czwartek, 26 września 2013

O dzielnym studencie z wymiany, co to pięściami o sile pędzącego pociągu walczył - "Honoo no Tenkousei" (1991)

Anime z gatunku shounen i sport z reguły bazują na bardzo prostym schemacie. Bohater wprowadza się do nowego miasta, przenosi do znajdującej się w nim szkoły, poznaje nowych przyjaciół oraz obowiązkowo spotyka swoją pierwszą miłość, o którą jednak będzie musiał walczyć ze swym nowym rywalem, który z reguły jest tępym osiłkiem. Schemat do bólu ograny i wydawałoby się, że nie da się z niego wycisnąć już absolutnie nic ciekawego, prawda? Nic bardziej mylnego. Wystarczy po prostu zrobić parodię, która wyśmieje wszelkie możliwe stereotypowe zagrania stosowane w tego typu seriach. Otrzymamy wtedy właśnie coś na wzór omawianego dzisiaj "Honoo no Tenkousei" - świetną satyrę anime sportowych i shounenów.

Takizawa Noboru dopiero co przeniósł się do nowej szkoły. Zgodnie ze wskazówkami nauczyciela, przyszedł na zajęcia godzinę później... co niezbyt podoba się szkolnemu dyżurnemu imieniem Jounouchi. Konflikt wisi w powietrzu, atmosfera staje się coraz bardziej napięta, aż w końcu Takizawa zostaje brutalnie zaatakowany przez Jounouichiego, który... zaczyna go terroryzować psychicznie, zadając mu uszczypliwe pytania. Nasz bohater ugina się pod gradobiciem morderczej retoryki swojego przeciwnika. Zapewne poległby niechybnie, gdyby z pomocą nie przyszła mu piękna dziewczyna. Daje to Takizawie szansę na skontrowanie swojego oponenta i w sprytny sposób odwraca on całą sytuację na swoją korzyść, pokonując Jounouichiego jego własną bronią.
Chwilę potem Takizawa wpada do klasy i przedstawia się. Nauczyciel wyznacza mu miejsce w ostatniej ławce w rzędzie pod oknem. Nim jednak nasz bohater zdąży usadowić tam swe heroiczne cztery litery, zostaje zaczepiony przez klasowego chuligana imieniem Ibuki. Wyzywa on Takizawę na pojedynek, w którym stawką jest możliwość siedzenia w ostatniej ławce pod oknem. Nasz heros oczywiście dzielnie przyjmuje wyzwanie, ponosi jednak sromotną klęskę, z racji tego, iż Ibuki związał jego rękawice w taki sposób, by nie był w stanie wyprowadzić żadnego ciosu.
Ciężko pobity Takizawa zasypia. Budzi się po dłuższej chwili i ze zdumieniem zauważa, że przespał wszystkie lekcje aż do długiej przerwy. Dostrzega również, że cała jego klasa opuściła budynek i wyszła na szkolne boisko. Jak się bowiem okazuje, toczy się tam walka bokserska pomiędzy Jounouichim a Ibukim, w której stawką jest... dziewczyna, która tego ranka pomogła Takizawie pokonać dyżurnego. Jak nietrudno się domyślić, Takizawa nie ma zamiaru stać bezczynnie i patrzeć, jak dziewczyna traktowana jest jako najzwyklejsze trofeum... tym bardziej, że sam również ma na nią chętkę.

Jak nietrudno zauważyć na podstawie tego krótkiego streszczenia fabuły, "Honoo no Tenkousei" jest szurniętą parodią większości shounenów i anime o bokserach z lat 70tych. Znajdziemy tu zatem satyry i odniesienia do takich serii jak choćby "Ashita no Joe".
Fabuła do wybitnie rozbudowanych nie należy, jednak nie jest to tu tak ważne, bowiem w anime tym najważniejsze są rewelacyjnie przemyślane gagi, które chwilami potrafią wywołać u widza napady histerycznego śmiechu. Niektóre sytuacje jakie w tym anime bowiem możemy zaobserwować są tak absurdalne i głupawe, że nie w sposób szczerze się nie roześmiać. Twórcy nie pozostawili bowiem suchej nitki na żadnym z ogranych schematów i wyśmiali dosłownie wszystko, co tylko się dało - od topornej animacji anime lat 70tych, przez komicznie długie nazwy ataków, na głupawych tekstach o honorze i odwadze kończąc. Pojawia się też sporo żartów na temat popularnych w anime aktorów.

Bohaterowie to zdecydowanie mocna strona tej produkcji. Każdy z nich to odbity w krzywym zwierciadle, przejaskrawiony stereotyp postaci, spotykanych w staroszkolnych seriach. Mamy dzielnego, nieustępliwego głównego bohatera, śliczną i zakochaną w nim bez pamięci panienkę oraz głupiego i pewnego siebie osiłka, który za wszelką cenę chce sprać naszego herosa na kwaśne jabłko. Co mi się bardzo spodobało, to fakt, że mimo iż seria ta jest krótka i nie nazbyt skomplikowana, to twórcom udało się naprawdę zgrabnie nakreślić wątki i relacje zachodzące między bohaterami.

Oprawa audiowizualna zaś to całkiem ciekawy eksperyment. Kreska i animacja stylizowane są na te z lat 70tych - animacja bywa nieco toporna, pojawiają się oczywiste powtarzane ujęcia, postacie rysowane są twardą, wyrazistą kreską - prawdziwa gratka dla miłośników starszych tytułów! Co swoją drogą ciekawe - mimo że chciano tu uzyskać dla jaj efekt swoistego "niechlujstwa" oprawy graficznej, to serii wyszło to bardziej na dobre, bowiem idealnie wpasowuje się to w jej pokręcony, cudaczny chwilami klimat.
Muzyka jest po prostu rewelacyjna i czuć w niej bardzo mocno ducha lat 70tych. Opening brzmi jak żywcem wyciągnięty z okresu, gdy Mazinger i Joe Shimamura królowali na ekranach telewizorów, a dzieciaki zaczytywały się w komiksach Osamu Tezuki. Jest pełen energii, rytmiczny, i błyskawicznie sprawia, że widz zaczyna stukać palcem o stół/klaskać/tupać do rytmu. Bardzo fajnie wygląda również jego animacja -pełna jest efekciarskich scen w których Takizawa wykonuje swoje specjalne ciosy oraz scen w których przedstawiani są nam kolejni bohaterowie serii. Wszystko na modłę przedpotopowych anime, bomba!
Och, wspomniałem, że słowa również napisane są tak, by jak najbardziej przypominać te z dawnych openingów? Podobnie jak w przypadku "Mazinger Z" czy też "Devilman" bowiem zachwalają one pod niebiosa głównego bohatera i opisują, jakich to cudów jest on w stanie dokonać.
Strasznie podoba mi się też to, jak aktorzy przyłożyli się do swoich ról. Brzmią przekonująco, idealnie przejaskrawiają szurnięte nazwy ataków bądź też wrzaski bohaterów. Chwilami nie idzie po prostu nie roześmiać się z ich dialogów. Wyraźnie słychać tu, że aktorzy musieli naprawdę świetnie bawić się podczas pracy nad tym anime.

"Honoo no Tenkousei" jest jednym z tych staroszkolnych anime, które naprawdę warto obejrzeć. Posiada zgrabnie nakreślony wątek fabularny; wyraziste, stuknięte postacie; genialne gagi i nawiązania do staroszkolnych produkcji; zagrzewającą wręcz do walki muzykę oraz naprawdę fajną, mimo całej tej zamierzonej niechlujności, grafikę. Dla fanów pozycji staroszkolnych jest to anime obowiązkowe. Polecam je także każdemu innemu, kto lubi się zdrowo pośmiać i od kreskówki nie oczekuje cudów na kiju a po prostu dobrej rozrywki. Tak więc przygotujcie swoje rękawice bokserskie i trenujcie swoje "Potężne niczym pędzący pociąg" ciosy! Brać w ciemno!

Typ Anime - OVA
Rok produkcji - 1991
Pełny Tytuł: „Blazing Transfer Student”("Honoo no Tenkousei")
 Reżyseria: Katsuhiko Nishijima
Scenariusz: Sumio Watanabe
Muzyka: Kouhei Tanaka
Gatunek: Parodia, Shounen, Sport
Liczba Odcinków: 2
Studio: GAINAX
Ocena Recenzenta: 9/10

Screeny:








-Anime stanowi zaledwie krótki wycinek naprawdę dobrej mangi, pod tym samym tytułem. Zdecydowanie polecam zapoznanie się z papierowym pierwowzorem, bowiem posiada on jeszcze więcej jajcarskich parodii a dodatkowo przedstawiona w nim historia jest całkiem interesująca.
-Rysownik odpowiedzialny za tę mangę - Kazuhiko Shimamoto - pracował również przy wielu innych świetnych seriach. Jedną z jego najlepiej znanych prac są projekty postaci do serii "Mobile Fighter G Gundam"

-Takizawa pojawił się w crossoverowej bijatyce na PSP - "Sunday vs Magazine". Wystąpił tam u boku takich bohaterów jak Tygrysia Maska, Devilman, czy też Mechazawa.

wtorek, 24 września 2013

Tajemnice Watykanu, interesy militarne i biuściasta pokojówka - "Amazing Nurse Nanako" (1999)

Jako zapalony nostalgiafag uwielbiam wprost przekopywać się przez czeluście internetu i wygrzebywać z nich najróżniejsze stare anime. Moją uwagę przyciągają zwłaszcza te mniej znane produkcje, bowiem bardzo często zdarzyło mi się natknąć pośród nich na prawdziwe perełki, które jakimś dziwnym trafem nigdy nie wybiły się na wyżyny popularności. Zdarzają się jednak pośród nich również i takie serie, w przypadku których wcale a wcale nie dziwie się, że nie zyskały sobie zbytniej popularności. Jedną z takich serii jest omawiana dziś 6 odcinkowa OVA zatytułowana "Amazing Nurse Nanako". A o czymże ona jest? Przejdźmy do recenzji...

W pewnym, umieszczonym na odludziu szpitalu mieszka sobie pewna intrygująca gromadka. W jej skład wchodzą szurnięty doktor, stara wiedźma, chiński lekarz, mnich kulturysta, piękna mistyczka oraz typowy student. Jak nietrudno się domyśleć, tak zwariowana banda powoduje na pewno całkiem niezły burdel, toteż przydałby się ktoś, kto byłby w stanie tenże burdel ogarnąć. Taką osobą jest śliczna, aczkolwiek nieco... no dobra, strasznie głupiutka dziewczyna imieniem Nanako. Zatrudniona jest w szpitalu jako pielęgniarka, jednak o dziwo jej praca nie polega na opiece nad pacjentami... miast tego nasza pannica biega po całym gmachu wystrojona w skąpe ubranko pokojówki i wykonuje najróżniejsze prace domowe - od sprzątania, przez gotowanie, na praniu kończąc. No, a jakby tego było mało, zmuszana jest przez swojego pracodawcę do ciągłego wykonywania trudnych ćwiczeń, Bóg jeden wie po co. I nie ma nawet prawa pisnąć "nie" bowiem w razie sprzeciwu i niesubordynacji grozi jej wylądowanie na stole operacyjnym.
Jak się okazuje, szpital ten do najzwyczajniejszych też nie należy (szło się domyśleć już po tym, że jest na zadupiu i w dodatku zamieszkują go tacy wariaci...). Co rusz bowiem wojsko oraz Watykan (Hyyyymmm...?) podsyłają do niego coraz to dziwniejszych pacjentów, których doktor ma zbadać i przesłać swym zleceniodawcom wyniki tychże badań. Po niedługim czasie wychodzi na jaw, że zarówno wojsko, jak i Stolica Apostolska knują dość mroczne plany, które mogą wywrócić do góry nogami obecny porządek świata. Jak się również okaże, nasza śliczna pielęgniarka stanowi kluczowy element tychże planów...

Przyznam szczerze, że gdy natknąłem się na streszczenie serii w internecie, wydała mi się ona całkiem ciekawa. Spodziewałem sie szurniętej komedii przyprawionej ciekawą intrygą i fabułą. Zasiadając zatem do seansu z "Amazing Nurse Nanako" oczekiwałem czegoś tak dobrego jak "Saber Marionette" albo też "Martian Successor Nadesico". No i niestety strasznie się przeliczyłem.
Pierwsze, co mi się rzuciło w oczy, to fakt, że twórcy chyba nie do końca byli pewni, jaką serię chcą zrobić i do jakich widzów chcą ją skierować. Anime to bowiem co rusz przeskakuje od radosnej głupawki do mrocznej, chwilami aż ociekającej kontrowersją i okultyzmem intrygi. Nie byłoby to może tak złe zagranie, gdyby podobnie jak w przypadku wspomnianych wyżej serii, zastosowane było w odpowiednich proporcjach i z sensem. O ile bowiem w "Nadesico" i "Saber Marionette" twórcy raczyli nas odpowiednio zbalansowanymi porcjami dramy i komedii, tak w "Nanako" te dwa elementy zmieszane są niezwykle losowo i za cholerę nie idzie przewidzieć, kiedy z poważnej historii przeskoczymy w durną głupawkę. Ba, chwilami przejścia te wydają się niezwykle wymuszone i sztuczne, psując całkowicie radochę z oglądania. 
A szkoda, bowiem fabuła zdecydowanie MOGŁA być naprawdę fajna i wciągająca. Twórcy wrzucili tu bowiem kilka naprawdę fajnych i interesujących wątków... które jednak tracą na spójności przez wmontowaną chwilami na siłę głupawkę właśnie.
Co więcej - momentami pojawiają się również całkowicie niczym nieuzasadnione sceny fanserwisu. Nie wnoszą one absolutnie nic do historii i raczej nie bawią. Jedyne co robią, to właściwie żenują. No, chyba że atrakcją jest dla was podziwianie co rusz, jak piersi Nanako podskakują, lub też jak nasza bohaterka eksponuje to co ma pod spódniczką.
Fabuła cierpi też na to, na co cierpiała ta z "Bettermana". Jej prowadzenie jest chwilami niezwykle chaotyczne i opowieść wydaje się momentami cholernie niespójna. Powiem szczerze, że najbardziej spójne i sensowne są dwa ostatnie odcinki.

Postacie to, jak nietrudno się domyślić, cała galeria stereotypów charakterów spotykanych w anime. Fakt ten nie powinien dziwić, biorąc pod uwagę że z założenia "Nanako" miała być komedią. Stąd dostajemy całą menażerię szurniętych i niezwykle przerysowanych bohaterów, których zadaniem jest sparodiowanie i wyśmianie niemal każdego archetypu postaci. Szurnięty naukowiec? Jest. Dobroduszna, obdarzona złotym sercem, dużym biustem i pustym łepkiem bohaterka? Jest. Nieco zboczony stary dziad? Jest. "Mroczny i zły" niegodziwiec? Jest.
Podobnie jak w wypadku fabuły mamy tutaj problem z dość chaotycznym sposobem przedstawienia postaci. Niektóre poznajemy nieco bliżej, inne zaś... właściwie nie mamy pojęcia nawet kim są i skąd się w szpitalu wzięły. A szkoda, bo seria sporo by zyskała, jakby choć trochę lepiej rozwinąć niektórych bohaterów.

Oprawa audiowizualna jest średniawa. Projekty postaci są ładne i schludne, ale jednak w przypadku postaci kobiecych razić może jeden szczegół - biusty są strasznie nienaturalne. I tak, ja zdaję sobie sprawę, że klatki piersiowe mangowych panienek nigdy praktycznie naturalne nie są, ale to co w "Nanako" zaobserować można to już czysty absurd. No bo naprawdę, szpiczaste, wyglądające trochę jak zaokrąglone łódki piersi? W dodatku skaczące nienaturalnie przy każdym, najmniejszym nawet ruchu? Ja rozumiem, że fanserwis musi być, ale tutaj wygląda to fatalnie.
Tła są kolorowe i z reguły pełne detali. Co się animacji zaś tyczy, jest niestety dość nierówna. Chwilami aż zbytnio trzeszczy i dopatrzeć się można uproszczeń w rysunku. Niezbyt dobrze wypadają też pojawiające się od czasu do czasu modele 3D. Ja rozumiem wiekowość tego anime, ale naprawdę, nawet jak na tamte czasy wyglądają one archaicznie.
O muzyce złego słowa jednak powiedzieć nie mogę. Jest świetna i bardzo dobrze dopasowana do sytuacji. Najbardziej podobały mi się szybkie, rytmiczne motywy grające podczas pełnych akcji scen oraz przyjemny, wpadający w ucho ending.
Co do gry aktorskiej - większość głosów mi się szczerze mówiąc podobała. Ba, w rolę doktora Ogamiego wciela się nawet jeden z moich ulubionych seiyuu - Takehito Koyasu (m.in Zechs z "Gundam Wing" czy też Hanagata z "Saber Marionette J"). Co swoją drogą śmieszne, nie dość, że Ogami mówi głosem Zechsa, to jeszcze dodatkowo wygląda identycznie jak dumny pilot Tallgesse, co chwilami sprawiało, że aż się zastanawiałem, czy i dla śmiechu nie władują tejże maszyny do tego anime..
Jedyny głos, który moim zdaniem brzmiał sztucznie i był fatalnie dopasowany to głos Nanako. Biorąc pod uwagę fakt, że jest to dobrotliwa, aczkolwiek roztrzepana dziewuszka, to spodziewałem się że mówić będzie uroczym, nieco piskliwym głosikiem. Jakież było moje zdumienie, gdy okaząło się, że brzmi jak... no właśnie nie wiem jak to okreslić. Nie jest to głos ani dojrzałej kobiety, ani też małej dziewczynki... szczerze mówiąc to takie coś pomiędzy... w dodatku brzmi bardzo sztucznie i moim zdaniem średnio pasuje do charakteru tej bohaterki.

"Amazing Nurse Nanako" jest anime średnim. Nie jest to porażka na całej linii, ale nie jest też coś niezwykle wybitnego. Fabuła mogłaby być dużo lepsza, jednak zamiast rozwinąć kilka ciekawszych wątków, upchano tu na siłę za dużo bzdurnych gagów i scen fanserwisu; animacja jest bardzo nierówna; projekty postaci są śliczne, poza tym jednym mankamentem, jakim są nienaturalne kształty piersi; muzyka zaś brzmi naprawdę rewelacyjnie, jednak niezwykle razi sztuczność głosu głównej bohaterki. Czy warto o tę serię zahaczyć? Szczerze mówiąc nie. Jest dużo więcej ciekawszych i zdecydowanie bardziej wartych uwagi staroszkolnych serii. Szczerze powiedziawszy nie stracicie dużo, jeśli "Nanako" nie obejrzycie. Anime to polecam głównie widzom, którzy jak ja, lubią przekopywać się przez mniej znane starsze produkcje iiii... nie wiem, entuzjastom ujęć na pupy i biusty, bo tych tu kilka było. Reszta może sobie spokojnie odpuścić.
Odradzam jednak serię zdecydowanie młodszym widzom, mimo całej tej cukierkowej oprawy graficznej. Już pal licho, że chwilami możemy popatrzeć na nagusieńką jak ją Pan Bóg stworzył Nanako. Prócz tego jest tu parę innych, dość kontrowersyjnych i raczej nie przystosowanych dla młodszego widza widoków.
Typ Anime - OVA
Rok produkcji - 1999
Pełny Tytuł: „Amazing Nurse Nanako”("Nanako Kaitai Shinsho")
 Reżyseria: Hiroshi Negishi
Scenariusz: Yano Rasputin
Muzyka: Takayuki Negishi
Gatunek: Ecchi, Parodia, Komedia, Mystery, Akcja
Liczba Odcinków: 6
Studio: RADIX
Ocena Recenzenta: 4.5/10


Screeny:









sobota, 14 września 2013

RECENZJA FIGURKI - Ryu Rycerz Zephyr z "Lord of Lords Ryu Knight"

Jakiś czas temu recenzowałem tu jedną ze swoich ulubionych serii mecha fantasy, pt. "Lord of Lords Ryu Knight" . Dziś przyjrzymy się figurce postaci, z tej serii właśnie pochodzącej - oto przed państwem słynny "Ryu Rycerz Zephyr" pilotowany przez Adeu.
*w recenzji gościnnie wystąpią także Sayaka Miki i Gundam Griepe*
MegaHouse Variable Action -"Lord of Lords Ryu Knight" - Ryu Rycerz Zephyr
Na początek, kilka tradycyjnych danych:
Typ figurki: Figurka ruchoma, "Variable Action"
Seria: "Lord of Lords Ryu Knight"
Postać: "Ryu Rycerz Zephyr"
Producent: MegaHouse
Materiały: ABS, PVC
Wysokość: Ok.13 cm
Cena: 130zł (bez przesyłki)
Data wydania: Czerwiec 2010 roku
Nakład:Standardowy
Data zakupu: Sierpień 2013
Sklep: AmiAmi




Na Ryu Rycerza polowałem już od dość dawna. Jakoże jest to zdecydowanie mój ulubiony Super Robot, to koniecznie musiałem włączyć go do swojej kolekcji. Problem był jednak w tym, że jakoże jest to cholernie rzadka figurka, to nie mogłem jej dopaść w żadnym sklepie (nawet na Mandarake). Pewnego dnia jednak szczęście się do mnie uśmiechnęło. Przeglądałem sobie z nudów dział "Pre-Owned" na AmiAmi i nagle w oczy rzucił mi się znajomie wyglądający pancerz. Z niedowierzaniem otworzyłem figurkę w nowym oknie i oczom mym ukazał się nikt inny, jak właśnie Zephyr. Stan figurki określany był jako "A" (teoretycznie nówka) pudełko zaś "B" (drobne uszkodzenia). Cena wynosiła 130zł. Po krótkim zastanowieniu i przeliczeniu dostępnych funduszy z radością dodałem Zephyra do koszyka i połączyłem go z zamówionym jako Pre-Order Griepem od Bandai.
Teraz pozostało tylko czekać, aż Griepe zostanie wydany, by moje zamówienie mogło być zrealizowane. I tak czekałem, i czekałem, i czekałem... i w końcu pod koniec sierpnia się doczekałem. Griepe został wydany, e-mail od Ami z prośbą o zapłatę pojawił się w mojej skrzynce pocztowej, więc nie pozostało nic innego, jak tylko zamówienie opłacić i czekać, aż oba roboty do mnie przyjdą.
Nie czekałem co prawda długo (ok. 10 dni) ale jednak ku mojemu zdumieniu paczka ta przeżyła chyba najciekawsze przygody spośród wszystkich moich dotychczasowych zamówień. Wszelkie moje pozostałe figurki szczęśliwie bez dłuższych przetrzymań omijały urząd celny i z Warszawy zasuwały prosto do mnie. Ryu i Griepe zaś najpierw pojechali do Komornik, potem do Poznania, tam przesiedzieli cały dzień, by potem znowu wrócić do Komornik... a dopiero potem ruszyli już prosto do mnie. Na całe szczęście, mimo że na trochu dłużej zatrzymali się w urzędzie celnym, to ni cła, ni vatu mi za nich nie naliczono (dziękuję panom celnikom za wyrozumiałość~).
Dosłownie wczoraj listonosz dostarczył mi papiurek, że mogę się przejść na pocztę, by odebrać swoją paczuszkę. I tak też zrobiłem. Polazłem, zabrałem, przyniosłem.
Powiem szczerze, że trochę się bałem o Zephyra. Pamiętam jeszcze niefortunną sytuację z moim "Star GaoGaiGarem", który również na Ami miał oznaczenie A/B, a jednak po wyjęciu go z pudła okazało się, że miał połamany staw w jednej ręce...
Zephyr na szczęscie dotarł w stanie nieskazitelnym. Dosłownie nówka sztuka, chyba nawet nigdy nie wyciągana z pudełka. Po dokładnej inspekcji, czy wszystkie części są na miejscu i czy niczego nie brakuje, z dumą postawiłem go na półeczce obok reszty figurek, po czym wyszedłem do pracy. Po powrocie poskładałem jeszcze swojego HG 1/144 Griepe'a, ale o tym w innej recenzji...

Przejdźmy teraz do głównej części recenzji~

Rzeźba i Malowanie

Muszę przyznać, że jestem naprawdę pod wrażeniem, jak bardzo MegaHouse się do tej figurki przyłożyło. Zephyr wygląda dokładnie tak, jak w anime, czy też "Super Robot Taisen NEO/OE". Każdy element został odwzorowany z niesamowitą wprost dokładnością. Nawet tak drobne szczegóły, jak dziurki na hełmie, czy też emblemat na tarczy.
Malowanie również oceniam bardzo pozytywnie. Żadnych odprysków, wszystko dokładnie i pieczołowicie zamalowane na odpowiedni kolor, nieważne czy jest to większa część, jak np. naramiennik, czy drobniutki szczegół, jak np. źrenice.
Miecz i  tarcza dołączone do zestawu również bardzo mi się podobają. Odwzorowano je bardzo wiernie i wyglądają dokładnie tak samo jak te, które zaobserwować można było w anime.
Krótko mówiąc zatem, Zephyr został idealnie przeniesiony z ekranu telewizora do świata rzeczywistego.
Bardzo ładnie wygląda też dołączona do zestawu karta "Mist Tarota", której Adeu używał, by wzywać Ryu Rycerza. Sayaka, mogłabyś może pokazać naszym czytelnikom tę kartę?
"Świetnie będzie się nadawać do cosplayu jako Adeu, nie sądzisz Goge?"
Podstawka jakaś super szczegółowa już niestety nie jest. Jest to po prostu czarny okrąg z wymalowanym na biało emblematem serii (dwa miecze skrzyżowane na tarczy). Szczerze jednak mówiąc, kto by się tam przejmował podstawką, skoro daniem głównym jest tutaj rewelacyjnie wykonana figurka?

Akcesoria i Pozowalność


Prócz samej figurki Ryu Rycerza, MegaHouse dorzuciło nam do zestawu kilka całkiem fajnych bajerów. W pudełku, oprócz głównej figurki, znajdziemy także:
-Miecz
-Tarczę
-Kartę "Mist Tarot"
-Wymienne łapki x4
-Podstawkę
-Specjalny uchwyt do tarczy, pozwalający wsunąć za nią miecz

 Pozowalnością Ryu Rycerz bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Jest o wiele bardziej ruchomy niż którakolwiek z moich pozostałych figurek, ba, może nawet odczyniać większe wywijasy, niż Revoltechy. Dodajmy do tego jeszcze wszystkie te akcesoria i z łatwością będziemy mogli odtworzyć niemal każdą znaną nam z serii anime scenę. Ryu Rycerza można ustawić w bojowej pozycji, w heroicznej pozie z uniesionym mieczem, odtworzyć jego atak kończący "Crush Dawn", lub też ustawić go w epickiej pozie kończącej cios, podczas której wsuwa on swój miecz za tarczę. Marzy się wam scena pojedynku między Zephyrem a inną postacią? Pewnie, czemu nie! Możliwości ustawienia figurki jest multum i jedynym ograniczeniem jest tu praktycznie nasza wyobraźnia.

Poniżej kilka przykładowych póz:










Jedyne zażalenie, jakie mam, to fakt że podstawka chwilami nie utrzymuje ciężaru figurki, i nózka się opuszcza...

Pudełko


Pudełko bardzo mi się podoba. Wykonane jest ładnie i z pomysłem. Żeby wyciągnąć figurkę bowiem nie trzeba rozpieczętowywać całego pudła. Plastik, w którym znajduje się figurka, jest wysuwany i po wyjęciu go z kartonowej części bardzo łatwo go otworzyć, by wyciągnąć zeń Ryu Rycerza. Jest to dużo wygodniejsze niż otwieranie górnej klapy od pudła, odchylanie listków i wyciąganie takowego plastiku, jak to z reguły z innymi figurkami bywa.
Podoba mi się też fakt, że pudełko ozdobiono symbolami i napisami znanymi z serii anime, podobnymi do tych, które znajdują się na karcie "Mist Tarot".
Kilka fotek:





Podsumowanie

Ryu Rycerz jest figurką naprawde udaną. MegaHouse naprawdę się przyłożyło i udało im się świetnie przenieść tego robota z ekranów telewizorów do świata rzeczywistego. Rzeźba i malowanie są rewelacyjne, pozowalność pozwala na ustawienie Zephyra na multum różnych sposobów, a dołączone do zestawu akcesoria uatrakcyjniają figurkę. Cenowo również nie wypada źle, bowiem 130zł za naprawdę rewelacyjną i niezwykle rzadką figurkę to moim skromnym zdaniem bardzo dobra cena. Jeżeli lubicie mecha fantasy i napotkacie kiedyś w sklepie tę figurkę, nie wahajcie się, warto ją kupić.


OCENA KOŃCOWA:

Rzeźba: 10/10
Malowanie: 10/10
Pozowalność: 9/10
Cena/Jakość: 9/10



Kilka fotek na koniec:


Sayaka i Ryu Rycerz

Ryu Rycerz i Gundam Griepe

Zaczyna się tu robić tłoczno...

Ryu Rycerz i jego pilot - Adeu

czwartek, 12 września 2013

"Magical Battle Arena" - czyli mordobicie z udziałem Mahou Shoujo wszelakich

Jeżeli marzyliście kiedyś o tym, by jako Lina Inverse ("Slayers") stanąć w szranki z takimi czarodziejkami jak Nanoha ("Mahou Shoujo Lyrical Nanoha") czy też Sakura ("Card Captor Sakura"), to macie ku temu niepowtarzalną okazję, bowiem niezależne studia "Fly-System" i "Area ZERO" wydały całkowicie darmową, crossoverową, niezwykle dynamiczną bijatykę 3D na PC, której bohaterkami są właśnie m.in wspomniane panny.  Oto przed państwem "Magical Battle Arena".
Fabuła gry nie jest jakaś nazbyt skomplikowana. Ot, czarodziejki z róznych światów zostały wezwane do jednego wymiaru, aby poprzez magiczne pojedynki przywrócić porządek we wszechświecie... W jaki sposób napieprzanie się pierdyliardem czarodziejskich pocisków ma pomóc w utrzymaniu równowagi w kosmosie to mnie już nie pytajcie, bowiem ja także nie widzę w tym większego sensu...
W każdym razie...
Wcielamy się w jedną z dostępnych czarodziejek i obserwujemy historię z jej perspektywy, tłukąc po drodze pozostałe postacie. Ot, cała filozofia.
W grze pojawia się wiele znanych serii, w których pojawiały się czarodziejki, np:
-"Magic Knight Rayearth"
-"Slayers"
-"Mahou Shoujo Lyrical Nanoha"
-"Card Captor Sakura"
-"Mahou Shoujo Lyrical Nanoha StrikerS"

I wiele innych. Łącznie do naszej dyspozycji oddanych zostaje ponad 13 różnych postaci, plus bohaterki ukryte.

Graficznie gra prezentuje się prześlicznie. Ładnie zaprojetkowane, cukierkowe projekty postaci cieszą oko i wyglądają naprawdę ładnie nie tylko gdy postać stoi w bezruchu, ale nawet kiedy fruwa po całej planszy napieprzając ogniokulami we wszystko co się rusza. Skoro o ogniokulach itd mowa - ich rodzajów jest mnóstwo. Od podstawowych pocisków magicznych, przez ogromne lasery, aż po legendarnego "Pogromcę Smoków" w wykonaniu Liny. Twórcy zadbali o to, by jak najwierniej odwzorować wygląd ataków i wyszło im to naprawdę nieźle. Fajnym faktem jest również to, że każda czarodziejka ma inny rodzaj tarczy magicznej, więc nie ma co narzekać na brak różnorodności.
Bardzo ładnie prezentuje się również oprawa dźwiękowa gry. Szybkie, epickie, zagrzewające do walki motywy idealnie wpasowują się w dynamiczną rozgrywkę i szybko wpadają w ucho. Co również bardzo miłe - bohaterki nie milczą, a non stop komentują to, co dzieje się podczas walki. Recytują inkantacje, nabijają się z przeciwnika, cieszą się gdy zwyciężą - rewelacja.
Gorzej trochę niestety wypadają lokacje. Ich tekstury najwyższych lotów nie są. Nie kłują co prawda bardzo w oczy, ale w porównaniu z teksturami postaci wypadają dość miernie. Z drugiej jednak strony i tak nie mamy zbytnio czasu na podziwianie widoków, bowiem podczas starć uważać musimy na pierdyliard fruwających wokół nas magicznych szlagów. Chwila nieuwagi i lądujemy na dnie kanionu...

Skoro już o tych pociskach mowa, warto by wspomnieć coś więcej na temat tego, jak wygląda rozgrywka. Mieliście kiedykolwiek styczność z takimi tytułami jak "Another Century's Episode""Armored Core", albo "Cosmic Break""MBA" wygląda dokładnie tak samo - fruwamy po trójwymiarowej planszy i strzelamy magicznymi atakami do naszych przeciwników, bądź przy użyciu miecza, różdżki itd. walczymy w zwarciu. W jednym starciu może maksymalnie brać udział do 4 czarodziejek. Sterowanie jest banalnie proste - pod każdy z przycisków przyporządkowana jest jedna komenda, jak np. przyspieszenie, pocisk magiczny itd. a poruszamy się za pomocą strzałek. By użyć jednego z 3 specjalnych ataków danej postaci wystarczy wcisnąć przycisk odpowiedzialny za ładowanie many i odpowiedni przycisk ataku. Ot i cała filozofia.
Nie znaczy to jednak, że gra jest łatwa. Och, wręcz przeciwnie. "MBA" wymaga od gracza niezłego refleksu i skupienia. Przeciwnicy bowiem, nawet komputerowi, do głupich nie należą i potrafią sprytnie wywieść nas w pole. Potrafią np. szybko zajść nas od tyłu, wklepać kombosa, odrzucić na kilometr i zalać falą pocisków. A jakby tego było mało, zaraz potraktują nas jeszcze zjawiskowym atakiem kończącym. W grze tej wystarczy dosłownie sekunda nieuwagi i już 2/3 paska energii idzie się rąbać. Początkującym w tego typu gry zatem zdecydowanie polecam najpierw dobrze nauczyć się co i jak w menu treningu. Na prawdziwym polu bitwy bowiem zginą niechybnie w przeciągu kilku sekund. Na szczęście poziom trudności można sobie uregulować w opcjach, no ale co to za zabawa, jak gra się na easy?
Jeśli znudzi nam się obijanie ryja komputerowym przeciwnikom, możemy zaprosić do zabawy także znajomego. Gra ma bowiem opcję multiplayer, zarówno lokalnie, jak i przez sieć. W trybie lokalnym jeden gracz grać może na klawiaturze, drugi zaś na padzie.
Warto również wspomnieć, że prócz standardowego "Story Mode" do wyboru mamy jeszcze kilka innych trybów rozgrywki, jak choćby "Versus" czy wspomniane wcześniej "Network" i "Training".

Czy grę polecam? Brać w ciemno. Zwłaszcza, że całkowicie freeware. Z pewnością dostarczy wam wielu godzin emocjonującej rozrywki. Jeżeli nie straszny wam koszmarny poziom trudności i język japoński nie stanowi przeszkody w graniu, to zdecydowanie warto dać "MBA" szansę. Z czystym sumieniem polecam grę każdemu, nie tylko fanom mahou shoujo, czy gier w stylu "Another Century's Episode".

PLUSY:
-Śliczne projekty postaci
-Dynamiczne starcia
-Ponad 13 różnych bohaterek z odmiennym stylem gry do wyboru
-Świetna muzyka
-Różne tryby gry
-Opcja Multiplayer
-Obsługuje Pada

MINUSY:
-Koszmarny chwilami poziom trudności
-Niezbyt szczegółowe lokacje
-Naciągana i nieco głupawa fabuła

Ocena Recenzenta: 7/10

Screeny:







niedziela, 8 września 2013

"Devilman: The Birth" (1987) - Czyli początek opowieści o demonicznym antyherosie

Nie ukrywam, że Go Nagai jest jednym z moich ulubionych twórców. Jegomość ten stworzył wiele serii, do których do tej pory pałam naprawdę sporym sentymentem. Odpowiada m.in za takie produkcje jak "Mazinger Z", "Koutetsu Jeeg", "Mazinkaiser SKL", "Violence Jack" czy też "Cutie Honey" lub znane polskiemu widzowi "Magiczne Igraszki". W dzisiejszej recenzji chciałbym wam jednak, drodzy czytelnicy, przybliżyć ekranizację najlepszego, moim skromnym zdaniem, dzieła tego wizjonera - pierwszą OVA z serii "Devilman" zatytułowaną "The Birth".

Fudou Akira to niczym nie wyróżniający się licealista. Choć może nie do końca, bowiem od przeciętnego licealisty rózni się tym, iż jest aż nadmiernie grzeczny i obdarzony silnym poczuciem sprawiedliwości. Pewnego dnia, kiedy jak zwykle idzie nakarmić szkolne króliki dostrzega, że zostały one przez kogoś brutalnie pozabijane. Na szczęście jeden ocalał. Akira jest zdumiony, kto mógłby dopuścić się tak okrutnego czynu. Szybko ma jednak okazję się tego dowiedzieć, bowiem pada ofiarą ataku trzech dryblasów. Nalegają oni, by Akira oddał im ostatniego królika. On jednak odmawia i uparcie stara się obronić zwierzaka. Po krótkiej bójce szef gangu, widząc odwagę chłopaka, postanawia pozwolić mu zatrzymać królika i odchodzi wraz ze swoimi gorylami.
W tym samym momencie zjawia się koleżanka Akiry - Makimura Miki. Widząc obrażenia chłopaka, zabiera go ona do gabinetu pielęgniarki, by go opatrzyć. Później idą razem na spacer do parku. Napotykają tam dawnego przyjaciela Akiry - Ryou Asukę. Zaprasza on Akirę do swojego domu, bowiem ma mu do pokazania coś niecierpiącego zwłoki. Obaj przyjaciele udają się zatem do rezydencji Ryou. To właśnie tam zajdą wydarzenia, które diametralnie odmienią ich życie. Jak się bowiem okaże, trafią w samo serce konfliktu pomiędzy ludźmi, a pierwotnymi władcami ziemi - Demonami.

Pod względem fabularnym "The Birth" nie zaskakuje może niczym szczególnie oryginalnym. Zdecydowanie zaznaczyć jednak trzeba, że mimo nieco schematycznego początku, historia w tym anime ukazana potrafi wciągnąć, bowiem została bardzo dobrze rozplanowana i nic nie dzieje się tu ani zbyt szybko, ani zbyt wolno. W odpowiednich dawkach serwowane nam są zarówno porcje informacji, jak i sceny akcji. Dzięki takiemu zabiegowi historia nie nuży ani nie sprawia wrażenia nadmiernie spłyconej.
Warto także nadmienić, że chociaż seria ta w miarę wiernie trzyma się mangowego pierwowzoru, to widz, który z komiksową wersją styczność miał, z pewnością wychwyci kilka róznic.

O postaciach zbyt wiele nie można powiedzieć, bowiem na dobrą sprawę istotniejszą rolę odgrywają tutaj dwaj bohaterowie - Akira i Ryou. Co prawda w kilku początkowych scenach przewija się także wspomniana Makimura Miki, jednak jej charakter nie zostaje nam tutaj zbytnio przybliżony.
Nie można jednak zdecydowanie narzekać na sposób, w jaki przedstawiono charaktery Akiry i Ryou. O obu bohaterach dowiadujemy się dostatecznie dużo, by lepiej ich poznać i wyrobić sobie o nich opinię. Ich charaktery do strasznie głębokich może i nie należą, jednak z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że wypadają bardzo dobrze i nie sprawiają wrażenia wyciętych z tektury ludzików, które ktoś wstawił od niechcenia do tej historii. Warto również wspomnieć, że skoro jest to zaledwie początek historii, to i dalszego rozwoju charakterów tych postaci możemy spodziewać się w kolejnych częściach sagi.

Pod względem oprawy audiowizualnej "The Birth" prezentuje się świetnie. Szczegółowe, zgrabnie narysowane projekty postaci są miłe dla oka, a równocześnie zdecydowanie różnią się od typowych "moe mord" które spotkać możemy w lwiej części anime. Również projekty demonów zasługują na uznanie. Pokręcone, groteskowe i pełne naprawdę makabrycznych chwilami udziwnień. Ich projektanci obdarzeni musieli być naprawdę niezwykle rozbudowaną wyobraźnią, bowiem każdy demon w swej dziwaczności jest niezwykle oryginalny i nie ma tu dwóch takich samych, schematycznych potworów.
Animacja jest bardzo płynna i przyjemna dla oka. Większych zgrzytów się nie dopatrzyłem, a powiem nawet, że "The Birth" bije na głowę wiele dzisiejszych produkcji, w których wyraźnie chwilami widać cięcia kosztów. Animatorzy poszli tutaj na całego, dzięki czemu wszystko rusza się naturalnie i robi spore wrażenie. Na pochwałę zasługują zwłaszcza efektowne sceny walk i pościgów.
Muzyka strasznie mi się spodobała. Kenji Kawai spisał się wyśmienicie i udało mu się stworzyć taką ścieżkę dźwiękową, która idealnie wpasowuje się w każdą scenę, niezależnie od tego, czy jest to otoczona aurą niepokoju rozmowa na temat demonów, czy też zapierające dech w piersiach starcie z nimi. Przyznam, że najbardziej spodobała mi się piosenka przygrywająca w momencie, gdy na scenie po raz pierwszy pojawia się tytułowy Devilman. Szybki, rytmiczny utwór, idealnie podkreślający heroiczną, ale i brutalną zarazem naturę tego bohatera.
Na grę aktorów także nie ma co narzekać, bowiem wyraźnie słychać, że do swoich ról się przyłożyli i idealnie udało im się oddać charaktery postaci, w które się wcielają.

Jak w ostatecznym rozrachunku "The Birth" zatem wypada? Zdecydowanie jest to jedna z tych staroszkolnych OVA, którym warto poświęcić trochę czasu. Historia, mimo pozornej schematyczności, jest bardzo dobrze napisana i potrafi zaciekawić, charaktery dwóch głównych bohaterów są wyraziste, a jednocześnie nie nadmiernie przekombinowane, a oprawa audiowizualna jest po prostu zachwycająca. Seria ta podobać się może zarówno tym widzom, którzy mangę już czytali, jak i tym, którzy komiksu nigdy na oczy jeszcze nie widzieli. Jedynym elementem tej serii, który dla niektórych może okazać się minusem, jest dość spora doza brutalności, jaką możemy w niej zaobserwować. Devilman bowiem to owszem, superbohater, jednak stanowi przykład antyherosa, a co za tym idzie, z przeciwnikami rozprawia się w sposób bezlitosny i pozbawiony wszelkich skrupułów. Nie zawaha się przed niczym, by zwyciężyć.
Jeśli jednak nie gorszą was brutalniejsze sceny walk, zdecydowanie warto dać "Devilmanowi" szansę. Zwłaszcza, że w przeciwieństwie do wspominanych już tutaj "Genocyber" czy "Apocalypse Zero" nie jest to tylko i wyłącznie durna i bezmyślna rąbanka. Polecam gorąco, zarówno animację, jak i mangowy pierwowzór!

Typ Anime - OVA
Rok produkcji - 1987
Pełny Tytuł: „Devilman: The Birth”("Devilman: Tanjou Hen")
 Reżyseria: Tsutomu Iida
Scenariusz: Go Nagai, Tsutomu Iida
Muzyka: Kenji Kawai
Gatunek: Horror, Akcja
Liczba Odcinków: 1
Studio: Oh Production
Ocena Recenzenta: 8/10

-Seria OVA nie jest pierwszą animowaną wersją przygód Devilmana. Pierwszy serial animowany z tym bohaterem pojawił się już w latach 70tych. Niewiele miał jednak wspólnego z mangowym pierwowzorem i w przeciwieństwie do niego był bardziej nastawiony na dziecięcą widownię - wycięto bowiem praktycznie całą brutalność z oryginału i uproszczono historię do schematu tzw. "Potwora Tygodnia". Pojawiły się również filmy kinowe, w których Devilman łączył swoje siły z robotami z anime, przy których Nagai pracował, jak np. "Getter Robo""Mazinger Z" itd.

-Devilman pojawił się w ciekawej cross-overowej bijatyce na konsolę Sony PSP - "Sunday vs Magazine". Wystąpił tam obok takich bohaterów jak Tygrysia Maska ("Tiger Mask")Takizawa ("Blazing Transfer Student")Natsu ("Fairy Tail"), czy też Joe Shimamura ("Cyborg 009").

Screeny:









niedziela, 1 września 2013

Kosmiczny policjant - "Cosmo Police Justy"(1985)

W latach 80tych pojawiło się mnóstwo anime z gatunku Science-Fiction. Pojawił się wtedy pierwszy Macross, Layzner, czy też Metal Armor Dragonar. Pośród tych wszystkich popularniejszych tytułów pojawiło się jednak również kilka mniej znanych, a nie mniej ciekawych. Jednym z takich tytułów jest zdecydowanie "Cosmo Police Justy" - świetna krótka OVA na podstawie mangi pod tym samym tytułem.

Głównym bohaterem tego anime jest młody policjant Justy Kaizard. Cieszy się on sławą najlepszego i najsilniejszego espera w całym kosmosie. W trakcie swojej kariery rozprawił się już z ponad 200 niebezpiecznymi kryminalistami. Jak nietrudno się domyślić jest przez to najbardziej znienawidzonym przez przestępców policjantem i bandziory ciągle tylko knują, jakby go tu wyeliminować.
Podczas jednej ze swoich misji Justy zabił niebezpiecznego bandytę - Magnum Vega - na oczach jego malutkiej córki. Widząc śmierć swojego ojca, dziewczynka w gniewie uwolniła ogromne ilości energii psychicznej i przemieniła się w dojrzałą, potężną esper. Rani ona ciężko Justiego, po czym traci przytomność zapominając jednocześnie o wszystkim, co się wydarzyło Po tych zdarzeniach Justy postanawia przygarnąć dziewczynę, jako swoją młodszą siostrę.
Czy aby na pewno był to jednak dobry pomysł? Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że pewna grupa kryminalistów ma zamiar wykorzystać ukrytą głęboko w podświadomości dziewczyny nienawiść do Justiego, by się go w końcu pozbyć?
Historia w tej OVA nie jest zbytnio skomplikowana. Jest to po prostu kolejna opowieść o herosie zwalczającym przestępczość.  Historia jednak jest na tyle ciekawa i spójna, że schematyczność ta wcale tak bardzo nie przeszkadza i anime ogląda się bardzo przyjemnie. Co prawda zdarza się kilka niedopowiedzeń (co nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę, że mangowy pierwowzór jest dużo dłuższy), jednak nie są one tak poważne, by wprawić widza w zakłopotanie.

Postacie skomplikowane nazbyt nie są, są jednak na tyle ciekawe, że łatwo je polubić.Ich charaktery nakreślone są zgrabnie i bez nadmiernych udziwnień. W jednoodcinkowej OVA sprawdza się to wyśmienicie.
Relacje między bohaterami też są całkiem nieźle nakreślone. Co prawda trochę dziwnym wydało mi się to, że Justy ot tak, bez żadnych wahań postanowił przygarnąć dziewczę, które niemal go zabiło, ale ostatecznie można to wytłumaczyć poczuciem honoru i żalem za to, że zabił jej ojca.
Czarne charaktery zaś to typowe bandziory. Bez skrupułów, gotowi czynić zło bez konkretniejszego celu itd. Wyglądają swoją drogą trochę jak błękitnoskórzy kosmici ze słynnego "Space Battleship Yamato".

Oprawa audiowizualna prezentuje się całkiem nieźle. Ładne, przyjemne dla oka projekty postaci działają zdecydowanie na korzyść tej serii. Tła, mimo że są to głównie otchłanie kosmosu czy stacje kosmiczne, prezentują się również całkiem dobrze
Animacja chwilami niestety chrupie. Nie rzuci się to może w oczy widzowi, który do wyłapywania potknięć przyzwyczajony nie jest, ale ktoś o wprawnym oku z pewnością wychwyci tutaj kilka takich scen, gdzie postacie poruszają się trochę sztywno, bądź nienaturalnie. Nie zdarza się to może często, ale jednak wyczulonym estetycznie widzom może się to nie spodobać.
Muzyka jest po prostu rewelacyjna. Anime z lat 80tych zdecydowanie miały czym się popisać i w przypadku "Cosmo Police Justy" nie jest inaczej. Przeważają szybkie i rytmiczne motywy, które idealnie wpasowują się w dynamiczne starcia między Justim i jego przeciwnikami. Równie ładnie brzmią wolniejsze nuty przygrywające w spokojniejszych scenach.  Zdecydowanie najbardziej spodobał mi się utwór zatytułowany "Lonely Hunter". Ma w sobie tę specyficzną magię piosenek ze starych anime, którą tak bardzo kocham.
Aktorzy spisali się bardzo dobrze i udało im się świetnie oddać charaktery postaci. Justy brzmi jak dzielny bohater, Astaris jak urocza, sympatyczna dziewczynka a bandyci jak pozbawieni skrupułów zimni dranie. Tak ma być!

"Cosmo Police Justy" jest zdecydowanie jednym z tych klasycznych anime, z którymi warto się zapoznać. Nie jest to może najoryginalniejsza historia, ale jest na tyle dobra, że przyjemnie się ją ogląda. W przypadku oprawy audiowizualnej czepić by się można było jedynie chwilowych zgrzytów w animacji. Poza tym jest świetnie bowiem i muzyka, i projekty postaci, jak i głosy bohaterów są świetne i nie mam im nic do zarzucenia.
Jesteście fanami science-fiction i macie ochotę obejrzeć dobry film animowany z tego gatunku? Możecie brać Justiego w ciemno. Z pewnością się wam spodoba, a kto wie, czy i nie zachęci do przeczytania oryginalnego mangowego pierwowzoru.

Typ Anime - OVA
Rok produkcji - 1985
Pełny Tytuł: „Cosmo Police Justy”
 Reżyseria: Takahashi Motosuke
Scenariusz: Hiroyuki Hoshiyama
Muzyka: Hiroya Watanabe
Gatunek: Science Fiction, Akcja
Liczba Odcinków: 1
Studio: Pierrot
Ocena Recenzenta: 7/10

Screeny: