie wydaje jedynie kolejnych rozkazów i nie komentuje tylko poczynań Gunvolta, ale bierze czynny udział w misji, osłaniając np. elektrycznego adepta przed atakami wrogich robotów, gdy infiltruje pociąg. Joule również dostaje więcej czasu ekranowego, niż w trakcie growej misji, gdzie pojawiła się tylko na moment na samym końcu i miała do powiedzenia dwa, trzy zdania. Dodatkowo pełni również rolę narratorki i wprowadza widza w całą opowieść, a potem także ją podsumowuje.
W OVA swoje pięć minut dostaje także jeden z późniejszych przeciwników Gunvolta - leniwy otaku Merak. Jego charakter również został wiernie oddany, łącznie z tym, jak otwarcie przyznaje się, że pomaga Sumeragi głównie by zarobić na gry wideo oraz jak irytuje go Gunvoltowe - jak to nazywa - "zgrywanie bohatera". Swoją chwilę spotlightu otrzymują także wspomniani Moniqa oraz Zeno, współpracujący blisko z Asimovem, czy też rywal Gunvolta - Copen - i jego pokojówka Nori. Ci ostatni pojawiają się jednak tylko jako drobny teaser i mrugnięcie do fanów gier.

Oprawa audiowizualna jest niezła. Jestem co prawda trochę rozczarowany, że cudowne, oryginalne projekty postaci autorstwa Yoshitakiego Hatakeyamy nie zostały w 100% zachowane, ale ich kreskówkowe odpowiedniki wyglądają na tyle dobrze, że mogę to przeboleć. Animcowe charadesigny prezentują się ładnie i schludnie, zachowują najbardziej charakterystyczne elementy ubioru czy uczesania poszczególnych bohaterów, a dodatkowo niektóre z nich punktują wcale nie najgorszą mimiką. Mam jednak spory problem z tłami. Lokacje w growym Gunvolcie to bardzo szczegółowe, zróżnicowane miejscówki a w OVA mamy do czynienia w większości z bardzo pustymi i nudnawymi korytarzami lub uproszczonymi wieżowcami. Dość blado wypada również kolorystyka. Można to co prawda tłumaczyć faktem, że akcja większej części OVA rozgrywa się w nocy, ale w grach mimo to kolory były dużo bardziej wyraziste i przyciągające uwagę.
Miłym zaskoczeniem było jednak dla mnie to, jak wiernie oddano efekty znane z gier. Pod nogami Gunvolta regularnie pojawiają się wyładowania elektryczne, gdy operuje on swym polem siłowym wylatują z niego pioruny, a jakby tego było mało, gdy taguje swoich przeciwników za pomocą specjalnych naboi z pistoletu, to pojawiają się na nich identyczne znaczniki, co w grach. I zanim zapytacie - tak, ich widoczność jest uzasadniona tak samo w grach jak i w OVA. Gunvolt bowiem ze względu na swą wadę wzroku nosi specjalne soczewki kontaktowe, które nie tylko poprawiają jego widzenie, ale też właśnie umożliwiają mu dostrzeganie tych znaczników.
Niestety jednak, pod względem animacji, adaptacja Gunvolta dość mocno mnie rozczarowała. Nie ma tu co prawda żadnych przypadków brzydkiego spadku jakości czy też koślawego rysunku i projekty postaci są konsystentne przez cały czas trwania kreskówki, ale bajce zdecydowanie brakuje efekciarstwa i dynamizmu znanego z gier. Poza nielicznymi wyjątkami jak choćby transformacja Meraka, dwie sceny wyciągnięte bezpośrednio z PV-ek czy Gunvolt używający jednego ze swych sztandarowych specjalnych ataków z gier - Luxcalibura - nie ma co tutaj liczyć na jakieś efekciarskie sceny sakugi. Tu i ówdzie pojawi się dobre użycie wspomnianych efektów, fajne smearsy czy też rozmycie, ale nic zasługującego na specjalne wyróżnienie. Bardzo zabolała mnie też okropnie leniwa choreografia koncertów Lumen. To przecież niezwykle atrakcyjna idolka, która swym śpiewem i tańcem oczarowuje miliony i pozwala Sumeragi sprawować nad nimi kontrolę. A w bajce to co najwyżej leci przed siebie po scenie, podnosi powoli ręce i trzyma je w górze śpiewając, czasem przyjmie jedną pozę w której przez dłuższy czas postoi. No nie prezentuje się to zbyt zjawiskowo niestety. Więcej ruchów wykonywała już w oryginalnych grach, gdy latała za biegającym po planszach Gunvoltem.
A jak to jest z muzyką, która jest tak istotnym elementem pierwowzoru? Cóż - ogółem OST jest taki sobie. Bardzo mnie cieszy, że twórcy nie poszli na łatwiznę i mimo że muzyka z oryginalnych gier jest fantastyczna, to spróbowali skomponować coś nowego, zamiast po prostu ją przeklejać, no ale te nowe kompozycje do pięt growym nie dorastają. Na liście płac jest co prawda wspomniany kompozytor muzyki z pierwowzoru - Ippo Yamada - ale kompletnie nie słychać tu jego stylu. Mam więc poważne podejrzenie, że dużo więcej działał tu Yamajet, niż on. Na całe szczęście, problem przeciętności tyczy się tylko bazowych BGM-ek, bo piosenki śpiewane przez Lumen to już kompletnie inna sprawa. Megu Sakuragawa po raz kolejny dała fenomenalny pokaz swoich umiejętności. Wszystkie piosenki pojawiające się w OVA są rytmiczne, wpadające natychmiast w ucho i świetnie się ich słucha, zwłaszcza w pełnych wersjach. Moim absolutnym faworytem jest insert song - "Azure Sky" - wcale bym się nie obraził, gdyby pojawił się jako DLC w wydanych juz grach, albo jako nowy utwór w kolejnej odsłonie. Fanów gier - takich jak ja - ucieszy pewnie także fakt, że efekty dźwiękowe użyte w OVA to dokładnie te same efekty znane z gier, więc wszystko brzmi równie fajnie i wyraziście.
Gra aktorska jest bardzo dobra i łączy ze sobą zarówno sporo znanych nazwisk jak i obiecujących nowicjuszy. W tytułowego bohatera wciela się przykładowo Kaito Ishikawa, świetnie odnajdujący się w rolach walecznych herosów i obrońcow sprawiedliwości, takich jak choćby Jiro z "Concrete Revolutio", Genos z "One Punch Man", czy Kaki z "Pokemon Sun&Moon". Szczególnie fajnie słucha się wykrzykiwanych przez niego inkantacji ataków specjalnych. Oprócz Ishikawy będziemy tu mieli okazję usłyszeć także takich ludzi jak wspomniana już Megu Sakuragawa (Tsubasa z "Love Live", Ashe z "Wagamama High Spec"), Ayumu Murase (Yumihiko z "Concrete Revolutio", Rui z "Gatchaman Crowds", Hinata z "Haikyuu!!"), czy też Haruki Ishiya (Shuiichi z "Hibike Euphonium", Pyunma z "Cyborg 009 Call of Justice").

Podsumowując - animowana adaptacja Gunvolta, choć nie jest pozbawiona wad, prezentuje się nad wyraz przyzwoicie. Zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę fakt, że jest to adaptacja gry wideo, a wszyscy wiemy, jak to z adaptacjami gier wygląda. Historia i bohaterowie zostali pokazani w taki sposób, że usatysfakcjonują zarówno fanów pierwowzoru jak i ludzi, dla których będzie to pierwsza styczność z franczyzą, a piosenki Lumen po raz kolejny nie zawodzą i słucha się ich z dużą przyjemnością. Szkoda tylko trochę, że nie pokuszono się o więcej tak fajnych ujęć jak transformacje czy ataki specjalne i muzyka jest taka sobie. Generalnie pozycją obowiązkową bym tego nie nazwał, ale jak najbardziej można rzucić okiem, zwłaszcza że jest już dostępne do obejrzenia dla każdego, w ludzkiej jakości, a nie na niewielkim ekranie 3DS-a.

Typ Anime - Seria OVA
Rok produkcji - 2017
Pełny Tytuł: „Azure Striker Gunvolt” ("Armed Blue Gunvolt")
 Reżyseria: Yoshinori Odaka
Scenariusz: Shigeru Murakoshi
Muzyka: Ippo Yamada, Ryo Kawakami, Yamajet
Gatunek: Akcja, Science-Fiction, Powered Armor
Liczba Odcinków: 1
Studio: LandQ Studios
Ocena Recenzenta: 6.5/10

Screeny:







Tak na marginiesie się też pochwalę, że całkiem niedawno na Twitterze, Inti Creates doceniło mój speedrun z tzw. "Boss Rush" z drugiej części gry, za który otrzymałem najwyższą możliwą rangę - "S+". Czuję dobrze speedrunner~

niedziela, 10 grudnia 2017

Kosmici, pluszowe misie i szurnięci czarodzieje - "Mahoutsukai Tai!" OVA (1996)

Myślicie, że "Strike Witches" było pierwszą serią, w której czarodziejki zmagać musiały się z wrednymi, mechanicznymi kosmitami? Ha, tak się składa, że wcale nie! W latach 90-tych bowiem, słynny reżyser Junichi Satou, do spółki z Chiakim Konaką i Ikuko Ito stworzyli pewną bardzo fajną bajkę o tej tematyce - "Mahoutsukai Tai!". Serię pod wieloma względami niezwykle podobną do ich późniejszej, fenomenalnej czarodziejkowej bajki - "Princess Tutu".


Na ziemię znowu napadają wredni kosmici! Bez większego problemu rozprawiają się z ziemskim wojskiem i doprowadzają do całkowitej zagła- a, nie, jednak nie. Zamiast tego obwieszczają tylko, że kiedyś tam nas pewnie sobie podbiją, po czym zaczynają ludzi po prostu obserwować. A i okazuje się, że wcale aż tak wredni i źli chyba nie są, bo nawet respektują ziemskie przepisy drogowe i nie przechodzą na czerwonym świetle! Po krótkim czasie wszyscy ludzie przestają więc obecnością "najeźdźców" się przejmować i wracają do normalnego życia. No, wszyscy, z wyjątkiem bandy wariatów z "Klubu Magicznego" jednego z ciapońskich liceów. Oni - a w szczególności ich przewodniczący - dalej podejrzewają kosmitów o niecne zamiary i starają się znaleźć sposób, by przepędzić ich z naszej pięknej planety.


Choć z zarysu fabuły zdaje się wynikać, że mamy do czynienia z szurniętą komedią science-fiction, to "Mahoutsukai Tai!" jest bardziej sympatyczną komedią romantyczną, delikatnie przyprawioną nutką magii i fantastyki. Choć obiecane na początku tekstu walki czarodziejów z kosmitami jak najbardziej się tu pojawiają, to ogółem kreskówka koncentruje się bardziej na życiu codziennym bohaterów, ich wzajemnych interakcjach, wspólnych lekcjach magii etc. Wszelkich widzów nietrawiących okruchów życia uspokajam jednak zawczasu, że owe sceny pokazane są w sposób tak umiejętny, że potrafią naprawdę zainteresować i seria wcale nie wieje nudą. Spora w tym również zasługa bardzo dobrego pacingu i odpowiedniego zbalansowania wszystkich elementów historii. Nic w tej opowieści nie jest fillerem i kolejne wydarzenia mają wyraźny wpływ na dalszy jej przebieg. No i dochodzi do tego mnóstwo humoru! "Mahoutsukai Tai" jest fantastyczną komedią, która bawi widza na wiele różnych sposobów. Już sam świat przedstawiony jest absurdalnie zabawny. Ludzie tak bardzo przywykli do obecności obcych, że nie ruszają ich dziwaczne machiny latające im nad głowami podczas zakupów, czy też wszędobylskie kule z czułko-kamerami obserwujące każdy ich krok. Stało się to elementem ich codzienności i traktowane jest jak coś zupełnie normalnego. Do tego stopnia, że za każdym razem gdy jakiś "szaleniec" zacznie nawijać, że kosmici tylko czekają by nas zaatakować, to patrzy się na niego z politowaniem. Dodajcie do tego jeszcze multum zabawnych dialogów, wprost usianych dwuznacznościami, nieporozumieniami i grami słownymi oraz świetny humor sytuacyjny i obowiązkowe slap-stickowe gagi i salwy śmiechu murowane!
Bardzo podobało mi się też, że seria  stosuje kilka różnych, fajnych zabiegów, by lepiej przedstawić widzowi opowiadaną historię. Przykładowo, na początkach i końcach odcinków pojawiają się kartki z pamiętniczka głównej bohaterki, na których kolorowymi kredkami narysowane są kluczowe sceny danego epizodu. Na twarzy jednego z bohaterów często zaobserwować można typografię, zastępującą niektóre jego dialogi. Generalnie bardzo dużo tu operowania obrazem, stosowania umownych dla serii symboli celem uwypuklania istotności wydarzeń i charakterów postaci. Często w tle pojawia się na przykład pluszowy miś, czy też motyw spirali, co okazuje się nie być wcale przypadkowe. Jeśli oglądaliście "Princess Tutu", to wszystkie te zabiegi z pewnością wydadzą się wam nad wyraz znajome.

Na tym podobieństw między obiema bajkami jednak nie koniec. Jeszcze więcej wychwycić ich można obserwując bohaterów. Tak jak w "Princess Tutu", gromadka z "Mahoutsukai Tai!" na pierwszy rzut oka nie wygląda na zbyt pomysłową. Praktycznie każda z postaci bazuje na konkretnym archetypie - Sae to nie wierząca w swoje umiejętności ciamajda o złotym serduszku, Takeo to zgrywający herosa głuptak, który pod wpływem buzujących hormonów często fantazjuje o swoich ślicznych koleżankach, Nanaka to twardo stąpająca po ziemi chłopczyca, skrycie podkochująca się w swoim - homoseksualnym, jak się okazuje - senpaiu i tak dalej. Podobnie jak w "Princess Tutu" jednak, te wszystkie klisze szybko zaczynają być rozwijane w dużo bardziej złożone osobowości. Dochodzą do tego świetnie napisane dialogi i interakcje między postaciami, które nie tylko jeszcze bardziej je rozwijają i pozwalają widzowi lepiej poznać każdą z nich, ale też pokazują na jak wiele sposobów bohaterowie "Mahoutsukai Tai" potrafią się ze sobą komunikować. Strasznie podobała mi się zwłaszcza scena przy ognisku, gdzie Nanaka i Aburatsubo rozmawiają ze sobą wyczarowując tańczące w kółku ludziki z ognia. Było to o tyle fajniejsze, że w tym samym czasie w oddali bardzo fajną rozmowę odbyła ze sobą także inna para bohaterów, w pewnym momencie w niespostrzeżony sposób wchodząc też w interakcję z siedzącą przy ognisku dwójką. Genialna była także inna scena z tego samego epizodu, gdzie podczas wieczornego pokazu magii, pozornie głupkowaty gag z wykrywającymi kłamstwa różdżkami został sprytnie przemieniony w pośredni dialog między bohaterami, wyrażający to, co w otwarty sposób wstydziliby się wyznać. Właśnie tego typu interakcji i sposobów kreacji postaci jest w "Mahoutsukai Tai!" na pęczki!

Wszystkie te zalety związane z prowadzeniem historii czy kreowaniem postaci są tylko komplementowane przez fenomenalną oprawę audiowizualną. "Mahoutsukai Tai!" to naprawdę prześliczna bajka. Przeurocze i szczegółowe projekty postaci autorstwa Ikuko Ito po raz kolejny cieszą oczy i zaskakują swą ekspresywnością. Bohaterowie w trakcie dialogów niemal nieustannie się poruszają i gestykulują, zmieniają im się wyrazy twarzy - czasami nawet we wspomnianą wyżej typografię. Widowiskowo prezentują się również zróżnicowane, pełne detali tła. Szkolne korytarze oblepione plakatami zapraszającymi do udziału w klubowych aktywnościach, usiane chmurami, rozległe przestworza rozpostarte nad morzami, widziane z lotu ptaka dachy budynków, piaszczyste plaże otoczone skałami, czy też gęste lasy, oświetlane przez prześwitujące przez korony drzew promienie słońca. A to wszystko jeszcze okraszone świetnie dobraną paletą kolorów oraz oświetleniem. Na spory plus także świetna kompozycja kadrów, ujęcia pod licznymi intrygującymi kontami czy też nawet z oczu postaci, bardzo fajne zabawy z perspektywą, zbliżenia na twarze bohaterów czy też wyolbrzymienie innej, ważnej w danym momencie części ciała bądź przedmiotu. No i jeszcze ta cudowna, płynna animacja urozmaicona fantastycznym użyciem efektów takich jak impact frames, dym, eksplozje, błyski i flary, smears czy też rozmycie. Cieszy ona oko zwłaszcza w widowiskowych scenach rzucania zaklęć i starć z kosmitami, ale nie tylko. Wielbiciele spokojniejszych, pięknie zanimowanych ujęć również będą zadowoleni, szczególnie z cudownej sceny w której Aburatsubo i Nanaka przelatują wspólnie na jednej miotle szkolnymi korytarzami.

Muzykę do serii skomponowała niesamowicie utalentowana Michiru Oshima. Utwory jej autorstwa usłyszeć można było m.in w takich produkcjach jak "Fullmetal Alchemist", "So Ra No Wo To", "Little Witch Academia", czy też "Lord of Lords Ryu Knight". Bardzo dużo skomponowała także na potrzeby filmów z Godzillą. Jej ścieżki z "Mahoutsukai Tai!" w niczym nie ustępują tym znanym z innych tytułów, wyśmienicie podkreślają atmosferę rozgrywających się na ekranie wydarzeń i z dużą przyjemnością słucha się ich również poza samą bajką. Na sporą pochwałę zasługują także opening oraz ending. Ten pierwszy to bardzo przyjemna, rytmiczna piosenka, okraszona równie radosną i kolorową animacją. Fantastycznie spełnia swoją rolę, zachęcając widza do obejrzenia kolejnego odcinka i obiecując mu wciągający, zabawny seans. Ending zaś to prześliczna, zaczynająca się od wstępu a capella piosenka, przypominająca coś, co grało w dawnych telewizyjnych wieczorynkach. Pada w niej nawet - również charakterystyczne dla wieczorynek - pożegnanie i zaproszenie do spotkania po raz kolejny, przy okazji następnego odcinka. Komplementowane jest to przez uroczą, wyciszającą animację, przypominającą kolorowy dziecięcy sen, pomalowany kredkami. Po prostu cudo!
Słówko o grze aktorskiej jeszcze. W obsadzie "Mahoutsukai Tai!" zebrała się najprawdziwsza śmietanka japońskiego przemysłu seiyuu, więc nie ma absolutnej mowy o fuszerce. Wśród występujących w bajce aktorów pojawiają się m.in potrafiący natychmiast przejść z poważnego, czarującego męskiego tonu w komiczne skrzeczenie Masaya Onosaka (Leeron z "Gurren Lagana", Shirou z "Soul Takera") oraz Takehito Koyasu (Dio z "JoJo's Bizzare Adventure", Mosquiton z "Master of Mosquiton"), znana z ról pięknych dziewcząt o uroczym głosie Junko Iwao (Tomoyo z "Card Captor Sakura", Lefina z "Super Robot Taisen"), czy też Mayumi Iizuka, kojarzona z chłopczycami czy upartymi dziewczętami takimi jak Misty z "Pokemon" albo Cleao z "Majutsushi Orphen".

"Mahoutsukai Tai!" to niesamowicie zabawna i przyjemna seria, w której każdy znajdzie coś dla siebie. Ma do zaoferowania trochę nie przedramatyzowanego romansu, dużo humoru, opowieść o pokonywaniu swoich słabości, barwne postaci ze świetnymi interakcjami, prześliczną oprawę audiowizualną i dużo, dużo więcej. Zdecydowanie jest to jedna z moich ulubionych produkcji zahaczających o czarodziejki. Serdecznie polecam każdemu, a w szczególności miłośnikom "Princess Tutu", którzy z pewnością wychwycą tutaj multum podobieństw do tej bajki. Junichi Satou i jego ekipa po raz kolejny dostarczyli wysokiej jakości produkt.

Warto swoją drogą wspomnieć, że bajka ta powstała jako projekt rywalizujący z inną, nad wyraz udaną serią o czarodziejkach - "Shamanic Princess". Oba tytuły dostały nawet wspólny cross-over, który niestety jednak nigdy do sieci nie trafił i zaginął chyba już na zawsze...


Typ Anime - Seria OVA
Rok produkcji - 1996
Pełny Tytuł: „Mahoutsukai Tai!” ("Magic User's Club")
 Reżyseria: Junichi Satou
Scenariusz: Chiaki Konaka
Muzyka: Michiru Oshima
Gatunek: Komedia, Romans, Obyczajowy, Science-Fiction, Magical Girls, Ecchi
Liczba Odcinków: 6
Studio: Production Reed
Ocena Recenzenta: 9/10

Screeny:










sobota, 18 listopada 2017

Seven Seas wydaje kolejne kultowe tytuły!

W ciągu ostatniego tygodnia najlepsze anglojęzyczne wydawnictwo mangowe - Seven Seas Entertainment - zapowiedziało multum ciekawych tytułów, do których pozyskali prawa i planują wydać je w najbliższej przyszłości. Wśród nich znalazły się trzy niesamowicie kultowe pozycje, które szczególnie przykuły moją uwagę - pierwsza to jeden z najsłynniejszych komiksów autorstwa legendarnego Leijiego Matsumoto - "Space Battleship Yamato". Pierwowzór praktycznie wszystkich pozycji z gatunku space opera, będący do dziś niesamowicie szanowaną franczyzą, nieustannie dostającą kolejne remaki i goszczącą nawet w popularnych cross-overach, jak choćby cykl "Super Robot Taisen". Cała trzytomowa manga zostanie wydana w formie jednego, olbrzymiego omnibusa w twardej oprawie i kosztować będzie około 110zł. Do księgarni ma trafić 30-tego października 2018 roku.



Drugą mangą w zestawieniu jest jedna z mniej znanych jednotomówek od Riyoko Ikedy - "Claudine". Opowiada historię tytułowej Claudine, urodzonej jako mężczyzna w kobiecym ciele. Jej życia wypełnionego cierpieniem, niezrozumieniem, niespełnioną miłością i związkami z różnymi kobietami. Komiks wydany zostanie w oprawie miękkiej w dużym formacie, w czerwcu 2018 roku. Kosztował będzie około 50zł.


Ostatnią interesującą mnie zapowiedzią zaś jest trylogia powieści "Shin Tenchi Muyo". Napisana przez Masakiego Kajishimę i ilustrowana przez Yosuke Kurodę, opowiada o wydarzeniach historycznych z kanonu serii OVA, które nie zostały w animacji ukazane. Nie tylko dostarczają one mnóstwa interesujących informacji na temat przeszłości, teraźniejszości oraz przyszłości świata, w którym rozgrywa się OVA, ale również dają szansę lepiej poznać takich bohaterów jak Azusa, Yosho, czy też Washu. Książki ukazywały będą się zarówno w wydaniu papierowym jak i cyfrowym i kosztowały będą około 55zł za tom. Pierwsza ma trafić do księgarni już 19 czerwca 2018 roku.


A niech was, Seven Seas! Najpierw dobieracie mi się do portfela za sprawą Centaura i Devilmanowego omnibusa, a teraz jeszcze to! Jak dobrze że znalazłem sobie ostatnio drugą pracę, bo inaczej nie byłoby mnie stać na te wszystkie dobrocie.

Sos:
Yamato

poniedziałek, 30 października 2017

Spotkania i rozstania na moście marzeń - "Minky Momo in Yume ni Kakeru Hashi" (1993)

"Minky Momo" to jedna z najbardziej wpływowych serii dla bajek o czarodziejkach. Nie tylko zapoczątkowała odnogę czarodziejskich księżniczek, ale też poruszała multum zaskakująco dojrzałych wątków związanych choćby z dojrzewaniem, przemijaniem czy też godzeniem się ze śmiercią najbliższych, które chętnie powielane były przez późniejsze czarodziewczynkowe tytuły. Niestety, mimo to do tej pory żadna grupa fansuberska nie podjęła się kompletnego przetłumaczenia obu serii telewizyjnych z jej udziałem. W sieci znaleźć można zaledwie kilka pierwszych epizodów. Na całe szczęście jednak, przetłumaczone zostały wszystkie OVA, które można ze spokojem obejrzeć bez znajomości serii telewizyjnych. W dzisiejszej recenzji chciałbym przybliżyć wam moją ulubioną, zawierającą w sobie wszystko to, co w Momo najlepsze.

W pewnym mieście znajduje się piękny stary most. Legenda głosi, że jeśli dwoje ludzi raz się na nim spotka, to z całą pewnością ich ścieżki skrzyżują się nań ponownie.
Pewnego dnia mała Momo poznaje na nim chłopczyka, który niezbyt wierzy w związaną z budowlą opowieść. By udowodnić mu jej prawdziwość, nasza bohaterka obiecuje, że każdego dnia będzie na niego czekać. W ten sposób na pewno spotkają się ponownie, prawda? 
Następnego dnia jednak, jej nowy przyjaciel nie zjawia się. Ani następnego. Ani następnego... i tak mija cały rok...

Zacznijmy może od tego, że mimo wyraźnego wyróżnienia w tytule, Momo nie jest tak do końca główną bohaterką tej OVA. Owszem, gra w niej ważną rolę i to jej oczami widz obserwuje rozgrywające się na ekranie wydarzenia, ale historia nie koncentruje się tylko i wyłącznie na niej. Dużo bardziej istotni są tytułowy most oraz przechodzący przez niego ludzie, z którymi Momo wchodzi w interakcje. Kapeluszowa modelka, oczytany okularnik, sprzedawca słodyczy, kobieta z zakupami, starowinka prowadząca kiosk z pocztówkami, kwiaciarka i zakochany w niej bez pamięci żołnierz, dwoje staruszków wyprowadzających pieski na spacer, czy choćby tajemnicza piękność, która ciągle szuka szczęścia w miłości. W trakcie tych 40 minut razem z Momo będziemy mogli zaobserwować kolejne ich spotkania, rozstania i powroty, które - mimo swej krótkości - OVA pokazuje po prostu fantastycznie. Twórcy "Yume ni Kakeru Hashi" doskonale rozumieli zasadę "show, don't tell", dzięki czemu dużo więcej tutaj zgrabnego opowiadania historii samym obrazem, aniżeli recytowania ekspozycji ustami bohaterów. Nawet kiedy w danym momencie Momo prowadzi konwersację z jakąś postacią, w tle można zaobserwować jak inni bohaterowie wykonują różnorakie czynności, wchodzą ze sobą w interakcje, popychając swoje wątki do przodu. A to staruszkowie z pieskami się mijają i ich pupile zwracają na siebie uwagę; a to po drugiej stronie mostu przejeżdża dziewczynka na rowerku i rozgląda się, jakby kogoś szukała; a to sportowiec, nie zważając na zmieniające się warunki pogodowe czy tłumy paradujących, biegnie szykując się do maratonu; a to znowuż za plecami bohaterów powolutku przechodzi kobieta z pieczywem, spoglądając ze smutkiem na przejeżdżający tramwaj. Z każdym kolejnym segmentem dowiadujemy się o tych postaciach coraz więcej i więcej, a pod sam koniec każdy z ich wątków zostaje jeszcze w satysfakcjonujący sposób domknięty. Godne podziwu, biorąc pod uwagę jak wiele różnych osób z różnymi historiami na tytułowym moście się pojawia. Fenomenalnie został też w OVA tej ukazany upływ czasu - zamiast mówić napisami czy ustami bohaterów, że minęło tyle i tyle czasu, obrazowane jest nam to za pomocą stopniowo strzępiącego się latawca na lampie, zmieniających się reklam na bokach tramwaju, warunków pogodowych, jedzenia na straganach, czy też ubiorów i uczesań samych bohaterów. Wszystko to, w zestawieniu z fantastyczną oprawą audiowizualną tworzy niesamowitą atmosferę, która oczarowuje i wciąga bez reszty, skłaniając jednocześnie do refleksji.

Właśnie - oprawa audiowizualna! "Yume ni Kakeru Hashi" to naprawdę prześliczna kreskówka. Pełne uroku, kolorowe, bajkowe projekty postaci prezentują się bardzo sympatycznie, a dodatkowo w trakcie dialogów serwowany jest nam bardzo fajny character acting w ich wykonaniu - rozzłoszczona kwiaciarka rozrywa kwiatki, pilot samolotu salutuje ze swej kabiny, okularnik po stłuczeniu okularów mruży oczy i próbuje poprawiać puste oprawki, by lepiej widzieć etc. Na spory plus także to, że nawet gdy na ekranie pojawiają się ogromne tłumy, to nie są to uproszczone klony, a faktycznie różniące się od siebie, bardzo szczegółowe postacie! Strasznie spodobały mi się też pieczołowicie dopracowane tła i kolorystyka bajki. Choć akcja całej OVA rozgrywa się w większości na jednym starym moście, to rysownicy wcale nie poszli na łatwiznę. Jak pisałem, mamy tu do czynienia z bardzo obrazowym przedstawieniem upływu czasu, a więc raz będziemy mogli zobaczyć most skąpany w pomarańczowych promieniach zachodzącego słońca; innym razem rozświetlony nocnymi latarniami i lampionami trzymanymi przez przechodniów; innym znowuż pokryty grubą warstwą śniegu i utrzymany w wyciszających, melancholijnych kolorach. Na sporą pochwałę zasługuje także animacja. "Yume ni Kakeru Hashi" nie jest co prawda żadnym hitem kina akcji, pełnym pościgów i wybuchów, ale wciąż pojawia się tu mnóstwo naprawdę ładnych, schludnie i płynnie zanimowanych sekwencji. Na szczególne wspomnienie zasługują scena pokazu akrobacji lotniczych podczas parady oraz jedna z sekwencji końcowych z pocztówkami i promyczkami światła spadającymi z nieba, której dokładniejsze opowiedzenie byłoby jednak strasznym spoilerem.
Pod względami dźwiękowymi "Yume ni Kakeru Hashi" również nie zawodzi. Dla lepszego budowania klimatu OVA bardzo dobrze operuje nie tylko nastrojową muzyką, ale również samymi efektami dźwiękowymi. Ludzie wiwatujący na paradzie, wybuchy fajerwerków, dzwonek czy też stukot kół tramwaju, ludzkie kroki, a także szum deszczu, wody czy wiatru odgrywają tutaj rolę nie mniejszą, niż świetne kompozycje Tomokiego Hasekawy. Kiedy trzeba, bajka potrafi także świetnie posłużyć się ciszą, co pozwala odbiorcy lepiej się skupić i wsłuchać w dialogi między bohaterami. 
W roli tytułowej bohaterki występuje słynna Megumi Hayashibara, znana chyba każdemu kto chińskimi bajkami interesuje się troszeczkę bardziej. Znana z ról tak kultowych postaci jak Rei Ayanami z "Neon Genesis Evangelion", Lina Inverse ze "Slayers", czy też Pai Ayanokouji z "3x3 Eyes", również i tu daje popis swoich fantastycznych zdolności aktorskich. Oprócz niej będziemy mieli okazję usłyszeć tu także, świętej pamięci już, Yuuko Mizutani (Luchs z "Saber Marionette J", Excellen Browning z "Super Robot Taisen", Mihoshi Kuramitsu z "Tenchi Muyo!") czy też Mikę Doi (Misa Hayase z "Macross", Marvel z "Aura Battler Dunbine", Queen Serenity z "Sailor Moon").

"Minky Momo in Yume ni Kakeru Hashi" to malutkie arcydzieło i ogromna szkoda, że tak mało ludzi miało okazję się z nim zapoznać. W niespełna 40 minut udaje się mu zgrabnie opowiedzieć kilka różnych, poruszających historii i świetnie zobrazować nieustannie postępujący upływ czasu. Miast serwować widzowi tony oczywistej ekspozycji ustami bohaterów, woli posługiwać się obrazem i dźwiękiem. Bawi, wzrusza i skłania do refleksji, bez silenia się na tanie zabiegi znane z wielu popularnych produkcji. Zdecydowanie widać, że jest to bajka, w której stworzenie poszło naprawdę mnóstwo serca. Serdecznie polecam każdemu, bez względu na wiek!

Typ Anime - Seria OVA
Rok produkcji - 1993
Pełny Tytuł: „Minky Momo in Yume ni Kakeru Hashi” ("Minky Momo in the Bridge Over Dreams"
 Reżyseria: Yoshitaka Fujimoto
Scenariusz: Akemi Omode
Muzyka: Tomoki Hasekawa
Gatunek: Familijny, Obyczajowy
Liczba Odcinków: 1
Studio: Ashi Production
Ocena Recenzenta: 9/10

Screeny:






piątek, 6 października 2017

Śpiewające Gundamy kontra Bawarscy Iluminaci - "Senki Zesshou Symphogear AXZ" (2017)

Symphogear to jedna z moich ulubionych franczyz magical girls. Radośnie głupawa, świetnie udźwiękowiona, pełna barwnych i sympatycznych postaci odwalających tak over the top akcje, jak surfowanie na rakietach, zmienianie się w ogromne pięści, ostrzeliwanie satelitarnym działem Wieży Babel, czy też suplexowanie promów kosmicznych. Dodatkowo seria obfituje w nawiązania do kina akcji - szczególnie chińskiego z naciskiem na filmy z Jackie Chanem - oraz bajek z wielkimi robotami. Nic więc dziwnego, że dostarcza mi nieludzkich ilości frajdy z każdym kolejnym sezonem. A przynajmniej dostarczała, do drugiej połowy GX, kiedy to nagle twórcy stwierdzili że trzeba koniecznie widzowi sprzedać "poważną" dramę o rozbitej rodzinie i uziemić większość fajnych postaci na łodzi podwodnej. Na domiar złego, owa drama została zakończona w sposób tak sztuczny i wymuszony, jak to tylko możliwe, choreografia potyczek do pięt nie dorastała tej z poprzedniego, świetnego "G", piosenki też były dużo słabsze, a barwni villaini bardzo szybko zaczęli być uśmiercani w najbardziej kliszowy, pozbawiony finezji sposób. Gdy zatem po zakończeniu GX ekipa za "Symphogeah" odpowiedzialna potwierdziła, że powstaną jeszcze kolejne dwa sezony, nie byłem zbyt optymistycznie nastawiony. Miałem poważne obawy, że będzie już tylko gorzej. Na całe szczęście jednak, AXZ okazało się bardzo miłym zaskoczeniem, przywracającym wykolejony pociąg na właściwe tory.

Akcja anime rozgrywa się niedługo po wydarzeniach z GX. Po powstrzymaniu Carol i jej Autoscorers, Hibiki i jej przyjaciółki muszą stawić czoła kolejnemu zagrożeniu. Tym razem będą to Bawarscy Iluminaci reprezentowani przez trio równie pięknych co niebezpiecznych alchemiczek - Saint-Germain, Cagliostro oraz Prelati - oraz samego założyciela stowarzyszenia - Adama Weishaupta. Przy pomocy swych nadnaturalnych zdolności i zakazanych technik planują oni wejść w posiadanie niebiańskiej potęgi, która umożliwi im urządzenie świata wedle własnego, idealnego porządku.

Pomysł na historię nie należy wcale do najoryginalniejszych, ale jeśli oglądaliście poprzednie sezony Symphogeara to raczej już do tego przywykliście i wiecie dobrze, że nie to się w tej serii liczy. Bajki te ogląda się przede wszystkim po to, by zobaczyć jakie to szalone, absurdalne, genialne w swej głupocie pomysły i zwroty akcji zaserwują nam twórcy. I pod tym względem AXZ wypada po prostu wyśmienicie. Już w pierwszym odcinku raczy nas tak cudownymi wariactwami jak skakanie po deszczu rakiet, odbijanie gołymi pięściami i łapanie pocisków wystrzelonych przez czołg, by odrzucić je z powrotem w jego kierunku, czy też unikanie wrogich głowic, przepuszczając je przez szeroko otwarte z obu stron drzwi helikoptera. Mało wam? To dodajmy jeszcze założyciela stowarzyszenia Iluminatów z impetem detonującego swoje ubrania i w pełni na golasa transmutującego ludzi w złoto za pomocą olbrzymiej kuli ognia. A czy wspomniałem już o taranowaniu wybuchowym dżipem zrodzonego z prastarego reliktu olbrzymiego węża? Najlepsze jest to, że takich cudactw jest coraz więcej z każdym kolejnym odcinkiem. Będą wyścigowe pojedynki na śmierć i życie na zatłoczonej autostradzie; ujeżdżanie wielkich mieczy transformujących się w rakiety taranujące wrogów; sczepianie się stopami celem zyskania większego przyspieszenia z podwójnej liczby dopalaczy na pancerzach; asekurowanie startu samolotu, poprzez zastępowanie odrąbanych mu kół,  i dużo, dużo więcej. Dopiero w ostatnich dwóch odcinkach seria traci - niestety - trochę parę i jej finał nie jest tak cudownie over the top, jak to co ma miejsce wcześniej. Jest lepszy od tego z GX, ale ciągle nie dorównuje fenomenalnemu domknięciu serii G. No i trochę nie podobało mi się jedno bullshitowe zagranie, wyglądające jak dopisane na kolanie.
Symphogear nie byłby Symphogearem, gdyby zabrakło nawiązań do bajek z wielkimi robotami - fani mechów z pewnością uśmiechną się szeroko widząc jak swymi atakami i pozami bohaterki nieustannie puszczają oko do takich tytułów jak m.in "Combattler V", "After War Gundam X", "Yuusha Raideen", "Yattaman", "Top o Nerae! Gunbuster", czy też "Getter Robo. Zaskakująco dużo było też w tym sezonie słynnego "Brave Perspective". Udało mi się naliczyć około 10 różnych jego przykładów. Z innych męskich rzeczy dostrzec można tutaj także nawiązania do "Hokuto no Ken", "JoJo's Bizzare Adventure", czy też po raz kolejny filmów z Jackie Chanem. Choć niestety i tym razem bez śpiewania pochodzących z nich piosenek. 
Postacie były tym aspektem, pod którym GX rozczarowało mnie najbardziej. Nie tylko ogłupiono koszmarnie główne trio bohaterek, ale też odsunięto na bok całą menażerię barwnych herosów drugoplanowych, uziemiając ich na łodzi podwodnej na cały sezon. Zabrakło nawet obowiązkowego training montage z Genjuro, czy też jego memicznego "GUNGNIR DATTO?!". Na całe szczęście, AXZ tych błędów nie powtarza. Bohaterki, choć ponownie muszą stawić czoła swojej trudnej przeszłości, to tym razem nie zachowują się jak skończone kretynki, przez co szybko udaje im się z osobistymi dramatami uporać i wrócić do heroicznego kopania tyłków. Szczególnie podobało mi się w jaki sposób ostatecznie rozwiązano problemy trapiące Marię. Bardzo fajny rozwój charakteru otrzymała także Kirika - odcinek jej poświęcony to chyba jeden z moich ulubionych w tym sezonie.  Niesamowicie podobała mi się zwłaszcza wygłoszona przez nią pod koniec przemowa. Dalej - strasznie ucieszyłem się też, gdy w jednym z odcinków Genjuro wrócił do akcji i postanowił osobiście pomóc bohaterkom w treningu. W tradycyjnym dla Symphogeara, szalonym stylu oczywiście. Przygotujcie się zatem na takie pyszne sceny jak blokowanie wybuchowych pięści Hibiki gołymi rękami, czy też łapanie rakiet wystrzelonych przez Chris... SAMYMI PALCAMI. Cholera, jakby Genjuro dostał własny relikt, to uratowałby świat w pojedynkę! Męski mentor nie jest jednak jedyną postacią, która wróciła do łask w tym sezonie - w kolejnym epizodzie bowiem, swoją szansę by zabłysnąć dostał także Ogawa, trenujący Kirikę oraz Shirabe przy użyciu swych imponujących technik ninja. Również ukochane słoneczko Hibiki - Miku - dostała więcej czasu ekranowego niż w GX i nawet - co również jest tradycją Symphogeara - miała okazję pomóc reszcie bohaterów w finałowej walce.
Villaini w tym sezonie również prezentują się bardo dobrze. Mają nawet własne konkretne motywacje, które choć nie są jakieś wybitnie oryginalne, to nie ograniczają się do dziecinnego bólu dupy, tak jak to było w przypadku Carol. Na front wysuwa się zdecydowanie waleczna Saint-Germain, mającą bardzo fajną dynamikę z Hibiki. Obie są równie zdeterminowane i przekonane o słuszności swoich poczynań, przez co dochodzi między nimi do ciekawego konfliktu i poszukiwania sposobu na jego rozwiązanie. Moją ulubioną nową bohaterką jest jednak zdecydowanie Cagliostro. Niesamowicie seksowna, pewna siebie, zalotna, świetnie przekonana o swoich wdziękach, kradnie po prostu cały show. Jej character acting jest tak cudownie bezbłędny - dziewczyna nieustannie fantastycznie pozuje, gestykuluje, zalotnie się uśmiecha i mruga., nawet przy wykonywaniu ataków specjalnych Dodajmy do tego jeszcze fantastyczne kwestie, usiane podtekstami i pełne śmiesznych żartów. Bardzo podobało mi się też, że Cagliostro nie tylko potrafiła dostarczyć widzom nieludzkich ilości rozrywki, ale też okazała się całkiem inteligentną postacią. Kolejnym villainem, którego całkiem polubiłem, był główny zły tego sezonu - Adam Weishaupt.  Dumny i pyszałkowaty, niesamowicie cool bishounen z zabawnymi interakcjami ze swoją mechaniczną waifu - Tiki. Jego character acting jest też niewiele gorszy niż ten prezentowany przez Cagliostro - wspomniałem już o detonowaniu z impetem własnych ubrań, by wyeksponować swoje umięśnione, idealne ciało i dokonać transmutacji. A do tego dochodzi jeszcze tańcowanie w jacuzzi, trzymając na rękach, wysoko w górze swoją kukiełkę; "tipowanie fedory"; blokowanie ataków przeciwników, ciskając w nich kapeluszem, dumnie przy tym pozując z szelmowskim uśmieszkiem; czy też cudownie durnowate, w mocno symphogearowym stylu, walczenie własną, urwaną kilka sekund wcześniej ręką. Podobnie jak to z finałową walką jednak, pod sam koniec z Adama uchodzi nieco para i nie jest już tak fun do obserwowania, jak przedtem.

Pod względem graficznym AXZ prezentuje bardzo wysoki poziom. Po raz kolejny dostajemy bardzo ładne, szczegółowe projekty postaci o kolorowych, inspirowanych skrzydłami, upierzeniem czy też zwierzęcymi uszami fryzurach. Nie zabrakło też oczywiście niesamowicie modnych ubranek i zwariowanych, kolorowych pancerzy transformujących się w pokręcone rodzaje uzbrojenia, z których seria słynie. Dochodzą do tego jeszcze bardzo solidne i zróżnicowane tła, pełne kolorów i detali. CGI jednak, jak to zawsze w przypadku Satelight było, jest plastikowe i brzydkie.
Animacja prezentuje się fenomenalnie. Płynna i dynamiczna, a dodatkowo usiana mnóstwem efektów specjalnych takich jak rozmycie, impact frames, lasery, rozbłyski, eksplozje i następujący po nich dym, czy też inne cuda. Spore wrażenie robią szczególnie potyczki, w których tego zdecydowanie najwięcej. Dodatkowo, ich choreografia została w większości znacznie poprawiona względem leniwych bitek z GX, dzięki czemu ogląda się je z jeszcze większą przyjemnością. Acz niestety muszę przyznać, że spora część finałowej potyczki z Adamem była pod względem choreografii dosyć rozczarowująca. Rekompensowały mi to jednak wszystkie starcia z Cagliostro, które były po prostu cudowne. Na pochwałę zasługują także przepyszne sceny transformacji. Te akurat robią się tylko lepsze z każdym kolejnym sezonem, i AXZ nie jest wyjątkiem. Każda z przemian nie tylko bardzo fajnie odzwierciedla charakter i styl walki poszczególnych bohaterek, ale też jest prawdziwą ucztą dla oczu i potrafi przyprawić o szybsze bicie serca. Najlepsze przemiany mają zdecydowanie Krysia, Kirika oraz Shirabe. Niesamowicie podobały mi się też bardzo pomysłowe, często przekraczające czwartą ścianę przejścia między scenami - przykładowo, zdarza się że Kirika próbuje tak mocno wcisnąć się w kadr, że aż rozsuwa na boki ten poprzedni!
Muzyka była kolejnym aspektem GX, który był dla mnie sporym rozczarowaniem. Wiele piosenek do pięt nie dorastało tym z poprzednich sezonów. Zwłaszcza te śpiewane przez Krysię, która do tej pory zawsze była absolutną zwyciężczynią w tej dziedzinie, brzmiały fatalnie. Bardzo miło jest mi zatem donieść, że i ten problem został w AXZ naprawiony. Wszystkie nowe character songi brzmią po prostu fenomenalnie. Do moich zdecydowanych faworytów zaliczają się "Gun Bullet XXX" w wykonaniu Krysi, "Stand Up Ready!" śpiewane przez Marię oraz "Melodious Moonlight" Shirabe. Strasznie podobały mi się też wszystkie nowe duety - w dodatku w wykonaniu takich par, których bym się nigdy nie spodziewał -  i trójkowe piosenki. Zwłaszcza ta w wykonaniu alchemiczek jest super i nie mogę się doczekać aż wyjdzie płyta z jej pełną wersją. No i w sumie nie powinienem tego liczyć jako element bajki, ale tak poza recenzją pochwalić muszę też większość drugich kawałków z płyty każdej postaci. Szczególnie druga piosenka Krysi jest fenomenalna - zaśpiewana z niesamowitą mocą, ze świetnym doborem instrumentów i wpadającą w ucho melodią. Za każdym razem gdy ją słyszę, automatycznie wyobrażam sobie Krysię jako pewną siebie księżniczkę w olbrzymim pałacu, biegającą tanecznym krokiem po wielkich jadalniach, sypialniach i innych pomieszczeniach, czy też zbiegającą po olbrzymich schodach, po których spuszczony został bogato zdobiony, czerwony dywan.
Wracając jednak do właściwej recenzji - pochwalić należy także reżyserię dźwięku. Efekty dźwiękowe nie tylko zostały świetnie dobrane, ale też bardzo fajnie zsynchronizowane z rozgrywającymi się na ekranie wydarzeniami, czy też nawet tempem i melodią piosenek. Dodajmy do tego jeszcze świetną grę aktorską - Symphogear zawsze miał absolutny "All-Star cast" i tym razem nie jest inaczej. Aoi Yuuki, Nana Mizuki, Ayahi Takagaki, Yoko Hikasa, Ai Kayano, Yoshino Nanjo - wszystkie te fenomenalne aktorki wracają i po raz kolejny dają czadu. Dołączają do nich także Minako Kotobuki w roli Sant-Germain, Rina Hidaka grająca Prelati czy też Shinichiro Miki jako Adam. Największym szokiem było jednak dla mnie to, że w rolę seksownej Cagliostro wcielił się... mężczyzna - Aoi Shouta. Jestem pod ogromnym wrażeniem jego barwy głosu i zdolności aktorskich, bo facet brzmi jak najprawdziwszy "nasienny demon"... n-no homo tho!

"Symphogear AXZ" było naprawdę, naprawdę cholernie fun! Zamiast silić się na durnowatą dramę jak robiło to GX, skupiło się bardziej na dostarczeniu tego, za co franczyzę o "Śpiewających Gundamach" kocham. Dostałem over the top cudactwa, dostałem pyszny character acting, dostałem fenomenalne piosenki. I choć finał nie był wybitnie dobry a i seria ogółem jeszcze do formy ze świetnego "G" nie wróciła, to wyraźnie widać, że jest znowu na dobrej drodze. Tak jak po GX nie byłem pewien, czy chcę by seria miała ciąg dalszy, tak po AXZ oczekuję nań z niecierpliwością.
A teraz przepraszam, idę po raz n-ty odsłuchać drugą piosenkę Krysi...

Typ Anime - Seria Telewizyjna
Rok produkcji - 2017
Pełny Tytuł: „Senki Zesshou Symphogear AXZ - By shedding many tears, the reality you face is...”
 Reżyseria: Katsumi Ono
Scenariusz: Akifumi Kaneko
Muzyka: Elements Garden, Fujima Hitoshi, Daisuke Kikuta, Mori Haruki
Gatunek: Powered Armor, Magical Girls, Ecchi, Science-Fiction, Komedia, Akcja
Liczba Odcinków: 13
Studio: Satelight
Ocena Recenzenta: 7/10

Screeny:






niedziela, 1 października 2017

Demoniczny Polymar kontra skorumpowana służba zdrowia - "The SoulTaker: Tamashii-gari (2001)

Przy okazji recenzji przygód uroczej Komugi wspominałem o niejakim "Soul Takerze" - serii, po której większość internetów jeździ niesamowicie, wyzywając ją od krawędziowych, niezrozumiałych, pseudofilozoficznych bełkotów. Spin-off z pielęgniarską wiedźmą spodobał mi się jednak tak bardzo, a i tyle razy już miałem okazję przekonać się, że ci wszyscy "poważni" chińskobajkowi krytycy kompletnie nie mają pojęcia o czym piszą, że postanowiłem mimo wszystko na "Duszodbieracza" się skusić. Warto było?

Date Kyosuke zostaje śmiertelnie dźgnięty nożem przez własną matkę. Z jakiegoś powodu jednak nie umiera i budzi się w mieszkaniu Mayi Misaki, która podaje się za jego młodszą siostrę. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, kiedy podczas wizyty na pobliskim cmentarzu, zostaje zaatakowany przez lekarza psychopatę. Z pomocą przychodzi chłopakowi niejaki Shiro, który zaraz potem wciąga go w swoją walkę z tajemniczą organizacją Hospital, tropiącą byty nazywane "Flickers". Na tym jednak szokujących niespodzianek nie koniec, bowiem w trakcie jednego ze starć Kyosuke odkrywa, że posiada umiejętność przemiany w potężnego mutanta - tytułowego "Soul Takera".

"SoulTaker" zaczyna się w sposób bardzo nietypowy. Zostajemy rzuceni od razu w sam środek akcji, wszystko dzieje się strasznie szybko, bohaterowie rzucają jakimiś dziwnymi terminami, stos pytań piętrzy się błyskawicznie, a odpowiedzi nań brak. Nadgorliwych uspokajam jednak, że nie jest to bynajmniej wynik niekompetencji autorów. Z każdym kolejnym odcinkiem widać bowiem coraz wyraźniej, że to zabieg jak najbardziej przemyślany i celowy. Sposób prowadzenia narracji w "Soul Takerze" podobał mi się niesamowicie - bawi się on nieustannie z widzem, specjalnie mącąc mu w głowie i trzymając w niewiedzy. Stopniowo podsuwa mu kolejne elementy układanki, które powolutku zaczynają się łączyć w większą całość, ale równie często rzuca też fałszywymi tropami, zachęcając go w ten sposób do kombinowania na własną rękę. W efekcie historia w "Soul Takerze" opowiedziana, choć nie należy wcale do wybitnie skomplikowanych, to potrafi zaintrygować i trzymać w napięciu aż do samego końca. Choć co poniektórzy pewnie będą czuć się trochę rozczarowani, że całe to gmatwanie i zabawianie się z widzem prowadzi ostatecznie do dość prostego  i niezbyt odkrywczego zakończenia.
Kolejnym aspektem "Duszodbieracza", który bardzo mi się spodobał, byli bohaterowie. Zróżnicowani, o wyraźnie zarysowanych charakterach potrafią szybko zaskarbić sobie sympatię widza. Kyosuke to nie tylko zgrabnie napisany protagonista, ale też bardzo dobry proxy dla odbiorcy. Równie zagubiony i skonfundowany co widz, wraz z nim nieustannie poszukuje odpowiedzi na trapiące go pytania i próbuje dociec co jest prawdą, a co ułudą. Wszystko to ma oczywiście wpływ na jego stopniowy rozwój charakteru, z bardzo satysfakcjonującym finałem. Wcale nie gorzej wypadają bohaterowie poboczni. Luzacki Shiro, który w przygodach pielęgniarskiej wiedźmy pełnił jedynie rolę śmieszka menedżera, tutaj jest o wiele wyraźniej zarysowanym bohaterem z konkretnymi motywacjami i przeszłością. Prześliczna Komugi zaś, choć ciągle uwielbia cosplayować i jest bez pamięci zakochana w Kyosuke,  to jednak w "SoulTakerze" jest dodatkowo zaskakująco kompetentna i stanowi nieocenione wsparcie dla swych przyjaciół. Nadal ma też bardzo cięty język i potrafi niezwykle rozbawić swymi trafnymi komentarzami. Ale wiecie, co jest najfajniejsze? Że pomiędzy wszystkimi występującymi w serii bohaterami zostały nakreślone dość skomplikowane i przekonujące relacje. Prawie wszyscy - łącznie z postaciami trzecio i nawet dalszoplanowymi - są ze sobą ściśle powiązani i naprawdę wielkie brawa należą się autorom za to, że udało im się nad tym wszystkim zapanować w taki sposób, że nie przerodziło się to w jeden wielki bałagan.
No dobra, a jak jest z tą "krawędzią", na którą tak wielu odbiorców narzeka? A no momentami faktycznie można odnieść wrażenie, że niektóre dialogi czy sceny pisane były przez jakiegoś mhrocznego gimnazjalistę. Najbardziej rykłem chyba, kiedy w jednym z epizodów bohater zaczął wygłaszać pełną patosu przemowę, jak to życie nie jest bajką a potem jeszcze przyrównał się do Jezusa Chrystusa i zaczął nawijać o stygmatach. Momentami seria robi się też przesadnie krwawa i brutalna na pokaz, próbując jednocześnie serwować widzowi poważne rozważania natury teologicznej i psychologicznej. Nigdy jednak nie zmieniła się w pseudofilozoficzny bełkot do tego stopnia, żeby odechciało mi się poznać dalszy bieg historii.

Oprawa graficzna jest - krótko mówiąc - niesamowita. Gdybym miał wybrać jeden powód, dla którego koniecznie trzeba sięgnąć po "SoulTakera", to wskazałbym właśnie na nią. Projekty postaci narysowane zostały przez słynnego Akio Watanabe (znanego również jako Poyoyon Rock) i tak jak w przypadku "Komugi" są jeszcze utrzymane w jego starym, zdecydowanie lepszym niż obecny stylu. Mamy zatem do czynienia z wyrazistymi, schludnymi i niesamowicie ekspresywnymi postaciami o bardzo zróżnicowanych rysach twarzy, doskonałej mimice i mowie ciała. Bardzo spodobał mi się także design tytułowego SoulTakera, przypominający krzyżówkę między Devilmanem, Guyverem oraz Polymarem. Ale wiecie co, wszystkie te projekty postaci, choć bez wątpienia świetne, nie są wcale najlepszą częścią wizualiów "SoulTakera". To wyróżnienie należy się zdecydowanie fenomenalnym, surrealistycznym, niesamowicie klimatycznym tłom. Scenerie wyrwane jak z psychodelicznych snów, usiane dziwnymi latającymi obiektami; kolorowe witraże przedstawiające sceny Biblijne i postaci świętych; mroczne, przyprawiające o ciarki korytarze opuszczonych szpitali; olbrzymie metropolie, oświetlane jedynie przez lampy uliczne i światła z okien budynków; spowite mgłą, zapomniane przez wszystkich parki rozrywki obfitujące w pordzewiałe atrakcje; dziwaczne konstrukcje przypominające coś stworzonego przez starożytne, pozaziemskie cywilizacje. Dodajmy do tego jeszcze przepyszne operowanie oświetleniem i paletą kolorów, tak by z każdej ze scen wydobyć maksimum klimatu. No i to wszystko wspomagane jest przez fenomenalną reżyserię Akiyukiego Shinbo. Kompozycja kadrów prawie nigdy nie jest normalna, przejścia między scenami obfitują w intrygujące efekty, "kamera" zawsze ustawiona jest pod jakimś nietypowym kątem i często koncentruje się na tych aspektach danej sceny, które pozornie wydają się nie mieć żadnego związku z tym co w tej chwili najważniejsze, a tak naprawdę mają konkretny symbolizm etc. Wszystko to sprawia, że "SoulTaker" wygląda jak psychodeliczny sen, powstały w głowie reżysera gdy spał on zmagając się z wysoką gorączką. Świetnie komponuje się to ze wspomnianym wyżej nietypowym sposobem prowadzenia narracji, czyniąc cały seans jeszcze bardziej wciągającym i intrygującym.
Co animacji zaś się tyczy - również i ona wypada niezwykle solidnie. Bardzo płynna, okraszona odpowiednio dobranymi efektami i technikami takimi jak smearing, impact frames czy też . Szczególnie wrażenie robią zwłaszcza sceny potyczek między Kyosuke a kolejnymi dziwadłami ze Szpitala. Bardzo przypadł mi do gustu także świetnie pomyślany opening. Rozpoczyna się od fragmentu utrzymanego w konwencji starego filmu - pojawiają się nań liczne oznaki zużycia nośnika, na którym "został nagrany", a potem jeszcze dodatkowo mnóstwo ujęć wyglądających jakby zostały wyrwane z jakiejś kroniki filmowej, dokumentującej podejrzane eksperymenty. Przerywane jest to co chwilę trochę bardziej kolorowymi scenami z serialowej współczesności i takich przedstawiających bohaterów poruszających się po - momentami nad wyraz surrealistycznych - sceneriach. Wszystko to wygląda naprawdę świetnie i bardzo dobrze zapowiada seans, jaki nas czeka. A dodatkowo towarzyszy temu fenomenalna piosenka w wykonaniu fantastycznego JAM Project - jednego z najlepszych (jeśli nie najlepszego w ogóle) zespołów japońskich. A skoro o tym już mowa, to warto wspomnieć o fantastycznej ścieżce dźwiękowej SoulTakera. Za jej skomponowanie odpowiada nikt inny jak słynny Kow Ootani, który ma na swoim koncie mnóstwo fenomenalnych kompozycji. Stworzył on muzykę między innymi do takich tytułów jak "Blade of the Immortal", "Haibane Renmei", "Mobile Suit Gundam Wing" (o którym można powiedzieć wiele złego, ale muzykę miał fantastyczną), czy też "Outlaw Star". Nic dziwnego zatem, że muzyka w "SoulTakerze" jest idealnie dopasowana do rozgrywających się na ekranie wydarzeń i niesamowicie potęguję tajemniczą, oniryczną atmosferę produkcji. Bardzo dobrze prezentuje się również ogólna reżyseria dźwięku - efekty dźwiękowe nie dość, że pasują idealnie, to jeszcze doskonale wyważono ich natężenie, długość czy też rozmieszczenie w przestrzeni. Nie oczekiwałbym niczego mniej po geniuszu jakim jest Masafumi Mima.
Obowiązkowo trzeba też wspomnieć o grze aktorskiej. Bohaterom "SoulTakera" swych głosów użyczyła prawdziwa śmietanka japońskiego przemysłu głosowego. W rolach głównych występują Mitsuki Saiga (Rossiu z "Tengen Toppa Gurren Lagann", Tsukasa z serii "hack") Haruko Momoi (Maromi z "Paraonia Agent", Sun Seto z "Seto no Hanayome")  czy też Masaya Onosaka (Isaac z "Baccano!", Don Patch z "Bobobo-bo Bo-bobo"). Oprócz nich usłyszymy tutaj również Akiko Hiramatsu, Ikue Ootani, czy też Michiko Neyę.

Wbrew popularnej internetowej opinii "SoulTaker" nie jest wcale tytułem złym. Punktuje fantastycznym sposobem prowadzenia narracji, świetnie nakreślonymi bohaterami połączonymi bardzo rozbudowanymi relacjami oraz fenomenalną oprawą audiowizualną. I choć momentami faktycznie zdarza mu się za bardzo polecieć w krawędź i przesadzić z gmatwaniem dość prostej - jak się ostatecznie okazuje - opowieści, to wcale nie są to wady tak straszliwe, by zmienić go w niezdatny do oglądania gniot. Zdecydowanie warto dać mu szansę, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy coraz mniej jest tytułów w tak fajny sposób bawiących się z odbiorcami

Typ Anime - Seria Telewizyjna
Rok produkcji - 2001
Pełny Tytuł: „The SoulTaker: Tamashii-gari”
 Reżyseria: Akiyuki Shinbo
Scenariusz: Sumio Uetake
Muzyka: Kow Otani
Gatunek: Horror, Mystery, Science-Fiction, Dramat, Akcja
Liczba Odcinków: 13
Studio: Tatsunoko Production, Kyoto Animation
Ocena Recenzenta: 7/10

Screeny: