niedziela, 10 grudnia 2017

Kosmici, pluszowe misie i szurnięci czarodzieje - Mahoutsukai Tai! OVA (1996)

Myślicie, że "Strike Witches" było pierwszą serią, w której czarodziejki zmagać musiały się z wrednymi, mechanicznymi kosmitami? Ha, tak się składa, że wcale nie! W latach 90-tych bowiem, słynny reżyser Junichi Satou, do spółki z Chiakim Konaką i Ikuko Ito stworzyli pewną bardzo fajną bajkę o tej tematyce - "Mahoutsukai Tai!". Serię pod wieloma względami niezwykle podobną do ich późniejszej, fenomenalnej czarodziejkowej bajki - "Princess Tutu".


Na ziemię znowu napadają wredni kosmici! Bez większego problemu rozprawiają się z ziemskim wojskiem i doprowadzają do całkowitej zagła- a, nie, jednak nie. Zamiast tego obwieszczają tylko, że kiedyś tam nas pewnie sobie podbiją, po czym zaczynają ludzi po prostu obserwować. A i okazuje się, że wcale aż tak wredni i źli chyba nie są, bo nawet respektują ziemskie przepisy drogowe i nie przechodzą na czerwonym świetle! Po krótkim czasie wszyscy ludzie przestają więc obecnością "najeźdźców" się przejmować i wracają do normalnego życia. No, wszyscy, z wyjątkiem bandy wariatów z "Klubu Magicznego" jednego z ciapońskich liceów. Oni - a w szczególności ich przewodniczący - dalej podejrzewają kosmitów o niecne zamiary i starają się znaleźć sposób, by przepędzić ich z naszej pięknej planety.


Choć z zarysu fabuły zdaje się wynikać, że mamy do czynienia z szurniętą komedią science-fiction, to "Mahoutsukai Tai!" jest bardziej sympatyczną komedią romantyczną, delikatnie przyprawioną nutką magii i fantastyki. Choć obiecane na początku tekstu walki czarodziejów z kosmitami jak najbardziej się tu pojawiają, to ogółem kreskówka koncentruje się bardziej na życiu codziennym bohaterów, ich wzajemnych interakcjach, wspólnych lekcjach magii etc. Wszelkich widzów nietrawiących okruchów życia uspokajam jednak zawczasu, że owe sceny pokazane są w sposób tak umiejętny, że potrafią naprawdę zainteresować i seria wcale nie wieje nudą. Spora w tym również zasługa bardzo dobrego pacingu i odpowiedniego zbalansowania wszystkich elementów historii. Nic w tej opowieści nie jest fillerem i kolejne wydarzenia mają wyraźny wpływ na dalszy jej przebieg. No i dochodzi do tego mnóstwo humoru! "Mahoutsukai Tai" jest fantastyczną komedią, która bawi widza na wiele różnych sposobów. Już sam świat przedstawiony jest absurdalnie zabawny. Ludzie tak bardzo przywykli do obecności obcych, że nie ruszają ich dziwaczne machiny latające im nad głowami podczas zakupów, czy też wszędobylskie kule z czułko-kamerami obserwujące każdy ich krok. Stało się to elementem ich codzienności i traktowane jest jak coś zupełnie normalnego. Do tego stopnia, że za każdym razem gdy jakiś "szaleniec" zacznie nawijać, że kosmici tylko czekają by nas zaatakować, to patrzy się na niego z politowaniem. Dodajcie do tego jeszcze multum zabawnych dialogów, wprost usianych dwuznacznościami, nieporozumieniami i grami słownymi oraz świetny humor sytuacyjny i obowiązkowe slap-stickowe gagi i salwy śmiechu murowane!
Bardzo podobało mi się też, że seria  stosuje kilka różnych, fajnych zabiegów, by lepiej przedstawić widzowi opowiadaną historię. Przykładowo, na początkach i końcach odcinków pojawiają się kartki z pamiętniczka głównej bohaterki, na których kolorowymi kredkami narysowane są kluczowe sceny danego epizodu. Na twarzy jednego z bohaterów często zaobserwować można typografię, zastępującą niektóre jego dialogi. Generalnie bardzo dużo tu operowania obrazem, stosowania umownych dla serii symboli celem uwypuklania istotności wydarzeń i charakterów postaci. Często w tle pojawia się na przykład pluszowy miś, czy też motyw spirali, co okazuje się nie być wcale przypadkowe. Jeśli oglądaliście "Princess Tutu", to wszystkie te zabiegi z pewnością wydadzą się wam nad wyraz znajome.

Na tym podobieństw między obiema bajkami jednak nie koniec. Jeszcze więcej wychwycić ich można obserwując bohaterów. Tak jak w "Princess Tutu", gromadka z "Mahoutsukai Tai!" na pierwszy rzut oka nie wygląda na zbyt pomysłową. Praktycznie każda z postaci bazuje na konkretnym archetypie - Sae to nie wierząca w swoje umiejętności ciamajda o złotym serduszku, Takeo to zgrywający herosa głuptak, który pod wpływem buzujących hormonów często fantazjuje o swoich ślicznych koleżankach, Nanaka to twardo stąpająca po ziemi chłopczyca, skrycie podkochująca się w swoim - homoseksualnym, jak się okazuje - senpaiu i tak dalej. Podobnie jak w "Princess Tutu" jednak, te wszystkie klisze szybko zaczynają być rozwijane w dużo bardziej złożone osobowości. Dochodzą do tego świetnie napisane dialogi i interakcje między postaciami, które nie tylko jeszcze bardziej je rozwijają i pozwalają widzowi lepiej poznać każdą z nich, ale też pokazują na jak wiele sposobów bohaterowie "Mahoutsukai Tai" potrafią się ze sobą komunikować. Strasznie podobała mi się zwłaszcza scena przy ognisku, gdzie Nanaka i Aburatsubo rozmawiają ze sobą wyczarowując tańczące w kółku ludziki z ognia. Było to o tyle fajniejsze, że w tym samym czasie w oddali bardzo fajną rozmowę odbyła ze sobą także inna para bohaterów, w pewnym momencie w niespostrzeżony sposób wchodząc też w interakcję z siedzącą przy ognisku dwójką. Genialna była także inna scena z tego samego epizodu, gdzie podczas wieczornego pokazu magii, pozornie głupkowaty gag z wykrywającymi kłamstwa różdżkami został sprytnie przemieniony w pośredni dialog między bohaterami, wyrażający to, co w otwarty sposób wstydziliby się wyznać. Właśnie tego typu interakcji i sposobów kreacji postaci jest w "Mahoutsukai Tai!" na pęczki!

Wszystkie te zalety związane z prowadzeniem historii czy kreowaniem postaci są tylko komplementowane przez fenomenalną oprawę audiowizualną. "Mahoutsukai Tai!" to naprawdę prześliczna bajka. Przeurocze i szczegółowe projekty postaci autorstwa Ikuko Ito po raz kolejny cieszą oczy i zaskakują swą ekspresywnością. Bohaterowie w trakcie dialogów niemal nieustannie się poruszają i gestykulują, zmieniają im się wyrazy twarzy - czasami nawet we wspomnianą wyżej typografię. Widowiskowo prezentują się również zróżnicowane, pełne detali tła. Szkolne korytarze oblepione plakatami zapraszającymi do udziału w klubowych aktywnościach, usiane chmurami, rozległe przestworza rozpostarte nad morzami, widziane z lotu ptaka dachy budynków, piaszczyste plaże otoczone skałami, czy też gęste lasy, oświetlane przez prześwitujące przez korony drzew promienie słońca. A to wszystko jeszcze okraszone świetnie dobraną paletą kolorów oraz oświetleniem. Na spory plus także świetna kompozycja kadrów, ujęcia pod licznymi intrygującymi kontami czy też nawet z oczu postaci, bardzo fajne zabawy z perspektywą, zbliżenia na twarze bohaterów czy też wyolbrzymienie innej, ważnej w danym momencie części ciała bądź przedmiotu. No i jeszcze ta cudowna, płynna animacja urozmaicona fantastycznym użyciem efektów takich jak impact frames, dym, eksplozje, błyski i flary, smears czy też rozmycie. Cieszy ona oko zwłaszcza w widowiskowych scenach rzucania zaklęć i starć z kosmitami, ale nie tylko. Wielbiciele spokojniejszych, pięknie zanimowanych ujęć również będą zadowoleni, szczególnie z cudownej sceny w której Aburatsubo i Nanaka przelatują wspólnie na jednej miotle szkolnymi korytarzami.

Muzykę do serii skomponowała niesamowicie utalentowana Michiru Oshima. Utwory jej autorstwa usłyszeć można było m.in w takich produkcjach jak "Fullmetal Alchemist", "So Ra No Wo To", "Little Witch Academia", czy też "Lord of Lords Ryu Knight". Bardzo dużo skomponowała także na potrzeby filmów z Godzillą. Jej ścieżki z "Mahoutsukai Tai!" w niczym nie ustępują tym znanym z innych tytułów, wyśmienicie podkreślają atmosferę rozgrywających się na ekranie wydarzeń i z dużą przyjemnością słucha się ich również poza samą bajką. Na sporą pochwałę zasługują także opening oraz ending. Ten pierwszy to bardzo przyjemna, rytmiczna piosenka, okraszona równie radosną i kolorową animacją. Fantastycznie spełnia swoją rolę, zachęcając widza do obejrzenia kolejnego odcinka i obiecując mu wciągający, zabawny seans. Ending zaś to prześliczna, zaczynająca się od wstępu a capella piosenka, przypominająca coś, co grało w dawnych telewizyjnych wieczorynkach. Pada w niej nawet - również charakterystyczne dla wieczorynek - pożegnanie i zaproszenie do spotkania po raz kolejny, przy okazji następnego odcinka. Komplementowane jest to przez uroczą, wyciszającą animację, przypominającą kolorowy dziecięcy sen, pomalowany kredkami. Po prostu cudo!
Słówko o grze aktorskiej jeszcze. W obsadzie "Mahoutsukai Tai!" zebrała się najprawdziwsza śmietanka japońskiego przemysłu seiyuu, więc nie ma absolutnej mowy o fuszerce. Wśród występujących w bajce aktorów pojawiają się m.in potrafiący natychmiast przejść z poważnego, czarującego męskiego tonu w komiczne skrzeczenie Masaya Onosaka (Leeron z "Gurren Lagana", Shirou z "Soul Takera") oraz Takehito Koyasu (Dio z "JoJo's Bizzare Adventure", Mosquiton z "Master of Mosquiton"), znana z ról pięknych dziewcząt o uroczym głosie Junko Iwao (Tomoyo z "Card Captor Sakura", Lefina z "Super Robot Taisen"), czy też Mayumi Iizuka, kojarzona z chłopczycami czy upartymi dziewczętami takimi jak Misty z "Pokemon" albo Cleao z "Majutsushi Orphen".

"Mahoutsukai Tai!" to niesamowicie zabawna i przyjemna seria, w której każdy znajdzie coś dla siebie. Ma do zaoferowania trochę nie przedramatyzowanego romansu, dużo humoru, opowieść o pokonywaniu swoich słabości, barwne postaci ze świetnymi interakcjami, prześliczną oprawę audiowizualną i dużo, dużo więcej. Zdecydowanie jest to jedna z moich ulubionych produkcji zahaczających o czarodziejki. Serdecznie polecam każdemu, a w szczególności miłośnikom "Princess Tutu", którzy z pewnością wychwycą tutaj multum podobieństw do tej bajki. Junichi Satou i jego ekipa po raz kolejny dostarczyli wysokiej jakości produkt.

Warto swoją drogą wspomnieć, że bajka ta powstała jako projekt rywalizujący z inną, nad wyraz udaną serią o czarodziejkach - "Shamanic Princess". Oba tytuły dostały nawet wspólny cross-over, który niestety jednak nigdy do sieci nie trafił i zaginął chyba już na zawsze...


Typ Anime - Seria OVA
Rok produkcji - 1996
Pełny Tytuł: „Mahoutsukai Tai!” ("Magic User's Club")
 Reżyseria: Junichi Satou
Scenariusz: Chiaki Konaka
Muzyka: Michiru Oshima
Gatunek: Komedia, Romans, Obyczajowy, Science-Fiction, Magical Girls, Ecchi
Liczba Odcinków: 6
Studio: Production Reed
Ocena Recenzenta: 9/10

Screeny:










sobota, 18 listopada 2017

Seven Seas wydaje kolejne kultowe tytuły!

W ciągu ostatniego tygodnia najlepsze anglojęzyczne wydawnictwo mangowe - Seven Seas Entertainment - zapowiedziało multum ciekawych tytułów, do których pozyskali prawa i planują wydać je w najbliższej przyszłości. Wśród nich znalazły się trzy niesamowicie kultowe pozycje, które szczególnie przykuły moją uwagę - pierwsza to jeden z najsłynniejszych komiksów autorstwa legendarnego Leijiego Matsumoto - "Space Battleship Yamato". Pierwowzór praktycznie wszystkich pozycji z gatunku space opera, będący do dziś niesamowicie szanowaną franczyzą, nieustannie dostającą kolejne remaki i goszczącą nawet w popularnych cross-overach, jak choćby cykl "Super Robot Taisen". Cała trzytomowa manga zostanie wydana w formie jednego, olbrzymiego omnibusa w twardej oprawie i kosztować będzie około 110zł. Do księgarni ma trafić 30-tego października 2018 roku.



Drugą mangą w zestawieniu jest jedna z mniej znanych jednotomówek od Riyoko Ikedy - "Claudine". Opowiada historię tytułowej Claudine, urodzonej jako mężczyzna w kobiecym ciele. Jej życia wypełnionego cierpieniem, niezrozumieniem, niespełnioną miłością i związkami z różnymi kobietami. Komiks wydany zostanie w oprawie miękkiej w dużym formacie, w czerwcu 2018 roku. Kosztował będzie około 50zł.


Ostatnią interesującą mnie zapowiedzią zaś jest trylogia powieści "Shin Tenchi Muyo". Napisana przez Masakiego Kajishimę i ilustrowana przez Yosuke Kurodę, opowiada o wydarzeniach historycznych z kanonu serii OVA, które nie zostały w animacji ukazane. Nie tylko dostarczają one mnóstwa interesujących informacji na temat przeszłości, teraźniejszości oraz przyszłości świata, w którym rozgrywa się OVA, ale również dają szansę lepiej poznać takich bohaterów jak Azusa, Yosho, czy też Washu. Książki ukazywały będą się zarówno w wydaniu papierowym jak i cyfrowym i kosztowały będą około 55zł za tom. Pierwsza ma trafić do księgarni już 19 czerwca 2018 roku.


A niech was, Seven Seas! Najpierw dobieracie mi się do portfela za sprawą Centaura i Devilmanowego omnibusa, a teraz jeszcze to! Jak dobrze że znalazłem sobie ostatnio drugą pracę, bo inaczej nie byłoby mnie stać na te wszystkie dobrocie.

Sos:
Yamato

poniedziałek, 30 października 2017

Spotkania i rozstania na moście marzeń - "Minky Momo in Yume ni Kakeru Hashi" (1993)

"Minky Momo" to jedna z najbardziej wpływowych serii dla bajek o czarodziejkach. Nie tylko zapoczątkowała odnogę czarodziejskich księżniczek, ale też poruszała multum zaskakująco dojrzałych wątków związanych choćby z dojrzewaniem, przemijaniem czy też godzeniem się ze śmiercią najbliższych, które chętnie powielane były przez późniejsze czarodziewczynkowe tytuły. Niestety, mimo to do tej pory żadna grupa fansuberska nie podjęła się kompletnego przetłumaczenia obu serii telewizyjnych z jej udziałem. W sieci znaleźć można zaledwie kilka pierwszych epizodów. Na całe szczęście jednak, przetłumaczone zostały wszystkie OVA, które można ze spokojem obejrzeć bez znajomości serii telewizyjnych. W dzisiejszej recenzji chciałbym przybliżyć wam moją ulubioną, zawierającą w sobie wszystko to, co w Momo najlepsze.

W pewnym mieście znajduje się piękny stary most. Legenda głosi, że jeśli dwoje ludzi raz się na nim spotka, to z całą pewnością ich ścieżki skrzyżują się nań ponownie.
Pewnego dnia mała Momo poznaje na nim chłopczyka, który niezbyt wierzy w związaną z budowlą opowieść. By udowodnić mu jej prawdziwość, nasza bohaterka obiecuje, że każdego dnia będzie na niego czekać. W ten sposób na pewno spotkają się ponownie, prawda? 
Następnego dnia jednak, jej nowy przyjaciel nie zjawia się. Ani następnego. Ani następnego... i tak mija cały rok...

Zacznijmy może od tego, że mimo wyraźnego wyróżnienia w tytule, Momo nie jest tak do końca główną bohaterką tej OVA. Owszem, gra w niej ważną rolę i to jej oczami widz obserwuje rozgrywające się na ekranie wydarzenia, ale historia nie koncentruje się tylko i wyłącznie na niej. Dużo bardziej istotni są tytułowy most oraz przechodzący przez niego ludzie, z którymi Momo wchodzi w interakcje. Kapeluszowa modelka, oczytany okularnik, sprzedawca słodyczy, kobieta z zakupami, starowinka prowadząca kiosk z pocztówkami, kwiaciarka i zakochany w niej bez pamięci żołnierz, dwoje staruszków wyprowadzających pieski na spacer, czy choćby tajemnicza piękność, która ciągle szuka szczęścia w miłości. W trakcie tych 40 minut razem z Momo będziemy mogli zaobserwować kolejne ich spotkania, rozstania i powroty, które - mimo swej krótkości - OVA pokazuje po prostu fantastycznie. Twórcy "Yume ni Kakeru Hashi" doskonale rozumieli zasadę "show, don't tell", dzięki czemu dużo więcej tutaj zgrabnego opowiadania historii samym obrazem, aniżeli recytowania ekspozycji ustami bohaterów. Nawet kiedy w danym momencie Momo prowadzi konwersację z jakąś postacią, w tle można zaobserwować jak inni bohaterowie wykonują różnorakie czynności, wchodzą ze sobą w interakcje, popychając swoje wątki do przodu. A to staruszkowie z pieskami się mijają i ich pupile zwracają na siebie uwagę; a to po drugiej stronie mostu przejeżdża dziewczynka na rowerku i rozgląda się, jakby kogoś szukała; a to sportowiec, nie zważając na zmieniające się warunki pogodowe czy tłumy paradujących, biegnie szykując się do maratonu; a to znowuż za plecami bohaterów powolutku przechodzi kobieta z pieczywem, spoglądając ze smutkiem na przejeżdżający tramwaj. Z każdym kolejnym segmentem dowiadujemy się o tych postaciach coraz więcej i więcej, a pod sam koniec każdy z ich wątków zostaje jeszcze w satysfakcjonujący sposób domknięty. Godne podziwu, biorąc pod uwagę jak wiele różnych osób z różnymi historiami na tytułowym moście się pojawia. Fenomenalnie został też w OVA tej ukazany upływ czasu - zamiast mówić napisami czy ustami bohaterów, że minęło tyle i tyle czasu, obrazowane jest nam to za pomocą stopniowo strzępiącego się latawca na lampie, zmieniających się reklam na bokach tramwaju, warunków pogodowych, jedzenia na straganach, czy też ubiorów i uczesań samych bohaterów. Wszystko to, w zestawieniu z fantastyczną oprawą audiowizualną tworzy niesamowitą atmosferę, która oczarowuje i wciąga bez reszty, skłaniając jednocześnie do refleksji.

Właśnie - oprawa audiowizualna! "Yume ni Kakeru Hashi" to naprawdę prześliczna kreskówka. Pełne uroku, kolorowe, bajkowe projekty postaci prezentują się bardzo sympatycznie, a dodatkowo w trakcie dialogów serwowany jest nam bardzo fajny character acting w ich wykonaniu - rozzłoszczona kwiaciarka rozrywa kwiatki, pilot samolotu salutuje ze swej kabiny, okularnik po stłuczeniu okularów mruży oczy i próbuje poprawiać puste oprawki, by lepiej widzieć etc. Na spory plus także to, że nawet gdy na ekranie pojawiają się ogromne tłumy, to nie są to uproszczone klony, a faktycznie różniące się od siebie, bardzo szczegółowe postacie! Strasznie spodobały mi się też pieczołowicie dopracowane tła i kolorystyka bajki. Choć akcja całej OVA rozgrywa się w większości na jednym starym moście, to rysownicy wcale nie poszli na łatwiznę. Jak pisałem, mamy tu do czynienia z bardzo obrazowym przedstawieniem upływu czasu, a więc raz będziemy mogli zobaczyć most skąpany w pomarańczowych promieniach zachodzącego słońca; innym razem rozświetlony nocnymi latarniami i lampionami trzymanymi przez przechodniów; innym znowuż pokryty grubą warstwą śniegu i utrzymany w wyciszających, melancholijnych kolorach. Na sporą pochwałę zasługuje także animacja. "Yume ni Kakeru Hashi" nie jest co prawda żadnym hitem kina akcji, pełnym pościgów i wybuchów, ale wciąż pojawia się tu mnóstwo naprawdę ładnych, schludnie i płynnie zanimowanych sekwencji. Na szczególne wspomnienie zasługują scena pokazu akrobacji lotniczych podczas parady oraz jedna z sekwencji końcowych z pocztówkami i promyczkami światła spadającymi z nieba, której dokładniejsze opowiedzenie byłoby jednak strasznym spoilerem.
Pod względami dźwiękowymi "Yume ni Kakeru Hashi" również nie zawodzi. Dla lepszego budowania klimatu OVA bardzo dobrze operuje nie tylko nastrojową muzyką, ale również samymi efektami dźwiękowymi. Ludzie wiwatujący na paradzie, wybuchy fajerwerków, dzwonek czy też stukot kół tramwaju, ludzkie kroki, a także szum deszczu, wody czy wiatru odgrywają tutaj rolę nie mniejszą, niż świetne kompozycje Tomokiego Hasekawy. Kiedy trzeba, bajka potrafi także świetnie posłużyć się ciszą, co pozwala odbiorcy lepiej się skupić i wsłuchać w dialogi między bohaterami. 
W roli tytułowej bohaterki występuje słynna Megumi Hayashibara, znana chyba każdemu kto chińskimi bajkami interesuje się troszeczkę bardziej. Znana z ról tak kultowych postaci jak Rei Ayanami z "Neon Genesis Evangelion", Lina Inverse ze "Slayers", czy też Pai Ayanokouji z "3x3 Eyes", również i tu daje popis swoich fantastycznych zdolności aktorskich. Oprócz niej będziemy mieli okazję usłyszeć tu także, świętej pamięci już, Yuuko Mizutani (Luchs z "Saber Marionette J", Excellen Browning z "Super Robot Taisen", Mihoshi Kuramitsu z "Tenchi Muyo!") czy też Mikę Doi (Misa Hayase z "Macross", Marvel z "Aura Battler Dunbine", Queen Serenity z "Sailor Moon").

"Minky Momo in Yume ni Kakeru Hashi" to malutkie arcydzieło i ogromna szkoda, że tak mało ludzi miało okazję się z nim zapoznać. W niespełna 40 minut udaje się mu zgrabnie opowiedzieć kilka różnych, poruszających historii i świetnie zobrazować nieustannie postępujący upływ czasu. Miast serwować widzowi tony oczywistej ekspozycji ustami bohaterów, woli posługiwać się obrazem i dźwiękiem. Bawi, wzrusza i skłania do refleksji, bez silenia się na tanie zabiegi znane z wielu popularnych produkcji. Zdecydowanie widać, że jest to bajka, w której stworzenie poszło naprawdę mnóstwo serca. Serdecznie polecam każdemu, bez względu na wiek!

Typ Anime - Seria OVA
Rok produkcji - 1993
Pełny Tytuł: „Minky Momo in Yume ni Kakeru Hashi” ("Minky Momo in the Bridge Over Dreams"
 Reżyseria: Yoshitaka Fujimoto
Scenariusz: Akemi Omode
Muzyka: Tomoki Hasekawa
Gatunek: Familijny, Obyczajowy
Liczba Odcinków: 1
Studio: Ashi Production
Ocena Recenzenta: 9/10

Screeny:






piątek, 6 października 2017

Śpiewające Gundamy kontra Bawarscy Iluminaci - "Senki Zesshou Symphogear AXZ" (2017)

Symphogear to jedna z moich ulubionych franczyz magical girls. Radośnie głupawa, świetnie udźwiękowiona, pełna barwnych i sympatycznych postaci odwalających tak over the top akcje, jak surfowanie na rakietach, zmienianie się w ogromne pięści, ostrzeliwanie satelitarnym działem Wieży Babel, czy też suplexowanie promów kosmicznych. Dodatkowo seria obfituje w nawiązania do kina akcji - szczególnie chińskiego z naciskiem na filmy z Jackie Chanem - oraz bajek z wielkimi robotami. Nic więc dziwnego, że dostarcza mi nieludzkich ilości frajdy z każdym kolejnym sezonem. A przynajmniej dostarczała, do drugiej połowy GX, kiedy to nagle twórcy stwierdzili że trzeba koniecznie widzowi sprzedać "poważną" dramę o rozbitej rodzinie i uziemić większość fajnych postaci na łodzi podwodnej. Na domiar złego, owa drama została zakończona w sposób tak sztuczny i wymuszony, jak to tylko możliwe, choreografia potyczek do pięt nie dorastała tej z poprzedniego, świetnego "G", piosenki też były dużo słabsze, a barwni villaini bardzo szybko zaczęli być uśmiercani w najbardziej kliszowy, pozbawiony finezji sposób. Gdy zatem po zakończeniu GX ekipa za "Symphogeah" odpowiedzialna potwierdziła, że powstaną jeszcze kolejne dwa sezony, nie byłem zbyt optymistycznie nastawiony. Miałem poważne obawy, że będzie już tylko gorzej. Na całe szczęście jednak, AXZ okazało się bardzo miłym zaskoczeniem, przywracającym wykolejony pociąg na właściwe tory.

Akcja anime rozgrywa się niedługo po wydarzeniach z GX. Po powstrzymaniu Carol i jej Autoscorers, Hibiki i jej przyjaciółki muszą stawić czoła kolejnemu zagrożeniu. Tym razem będą to Bawarscy Iluminaci reprezentowani przez trio równie pięknych co niebezpiecznych alchemiczek - Saint-Germain, Cagliostro oraz Prelati - oraz samego założyciela stowarzyszenia - Adama Weishaupta. Przy pomocy swych nadnaturalnych zdolności i zakazanych technik planują oni wejść w posiadanie niebiańskiej potęgi, która umożliwi im urządzenie świata wedle własnego, idealnego porządku.

Pomysł na historię nie należy wcale do najoryginalniejszych, ale jeśli oglądaliście poprzednie sezony Symphogeara to raczej już do tego przywykliście i wiecie dobrze, że nie to się w tej serii liczy. Bajki te ogląda się przede wszystkim po to, by zobaczyć jakie to szalone, absurdalne, genialne w swej głupocie pomysły i zwroty akcji zaserwują nam twórcy. I pod tym względem AXZ wypada po prostu wyśmienicie. Już w pierwszym odcinku raczy nas tak cudownymi wariactwami jak skakanie po deszczu rakiet, odbijanie gołymi pięściami i łapanie pocisków wystrzelonych przez czołg, by odrzucić je z powrotem w jego kierunku, czy też unikanie wrogich głowic, przepuszczając je przez szeroko otwarte z obu stron drzwi helikoptera. Mało wam? To dodajmy jeszcze założyciela stowarzyszenia Iluminatów z impetem detonującego swoje ubrania i w pełni na golasa transmutującego ludzi w złoto za pomocą olbrzymiej kuli ognia. A czy wspomniałem już o taranowaniu wybuchowym dżipem zrodzonego z prastarego reliktu olbrzymiego węża? Najlepsze jest to, że takich cudactw jest coraz więcej z każdym kolejnym odcinkiem. Będą wyścigowe pojedynki na śmierć i życie na zatłoczonej autostradzie; ujeżdżanie wielkich mieczy transformujących się w rakiety taranujące wrogów; sczepianie się stopami celem zyskania większego przyspieszenia z podwójnej liczby dopalaczy na pancerzach; asekurowanie startu samolotu, poprzez zastępowanie odrąbanych mu kół,  i dużo, dużo więcej. Dopiero w ostatnich dwóch odcinkach seria traci - niestety - trochę parę i jej finał nie jest tak cudownie over the top, jak to co ma miejsce wcześniej. Jest lepszy od tego z GX, ale ciągle nie dorównuje fenomenalnemu domknięciu serii G. No i trochę nie podobało mi się jedno bullshitowe zagranie, wyglądające jak dopisane na kolanie.
Symphogear nie byłby Symphogearem, gdyby zabrakło nawiązań do bajek z wielkimi robotami - fani mechów z pewnością uśmiechną się szeroko widząc jak swymi atakami i pozami bohaterki nieustannie puszczają oko do takich tytułów jak m.in "Combattler V", "After War Gundam X", "Yuusha Raideen", "Yattaman", "Top o Nerae! Gunbuster", czy też "Getter Robo. Zaskakująco dużo było też w tym sezonie słynnego "Brave Perspective". Udało mi się naliczyć około 10 różnych jego przykładów. Z innych męskich rzeczy dostrzec można tutaj także nawiązania do "Hokuto no Ken", "JoJo's Bizzare Adventure", czy też po raz kolejny filmów z Jackie Chanem. Choć niestety i tym razem bez śpiewania pochodzących z nich piosenek. 
Postacie były tym aspektem, pod którym GX rozczarowało mnie najbardziej. Nie tylko ogłupiono koszmarnie główne trio bohaterek, ale też odsunięto na bok całą menażerię barwnych herosów drugoplanowych, uziemiając ich na łodzi podwodnej na cały sezon. Zabrakło nawet obowiązkowego training montage z Genjuro, czy też jego memicznego "GUNGNIR DATTO?!". Na całe szczęście, AXZ tych błędów nie powtarza. Bohaterki, choć ponownie muszą stawić czoła swojej trudnej przeszłości, to tym razem nie zachowują się jak skończone kretynki, przez co szybko udaje im się z osobistymi dramatami uporać i wrócić do heroicznego kopania tyłków. Szczególnie podobało mi się w jaki sposób ostatecznie rozwiązano problemy trapiące Marię. Bardzo fajny rozwój charakteru otrzymała także Kirika - odcinek jej poświęcony to chyba jeden z moich ulubionych w tym sezonie.  Niesamowicie podobała mi się zwłaszcza wygłoszona przez nią pod koniec przemowa. Dalej - strasznie ucieszyłem się też, gdy w jednym z odcinków Genjuro wrócił do akcji i postanowił osobiście pomóc bohaterkom w treningu. W tradycyjnym dla Symphogeara, szalonym stylu oczywiście. Przygotujcie się zatem na takie pyszne sceny jak blokowanie wybuchowych pięści Hibiki gołymi rękami, czy też łapanie rakiet wystrzelonych przez Chris... SAMYMI PALCAMI. Cholera, jakby Genjuro dostał własny relikt, to uratowałby świat w pojedynkę! Męski mentor nie jest jednak jedyną postacią, która wróciła do łask w tym sezonie - w kolejnym epizodzie bowiem, swoją szansę by zabłysnąć dostał także Ogawa, trenujący Kirikę oraz Shirabe przy użyciu swych imponujących technik ninja. Również ukochane słoneczko Hibiki - Miku - dostała więcej czasu ekranowego niż w GX i nawet - co również jest tradycją Symphogeara - miała okazję pomóc reszcie bohaterów w finałowej walce.
Villaini w tym sezonie również prezentują się bardo dobrze. Mają nawet własne konkretne motywacje, które choć nie są jakieś wybitnie oryginalne, to nie ograniczają się do dziecinnego bólu dupy, tak jak to było w przypadku Carol. Na front wysuwa się zdecydowanie waleczna Saint-Germain, mającą bardzo fajną dynamikę z Hibiki. Obie są równie zdeterminowane i przekonane o słuszności swoich poczynań, przez co dochodzi między nimi do ciekawego konfliktu i poszukiwania sposobu na jego rozwiązanie. Moją ulubioną nową bohaterką jest jednak zdecydowanie Cagliostro. Niesamowicie seksowna, pewna siebie, zalotna, świetnie przekonana o swoich wdziękach, kradnie po prostu cały show. Jej character acting jest tak cudownie bezbłędny - dziewczyna nieustannie fantastycznie pozuje, gestykuluje, zalotnie się uśmiecha i mruga., nawet przy wykonywaniu ataków specjalnych Dodajmy do tego jeszcze fantastyczne kwestie, usiane podtekstami i pełne śmiesznych żartów. Bardzo podobało mi się też, że Cagliostro nie tylko potrafiła dostarczyć widzom nieludzkich ilości rozrywki, ale też okazała się całkiem inteligentną postacią. Kolejnym villainem, którego całkiem polubiłem, był główny zły tego sezonu - Adam Weishaupt.  Dumny i pyszałkowaty, niesamowicie cool bishounen z zabawnymi interakcjami ze swoją mechaniczną waifu - Tiki. Jego character acting jest też niewiele gorszy niż ten prezentowany przez Cagliostro - wspomniałem już o detonowaniu z impetem własnych ubrań, by wyeksponować swoje umięśnione, idealne ciało i dokonać transmutacji. A do tego dochodzi jeszcze tańcowanie w jacuzzi, trzymając na rękach, wysoko w górze swoją kukiełkę; "tipowanie fedory"; blokowanie ataków przeciwników, ciskając w nich kapeluszem, dumnie przy tym pozując z szelmowskim uśmieszkiem; czy też cudownie durnowate, w mocno symphogearowym stylu, walczenie własną, urwaną kilka sekund wcześniej ręką. Podobnie jak to z finałową walką jednak, pod sam koniec z Adama uchodzi nieco para i nie jest już tak fun do obserwowania, jak przedtem.

Pod względem graficznym AXZ prezentuje bardzo wysoki poziom. Po raz kolejny dostajemy bardzo ładne, szczegółowe projekty postaci o kolorowych, inspirowanych skrzydłami, upierzeniem czy też zwierzęcymi uszami fryzurach. Nie zabrakło też oczywiście niesamowicie modnych ubranek i zwariowanych, kolorowych pancerzy transformujących się w pokręcone rodzaje uzbrojenia, z których seria słynie. Dochodzą do tego jeszcze bardzo solidne i zróżnicowane tła, pełne kolorów i detali. CGI jednak, jak to zawsze w przypadku Satelight było, jest plastikowe i brzydkie.
Animacja prezentuje się fenomenalnie. Płynna i dynamiczna, a dodatkowo usiana mnóstwem efektów specjalnych takich jak rozmycie, impact frames, lasery, rozbłyski, eksplozje i następujący po nich dym, czy też inne cuda. Spore wrażenie robią szczególnie potyczki, w których tego zdecydowanie najwięcej. Dodatkowo, ich choreografia została w większości znacznie poprawiona względem leniwych bitek z GX, dzięki czemu ogląda się je z jeszcze większą przyjemnością. Acz niestety muszę przyznać, że spora część finałowej potyczki z Adamem była pod względem choreografii dosyć rozczarowująca. Rekompensowały mi to jednak wszystkie starcia z Cagliostro, które były po prostu cudowne. Na pochwałę zasługują także przepyszne sceny transformacji. Te akurat robią się tylko lepsze z każdym kolejnym sezonem, i AXZ nie jest wyjątkiem. Każda z przemian nie tylko bardzo fajnie odzwierciedla charakter i styl walki poszczególnych bohaterek, ale też jest prawdziwą ucztą dla oczu i potrafi przyprawić o szybsze bicie serca. Najlepsze przemiany mają zdecydowanie Krysia, Kirika oraz Shirabe. Niesamowicie podobały mi się też bardzo pomysłowe, często przekraczające czwartą ścianę przejścia między scenami - przykładowo, zdarza się że Kirika próbuje tak mocno wcisnąć się w kadr, że aż rozsuwa na boki ten poprzedni!
Muzyka była kolejnym aspektem GX, który był dla mnie sporym rozczarowaniem. Wiele piosenek do pięt nie dorastało tym z poprzednich sezonów. Zwłaszcza te śpiewane przez Krysię, która do tej pory zawsze była absolutną zwyciężczynią w tej dziedzinie, brzmiały fatalnie. Bardzo miło jest mi zatem donieść, że i ten problem został w AXZ naprawiony. Wszystkie nowe character songi brzmią po prostu fenomenalnie. Do moich zdecydowanych faworytów zaliczają się "Gun Bullet XXX" w wykonaniu Krysi, "Stand Up Ready!" śpiewane przez Marię oraz "Melodious Moonlight" Shirabe. Strasznie podobały mi się też wszystkie nowe duety - w dodatku w wykonaniu takich par, których bym się nigdy nie spodziewał -  i trójkowe piosenki. Zwłaszcza ta w wykonaniu alchemiczek jest super i nie mogę się doczekać aż wyjdzie płyta z jej pełną wersją. No i w sumie nie powinienem tego liczyć jako element bajki, ale tak poza recenzją pochwalić muszę też większość drugich kawałków z płyty każdej postaci. Szczególnie druga piosenka Krysi jest fenomenalna - zaśpiewana z niesamowitą mocą, ze świetnym doborem instrumentów i wpadającą w ucho melodią. Za każdym razem gdy ją słyszę, automatycznie wyobrażam sobie Krysię jako pewną siebie księżniczkę w olbrzymim pałacu, biegającą tanecznym krokiem po wielkich jadalniach, sypialniach i innych pomieszczeniach, czy też zbiegającą po olbrzymich schodach, po których spuszczony został bogato zdobiony, czerwony dywan.
Wracając jednak do właściwej recenzji - pochwalić należy także reżyserię dźwięku. Efekty dźwiękowe nie tylko zostały świetnie dobrane, ale też bardzo fajnie zsynchronizowane z rozgrywającymi się na ekranie wydarzeniami, czy też nawet tempem i melodią piosenek. Dodajmy do tego jeszcze świetną grę aktorską - Symphogear zawsze miał absolutny "All-Star cast" i tym razem nie jest inaczej. Aoi Yuuki, Nana Mizuki, Ayahi Takagaki, Yoko Hikasa, Ai Kayano, Yoshino Nanjo - wszystkie te fenomenalne aktorki wracają i po raz kolejny dają czadu. Dołączają do nich także Minako Kotobuki w roli Sant-Germain, Rina Hidaka grająca Prelati czy też Shinichiro Miki jako Adam. Największym szokiem było jednak dla mnie to, że w rolę seksownej Cagliostro wcielił się... mężczyzna - Aoi Shouta. Jestem pod ogromnym wrażeniem jego barwy głosu i zdolności aktorskich, bo facet brzmi jak najprawdziwszy "nasienny demon"... n-no homo tho!

"Symphogear AXZ" było naprawdę, naprawdę cholernie fun! Zamiast silić się na durnowatą dramę jak robiło to GX, skupiło się bardziej na dostarczeniu tego, za co franczyzę o "Śpiewających Gundamach" kocham. Dostałem over the top cudactwa, dostałem pyszny character acting, dostałem fenomenalne piosenki. I choć finał nie był wybitnie dobry a i seria ogółem jeszcze do formy ze świetnego "G" nie wróciła, to wyraźnie widać, że jest znowu na dobrej drodze. Tak jak po GX nie byłem pewien, czy chcę by seria miała ciąg dalszy, tak po AXZ oczekuję nań z niecierpliwością.
A teraz przepraszam, idę po raz n-ty odsłuchać drugą piosenkę Krysi...

Typ Anime - Seria Telewizyjna
Rok produkcji - 2017
Pełny Tytuł: „Senki Zesshou Symphogear AXZ - By shedding many tears, the reality you face is...”
 Reżyseria: Katsumi Ono
Scenariusz: Akifumi Kaneko
Muzyka: Elements Garden, Fujima Hitoshi, Daisuke Kikuta, Mori Haruki
Gatunek: Powered Armor, Magical Girls, Ecchi, Science-Fiction, Komedia, Akcja
Liczba Odcinków: 13
Studio: Satelight
Ocena Recenzenta: 7/10

Screeny:






niedziela, 1 października 2017

Demoniczny Polymar kontra skorumpowana służba zdrowia - "The SoulTaker: Tamashii-gari (2001)

Przy okazji recenzji przygód uroczej Komugi wspominałem o niejakim "Soul Takerze" - serii, po której większość internetów jeździ niesamowicie, wyzywając ją od krawędziowych, niezrozumiałych, pseudofilozoficznych bełkotów. Spin-off z pielęgniarską wiedźmą spodobał mi się jednak tak bardzo, a i tyle razy już miałem okazję przekonać się, że ci wszyscy "poważni" chińskobajkowi krytycy kompletnie nie mają pojęcia o czym piszą, że postanowiłem mimo wszystko na "Duszodbieracza" się skusić. Warto było?

Date Kyosuke zostaje śmiertelnie dźgnięty nożem przez własną matkę. Z jakiegoś powodu jednak nie umiera i budzi się w mieszkaniu Mayi Misaki, która podaje się za jego młodszą siostrę. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, kiedy podczas wizyty na pobliskim cmentarzu, zostaje zaatakowany przez lekarza psychopatę. Z pomocą przychodzi chłopakowi niejaki Shiro, który zaraz potem wciąga go w swoją walkę z tajemniczą organizacją Hospital, tropiącą byty nazywane "Flickers". Na tym jednak szokujących niespodzianek nie koniec, bowiem w trakcie jednego ze starć Kyosuke odkrywa, że posiada umiejętność przemiany w potężnego mutanta - tytułowego "Soul Takera".

"SoulTaker" zaczyna się w sposób bardzo nietypowy. Zostajemy rzuceni od razu w sam środek akcji, wszystko dzieje się strasznie szybko, bohaterowie rzucają jakimiś dziwnymi terminami, stos pytań piętrzy się błyskawicznie, a odpowiedzi nań brak. Nadgorliwych uspokajam jednak, że nie jest to bynajmniej wynik niekompetencji autorów. Z każdym kolejnym odcinkiem widać bowiem coraz wyraźniej, że to zabieg jak najbardziej przemyślany i celowy. Sposób prowadzenia narracji w "Soul Takerze" podobał mi się niesamowicie - bawi się on nieustannie z widzem, specjalnie mącąc mu w głowie i trzymając w niewiedzy. Stopniowo podsuwa mu kolejne elementy układanki, które powolutku zaczynają się łączyć w większą całość, ale równie często rzuca też fałszywymi tropami, zachęcając go w ten sposób do kombinowania na własną rękę. W efekcie historia w "Soul Takerze" opowiedziana, choć nie należy wcale do wybitnie skomplikowanych, to potrafi zaintrygować i trzymać w napięciu aż do samego końca. Choć co poniektórzy pewnie będą czuć się trochę rozczarowani, że całe to gmatwanie i zabawianie się z widzem prowadzi ostatecznie do dość prostego  i niezbyt odkrywczego zakończenia.
Kolejnym aspektem "Duszodbieracza", który bardzo mi się spodobał, byli bohaterowie. Zróżnicowani, o wyraźnie zarysowanych charakterach potrafią szybko zaskarbić sobie sympatię widza. Kyosuke to nie tylko zgrabnie napisany protagonista, ale też bardzo dobry proxy dla odbiorcy. Równie zagubiony i skonfundowany co widz, wraz z nim nieustannie poszukuje odpowiedzi na trapiące go pytania i próbuje dociec co jest prawdą, a co ułudą. Wszystko to ma oczywiście wpływ na jego stopniowy rozwój charakteru, z bardzo satysfakcjonującym finałem. Wcale nie gorzej wypadają bohaterowie poboczni. Luzacki Shiro, który w przygodach pielęgniarskiej wiedźmy pełnił jedynie rolę śmieszka menedżera, tutaj jest o wiele wyraźniej zarysowanym bohaterem z konkretnymi motywacjami i przeszłością. Prześliczna Komugi zaś, choć ciągle uwielbia cosplayować i jest bez pamięci zakochana w Kyosuke,  to jednak w "SoulTakerze" jest dodatkowo zaskakująco kompetentna i stanowi nieocenione wsparcie dla swych przyjaciół. Nadal ma też bardzo cięty język i potrafi niezwykle rozbawić swymi trafnymi komentarzami. Ale wiecie, co jest najfajniejsze? Że pomiędzy wszystkimi występującymi w serii bohaterami zostały nakreślone dość skomplikowane i przekonujące relacje. Prawie wszyscy - łącznie z postaciami trzecio i nawet dalszoplanowymi - są ze sobą ściśle powiązani i naprawdę wielkie brawa należą się autorom za to, że udało im się nad tym wszystkim zapanować w taki sposób, że nie przerodziło się to w jeden wielki bałagan.
No dobra, a jak jest z tą "krawędzią", na którą tak wielu odbiorców narzeka? A no momentami faktycznie można odnieść wrażenie, że niektóre dialogi czy sceny pisane były przez jakiegoś mhrocznego gimnazjalistę. Najbardziej rykłem chyba, kiedy w jednym z epizodów bohater zaczął wygłaszać pełną patosu przemowę, jak to życie nie jest bajką a potem jeszcze przyrównał się do Jezusa Chrystusa i zaczął nawijać o stygmatach. Momentami seria robi się też przesadnie krwawa i brutalna na pokaz, próbując jednocześnie serwować widzowi poważne rozważania natury teologicznej i psychologicznej. Nigdy jednak nie zmieniła się w pseudofilozoficzny bełkot do tego stopnia, żeby odechciało mi się poznać dalszy bieg historii.

Oprawa graficzna jest - krótko mówiąc - niesamowita. Gdybym miał wybrać jeden powód, dla którego koniecznie trzeba sięgnąć po "SoulTakera", to wskazałbym właśnie na nią. Projekty postaci narysowane zostały przez słynnego Akio Watanabe (znanego również jako Poyoyon Rock) i tak jak w przypadku "Komugi" są jeszcze utrzymane w jego starym, zdecydowanie lepszym niż obecny stylu. Mamy zatem do czynienia z wyrazistymi, schludnymi i niesamowicie ekspresywnymi postaciami o bardzo zróżnicowanych rysach twarzy, doskonałej mimice i mowie ciała. Bardzo spodobał mi się także design tytułowego SoulTakera, przypominający krzyżówkę między Devilmanem, Guyverem oraz Polymarem. Ale wiecie co, wszystkie te projekty postaci, choć bez wątpienia świetne, nie są wcale najlepszą częścią wizualiów "SoulTakera". To wyróżnienie należy się zdecydowanie fenomenalnym, surrealistycznym, niesamowicie klimatycznym tłom. Scenerie wyrwane jak z psychodelicznych snów, usiane dziwnymi latającymi obiektami; kolorowe witraże przedstawiające sceny Biblijne i postaci świętych; mroczne, przyprawiające o ciarki korytarze opuszczonych szpitali; olbrzymie metropolie, oświetlane jedynie przez lampy uliczne i światła z okien budynków; spowite mgłą, zapomniane przez wszystkich parki rozrywki obfitujące w pordzewiałe atrakcje; dziwaczne konstrukcje przypominające coś stworzonego przez starożytne, pozaziemskie cywilizacje. Dodajmy do tego jeszcze przepyszne operowanie oświetleniem i paletą kolorów, tak by z każdej ze scen wydobyć maksimum klimatu. No i to wszystko wspomagane jest przez fenomenalną reżyserię Akiyukiego Shinbo. Kompozycja kadrów prawie nigdy nie jest normalna, przejścia między scenami obfitują w intrygujące efekty, "kamera" zawsze ustawiona jest pod jakimś nietypowym kątem i często koncentruje się na tych aspektach danej sceny, które pozornie wydają się nie mieć żadnego związku z tym co w tej chwili najważniejsze, a tak naprawdę mają konkretny symbolizm etc. Wszystko to sprawia, że "SoulTaker" wygląda jak psychodeliczny sen, powstały w głowie reżysera gdy spał on zmagając się z wysoką gorączką. Świetnie komponuje się to ze wspomnianym wyżej nietypowym sposobem prowadzenia narracji, czyniąc cały seans jeszcze bardziej wciągającym i intrygującym.
Co animacji zaś się tyczy - również i ona wypada niezwykle solidnie. Bardzo płynna, okraszona odpowiednio dobranymi efektami i technikami takimi jak smearing, impact frames czy też . Szczególnie wrażenie robią zwłaszcza sceny potyczek między Kyosuke a kolejnymi dziwadłami ze Szpitala. Bardzo przypadł mi do gustu także świetnie pomyślany opening. Rozpoczyna się od fragmentu utrzymanego w konwencji starego filmu - pojawiają się nań liczne oznaki zużycia nośnika, na którym "został nagrany", a potem jeszcze dodatkowo mnóstwo ujęć wyglądających jakby zostały wyrwane z jakiejś kroniki filmowej, dokumentującej podejrzane eksperymenty. Przerywane jest to co chwilę trochę bardziej kolorowymi scenami z serialowej współczesności i takich przedstawiających bohaterów poruszających się po - momentami nad wyraz surrealistycznych - sceneriach. Wszystko to wygląda naprawdę świetnie i bardzo dobrze zapowiada seans, jaki nas czeka. A dodatkowo towarzyszy temu fenomenalna piosenka w wykonaniu fantastycznego JAM Project - jednego z najlepszych (jeśli nie najlepszego w ogóle) zespołów japońskich. A skoro o tym już mowa, to warto wspomnieć o fantastycznej ścieżce dźwiękowej SoulTakera. Za jej skomponowanie odpowiada nikt inny jak słynny Kow Ootani, który ma na swoim koncie mnóstwo fenomenalnych kompozycji. Stworzył on muzykę między innymi do takich tytułów jak "Blade of the Immortal", "Haibane Renmei", "Mobile Suit Gundam Wing" (o którym można powiedzieć wiele złego, ale muzykę miał fantastyczną), czy też "Outlaw Star". Nic dziwnego zatem, że muzyka w "SoulTakerze" jest idealnie dopasowana do rozgrywających się na ekranie wydarzeń i niesamowicie potęguję tajemniczą, oniryczną atmosferę produkcji. Bardzo dobrze prezentuje się również ogólna reżyseria dźwięku - efekty dźwiękowe nie dość, że pasują idealnie, to jeszcze doskonale wyważono ich natężenie, długość czy też rozmieszczenie w przestrzeni. Nie oczekiwałbym niczego mniej po geniuszu jakim jest Masafumi Mima.
Obowiązkowo trzeba też wspomnieć o grze aktorskiej. Bohaterom "SoulTakera" swych głosów użyczyła prawdziwa śmietanka japońskiego przemysłu głosowego. W rolach głównych występują Mitsuki Saiga (Rossiu z "Tengen Toppa Gurren Lagann", Tsukasa z serii "hack") Haruko Momoi (Maromi z "Paraonia Agent", Sun Seto z "Seto no Hanayome")  czy też Masaya Onosaka (Isaac z "Baccano!", Don Patch z "Bobobo-bo Bo-bobo"). Oprócz nich usłyszymy tutaj również Akiko Hiramatsu, Ikue Ootani, czy też Michiko Neyę.

Wbrew popularnej internetowej opinii "SoulTaker" nie jest wcale tytułem złym. Punktuje fantastycznym sposobem prowadzenia narracji, świetnie nakreślonymi bohaterami połączonymi bardzo rozbudowanymi relacjami oraz fenomenalną oprawą audiowizualną. I choć momentami faktycznie zdarza mu się za bardzo polecieć w krawędź i przesadzić z gmatwaniem dość prostej - jak się ostatecznie okazuje - opowieści, to wcale nie są to wady tak straszliwe, by zmienić go w niezdatny do oglądania gniot. Zdecydowanie warto dać mu szansę, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy coraz mniej jest tytułów w tak fajny sposób bawiących się z odbiorcami

Typ Anime - Seria Telewizyjna
Rok produkcji - 2001
Pełny Tytuł: „The SoulTaker: Tamashii-gari”
 Reżyseria: Akiyuki Shinbo
Scenariusz: Sumio Uetake
Muzyka: Kow Otani
Gatunek: Horror, Mystery, Science-Fiction, Dramat, Akcja
Liczba Odcinków: 13
Studio: Tatsunoko Production, Kyoto Animation
Ocena Recenzenta: 7/10

Screeny:






czwartek, 28 września 2017

Mechaweeaboo w średniowiecznym fantasy - "Knight's & Magic" (2017)

"Isekai" nie jest niczym nowym w chińskich bajkach. Tytuły opowiadające o przeciętnym Japończyku, który w wyniku tajemniczego splotu wydarzeń trafia do alternatywnej rzeczywistości, przypominającej te znaną nam z powieści fantasy pojawiły się wśród skośnych kreskówek już we wczesnych latach 80-tych, kiedy to na ekrany telewizorów trafiło "Aura Battler Dunbine" Yoshiyukiego Tomino. Dopiero od kilku lat jednak, taki sposób zawiązania fabuły cieszy się tak niesamowitą popularnością, że nie tylko bazujące nań bajki zalewają z coraz większą intensywnością kolejne sezony, ale też został oficjalnie zbanowany na konkursach dla młodych skośnych powieściopisarzy. Dodatkowo nasilił się w tytułach tego typu - jeszcze bardziej niż w innych produkcjach - strasznie nielubiany przeze mnie zabieg robienia z głównego bohatera tak oczywistego, płytkiego self-inserta dla otaku, jak to tylko możliwe.
Gdy przeglądając zapowiedzi na - dobiegający końca już - sezon letni 2017 natknąłem się na "Knight's & Magic" byłem całkiem podekscytowany. Mecha fantasy to jedna z moich ulubionych odmian bajek z wielkimi robotami, która szczytową popularnością cieszyła się w latach 90-tych a potem odeszła niestety do lamusa. Dlatego też niezmiernie cieszy mnie każdy, choćby najmniejszy tytuł w tym nurcie, jaki dziś dostajemy. Kiedy jednak spojrzałem dalej i przeczytałem zarys fabularny "K&M", moja ekscytacja szybko minęła i natychmiast zapaliła mi się czerwona lampka - główny bohater to po raz kolejny self-insert? W dodatku tym razem mamy do czynienia z reinkarnowanym mangozjebem Garym Stu? Oooo nie, to nie może być dobre... i faktycznie, nie było... Ale po kolei.

Kurata to genialny programista pewnej poważnej japońskiej korporacji. Jest także zapalonym mecha otaku, który większość swojej pensji przeznacza na plastikowe modele swoich ulubionych robotów z chińskich bajek. Pewnego dnia wracając ze sklepu z nowym nabytkiem wpada pod koła samochodu i ginie. Zaraz potem odradza się w fantastycznym świecie jako mały Ernesti Echevalier, którego marzeniem jest zasiąść za sterami jednego z olbrzymich robotów nazywanych "Silhouette Knight". 

Chwila, moment, Goge - czemu ty na tę bajkę chcesz narzekać? Przecież jej bohater, nawet jeśli ma mniejszą kontrolę nad swoim hobby, to jednak zdaje się być pokrewną Tobie duszą. No i w dodatku to przecież mecha fantasy które tak bardzo uwielbiasz, więc w czym problem? Już tłumaczę. Zacznijmy od tego, że dawno nie widziałem serii tak hardo obrażającej inteligencję widza i mającej go za skończonego kretyna. Niemal nieustannie bije ona go ekspozycją po twarzy, tłumacząc mu jak małemu niedorozwiniętemu dziecku to, co mógł sam zaobserwować. Przykładowo, Ernesti opanowuje trudne zaklęcie i wszyscy są tym zaskoczeni, narratorka zaraz potem dowala, że "Ernesti opanował trudne zaklęcie i wszyscy byli tym zaskoczeni", potem sami bohaterowie mówią że "Ernesti opanował trudne zaklęcie i wszyscy byli tym zaskoczeni" i narratorka znowu powtarza jak to Ernesti zaskoczył wszystkich tym jak opanował to zaklęcie. No litości. Na tym moich problemów z tym tytułem jednak nie koniec. Świat przedstawiony wydaje się bardzo ciekawy - ma kilka różnych królestw i zamieszkany jest przez liczne fantastyczne rasy, takie jak bardzo nietypowe elfy czy też krasnoludy. Ale zapomnijcie o jego bardziej szczegółowym poznaniu. Twórcy wolą zamiast tego serwować nam wywody o zajebistości Ernestiego (o czym więcej za moment), szybciutko tylko przeskakując po wydarzeniach, które mogłyby ciekawie rozwinąć uniwersum. Raz na ruski rok narratorka tylko coś tam bąknie że "no i stało się to i tamto i miało taki i taki efekt". Chcieliście zobaczyć epickie bitwy między wojskami wielkich miotających magią maszyn? Dowiedzieć się więcej o bestiach, z którymi muszą się zmagać rycerze? Albo zagłębić się w relacje polityczne między poszczególnymi królestwami? Och jak mi przykro - musicie zadowolić się kilkoma niedbale skleconymi przez narratorkę zdaniami. Czym jest "Show, don't tell"? W efekcie po tych 10 odcinkach wiemy o świecie tylko tyle, że są sobie dwa królestwa i jedno przegrało z jakimiś tam złymi najeźdźcami, którzy teraz są głównymi złymi. A, i wspomniałem o tych nietypowych elfach prawda? No to o nich dowiecie się zaledwie tyle, że mieszkają sobie gdzieś tam za magiczną barierą i że są super ogarnięte w magii, ale to tyle, bo musimy się dalej masturbować do Ernestiego.
Skoro już o tym nieszczęsnym Ernestim mowa, to wypadałoby bardziej przybliżyć jego sylwetkę. Dobry Jezu, dawno nie widziałem tak okropnego Garego Stu i oczywistego self-inserta autora. Już pomijam, że to po raz n-ty reinkarnowany otaku, żeby apelować do tzw. życiowych przegrywów. Nie dość, że wszyscy z narratorką na czele nieustannie masturbują się do jego zajebistości, to jeszcze cały świat wokół niego jest totalnie ogłupiany i przedstawiany jako skończeni kretyni, nie potrafiący wpaść na najbardziej oczywiste rozwiązania. Absolutnie nikt przed protagiem nie pomyślał, że można zwiększyć wytrzymałość włókien splatając je? Nikt nie wpadł na to, że można robotowi doczepić drugą parę rąk, by mógł tam trzymać różdżki do miotania zaklęć? Zaprawieni w bojach rycerze zachowujący się nagle jak niekompetentni debile i panikujący w samym środku walki, żeby Ernesti mógł pokonać wroga i zgarnąć wszystkie laury? No ja przepraszam bardzo, ale ktoś tu sobie chyba leci w kulki. Strasznie drażniło mnie też to, z jak wszystko jest podawane Ernestiemu na tacy. Nie tylko okazuje się on być genialnym dzieckiem i opanowuje potężne zaklęcia dlatego, że w zeszłym życiu był programistą (wat) ale też niemal natychmiast staje się obiektem pożądania większości dziewcząt z akademii, opanowuje - podobno bardzo trudną - sztukę pilotowania wielkich robotów, czym zyskuje sobie respekt wśród najsłynniejszych rycerzy w krainie i jeszcze błyskawicznie staje się ulubieńcem króla Fremmevilli, który wyjawia mu sekrety budowania wielkich maszyn - które są jedna z najważniejszych i najpilniej strzeżonych tajemnic całego państwa - i przydziela własny zakon rycerzy i laboratorium pełne krasnoludzkich mechaników. No, ale oczywiście Ernie na każdym kroku podkreśla, jak to nie jest godzien takich zaszczytów i jak to czuje się nie w porządku prosząc o tak dużo etc. No i oczywiście ma totalnie wyrąbane na zaloty zakochanych w nim ślicznych dziewcząt, bo jakżeby inaczej. A i jeszcze potem własnymi rękami konstruuje wielkiego grorious nippon robota ze składanej tysiąc razy stali. W średniowiecznym fantasy.
Reszta bohaterów jest równie płytka, ale przynajmniej nie są już takimi Garymi Stu, bo jak wspomniałem kreskówka musi ich wszystkich totalnie ogłupić, by podkreślić wspaniałość Erniego. Znajdują się wśród nich przyjaźniące się z Ernestim od dziecka rodzeństwo Olter - luzacki Archid oraz urocza i zakochana w Ernim bez pamięci Ady; elitarny rycerz Edgar C.Blanche i zaprzyjaźnieni z nim  fechtmistrze - waleczny, ale potrafiący szybko stracić głowę i wpaść w panikę Dietrich Cunitz i piękna Helvi Oberg, która mogłaby być bardzo fajnie napisaną, silną postacią kobiecą, gdyby tylko Ernie nie kradł nieustannie czasu ekranowego. Mamy też oczywiście starego, doświadczonego mechanika krasnoluda - Davida - który jednak w porównaniu z Ernestim okazuje się być kompletnym debilem, nie potrafiącym wpaść na najbardziej oczywiste rozwiązania mogące zwiększyć skuteczność robotów. Potem do ekipy dołącza jeszcze książę Emrys, będący bardzo stereotypowym męskim mężczyzną i to w sumie cały jego charakter. Ale trzeba mu oddać to, że miał bardzo fajny krótki epizod sobie poświęcony, w którym stanął w szranki ze swym ojcem, celem zdecydowania kto dostanie ładniejszego robota. Którego oczywiście zaprojektował Ernesti, bo któżby inny.
O antagonistach można powiedzieć w sumie tylko tyle, że są. Praktycznie żaden z nich nie jest ciekawy i jadą na kliszach tak bardzo, że to aż przykre. Jedynym typkiem spod ciemnej gwiazdy, który jakoś bardziej się z tej szarej masy wyróżnia jest szurnięty naukowiec królestwa Zaloudek - Horacjusz Gojaal. Jego pyszny character acting i niesamowicie komiczny sposób wysławiania się sprawiają, że potrafi przynajmniej choć trochę rozśmieszyć i obserwuje się go z dużo większą przyjemnością, niż całą resztę.

Choć pod adresem mizernej fabuły i okropnych postaci K&M mogę pisać całe litanie zarzutów, to jednak o jego stronie technicznej mogę się już wypowiedzieć znacznie pochlebniej. Projekty postaci są bardzo ładne, szczegółowe i przyjemne dla oka. Szczególnie podobały mi się ich kostiumy, dobrze podkreślające rolę, jaką pełnią i z jakiego państwa pochodzą. Na zdecydowany plus również projekty maszyn, mocno przypominające mi olbrzymy z takich produkcji jak "Vision of Escaflowne", czy też "Panzer World Galient". Znalazło się tu nawet miejsce dla mechanicznych centaurów, które pojawiają się bardzo rzadko. Tła również bardzo przypadły mi do gustu - ogromne zamczyska, górskie szczyty, wąwozy, jaskinie, lasy, przestworza po których poruszają się olbrzymie latające okręty - wszystko to prezentuje się bardzo kolorowo i fantazyjnie i zdecydowanie jest na czym zawiesić oko.
Animacja w K&M również wypada bardzo solidnie. Brak w niej wyraźnych chrupnięć a i bardzo dobrze operuje efektami specjalnymi, by podkreślić siłę zaklęć, czy też starcia mechanicznych olbrzymów. Zaobserwowałem również kilka świetnych zabiegów animacyjnych, jak choćby nieśmiertelne "Brave Perspective" (którego ogółem w tym sezonie było bardzo dużo, tak swoją drogą). A i kompozycja poszczególnych kadrów całkiem niezła. Mam jednak dość poważny zarzut względem animacji komputerowej, w jakiej wykonano wielkie roboty. Choć same ich modele - wykonane przez absolutnie najlepsze, znające się na swoim fachu studio Orange - są bardzo wysokiej jakości, to jednak już ich animacja pozostawia sporo do życzenia. Zwłaszcza gdy zestawi się ją z tą znaną z innych tytułów, przy których Orange działało, jak choćby "Majestic Prince" czy "Fafner Exodus". W tamtych tytułach wyraźnie było czuć ciężar maszyn, każde ich uderzenie, a ich ruchy były bardzo naturalne. Roboty w K&M zaś, mimo że wyglądają jakby ważyły przynajmniej kilkadziesiąt do kilkuset ton, to ruszają się tak, jakby nie ważyły kompletnie nic. Absolutnie nie czuć też ciężaru mieczy czy maczug uderzających o tarcze. Momentami dość mocno rzuca się również w oczy klatkownie podczas ich ruchów. Generalnie nie jest to zatem najlepsza robota studia Orange.
Muzyka w K&M jest generalnie okej, choć bez rewelacji. Jak najbardziej da się jej słuchać i dobrze spełnia swoją rolę jaką jest podkreślanie atmosfery rozgrywających się na ekranie wydarzeń. Strasznie drażnił mnie jednak opening w wykonaniu fhany. Wciąż nie jestem w stanie pojąć, co ludzie w ich piosenkach widzą. Nie dość, że to tak generyczne współczesne skośne piosenki, jak to tylko możliwe, to jeszcze wokalistka jęczy i uderza w tak nieprzyjemne dla ucha tony, że człowiek aż się krzywi. Dokładnie tak samo jest w przypadku openingu K&M, który jeszcze na domiar złego okraszony jest tak generyczną animacją, jak to tylko możliwe, odhaczającą kolejne oczka na liście "Typowy Opening Anime". Ale pochwalić muszę bardzo fajny zabieg, który od razu przywiódł mi na myśl świetnego Layznera z lat 80-tych. Podobnie jak w nim, opening K&M przerywany jest na krótką chwilę najważniejszymi przebłyskami z odcinka i okraszony jest efektami dźwiękowymi wydawanymi przez maszyny. Co do endingu, to muzycznie jest on nieco lepszy niż opening - ot taki przyjemny, typowy j-popik. Jego animacja jest jednak jeszcze bardziej leniwa, niż ta z openingu i ogranicza się po prostu do biegnącej przed siebie bohaterki i dołączających do niej kolejno mechów.
Obsada "Knight's & Magic" obfituje w wiele znanych i lubianych nazwisk z japońskiego przemysłu głosowego. Usłyszymy tutaj takie osobistości jak m.in Rie Takahashi (Megumin z "Konosuba", Miki z"Gakkou Gurashi!"), Inoue Kikuko (Belldandy z "Ah My Goddess!", Grace z "Macross Frontier"), Yuuichi Nakamura (Alto z "Macross Frontier", Graham z "Gundam 00") Ayaka Ohashi (Momoka z "Sabage-bu!", Uzuki z "Idolm@ster!"), czy też Daisuke Ono (Shizuo z "Durarara!!", Jotaro z "JoJo's Bizzare Adventure").

"Knight's & Magic" to okropnie słaby show, traktujący widza jak skończonego debila. Zamiast skupić się na rozwijaniu ciekawego świata przedstawionego czy też opowiadaniu sensownej historii woli nieustannie tłuc widza po twarzy biedaekspozycją i serwować mu sceny zbiorowej masturbacji do wspaniałości głównego bohatera. Ratowane jest w sumie tylko i wyłącznie przez solidną, choć nie idealną stronę techniczną. Osobiście odradzam - są o wiele lepsze serie mecha fantasy, nie uważające odbiorcy za niekompetentnego idiotę i nie ogłupiające całego świata, celem wywindowania protagonisty na nieomylnego zajebistego zbawcę wszechświata. Jeśli szukacie dobrej serii z magicznymi robotami, to zdecydowanie lepiej jest sięgnąć po kultowe "Vision of Escalfowne", czy też wspomniane na początku tekstu "Aura Battler Dunbine".

Typ Anime - Seria Telewizyjna
Rok produkcji - 2017
Pełny Tytuł: „Knight's & Magic”
 Reżyseria: Yuusuke Yamamoto
Scenariusz: Noboru Kimura
Muzyka: Masato Kouda
Gatunek: Super Robot, Fantasy, Akcja
Liczba Odcinków: 13
Studio: 8bit
Ocena Recenzenta: 3/10

Screeny:








Centaurowe zmartwienia - "Centaur no Nayami" (2017)

Gdy parę miesięcy temu znajomy podrzucił mi info o tym, że jedna z moich ukochanych mang - "Centaur no Nayami" - ma w końcu otrzymać zasłużoną animowaną adaptację, nie byłem w stanie ukryć swej radości. Komiks Murayamy cechuje się bowiem niesamowicie rozbudowanym i świetnie przemyślanym w najdrobniejszych szczegółach światem przedstawionym, zamieszkanym przez licznych, barwnych bohaterów. Dodajmy do tego jeszcze fakt, że Murayama bardzo ładnie rysuje, szczególnie fantastyczne stworzenia, które są głównymi bohaterami jego historii. Z niecierpliwością oczekiwałem zatem kolejnych informacji - kto będzie reżyserem? Jakie studio zajmie się animacją? Kto wcieli się w poszczególne bohaterki? Mój entuzjazm szybko zaczął się jednak zmieniać w coraz większy niepokój. Najpierw okazało się, że animacją zajmie się pierdołowate chińskie studio - Haoliners. Potem wyciekły projekty postaci, które do pięt nie dorastały oryginalnym rysunkom Murayamy. A jakby tego było mało, okazało się że praktycznie wszystkie seiyuu to kompletne świeżaki w industry, a reżyserem ma być Konno Naoyuki, który raczej zbytnio utalentowany w tej dziedzinie nie jest. W tym momencie moje obawy nasiliły się już straszliwie i byłem prawie pewien, że adaptacja okaże się kompletną katastrofą, a jej twórcy totalnie nie zrozumieją o co w komiksie Murayamy chodzi i przerobią go na kolejne generyczne "cgdct". Ku mojemu zaskoczeniu jednak, animowane "Centaur no Nayami" mimo wszelkich przeciwności okazało się całkiem kompetentną adaptacją, niemal doskonale oddającą geniusz świata stworzonego przez Murayamę.

Himeno, Nozomi oraz Kyoko to typowe dojrzewające licealistki... Choć w sumie to nie takie do końca typowe, bo każda z nich - podobnie jak i pozostali mieszkańcy tego świata - jest przedstawicielką innej fantastycznej rasy. Himeno to centaur, Nozomi to smokoludź, Kyoko zaś satyr. Ale mimo wszystko ich codzienne życie nie różni się wcale tak bardzo od naszego. Czas upływa im na szkolnych obowiązkach, rozmowach o chłopcach, wspólnych wypadach na zakupy i innych, typowo dziewczęcych zajęciach. 

Czytając ten krótki zarys fabularny drapiecie się pewnie po głowie i zastanawiacie, co jest niby tak wyjątkowego w "Centaur no Nayami". Poza faktem, że jego bohaterki są fantastycznymi stworzeniami, brzmi to przecież jak kolejna seria o słodkich dziewczynkach robiących słodkie rzeczy. Już spieszę z wyjaśnieniem - wyjątkowość owego tytułu bierze się właśnie m.in z tego zabiegu. Seria bowiem nie koncentruje się tylko na pokazywaniu codziennych problemów dojrzewających dziewcząt, ale również bardzo fajnie przedstawia troski i zmartwienia poszczególnych ras zamieszkujących świat. Dzięki temu możemy dowiedzieć się, że centaury nie powinny krzyżować się z przedstawicielami innych ras, bowiem istnieje bardzo wysokie prawdopodobieństwo że ich potomstwo urodzi się z poważnymi defektami; że syreny są tak bardzo przyzwyczajone do widoku nagiego ciała, że nie jest to już dla nich żadnym powodem do wstydu ani stymulantem seksualnym, przez co bardziej ubrani i reagujący w całkiem inny sposób przedstawiciele innych ras są dla nich atrakcyjniejsi; czy też jak ciężko jest odnaleźć się wężowym ludziom z Antarktydy w zdominowanym przez ssaki społeczeństwie. A to dopiero początek! Szybko dowiadujemy się również, że świat w którym rozgrywa się akcja anime nie jest wcale taki prosty, uroczy i kolorowy, jak ten znany z innych serii o uroczych dziewczątkach. Ma on swoje konkretne, utarte przez lata reguły i zależności polityczne. Mało tego - od dawien dawna jego mieszkańcy zmagali się z takimi problemami jak nieczyste układy polityczne, spiski na skalę globalną czy też rasizm. Brzmi znajomo? Jak najbardziej, bo świat w "Centaurze" przedstawiony jest łudząco podobny do tego naszego, a zachodzące w nim wydarzenia są swoistym komentarzem na temat tego, co dzieje się w naszej rzeczywistości. Życie codzienne bohaterek jest więc nieustannie przeplatane rozbudowaną i sensownie przemyślaną kreacją świata przedstawionego, pokazując nam do jak absurdalnych sytuacji mogą doprowadzić pewne działania. Przykładowo, wspomniany rasizm był przez długi czas problemem tak wielkim, że aby go zwalczyć niektóre państwa wprowadziły bardzo drastyczne środki. W efekcie, teraz nawet taka pierdoła jak skrytykowanie czyjegoś koloru włosów może zostać odebrana jako jego przejaw, co jest równoznaczne z zesłaniem do placówki korekcyjnej. Mało tego - niektóre państwa starają się indoktrynować swoich mieszkańców od najmłodszych już lat. I tak oto do telewizji, w godzinach przeznaczonych dla dzieci, trafia kreskówka o uroczej czarodziejce, która zamiast zwalczać demony piekieł, walczy z demonami paskudnej demokracji. W kolejnych odcinkach dane będzie nam też posłuchać krytyki tego, jak często religia jest współcześnie niewłaściwie wykorzystywana jako narzędzie do oszukiwania i wyciągania pieniędzy od naiwnych, czy też jak to pewne siły pociągają zza sceny za sznurki kreując wygodny dla siebie porządek świata. Kreacja świata w "Centaurze" nie ogranicza się jednak tylko i wyłącznie do komentowania i przejaskrawiania absurdów znanej nam rzeczywistości. Murayama bardzo ciekawie pobawił się także znaną nam historią, pokazując jak mogłaby ona wyglądać, gdyby jej bohaterami były fantastyczne stworzenia. W jednym z rozdziałów mangi posunął się nawet tak daleko, że pokazał alternatywny holokaust, łącznie z obozami koncentracyjnymi. Była to jedna z tych historii, o które najbardziej się bałem, że zostaną przez twórców adaptacji pominięte, ze względu na drastyczność i kontrowersję. Jakież było moje pozytywne zaskoczenie, kiedy okazało się że ludzie odpowiedzialni za animowanego "Centaura" mieli jaja, żeby to jednak zekranizować, w dodatku bez żadnego chodzenia na skróty czy spłycania wątków. 
A wiecie, że budowanie świata przez Murayamę na tym się nie kończy? Na początku tekstu wspomniałem, że ten człowiek przemyślał sobie wszystko w najdrobniejszych szczegółach. I to serio widać. Wyobraźcie sobie, że by uczynić wykreowane przez siebie uniwersum jak najbardziej prawdopodobnym ten absolutny szaleniec pomyślał nawet o takich drobnych pierdołach jak specjalne samochody dla centaurów, spersonalizowane okulary dla ludzi o kocich i innych dziwnie umiejscowionych uszach, poduszki ochronne dla rogatych ludzi, by podczas snu nie wydłubali sobie nawzajem oczu, czy też specjalnie przygotowane elementy garderoby dla każdej z ras, zawierające otwory i inne usprawnienia tak, aby można je było wygodnie założyć i nosić. I twórcy anime o tym wcale nie zapomnieli i również w animowanej adaptacji można to wszystko zaobserwować. Wszystko to sprawia, że świat przedstawiony w "Centaurze" to jeden z najlepiej wykreowanych, z jakimi miałem kiedykolwiek do czynienia. A do tego wszystkiego dochodzą jeszcze szczerzy, łatwi do polubienia bohaterowie. Już główne trio jest niesamowicie sympatyczne - Himeno to niesamowicie urocza, ułożona, acz nieco nieśmiała dziewczyna, przez co cieszy się sporym zainteresowaniem ze strony licznych adoratorów. Jest też bardzo silna i wysportowana, dzięki czemu odnosi liczne sukcesy w zawodach, szczególnie łucznictwa. Jej koleżanka - Nozomi - to pewna siebie, niezależna chłopczyca, która nie da sobie w kaszę dmuchać i zawsze jest gotowa odpędzić zbytnio natarczywych chłoptasiów, przystawiających się do Himeno. Ze względu na to jest jednak często mylona z chłopcem, co łatwo wyprowadza ją z równowagi. Kyoko zaś to najspokojniejsza i najinteligentniejsza z całej trójki, będąca jej głosem rozsądku. Ze względu na swą zaradność pomaga także swemu pracującemu jako pisarz ojcu dotrzymywać terminów i zarządza jego ogólnym harmonogramem. Oprócz nich w obsadzie pojawia się także sympatyczna i uprzejma przedstawicielka wężoludzi z Antarktydy - Sass - która przyjeżdża do Japonii w ramach wymiany kulturowej, by poznać zwyczaje ssaków i obalić paskudne stereotypy jakie na temat Antarktydian ma większość świata. No i jest też bardzo ładna i inteligentna przewodnicząca klasy Manami, która po śmierci matki musiała szybko dorosnąć by pomóc ojcu w wychowaniu swoich czterech młodszych sióstr, z których najmłodsza wymaga szczególnej opieki ze względu na osłabiony organizm. A skoro już o jej młodszych siostrach mowa, to koniecznie trzeba wspomnieć o postaciach dziecięcych, które w "Centaurze" są naprawdę fantastyczne. Murayama pisze tak szczere i naturalne maluchy, że aż nie w sposób ich nie pokochać. Wspomniałem już o siostrach Manami, które są po prostu nie do zdarcia. Na pierwszy plan wysuwają się zdecydowanie troszkę starsze trojaczki. Niezwykle rozbrykane z nich urwisy, wszędzie ich cały czas pełno, nieustannie chcą się bawić i płatają figle. Bardzo często bywają również zazdrosne o swoją młodszą siostrę - małą Sue - której Manami musi poświęcać więcej uwagi. Ciężko jest im zrozumieć, że ich starsza siostra - choć bardzo by chciała - nie da rady się rozczworzyć tak, by móc każdej z nich poświęcać tyle samo uwagi i jeszcze dodatkowo opiekować się chorowitym maleństwem. Myślę że każdy, kto miał młodsze rodzeństwo przechodził przez coś podobnego. Strasznie spodobało mi się także to, w jaki sposób się wypowiadają. Albo mówią razem jednym głosem, albo też po kolei, podnosząc rączki i dopowiadając dalszą część zdania rozpoczętego przez poprzednią siostrę. Wiem, że to mała pierdoła, ale w moim odczuciu właśnie takie drobnostki w ich character actingu są właśnie tym, co czyni te postacie jeszcze bardziej rzeczywistymi. Dalej - oprócz trojaczków w historii pojawia się także kuzynka Himeno - Shino. Zapatrzona w swoją piękną kuzynkę jak w obrazek, traktuje ją jak najmądrzejszą i najpiękniejszą księżniczkę na świecie, nieustannie chce spędzać z nią czas i mieć ją tylko dla siebie. Zawsze prosi ją by czytała jej bajki, zabierała na spacery i uczyła o otaczającym ją świecie. Zawsze stara jej się też zaimponować i pokazać, jaka ona to już duża i samodzielna. Szczególnie podobała mi się scena, w której sama dała radę przebrać się na basenie i aż pękała z dumy, kiedy Hime ją za to pochwaliła. W oryginalnej mandze niesamowicie podobały mi się rozdziały poświęcone jej przedszkolnym przygodom, podczas których najbardziej można zaobserwować jak dorasta i usamodzielnia się, stając się idolką i wzorem do naśladowania dla młodszych dzieci. Są one po prostu przeurocze i niesamowicie grzeją serce, stanowiąc świetny kontrast dla mroczniejszych, poważniejszych wątków poruszanych przez serię. Ich brak przez większą część animowanej adaptacji napawał mnie niepokojem, że być może twórcy postanowili je sobie darować, ale na szczęście uspokoił mnie odcinek jedenasty, który był w pełni poświęcony Shino i reszcie jej przedszkolnych kolegów i pokazywał ich przygody i odkrywanie świata prawie tak samo dobrze, jak robił to Murayama w swoim komiksie.
A na tym pochwał dla postaci nie koniec. Bo wyobraźcie sobie, że poza postaciami pierwszo i drugoplanowymi mamy okazję poznać także wielu bohaterów kompletnie z głównym trio niezwiązanych. Jak wspomniałem, Murayama to absolutny szaleniec - gość jest w stanie wziąć losowego na pierwszy rzut oka bohatera i dopisać mu całe, często bardzo rozbudowane backstory pokazujące dokładnie co w życiu przeszedł i jak znalazł się w miejscu, w którym teraz jest. Świetnie ilustruje to zwłaszcza wspomniana wyżej opowieść o holokauście, gdzie poznajemy małego żydowskiego chłopca, który okazuje się być jedną z postaci z pierwszej połowy tego samego odcinka. Dzięki temu świat "Centaur no Nayami" wydaje się być jeszcze bardziej żywy i prawdziwy - nie ma tu czegoś takiego jak statyści.

Niestety, choć pod względem kreacji świata i postaci animowana adaptacja w niczym nie ustępuje komiksowemu pierwowzorowi, to nie można tego samego powiedzieć o jej oprawie graficznej. Za jej wykonanie odpowiadało bowiem małe chińskie studio i nawet mimo że najwięcej roboty wykonywał jego japoński staff, to ciężko nazwać efekt ich starań inaczej, niż przeciętnym. Projekty postaci wyglądają okej, ale do pięt nie dorastają prześlicznym rysunkom Murayamy, tła zaś są strasznie generyczne i nijakie, a na domiar złego często zdają się być okropnie puste lub niedopasowane rozmiarami do znajdujących się nań bohaterów. Dość łatwo odnieść też wrażenie, że postacie są na te tła nalepione, jak jakieś wycinanki.
Animacja na ogół prezentuje akceptowalny poziom. Nie uświadczymy tutaj co prawda scen fenomenalnej sakugi, fantastycznego użycia efektów czy też innych podobnych cudów, ale z reguły nie będziemy też musieli oglądać pokracznych ruchów przypominających taniec paralityków, czy też obserwować jak postacie nieustannie zmieniają kształty i rozmiary. Wyjątkiem jest odcinek 10-ty, który jako jedyny w całej serii usiany jest toną wpadek w animacji, takich jak kubek transformujący się w szklankę czy też nienaturalnie rozciągnięte kończyny i zdeformowane twarze postaci. Na zdecydowany plus jednak zaskakująco dobry character acting w niemal każdym odcinku. Byłem naprawdę pod wrażeniem, jak dobrze udało się animatorom z Haoliners odtworzyć z jego pomocą wiele świetnych paneli z oryginalnego komiksu, gdzie postacie wyrażały bardzo wiele bez słów, za pomocą samej mimiki oraz mowy ciała. Miłym zaskoczeniem były dla mnie także animacja openingu i endingu. Ta pierwsza nie jest może niczym zjawiskowym, ale bardzo dobrze udaje jej się uchwycić naturę serii, mieszającą codzienne życie przeciętnego centaurzego Kowalskiego z otaczającym go dużo bardziej skomplikowanym światem, o rozbudowanej i pełnej kontrowersji historii. Bardzo podobało mi się też, że pojawia się w nim wiele scen nawiązujących do okładek poszczególnych tomików, kolorowych ilustracji znajdujących się na początku każdego z nich, czy też najpopularniejszych kadrów z mangi. Prawdziwym cudem jest jednak ta druga animacja - endingu. Gdy obejrzałem ją pierwszy raz dosłownie szczęka mi opadła i nie mogłem wyjść z podziwu. Nie dość, że jest fenomenalnie wprost wyreżyserowana i pełna trafnego symbolizmu, związanego z postacią Manami, to jeszcze zapiera dech w piersiach wizualiami. Fantastyczne świetlne przejścia, operowanie cieniami, zgranie wokalu ruchem ust bohaterki, rozpryskujące się krople deszczu, lśniące schody do nieba, po których wspinają się tłumy świetlistych sylwetek i jeszcze te schody przechodzą potem w spiralę dzielącą niebo na dwie warstwy - pogodną i deszczową. No cudowne to jest po prostu. Zdecydowanie ending sezonu.
Muzyka jest niestety bardzo słaba. Jedynymi wybijającymi się, zapadającymi w pamięć utworami są opening oraz ending, z czego na faktyczną pochwałę zasługuje tylko ten drugi, bo jest naprawdę fenomenalnie zaśpiewaną piosenką, zdecydowanie wychodzącą przed tłum wszystkich tych generycznych idolkowych podśpiewywek. Cała reszta ścieżki dźwiękowej to niestety strasznie nijakie kawałki szybko ginące gdzieś tam w tle. Również "insert songi", o ile można je tak nazwać, nie należą do najlepszych. Twórcy raczej nie mieli budżetu by opłacić profesjonalne piosenkarki i w efekcie gdy jedna z syren ma odśpiewać pieśń pochwalną dla pewnego bóstwa, to po prostu raczeni jesteśmy tanim "lalala" na zapętleniu.
O tym, że większość obsady stanowiły totalne świeżaki pisałem już na samym początku tekstu. O dziwo jednak, wcale nie skończyło się to katastrofą w postaci nijakiego, drewnianego aktorstwa. Większość ekipy naprawdę starała się włożyć serce w swoje postacie i to słychać. Choć na samym początku bardzo drażniła mnie sztywność głosu Himeno, to z biegiem czasu całkiem się wyrobiła i wypadła wcale nie najgorzej. Bardzo dobrą robotę wykonały także moim zdaniem aktorki wcielające się w role Sass oraz wszelkich dzieciaków. No i świetnie spisała się także grająca Nozomi Yuuki Kuwahara, znana najbardziej z roli smokojówki Tooru z bardzo popularnego "Kobayashi-san Chi no Maid Dragon".

Generalnie animowane "Centaur no Nayami" było dla mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Choć wszystko wskazywało na to, że będzie to totalna katastrofa która kompletnie oleje to, co czyniło oryginalny komiks wyjątkowym, to ostatecznie wyszła z tego nad wyraz przyzwoita adaptacja. Jasne, oprawa audiowizualna pozostawia bardzo dużo do życzenia, ale jestem pełen podziwu dla odpowiedzialnej za adaptację ekipy, że udało im się uchwycić sporo z tego, za co kocham pierwowzór. Niesamowicie rozbudowany i przemyślany w najdrobniejszych detalach świat stworzony przez Murayamę nie został w żaden sposób spłycony, nie pominięto nawet tych najbardziej szokujących i kontrowersyjnych scen, a bohaterowie są równie szczerzy i sympatyczni, co w oryginale. Szkoda straszna, że show ten - patrząc po ocenach i reakcjach w sieci - raczej zostanie kompletnie olany i niezrozumiany przez większość współczesnych odbiorców, więc drugi sezon nigdy. Mam jednak nadzieję, że choć kilku ludzi go doceni i zostanie przezeń zachęcone by sięgnąć po fantastyczny komiks Murayamy, który jest zdecydowanie jedną z najlepszych mang, jakie Skośni kiedykolwiek wyprodukowali.

Typ Anime - Seria Telewizyjna
Rok produkcji - 2017
Pełny Tytuł: „Centaur no Nayami” ("Centaur's Worries")
 Reżyseria: Naoyuki Konno, Fumitoshi Oizaki
Muzyka: Tak Miyazawa
Gatunek: Obyczajowy, Komedia, Dramat
Liczba Odcinków: 12
Studio: Haoliners Animation League
Ocena Recenzenta: 7/10

Screeny: