czwartek, 29 czerwca 2017

Mordercze etiudy, naukowe mózgobomby i motyle ludożercy - "Chargeman Ken" (1974)

Czytając chinśkobajkowe dyskusje w internetach często napotykam się na przepychanki o to, jakie animu jest absolutnie najgorszym. Padają w nich najczęściej takie tytuły jak "Sword Art Online", "Boku no Pico", "Mars of Destruction", czy też inne "Elfie Piosnki". I o ile pod adresem każdej z tych serii faktycznie można wystosować pokaźną litanię zarzutów, tak żadna z nich nie zasługuje na miano najgorszej. O nie. Ten tytuł należy się tylko jednej produkcji. Serii, która jest tak zła, że aż stała się jednym z najbardziej kultowych "dzieł" japońskiej animacji, wprawiła w ruch memiczną machinę i stała się nieodłącznym elementem codzienności Japończyków. Oto "Chargeman Ken" - najprawdziwsze "The Room" japońskiego przemysłu animowanego.

Akcja anime rozgrywa się w niedalekiej przyszłości. Młody Ken Izumi zwalcza wrednych kosmitów - Juralian - jako potężny "Chargeman Ken" - superbohater czerpiący swą energię ze źródeł światła.

Patrzycie pewnie na ten podejrzanie krótki, ogólny zarys fabuły i zastanawiacie się, jakim cudem "Chargeman Ken" mógł stać się takim fenomenem jak pisałem. Przecież to brzmi jak kolejne generyczne science-fiction. Już tłumaczę - na początek, wyobraźcie sobie, że każdy z epizodów to około 30 minut do godziny fabuły... upchnięte w niespełna pięciominutowe shorty. Efekt jest łatwy do przewidzenia - fabuła jest kompletnie bez sensu i skacze nieustannie od wydarzenia do wydarzenia, nie istnieje jakikolwiek logiczny porządek, a bohaterowie zachowują się jak skończeni kretyni. To jednak dopiero wierzchołek góry lodowej. Jeszcze bardziej porąbane są same scenariusze tych odcinków. Nie mam pojęcia, co jarali twórcy Kena, bo w żadnym innym anime nie widziałem chyba tyle absurdu i szaleństwa. Murricanie mają na to bardzo fajne określenie - "Batshit Insane". W każdym z 65 odcinków serii dane jest nam zobaczyć, jak Juralianie próbują wprowadzić w życie coraz to debilniejsze i mające coraz mniejsze szanse na powodzenie plany. A także jak Ken - który powinien być heroicznym i miłującym pokój zbawcą ludzkości - dopuszcza się tak okrutnych i obrzydliwych czynów, że momentami widz ma wątpliwości, czy serio można nazwać go bohaterem. Nie ma bowiem absolutnie żadnych oporów przed zamordowaniem kogokolwiek, przez co często "przypadkowo" zabija nawet tych, których miał uratować. By lepiej zobrazować wam szaleństwo tego, co odwala się na ekranie, wspomnieć wystarczy:
-  Odcinek w którym Ken walczy z motylami ludożercami, żywiącymi się ludzką tkanką
- Epizod w którym nauczyciel muzyki kontroluje za pomocą etiudy diabelnego pianina siostrę Kena i próbuje zmusić ją do zasztyletowania bohatera
- Odcinek o tym jak Ken udaje niedorozwiniętego w szpitalu dla obłąkanych, którego dyrektor chce wysadzić Europę za pomocą bomby atomowej. Warte wspomnienia jest to, że wszyscy pacjenci szpitala przekoloryzowani zostali do granic możliwości, a sam ojciec Kena ma wyraźne uprzedzenia do ludzi chorych psychicznie, co czyni odcinek mocno niepoprawnym politycznie. A czemu naukowiec nienawidzi akurat Europy, spytacie? Tego nie wie nikt, sami twórcy też nie. Kto by się tam tymi detalami przejmował.
- Epizod w którym Ken z zimną krwią zabija ukochanego swojej siostry, bo okazał się kosmitą, po czym mówi jej że "przeniósł się do innej szkoły". W innym znowuż zabija własną dziewczynę, bo też okazała się kosmitką. Bez żadnych wyrzutów sumienia, mimo że kilka sekund temu zarzekał się, jak bardzo ją kocha.
- W którym kosmici próbują zniszczyć japońskie rezerwy warzyw i owoców, gdyż w jakiś sposób ma im to umożliwić zawładnięcie światem (co?)
- Gdzie ludzie starzeją się za sprawą kosmicznych płyt winylowych
- Opowiadający o tym, jak to Ken uratował małego podpalacza i pogodził ze sobą jego rodziców, zabijając po prostu kilku kosmitów...
- O tym jak to kosmici nienawidzą modelek
- W którym wampirza lalka nokautuje Kena pałką i wprowadza w hipnotyczny trans jego matkę i siostrę
- Gdzie ksiądz kosmita ratuje samolot przed atakiem terrorystów, po czym zostaje zabity przez Kena
- Czy też najsłynniejszy chyba, w którym Ken ze stoickim spokojem mówi zaprzyjaźnionemu naukowcowi, że został zabity przez kosmitów i zmieniony w androida z bombą w mózgu... po czym mówiąc tylko "S-sory profesorze" wyrzuca go z kokpitu i detonuje za jego pomocą okręt obcych. A skąd Ken w ogóle wiedział, że profesor jest androidem i że ma wszczepiony materiał wybuchowy? Nie dowiemy się raczej nigdy, ale jeśli wierzyć biednej animacji (o której więcej za moment) fal dźwiekowych wokół uszu bohatera, to Ken to po prostu usłyszał. Brzmi legitnie.

Wiele z tych epizodów na zawsze stało się elementem japońskiej popkultury i codziennie tworzone są z nich kolejne memy, czy też MAD-y. Mało tego! W japońskim internecie bardzo łatwo natknąć się na wyciągnięte z nich bezpośrednio wypowiedzi bohaterów, które stały się popularnymi catchphrasami na futabie i innych imageboardach czy forach internetowych. "Chargeman Ken" doczekał się nawet własnej kolekcji memenaklejek na popularnym japońskim komunikatorze Line. Ale wiecie, co jest najlepsze? Że wiele z tych tekstów oraz urywków odcinków jest po dziś dzień wykorzystywanych... w marketingu! Wcale nie tak dawno, odwiedzając jeden z fizycznych sklepów Mandarake można było zobaczyć dużęgo kartonowego Kena, mówiącego "Och, na czwartym piętrze można kupić Light Novels!". Również sami twórcy kreskówki zwęszyli interes i gdy po ponad 30 latach seria zaczęła przeżywać drugą młodość, otworzyli specjalnie jej dedykowany sklep internetowy, w którym kupić można multum gadżetów, w tym nawet kask głównego bohatera.

Memiczność Kena na absurdalnej fabule odcinków i niekompetentnej reżyserii jednak się nie kończy. Do tego dochodzi jeszcze "fenomenalna" oprawa audiowizualna! "Chargeman Ken" to produkcja niesamowicie niskobudżetowa a dodajmy do tego jeszcze fakt, że za jego animację odpowiada niesławne studio Knack, które absolutnie animować nie potrafi. W efekcie dostajemy festiwal statycznych obrazów z ruchem ust składającym się z dwóch klatek, przeplatany okazjonalnymi przejazdami kamery oraz scenami akcji przypominającymi taniec paralityków, co w połączeniu z niesamowicie nienaturalnymi minami bohaterów przyprawia o napady histerycznego śmiechu. Obowiązkowo jest też tylko jedna, puszczana w kółko scena transformacji, bardzo często niedopasowana kompletnie do sytuacji. Dochodzi przez to do takich absurdów, że w jednej ze scen Ken łamie nogę, ale podczas transformacji może nakur... ekhem... wykonywać salta i cudować bez większego problemu... tylko po to, by w scenie następnej znowu leżeć na ziemi i jęczeć z bólu, próbując ostrzeliwać kosmitów. Twórcy mają również totalnie wyrąbane na to, czy tło z danego ujęcia jest zgodne z tym z ujęcia poprzedniego, więc bardzo często można odnieść wrażenie, że bohaterowie w trakcie odcinka nieustannie się teleportują po całym świecie. No, ale przynajmniej projekty postaci prezentują się wcale nie najgorzej... może poza Juralianami, którzy wyglądają jak bardzo generyczni kosmici i jedyny, który jakoś bardziej się wyróżnia, to ich przywódca z długim szpiczastym nosem i ssawkowatmi palcami.
No dobrze, to może chociaż efekty dźwiękowe są okej? Cóż... jeśli idzie o efekty dźwiękowe, to w sumie częściej ich nie ma, niż są. Jakikolwiek wystrzał z pistoletu, upadek na dupę, odpalenie pojazdu, eksplozja i tym podobne okraszone są najczęściej całkowitą ciszą. No, chyba że dźwiękowiec akurat nie spał przy konsolecie i na czas odpalił odpowiedni efekt. Ale to sporadyczne przypadki. No ale muzyka przynajmniej jest! Całe cztery kawałki zapętlone w nieskończoność, z czego najczęściej gra opening, który jest wstawiany do praktycznie każdej "emocjonującej" sceny walki. I pół biedy, jakby on jeszcze chociaż dobrze brzmiał, ale jego dziecięcy wokal jest tak biedny i pełen fałszu, że człowiek tylko prycha albo zaczyna ironicznie podśpiewywać.
Och, ale jest jeszcze przecież gra aktorska. O niej to można dopiero sporo napisać. Zacznijmy może od tego, że po dziś dzień nikt z grających w "Chargeman Ken" nie chce się do tego przyznać. Poza wcielającą się w głównego bohatera Sawadą Kazuko. Po wieloletnich badaniach odkryto również, że grał tu niejaki Noburo Sato, który wcielił się w kilkanaście ról, w tym doktora z eksplodującym mózgiem. Poza tym jednak nie znamy nikogo z aktorów. A szkoda, bo chciałbym im serdecznie podziękować za to, jak często krztusiłem się przez nich ze śmiechu. Gra aktorska w "Chargeman Ken" bowiem podpada pod kategorię "tak złe że aż dobre". Aktorzy brzmią "świetnie" zwłaszcza w dramatycznych scenach walk (szczególnie umierający Juralianie) oraz kiedy dzieje się coś "mrożącego krew w żyłach". Ale najlepsze to są ich okrzyki ekscytacji, zdziwienia i tym podobne. Gdy podczas meczu rugby, jeden z zawodników wyskoczył wysoko w powietrze i zakrzyknął coś na wzór "Eeej~!" to prawie oplułem ze śmiechu monitor. Ale moim - i jak się okazuje chyba większości fandomu serii - absolutnie ulubionym okrzykiem jest charakterystyczne zaskoczenie Kena, brzmiące po prostu jak zachrypnięte "O!". Czemu jest to takie zabawne, spytacie? Bo nie dość, że jest niesamowicie wprost nadużywane (nawet do 10 razy na odcinek!!), to w połączeniu z komicznie zdeformowaną (bo nie można tego nazwać normalną mimiką) w szoku twarzą bohatera wywołuje niekontrolowane wybuchy śmiechu u dosłownie każdego. To "O!" jest tak popularne, że na każdym livestreamie serii na nico, fani są w stanie zasypać cały ekran komentarzami je zawierającym za każdym razem, gdy Ken ma je wypowiedzieć. Jest to też chyba swoją drogą najsłynniejsza ze wspomnianych wcześniej naklejek na Line.

Podsumowując, "Chargeman Ken" to absolutnie najgorsze anime, jakie kiedykolwiek powstało. Leży w nim dosłownie wszystko - bezsensowny i absurdalny scenariusz, bohaterowie debile niekompetentna reżyseria, niekonsekwentne, biedne udźwiękowienie, tragicznie śmieszna gra aktorska i oszczędna do granic możliwości animacja... a jednak bawiłem się na nim wprost wyśmienicie. Na każdym z odcinków ryczałem donośnie ze śmiechu obserwując coraz to głupsze zachowania bohaterów i byłem ciekawy, jakim debilizmem twórcy zaskoczą mnie w odcinku następnym. Czy oznacza to, że Ken jest jednak dobrym anime? W żadnym wypadku! Ale nie w sposób zaprzeczyć temu, że dostarcza nieludzkich wprost ilości radosnej głupawki. Spotykacie się z kumplami na nocce filmowej z dużą ilością alkoholu i nie macie pojęcia, co obejrzeć? Łapcie "Chargeman Ken"! Tym bardziej, że już niedługo wszystkie odcinki będą dostępne w wysokiej jakości i z solidnym tłumaczeniem za sprawą absolutnych szaleńców z wydawnictwa "Discotek"!

Typ Anime - Seria Telewizyjna
Rok produkcji - 1974
Pełny Tytuł: „Chargeman Ken”
 Reżyseria: Noboru Miura
Scenariusz: Masaki Hokuta, Toyohiro Ando
Muzyka: Kunio Miyauchi
Gatunek: Akcja, Science-Fiction, Komedia, Horror, Dramat, Sensacyjny, Kryminał
Liczba Odcinków: 65
Studio: Knack Productions
Ocena Recenzenta: 1/10

Screeny:






czwartek, 25 maja 2017

Kilka animowanych shortów, o których istnieniu nie mieliście pojęcia... (Część II)

Jakiś czas temu wpadłem na pomysł, by sporządzić krótką notkę poświęconą kilku wybranym przeze mnie shortom animacyjnym z lat 80-tych. Zastanawiałem się wówczas, czy będzie to one-shot, czy też może zrobię z tego jakiś dłuższy cykl. I wiecie co? Jednak będzie z tego dłuższa seria! Co prawda jeśli byliście na Pyrkonie, to część z opisywanych w niej shortów nie będzie już dla was aż tak nieznana, ale myślę, że wciąż znajdzie się tu sporo produkcji, których istnienie będzie dla was niespodzianką.

Link do pierwszej części o tutaj.

1. Azicon Opening Animation (1983)


Nocą dziewiętnastego sierpnia 1983 roku w Osace ląduje niezidentyfikowany obiekt latający, emitujący dziwne światło. Następnego dnia miasto tętni życiem jak zawsze. W pewnym momencie błogi spokój typowego japońskiego popołudnia zburzony zostaje przez niespodziewany atak kosmitów! Mieszkańcy Osaki nie mają jednak zamiaru dać się wrednym najeźdźcom pokonać i dzielnie stawiają im opór! W obronie ziemi stają prawdziwi zawodowcy, czyli banda uzbrojonych po zęby i świetnie przeszkolonych... lolitek.

Jeśli jesteście starszymi fanami chińskich bajków, to pewnie Hideo Azumy przedstawiać wam nie trzeba... a przynajmniej tak mi się zdawało do mojego panelu na Pyrkonie, kiedy to gdy zapytałem o tego rysownika, z całej zatłoczonej sali ręce podniosło może z pięć osób... 
Krótko zatem - Hideo Azuma to jeden z najbardziej uznanych i wpływowych mangaków w historii medium. Swą karierę zaczął już w wieku 19 lat, publikując komiks "Ringside Crazy" w magazynie mangowym wydawnictwa Akita Shoten - "Manga Ō". Azuma najbardziej znany był ze swoich komiksów utrzymanych w szeroko pojętej tematyce science-fiction oraz ze swych... silnych powiązań ze środowiskiem loliconów. Azuma odpowiedzialny był też za pierwszą lolicon mangę - "White Cybele" - którą rysować i publikować zaczął w roku 1979. Okrzyknięty został wówczas "ojcem loliconizmu" i zaczął zyskiwać sobie coraz większą popularność wśród otaku. 
W Polsce z jego dzieł ukazał się świetny "Dziennik z Zaginięcia", opisujący w humorystyczny sposób życie codzienne mangaki. Do innych znanych dzieł Azumy należy choćby "Nanako SOS" - przezabawna, kolorowa seria dla dzieci o  małej superbohaterce z amnezją, zaadaptowana potem na anime. Niestety, po dziś dzień nie zostało ono przetłumaczone.

Azuma nie tylko był bardzo popularny wśród otaku, ale nawet współpracował z nimi przy tworzeniu różnorakich animowanych shortów. Najwięcej działał z malutkim niezależnym studiem Rami (o którego pierwszej animacji mogliście przeczytać trochę w poprzedniej notce z tej serii). W roku 1983 wykonał wraz z nimi m.in właśnie animację otwierającą konwent Azicon. Jest to chyba jedyna produkcja, w której można zobaczyć w ruchu niemal wszystkich bohaterów z wydanych do tego czasu mang Azumy. Ba - sam rysownik także się w niej pojawia, przybywając w ostatniej chwili z odsieczą. Zdecydowanie powinni się zatem z Aziconem zapoznać wszyscy miłośnicy jego twórczości.

Kreskówka jest kolorowa, świetnie zanimowana i przede wszystkim naprawdę zabawna. Na Pyrkonie cała sala zanosiła się śmiechem szczególnie przy scenach parodiujących Macrossa oraz gdy kosmiczny laser, zmieniający przedstawicieli poszczególnych narodowości w postacie z szeroko pojętej fantastyki, zmienił Rosjan w bohaterów komiksów Marvela. Warto wspomnieć również, że pod sam koniec pojawiają się  bardzo fajne smaczki w postaci szkiców konceptowych pokazujących, jak wyglądały prace nad wykonaniem całego filmiku.



2. Itoshi no Maya (1983)


Waleczny uczniak Shirou przywdziewa futurystyczną zbroję i rusza na ratunek swej ukochanej, porwanej przez okrutnego imperatora znanego jako Rori Con.

Animacja niezależna wykonana na szkolny festiwal. Podobno autor jest teraz profesjonalnym animatorem, ale za cholerę nie jestem w stanie rozczytać jego imienia i nazwiska, ze względu na strasznie słabą jakość obrazu.

Jak na coś zanimowanego w pełni amatorsko, prezentuje się to zaskakująco nieźle. Drażnił mnie tylko strasznie drętwy voice acting. W dodatku kiepawo zsynchronizowany z ruchem ust i z bardzo słyszalnymi mlaśnięciami. Lepszym rozwiązaniem byłoby zastosować na przykład zabieg z animacji otwierającej taki "Uracon III", gdzie każda z postaci jako głos miała podłożony po prostu odpowiedni dźwięk w innej tonacji.

Radośnie głupkowate i usiane mnóstwem nawiązań do kultowych anime z okresu lat 80-tych, szczególnie tych z wielkimi robotami i futurystycznymi pancerzami. Jeden z budynków w mieścinie w której mieszka bohater to na przykład głowa słynnego (choć dziś bardzo zapomnianego już) Gold Lightana. Wspomniane miasteczko zamieszkane jest również przez bohaterów różnorakich chińskich bajków, wśród nich Jiron z "Xabungle", Mami z "Creamy Mami" czy też Kei z "Orgussa". Sam protagonista zaś podróżuje na czymś, co wygląda jak budżetowa wersja Valkyrii z "Macrossa". A, tak, są też szturmowcy wyposażeni w tak wspaniałe cuda techniki, jak różdżki czarodziejek.

3. Mobile Rescue Nivendine (1990)




Godzilla przypuszcza po raz kolejny atak na Japonię! Na ratunek wysłany zostaje super robot bojowy remizy strażackiej - Nivendine. Czy dzielnym strażakom uda się powstrzymać olbrzymiego jaszczura i zapobiec ogólnej katastrofie?

Krótki film animowany wykonany specjalnie na imprezę lokalnej straży pożarnej. Zdecydowanie jedna z najlepiej zachowanych starych animacji niezależnych, dostępnych w sieci. Narysowany w pełni ołówkiem na ośmiomilimetrowym filmie flipbook, opatrzony później muzyką oraz efektami dźwiękowymi. Z tego co się dowiedziałem, oryginalna ścieżka dźwiękowa musiała zostać jednak zmieniona, bowiem filmik oberwał copyrightami. 

Historyjka przedstawiona w animacji to prosta i całkiem zabawna parodia kultowego kina kaijuu oraz anime z wielkimi robotami. Najbardziej rozbawiły mnie chyba absurdalna scena kombinacji, specjalnie przedstawiona w taki sposób, by wyglądała jak zapłodnienie komórki jajowej oraz gaśnica strażackiego robota, aktywowana za pomocą... wysuwającego się z klatki piersiowej olbrzymiego świerszczyka. Robot dostaje wówczas, kolokwialnie mówiąc, "kościeja" z którego wystrzeliwuje strumienie wody.

4. Esperanza (1986)


W pewnym położonym na pustkowiu zamczysku zamknięta jest piękna księżniczka. Pewnego razu przy oknie jej celi przelatuje dziwaczne skrzydlate zwierzątko. Księżniczka wpada wtedy na pomysł - zapisuje na kawałku kartki prośbę o pomoc i wysyła ją za pomocą stworka do najbliższej osoby. List trafia do przystojnego młodzieńca na futurystycznym motocyklu i jego pięknej partnerki w pancerzu wspomaganym. Postanawiają oni wyruszyć na pomoc cnotliwej białogłowie. Nie będzie to jednak zadanie łatwe, tym bardziej że za porwaniem księżniczki stoi straszliwy Lord Vad... a, nie, to nie ta bajka...

Zdecydowanie najciekawsza z opisywanych dziś produkcji i jedno z moich najwspanialszych znalezisk. Na "Esperanzę" natknąłem się przez całkowity przypadek, zbierając materiał na swój panel o animacji niezależnej... i zostałem nią po prostu oczarowany. Podobnie jak w przypadku "Nivendine", mamy tutaj do czynienia z flipbookową animacją wykonaną metodą non-camera na filmie ośmiomilimetrowym. Jest to jednak produkcja o wiele dłuższa i ambitniejsza, próbująca opowiedzieć trochę bardziej złożoną historyjkę. Co więcej - udało mi się nawet, z pomocą znajomego, skontaktować z głównym autorem "Esperanzy" - niejakim Hiroshim Hashimoto - i wypytać go bardziej szczegółowo o to, jak wyglądała praca nad nią, co stanowiło dla niego największą inspirację czy też z jakimi trudnościami musiał się on zmierzyć. Pan Hashimoto był wyraźnie uradowany tym, że kogoś tak bardzo zainteresował swoją animacją i bardzo wyczerpująco na nasze pytania odpowiedział.

Generalnie historia powstania "Esperanzy" jest bardzo długa i pełna komplikacji. Animacja owa miała być projektem na zaliczenie. Hashimoto skrzyknął się z kilkoma znajomkami i założyli wspólnie malutki krąg doujinowy "CCP". Większość jego członków nie miała więcej, niż 16 lat! Prace nad "Esperanzą" wystartowały już w roku 1984, jednak zakończone zostały dopiero dwa lata później. Powodów było kilka - głównym to, że nikt w ekipie "CCP" nie miał bladego pojęcia, jak właściwie za animowanie się zabrać. Kilku członków miało co najwyżej wprawę w rysowaniu krótkich humorystycznych historyjek obrazkowych, podobnych do tych, które można było u nas spotkać w np. w "CD-Action" w dziale "Action Redaction". Kolejnym problemem było to, że w latach 80-tych, kiedy "Esperanza" powstawała, nie było tak powszechnego dostępu ani do komputerów, ani internetu, ani też kamer wideo. Pozostawało więc zastosowanie metody non-camera, ale tu znowuż bardzo drogie były niezbędne zasoby i narzędzia. Już za 3 minuty filmu trzeba było zapłacić więcej niż dwadzieścia dolarów. Mało tego - w tamtych czasach szkoła, do której uczęszczał Hashimoto, miała też bardzo rygorystyczne zakazy odnośnie interakcji między uczniami z innych placówek. Skutecznie utrudniało to współpracę między członkami grupy. No i kłopot stanowił też fakt, że chłopaki nie byli w stanie znaleźć żadnej dziewczyny, która zgodziłaby się odegrać główną rolę. Z tego również powodu - jak śmieje się Hashimoto - ostatecznie w animacji nie pada ani jedno słowo. Dodaje również, że sytuacja ta miała jednak i swoje dobre strony - pozwoliła mu bowiem wykreować swój idealny świat, w którym ludzie rozumieją się i spieszą sobie z pomocą bez słów.
"Esperanza" miała pierwotnie zostać wyemitowana na szkolnym festiwalu już w roku 1985, ale jej premiera została przesunięta o cały rok. Powodem było to, że Hashimoto nie wyrobił się z narysowaniem ostatnich klatek i w rezultacie spóźnił się na pokaz i nie mógł filmu zaprezentować. Nie poddawał się jednak i po tym, jak poświęcił całe następne wakacje na dopieszczenie swego dzieła w każdym calu (jak mówi, narysował wówczas zupełnie od nowa niemal 90% całej "Esperanzy"!), w roku 1986 udało mu się w końcu zaprezentować je na festiwalu, gdzie spotkało się z bardzo ciepłym przyjęciem. Rok później animacja trafiła nawet na kasety VHS. Mało tego - "Esperanza" doczekała się nawet własnego setu "blooperów", czyli wyciętych, często specjalnie głupkowatych scen, które z finalnej wersji zostały usunięte. W filmiku na nie przeznaczonym pojawia się również kilka oryginalnych storyboardów.




Zapytany o to, jakie tytuły stanowiły dla niego największą inspirację, pan Hashimoto wymienia - co nie powinno nikogo dziwić - przede wszystkim kultowe openingi "Daiconu" wykonane przez raczkujące wówczas jeszcze studio Gainax. Zaznacza jednak, że nie chcieli bynajmniej ich kopiować i zapożyczyli sobie z tego jedynie pierwotne założenie, aby protagonista walczył z postaciami z kultowych wówczas produkcji. Bardzo chciał, by "Esperanza" wyróżniała się na tle "Daiconu" oraz innych animacji otwierających konwenty z tamtego okresu, dlatego też postanowił że jej bohaterem nie będzie dziewczynka, a mężny młodzian. Z innych źródeł inspiracji Hashimoto wskazuje również na takie tytuły jak "Macross", "Mobile Suit Gundam", "Urusei Yatsura" (z którego wzięto lwią część soundtracku "Esperanzy"), "Lupin the Third", "Laputa", czy też nawet "Star Wars" (z którego kultowy Marsz Imperialny zostaje nawet odegrany podczas starcia bohatera z "Hrabią Wiadernym"). Szczególnie "Macross" był tu inspiracją istotną, bowiem całe uniwersum "Esperanzy" zostało przez Hashimoto wykreowane na podstawie pochodzącej z filmu "Do You Remember Love?" piosenki - "Tenshi no Eengou" - która została również wykorzystana jako ending animacji. Gdy spytaliśmy zaś o to, jacy animatorzy i rysownicy wywarli na niego największy wpływ i w ogóle sprawili, że postanowił sam się animacją pobawić, pan Hashimoto wskazuje przede wszystkim YAS-a (Yasuhiko Yoshikazu) odpowiedzialnego za rysunki do nowelek "Dirty Pair", charadesigny w m.in "Mobile Suit Gundam", czy też za stworzenie takich anime jak "Giant Gorg" albo "Venus Wars".
Postanowiliśmy spytać również pana Hashimoto czy kojarzy jakieś ciekawe animacje niezależne z tamtego okresu. Poza wspomnianym już "Daiconem" wspomniał on również o licznych innych, których nie można niestety znaleźć na Youtube. Prawdopodobnie nie dotrwały do "naszych" czasów...
Ostatnie nasze pytanie dotyczyło tego, czy poza "Esperanzą" wraz z "CCP" stworzyli jeszcze jakieś inne anime. Pan Hashimoto odpowiedział, że niestety nie, ze względu na to ile problemów wtedy z tym było. Dodał jednak że wciąż bardzo by chciał stworzyć kolejne anime i nawet już zaczął do tego "przygotowania". "Esperanza 2" kiedy?

Serdecznie dziękuję panu Hashimoto za tak ochoczą rozmowę i podzielenie się tym intrygującym fragmentem animacyjnej historii. Mam też nadzieję, że ta króciutka notka wam się podobała i choć troszeczkę zainteresowała was tematyką animacji niezależnej. Wierzcie mi, że to naprawdę cholernie ciekawy świat, w którym znaleźć można multum świetnych, niesamowicie pomysłowych i zachwycających wykonaniem produkcji. Wcale nie gorszych niż te tworzone przez doświadczonych ludzi z przemysłu i wielkie studia.

Opisane dziś animacje możecie znaleźć pod tymi linkami: 


niedziela, 21 maja 2017

Seven Seas wydaje oryginalnego Devilmana oraz Devilman vs Hades!


Rok 2017 to wspaniały rok dla fanów "Diabloczłeka". Kilka miesięcy temu bazowany Yuasa potwierdzil, że w przyszłym roku dostarczy na Netflixie pełną (!!!) adaptację kultowego komiksu o przygodach demonicznego antybohatera, zatytułowaną "Devilman: Crybaby". A jakby tego było mało, przedwczoraj wydawnictwo "Seven Seas" ogłosiło, że zdobyli licencję na oryginalny komiks z 1972 roku oraz jego spin-off z 2012! Co więcej - oryginalna manga zostanie wydana w dwóch olbrzymich tomiszczach w twardej oprawie! Fantastycznie! Data wydania pierwszego tomu zapowiadana jest na marzec przyszłego roku, a jego koszt to około 30 dolarów. "Devilman vs Hades" zaś wydany zostanie już normalnie, w oprawie miękkiej i kosztował będzie około 13 dolarów. Nie wiem jak wy, ale ja już odkładam pieniądze i stalkuję Book Depository~

sobota, 20 maja 2017

Edukacja Seksualna według Osamu Tezuki - "Fushigi na Melmo" (1971)

Osamu Tezuka to człowiek niezwykły. Zasłużenie nazywany "Bogiem Mangi" pracoholik, którego zasług dla zjebajkowego przemysłu nie w sposób zliczyć. Gość miał swój wkład w praktycznie każdy gatunek - rysował historie o androidach, wielkich robotach, wampirach, nazistach, bóstwach, zwierzętach, lekarzach i wielu, wielu innych. Nie powinien dziwić zatem nikogo fakt, że w jego dorobku znalazła się także historia przynależąca do gatunku Magical Girls. Tezuka, jak to Tezuka, nie poszedł jednak na łatwiznę i postanowił zrobić ze swej czarodziejki serię służącą do... edukacji seksualnej.

Hiromu Watari ginie w wypadku samochodowym, osierocając trójkę dzieci. Gdy trafia do Nieba, prosi Boga, by ten uczynił cud i pozwolił jej pociechom jak najszybciej dorosnąć, by mogły sobie bez niej poradzić. Zgadza się On spełnić jej ostatnie życzenie i podarowuje jej córce - dziewięcioletniej Melmo - buteleczkę cudownych cukierków. Niebieskie postarzają każdego, kto je spożyje o 10 lat, czerwone zaś o tyle samo odmładzają. Przy ich pomocy, mała Melmo stopniowo wkracza w świat dorosłych i odkrywa kolejne tajemnice życia.

Jeśli udało wam się dostać na mój panel o czarodziejkach na ostatnim Pyrkonie, to mieliście już okazję posłuchać co nieco o tym, jak nietypową i kontrowersyjną serią była "Melmo". Już na samym początku pierwszego odcinka dzieje się coś, co do tej pory było raczej tematem tabu - ktoś ginie. W dodatku w dość brutalny sposób. A jakby tego było mało, jest to matka trójki małych dzieci, z których jedno nie ukończyło jeszcze nawet roku. A im dalej tym coraz dziwniej. Każdy z odcinków opowiadał o innej przygodzie małej bohaterki - a to musiała ratować zwierzątka z płonącego lasu, a to wraz z pozostałymi dziewczynkami z klasy wypowiedziały wojnę wszystkim tym paskudnym chłopcom co je zaczepiali, innym razem znowuż pomogła schwytać bandę przemytników a przy innej okazji jeszcze musiała uciekać nawet przed straszliwymi nazistami. W tym wszystkim pomagały jej wspomniane cukiereczki. I tu Tezuka zaczyna nieźle cudować. Jeśli macie młodsze rodzeństwo (albo nawet już dzieci), to zapewne wiecie, jak trudno jest mu wyjaśnić skąd się wzięło, czemu ma lub nie ma ptaszka, czy też dlaczego zaczyna mieć uczucie tak skomplikowane w obecności płci przeciwnej etc. Oczywiście w taki sposób, by zrozumiało i nie dostało poważnej traumy. Używa się wtedy analogii pszczółek i kwiatków,  mówi że "mama z tatą mocno się przytulili" i tak dalej. Tezuka stwierdził jednak, że nie ma co się w takie podchody bawić i bez ogródek pokazuje dzieciakom, jak zmienia się ludzkie ciało podczas dojrzewania, do czego służy siusiak, co robią z nami buzujące hormony, czy też jak wygląda rozwój zarodka w brzuchu mamy. Często też raczy nas scenami, gdzie Melmo w obu wersjach - dziewięcioletniej i dorosłej - biega nagusieńka jak ją Pan Bóg stworzył. Mało tego! Potem jeszcze, kiedy nasza bohaterka odkrywa że miksując cukierki w odpowiednich proporcjach może zmieniać się w zwierzaki, Tezuka zaczyna objaśniać dzieciakom teorię ewolucji! Przez to wszystko, w latach 70-tych show był niesamowicie wprost nienawidzony przez dorosłych, bo sprawiał że ich pociechy nieustannie zadawały im bardzo kłopotliwe pytania, których nie dało się już tak prosto wyminąć pszczółkowymi i bocianimi historyjkami.
Osobiście szanuję Tezukę za to, że tak odważnie chciał maluchom to wszystko wytłumaczyć, nie godząc w ich inteligencję. Tym bardziej, że na ogół procesy te przedstawione są w bardzo fajny i inteligentny sposób. W "Melmo" zaobserwować można naprawdę bardzo wiele ważnych lekcji na temat dorastania i różnych rodzajów miłości - czy to między zakochanymi w sobie ludźmi, czy też między rodzicem a dzieckiem. Z drugiej strony jednak sporo jest tutaj również scen, po których ciężko jest nie przyznać racji oburzonym rodzicom, Momentami Bóg Mangi faktycznie posunął się stanowczo za daleko. Niektóre z odcinków były moim zdaniem aż nadto dosadne i przerażające dla małych widzów, ocierając się momentami nawet o tematykę alkoholu i narkotyków. No i jest jeszcze problem stanowczo zbytniego epatowania erotyzmem. Ja rozumiem, że w trakcie dojrzewania hormony buzują i w ogóle, ale czy naprawdę by to pokazać potrzeba było aż tylu ujęć, w których bohaterka świeci majtkami? Ba! To chyba właśnie Melmo rozkręciła tak popularne do dziś w chińskich bajkach panty-shoty. Nie pamiętam żadnej wcześniejszej serii telewizyjnej, która serwowała widzowi tak duże ilości fanserwisu.

Jako że mamy tutaj do czynienia z bajką Tezuki, to nie mogło zabraknąć wyrazistych, potrafiących zyskać sobie sympatię odbiorców bohaterów. Melmo to dziewczynka bardzo naturalna i sympatyczna, zachowująca się dokładnie tak, jak faktyczne dziewuszki w jej wieku. Z początku niedojrzała jeszcze i stosunkowo naiwna, łatwo wdaje się w konflikty z chłopcami, próbuje zgrywać dorosłą i ładuje w różne inne tarapaty. Dość szybko zaczyna sobie jednak zdawać sprawę, że po śmierci mamy, to na niej spoczywał będzie obowiązek opiekowania się młodszymi braćmi - malutkim Touchem oraz strasznie niegrzecznym Totoo. I tak stopniowo - wraz z widzami - mała Melmo zaczyna dojrzewać, uczy się odpowiedzialności, przeżywa swoją pierwszą miłość i na własnej skórze doświadcza, jak trudne zadanie stoi przed rodzicem. Na całe szczęście, gdy sama nie daje już sobie z tym wszystkim rady, zawsze może liczyć na wsparcie gburowatego nieco, ale obdarzonego wielkim sercem i wiedzą doktora Nosowłosa. Jego cenne rady oraz pouczenia nie tylko pomagają jej - oraz widzom - lepiej zrozumieć otaczający ją świat, ale również nie raz dają jej siłę, by stawić czoła kolejnym przeciwnościom losu. W każdym z epizodów serii mała Melmo wchodzi również w interakcję z różnymi innymi postaciami. Wśród nich wyśmiewanym i dręczonym przez starsze psy szczeniaczkiem, który koniecznie chce pokazać że jest silny i niezależny; chciwym i podłym biznesmenem, który myśli tylko o sobie i nie cofnie się przed niczym, by powiększyć swoje zyski; podstępnym demonem, chcącym wejść w posiadanie cudownych cukierków; szkolnym zabijaką, próbującym zdobyć serce dorosłej Melmo; "szybkim i wściekłym" mistrzem kierownicy, który z lubością łamie wszelkie przepisy ruchu drogowego i nic nie obchodzi go bezpieczeństwo innych jego uczestników; samotną słoniczką żyjącą w niewoli i marzącą o tym, aby pojechać do Afryki i spotkać swoich braci; czy też szajką złodziejaszków, która będzie próbowała wrobić ją w jeden ze swoich ostatnich przekrętów. Fani twórczości Tezuki z pewnością zauważą wśród nich wiele znanych twarzy, co będzie dla nich dodatkową gratką. Więcej - wprawne oko dostrzeże tutaj również gościnne występy kilku słynnych mangaków, w tym m.in Wujaszka Go. Sam Tezuka zresztą również się tu pojawia.

Oprawa graficzna jest całkiem solidna, choć nie pozbawiona kilku potknięć. Pochwalić wypada na pewno ładne i zróżnicowane tła, świetnie dobrane paletę kolorów oraz grę świateł, czy też sympatyczne i bardzo charakterystyczne tezukowskie projekty postaci (choć te akurat młodszym widzom mogą się nie spodobać). Bardzo podobały mi się też komiczne i kolorowe, wykonane jakby kredkami rysunki pojawiające się w momentach, gdy dzieciakom objaśniane są trochę bardziej skomplikowane tematy. W zabawny i zrozumiały sposób tłumaczą czym różni się zauroczenie od miłości, jakie zmiany zachodzą w ludzkim ciele w trakcie dojrzewania, czy też w jaki sposób dochodzi do zapłodnienia.
Animacja również prezentuje się wcale nie najgorzej, choć momentami miewa czkawki. Niektórym ruchom brakuje zdecydowanie kilku klatek, przez co potrafią wyglądać dziwacznie i nienaturalnie. Szczególnie potrafi to być widoczne na przykładzie ruchu ust. Zdarza się też, że postaciom zmieniają się proporcje ciała. Na plus jednak to, że pojawia się tutaj kilka całkiem fajnych efektów, jak choćby impact frames.
Muzyka zaś... jest. I w sumie tyle mogę o niej powiedzieć. Brzmi okej i sprawdza się całkiem dobrze jako ubarwiacz rozgrywających się na ekranie wydarzeń, ale prawdę mówiąc poza dwoma, trzema kawałkami niezbyt zapada w pamięć. Opening jest fajny i rytmiczny, ale jako że śpiewany jest przez małe dziecko, to raczej ciężko oczekiwać po nim jakiegoś wysokiego poziomu. Ot, taka przyjemna i urocza piosenka (choć momentami ten dziecięcy głosik uderza w takie tony, że można się lekko skrzywić) ale nic poza tym. Dużo lepiej wypada ending. Spokojna, bardzo miła dla ucha piosenka, zaśpiewana równie przyjemnym, melodyjnym głosem utalentowanej Asakury Rie.
Z oceną gry aktorskiej mam trochę problem. Musicie bowiem wiedzieć, że w roku 1998 "Melmo" doczekała się tzw. wersji "Renewal", w której całkowicie zmieniono obsadę serialu. I pomimo moich długotrwałych poszukiwań orygialnego wydania bajki, udało mi się znaleźć jedynie właśnie tę wersję odświeżoną. Stąd też tylko ją mogę sprawiedliwie ocenić. I wypada ona naprawdę cholernie dobrze. Czemu ciężko się zresztą dziwić, bo grają tu takie sławy jak Kawamura Maria (Naga ze "Slayers", Yui z "Megazone 23") czy też Nobuyuki Hiyama (Shishioh Gai z "King of Braves GaoGaiGar", Madarame Ikkaku z "Bleach"). W obsadzie oryginalnej były też takie nazwiska jak Minori Matsushima (Candice z "Candy Candy", Sayaka z "Mazinger Z"), Kei Tomiyama (Naoto z "Tygrysiej Maski", Yang Wen-Li z "Legend of the Galactic Heroes"), czy Ryuusei Nakao (Frieza z "Dragon Ball Z", Mayuri z "Bleach") co daje mi podstawy by sądzić, że była ona równie dobra, no ale niestety ciężko jest to zweryfikować.

Czy "Melmo" polecam? Jak najbardziej. Już choćby ze względu na fakt, jak kontrowersyjny swego czasu był to tytuł i jak wielką burzę wywołał. Oprócz tego jest to idealny dowód na to, że bajki o czarodziejkach już od praktycznie samych początków swego istnienia potrafiły poruszać zaskakująco dojrzałe tematy i nie był to wcale trend zapoczątkowany przez Madokę. No jest i to też, najzwyczajniej w świecie, naprawdę fajna bajka, choć zdecydowanie obyłaby się bez tych wszystkich panty-shotów i innych fanserwiśnych głupotek.

Typ Anime - Seria Telewizyjna
Rok produkcji - 1971
Pełny Tytuł: „Fushigi na Melmo” ("Marvelous Melmo")
 Reżyseria: Tsunehito Nagaki
Scenariusz: Osamu Tezuka
Muzyka: Uno Seiichirou
Gatunek: Komedia, Magical Girls, Dramat, Obyczajowy
Liczba Odcinków: 26
Studio: Tezuka Production
Ocena Recenzenta: 7/10

Screeny:








piątek, 19 maja 2017

Tomasz Bagiński reżyseruje film na podstawie "Saint Seiya"!



Z ostatniej chwili - na stronie Eiga.com pojawił się dziś news, że kultowa seria "Saint Seiya" doczeka się Hollywoodzkiej adaptacji aktorskiej. Co ciekawsze jednak - będzie to koprodukcja japońsko-chińsko... polska! Za reżyserię filmu odpowiedzialny będzie zaś Tomasz Bagiński, którego kojarzyć możecie z fantastycznego i wielokrotnie nagradzanego shorta animacyjnego - "Katedra" - oraz "Legend Polskich". Będzie także reżyserował Netflixową adaptację "Wiedźmina".
Film powstanie przy współpracy z Toei oraz chińską firmą dystrybucyjną A Really Good Film Company. Producentem będzie Yoshiyuki Ikezawa, producentem wykonawczym zaś Kozo Morishita.

Sos: Eiga.com

Nie jestem pewien tbh, jak się do tego newsa ustosunkować. Z jednej strony darzę "Śniętego Seję" olbrzymim sentymentem a i "Katedra" mi się bardzo podobała... z drugiej strony jednak, aktorskie adaptacje mango i animu z reguły wypadają okrutnie słabo... Pozostaje wierzyć, że Bagiński dostarczy.

piątek, 12 maja 2017

Unboxing - Majowa paczka od Ranalcusa

Nie, ja naprawdę nie umarłem. To po prostu znowu natłok obowiązków połączony z pracą nad cholernie długim artykułem skutecznie hamują moją chęć do pisania. Na całe szczęście parę dni temu dostałem kolejną paczkę od mojego dobrego przyjaciela - Ranalcusa - i może naksrobanie posta o niej pomoże mi w końcu przełamać blokadę i znowu się rozkręcić.
Tym razem paczka bardzo muzyczna, ale i inne rzeczy w niej się znalazły:




1. Muzyka




 - "Saber Marionette J" - "Successful Mission" coupling with "I'll be there" - mini CD single zawierające dwie piosenki z jednej z moich ulubionych serii z 90s - opening "Successful Mission" oraz ending "I'll be there" w wersji z wokalem oraz bez. Śpiewa niezwykle utalentowana Megumi Hayashibara

- "Mahoutsukai Tai!" (TV) - "I Wanna Do More" oraz "Should I Do?" - mini cd single zawierające opening oraz ending telewizyjnej wersji "Mahoutsukai Tai!". Jeśli byliście na moim panelu na Pyrkonie to o serii mieliście już okazje trochę posłuchać. Jej bardziej szczegółowa recenzja też się tu pewnie w końcu pojawi. Piosenki na płycie w wersjach z wokalem oraz bez. Śpiewa Ami Ozaki

- "Kaitou Saint Tail" - ""Koi" Mitai na Kanji" oraz "Ashita ni Nareba" - dwie świetne piosenki z niesamowicie ciepłej i sympatycznej serii o przygodach magicznej złodziejki - "Kaitou Saint Tail". Obie w wykonaniu Tomo Sakurai, która w anime użyczała głosu głównej bohaterce - Meimi. Również i tu, obie piosenki w wersjach z wokalem oraz bez.

- "Shadow Skill Eigi" - "Born Legend", "For my Pride" oraz "LAST QUARTER" - trzy piosenki - opening oraz dwa endingi - z telewizyjnej wersji kultowej serii "Shadow Skill". Wykonawcy to odpowiednio Kasumi, SPIRIT LEVEL oraz Princess Purin.

- "VS Knight Lamune & 40 Fire" - "Yuuki no Inryoku" oraz "To be Alone" - ending jednej z mniej znanych serii mecha fantasy oraz piosenka "To be Alone" w wykonaniu Liaison. Wersje z wokalem oraz bez. O Rycerzach Lamune również można było trochę posłuchać na jednym z moich Pyrkonowych paneli.

- "Rokumon Tengai Mon Colle Knights" - "Return to Myself" oraz "Tooku E" - singiel zawierający drugi opening telewizyjnej serii "Mon Colle Knights" oraz ending filmu kinowego będącego jej alternatywną wersją. Ponownie wersje z wokalem oraz bez, śpiewa slynna Chihiro Yonekura.

- "Ghost Sweeper GS Mikami" - "Pride" oraz "Escape 4: Uragiri no tōbō-sha" - Singiel z kultowej serii "Ghost Sweeper" zawierający dwie wersje utworu "Pride" - z wokalem oraz bez - a także krótką audio dramę. Śpiewa Wakana Yamazaki.

- "Yu Yu Hakusho" - "Taiyou Ga Mata Kagayaku Toki " coupling with "Lunch time goodbye" - singiel z "Yu Yu Hakusho", zawierający dwa utwory w wersjach z wokalem oraz bez.


Nawet nie wiecie, jak ciężko jest w sieci znaleźć kompletne okładki od mini CD. Z tego powodu bardzo ciężko było mi uzupełnić bazę danych MFC, szczególnie o ten singiel z Ghost Sweeper. Musiałem sam zeskanować jego okładkę, bo nigdzie nie było jej w sensownej rozdziałce.

2. Książki



- "Let's & Go! Return Racers!!" - pierwszy tomik mangi na podstawie serii anime reklamującej modele samochodzików mini4wd od Tamiya. Jest to całkiem nowa manga wydawana od 2014 roku, celebrująca 20-lecie franczyzy.



- "SD Gundam G Generation NEO - Complete Guide" - grubaśny, bogaty w ilustracje i pomocne uwagi poradnik do jednej z odsłon długiej serii Gundamowych cross-overów turowych. Informacje o jednostkach, okrętach, strategie ułatwiające pokonanie poszczególnych misji etc.


- "Mobile Suit Gundam: Char's Counterattack" - specjalny guidebook do wydanej na pierwsze Playstation gry na podstawie filmu pod tym samym tytułem. Zawiera informacje o poszczególnych maszynach i pilotach, w tym ich statystyki, poradnik pełen użytecznych wskazówek jak przejść poszczególne misje oraz streszcza krótko historię kalendarza Universal Century.




3. Modele




- Tamiya mini4wd Blitzer Sonic
- Tamiya mini4wd Rodeo Sonic

Kolejne dwa modele samochodzików mini4wd w mojej kolecji. Oba z innym typem podwozia. Mój modelowy backlog nieustannie rośnie. Muszę jak najszybciej skończyć pisać tę nieszczęsną pracę i przygotować sie na zaliczenia...

4. Anime DVD




- "Gin'iro no Olynsis: Tokito" vol.2 - druga płya DVD zawierająca odcinki trzeci oraz czwarty. Olynsis to niestety tragicznie słaba seria i to zarówno pod względem postaci, fabuły, jak i oprawy audiowizualnej. No, ale chociaż opening miała ładny...
Co ciekawe - posiadane przeze mnie DVD ma znaczek "Rental". Czyli jest to prawdopodobnie egzemplarz z uprawnieniami do wypożyczania. Chyba pora założyć własną wideotekę...

- "Mobile Suit Gundam SEED & SEED Destiny Fan Disc SEED Supernova" - gratka dla każdego fana Nasieniowego Gendumba (czyli niekoniecznie dla mnie...). W zestawie książeczka z ilustracjami Hisashiego Hirai oraz płyta z jedną z niewielu rzeczy, które SEED miał faktycznie dobre, czyli muzyką. Do tego również krótkie komediowe shorty - które akurat w przeciwieństwie do głównej serii były całkiem zjadliwe - i kilka innych pierdół.






Gniję srogo z tego obrazka. Wygląda na to, ze skośni doskonale zdają sobie sprawę z memiczności "Jezusa Yamato".

5. Karcianki i inne gadżety



- "Rockman.Exe Axess Card Game Starter Set" + 5 paczek boosterów - Wydana ekskluzywnie w Japonii przez firmę Takara, nietypowa karcianka na bazie popularnej, również w Polsce, serii "MegaMan Battle Network". W zestawie, oprócz kart, znajduje się także specjalne urządzenie stylizowane na używane przez bohaterów PET, które z tego co rozumiem służy do ustalania poziomu siły oraz wzmacniania postaci. A także "katapultowania" jej gdy jej punkty energii spadną do zera.



- Karta Telefoniczna z "Sakura Taisen 3" przedstawiająca Mell Raison oraz Ci Caprice. Możecie tego nie wiedzieć, ale u skośnych karty telefoniczne z obrazkami z mango i animu to bardzo popularny stuff kolekcjonerski. Niektóre z nich, dorzucane swego czasu do kultowych magazynów, potrafią dzisiaj osiągać kosmiczne ceny.


- "Precious Memories Hidamari Sketch Limited Cloth Playmat" - wykonana z materiału limitowana plansza do karcianki "Precious Memories" z motywem z mojej ulubionej serii o uroczych dziewczynkach - "Hidamari Sketch". Z powodzeniem może służyć również jako plansza do innych karcianek. Jako "Mechaniczny Paladyn" zakonu "Szerokich Rycerzy" (hermetyczne mejmeje najlepsze) będę dumnie nosił ją ze sobą i grał na niej podczas poznańskich posiadówek w "Weiss Schwarz".

Serdecznie dziękuję Ranalcusowi za kolejną fantastyczną paczkę. Szczególnie cieszę się z płytek z Saber Marionette, Mahoutsukai Tai, Lamune i Kaitou Saint Tail; Gendumbowych poradników, karty z Sakura Taisen i maty z Hidamarkami.

środa, 26 kwietnia 2017

Jeszcze jeden panel na Pyrkonie

Szybka notka między-recenzyjna, bo dosłownie wczoraj dowiedziałem się, że będę miał okazję poprowadzić jeszcze jeden panel na tegorocznej edycji Pyrkonu:


Wizerunek fana w anime na przestrzeni lat

Kiedy i Gdzie: Sobota 29 kwietnia, godzina 13:30, sala Mori
Opis: Zamknięty w sobie dziwak nieopuszczający piwnicy, grupowy błazen rozładowujący napięcie, czy też waleczny (przynajmniej we własnym mniemaniu) bojownik sprawiedliwości i pogromca zombie. Archetyp nerda w anime istniał od dawna i przeszedł na przestrzeni lat bardzo rozbudowaną ewolucję. Chcesz dowiedzieć się więcej o jej przebiegu i o tym, jakie anime przedstawiały otaku w najciekawszy, najbardziej pokręcony sposób? W takim razie ten panel jest właśnie dla Ciebie!

Będzie to zdecydowanie najbardziej śmieszkowy i luźny spośród moich tegorocznych paneli. Tak jak w opisie - pośmiejemy się na nim trochę z tego, jak w poszczególnych dekadach portretowane były nerdy i pospekulujemy sobie na temat tego, co miało wpływ na takie ich (nas) postrzeganie. Mam tylko nadzieję, że będę w stanie opanować swoją miłość do Nadesico i nie zmienię tego w kryptopanel poświęcony tylko i wyłącznie tej serii. Choć już teraz cały folder panelowy mam wypełniony po brzegi screencapami z tej bajki *śmiech*

O innych panelach, które poprowadzę na tegorocznym Pyrkonie, możecie przeczytać o tutaj